Thursday, October 4, 2007

Kalifornia-10 lat później...czyli nasza Kalifornijska przygoda oczami G.

Kalifornia, listopad 1997-jestem w podróży z Chrisem przez USA (Boston-LA-SF-NY). Naszym środkiem transportu, a i przez połowę trasy sypialnią jest czarny Ford pickup. Podróż jest niskobudżetowa, pośpieszna (Chris musi wrócić do pracy w NY), jest przesiąknięta zapachem cannabis i odbywa się w rytm muzyki Boba Marleya, Jamesa Browna i Grateful Dead. W mojej pamięci pozostał szum Niagary nocą, grób Presleya w Memphis, kaktusy na kempingu Santa Rosa w New Mexico, miasto Albuquerque, wyrastające jak spod ziemi, otoczone krajobrazami z filmowych westernów, Grand Canyon-milczący i wzbudzający niesamowity szacunek kolos i przepiękne wybrzeże Kalifornii Big Sur. Mój niesmak wzbudza kiczowate Las Vegas, świątynia pieniądza z ulicami zaśmieconymi ulotkami reklamującymi legalne w stanie Nevada domy publiczne. Złego wrażenia nie są w stanie załagodzić tanie motele o wysokim standardzie, darmowe drinki w kasynach i wypasione jedzenie za grosze. Wszystko to ma służyć wyciągnięciu ze mnie jak najwięcej kasy na hazard, ale ja na szczęście nie daję się porwać w wir gry. Wolę grac w pokera o szyszki, ewentualnie rozbieranego. Los Angeles również nie przypada mi do gustu-korki, kiczowate Hollywood Boulevard i nawet sławetny napis na wzgórzu nie robi na mnie wrażenia. To miasto pachnie mi plastikiem, obłudą i sztucznością. Uciekamy czym prędzej w kierunku Big Sur, nocujemy na wybrzeżu Pacyfiku na przepięknych kempingach z olbrzymimi i pachnącymi drzewami. Na San Francisco mamy tylko pół dnia, szybka fotka na tle Golden Gate i kolacja w Chinatown. Nie mam szans poczuć klimatu miasta, ale tak jak LA wzbudziło antypatię od pierwszego wejrzenia, tak SF sympatię i wiem, że chciałabym kiedyś tu wrócić i poznać je lepiej.....
Impossible is nothing, i tak 10 lat później udaje mi się wrócić do Esefa i stwierdzić ze to najwspanialsze miasto w jakim kiedykolwiek byłam. Owszem, Dubrownik i Wenecja są pięknymi perełkami w których nie śpią bezdomni na ulicach, ale są to miasta w których mieszkańcami są głównie turyści i w związku z tym należą do zupełnie innej bajki. Jak dotąd moim ulubionym miastem w USA był Boston, ale SF bije je z kretesem. Jest pełne uroku, fantazji, niesamowitych widoków, krętych i stromych uliczek, kolorowego tłumu na ulicach, atmosfery liberalizmu, swobody i tolerancji. Czuję się tu prawie od razu jak w domu i nawet w biedniejszych dzielnicach ani razu nie odczuwam żadnego zagrożenia i lęku, co kilkakrotnie zdarzyło mi się w przytłaczającym i trudnym dla przybysza z zewnątrz Nowym Jorku.
Oczywiście wracając tu po 10 latach trudno obyć się bez porównań... Kalifornia 2007 a Kalifornia 1997 to niebo a ziemia.... Przede wszystkim towarzystwo-jestem tu z mężczyzną mojego życia, Arkiem i Piotrkiem, przyjacielem i prawdziwą bratnią duszą. W 1997 byłam w najdziwniejszej relacji z zupełnie nieodpowiednim facetem-wybacz Chris, ale byłeś niezłym psycholem, choć niepozbawionym dużej dozy uroku. Ale przez takie związki każdy kiedyś przechodzi, ważne żeby w nich nie utknąć na całe życie. Teraz towarzyszą mi dwie osoby przy których odczuwam prawdziwą bliskość i szczerość, co jest dla mnie największą wartością której nie sposób przecenić.
W 97 podróży towarzyszył pośpiech, większość rzeczy podziwiałam zza szyby samochodu (dziennie robiliśmy 500-800km). Teraz mam czas smakować to co widzę, powoli przyswajać to co mnie otacza. Zamiast cannabis jest czerwone wino, zamiast Marleya Herbalizer. Oprócz wspomnień mam teraz mnóstwo świetnych zdjęć, Piotrek i Arek to naprawdę wyjątkowo uzdolnieni fotografowie. 10 lat temu robiłam kiepskie zdjęcia swoim foto-idioto, Chris miał dobrej jakości lustrzankę i robił nią dużo zdjęć, ale nigdy mi ich nie przysłał pomimo obietnic- jak sądzę obraził się na mnie, ponieważ nie chciałam spędzić z nim reszty życia na paleniu trawki.

USA, 1997

W 97 spałam głównie w Fordzie który miał tylko kanapę z przodu (opanowałam co prawda do perfekcji spanie z nogami na kierownicy, ale trudno nazwać tę pozycję wygodną), w namiocie na kempingach ubrana w 3 swetry, żywiąc się głownie hot dogami na stacjach benzynowych no i będąc w stanie non stop upalenia trawką. Była to w sumie niezła przygoda, ale przyznaję że wolę spać w komfortowych warunkach mieszkania Piotrka na Beale street, po wygrzaniu się w jacuzzi i pływaniu w basenie, pić dobre czerwone wino i próbować codziennie innej kuchni świata. Chociaż nie ukrywam że z naszej trójki to chyba ja miałam największą ochotę na nocleg w nieogrzewanym namiocie w Yosemite przy –2stopniach, otoczona atakującymi niedźwiedziami... Szkoda tylko że za tę przyjemność żądano 100$.

Ponieważ Piotrek opisał już bardzo szczegółowo, barwnie i trafnie nasze wspólne podróżowanie, ja odniosę się do nazbieranych drobiazgów z którymi kojarzy mi się wizyta w Kalifornii.



Od lewej:
-Przewodnik po SF z mapą której używaliśmy do przemieszczania się po mieście. Niekiedy trochę zawodził, tak jak przy wycieczce do Golden Gate Parku. Jako rasowi Europejczycy chcieliśmy zaparkować przed parkiem i dojść do niego na piechotę. Niestety centymetr na mapie okazał się być 2 milami, a w parku okazało się że można się po nim swobodnie przemieszczać samochodem... Nieco zrezygnowani, z bolącymi nogami doczłapaliśmy do Japanese Tea Garden, a resztę parku zwiedziliśmy po kilku dniach naszą kochaną Toyą.
-Bilet do Cable Carsa, dojechaliśmy nim do Fisherman’s Wharf na samym początku naszego pobytu. Podróż zabytkowym wagonikiem po pagórkowatej ulicy Powell dostarcza niezłych widoków i wrażeń, zwłaszcza jak się stoi na zewnętrznej platformie.
-Bilety lotnicze... Podróż mieliśmy z dwoma przesiadkami, opóźnieniami, turbulencjami-ale dla San Francisco warto przejść przez te trudy, włącznie z odciskami palców zbieranymi po przylocie do Stanów. Ech, przed 2001 zdecydowanie przyjemniej wyglądały podróże samolotem.
-Bilet na wycieczkę do Alcatraz, która zwieńczyła naszą podróż. Udzielił mi się klimat izolacji w jakiej przebywali kiedyś więźniowie, smutne i depresyjne to miejsce... A może i świadomość że już jutro pożegnamy się z Piotrusiem i SF?

-Ulotka ostrzegająca przed niedźwiedziami z Housekeeping Camp w Yosemite, gdzie za namiot bez pościeli i kocy żądano 89$, i jest to najtańsza opcja noclegu w tym parku narodowym. My w końcu zanocowaliśmy w legendarnym Muir Lodge „Extra Blanket”, 30 mil za parkiem.
-Przewodnik po Yosemite i bilet wstępu. Park jest olbrzymi i niestety brak nam czasu żeby pojechać na jego południowy kraniec gdzie rosną sekwoje. Rekompensujemy sobie to kilka dni później wizytą w Muir Woods gdzie rosną Redwoods, gatunek drzew osiąga do 370 stóp wysokości (123 metry).
-Ulotka z knajpy Heidi’s gdzie jedliśmy typowe amerykańskie śniadanie (omlety i naleśniki wielkości młyńskiego koła, tosty, kanapki) po noclegu nad Lake Tahoe. Piotr, który ma zwyczaj jeść na śniadanie kubeczek jogurtu jest zbulwersowany wielkością porcji-myślę, że raz na rok takie śniadanie nikomu nie zaszkodzi. Jedzone natomiast na co dzień powoduje że wygląda się jak Amerykanie którzy siedzieli przy stoliku obok-jak monstrualne wieloryby.


Po powrocie z Yosemite i lake Tahoe musimy zrobić pranie. Na Beale street pralki nie ma, wyruszamy więc na poszukiwanie pralni na żeton. Nasze zaufanie wzbudza jedna w gejowskiej dzielnicy Castro, są wolne miejsca parkingowe, a naprzeciwko jest przytulna kawiarenka, w której przy pysznej kawie przeczekujemy kolejne fazy prania, wirowania i suszenia. W kawiarni każdy siedzi z nosem wtopionym w laptopa-muszę przyznać że ten znak czasów nie za bardzo mi się podoba. Ja rozglądam się dookoła, czytam darmowe gazety z ciekawymi ogłoszeniami (new boy in town... 8.5 inches, thick). Zabieram też ulotkę o Klubie dla Lesbijek-Businesswomen. Chociaż jestem absolwentką Gender Studies, przyznaję że koncept takiego klubu nigdy by mi nie przyszedł do głowy. Odwiedzamy też zabytkowe kino z początku XX wieku gdzie obok klasyków takich jak „2001-Odyseja Kosmiczna” ma się odbyć konkurs amatorskich filmów erotycznych. Szkoda że odbędzie się już po naszym wyjeździe. Pornografii nie znoszę, erotykę-uwielbiam.


Kolejnego dnia wyruszamy na zwiedzanie winnic w Sonomie, niestety bez Piotrka który musi być w pracy. Jest piękny, upalny dzień. Doliny, w których znajdują się winnice wyglądają jak Toskania, zatrzymujemy się przy pierwszej winnicy, płacimy 10$ za degustację i przeżywamy rozczarowanie. Wina są zdecydowanie zbyt kwasowe, bukiet też nie zachwyca. Decydujemy się na bardziej przemyślany wybór winnic i ruszamy szlakiem polecanym przez przewodnik Lonely Planet. Winnica Preston Vineyards ma dużo uroku, wina w niej jednak też nie zachwycają, może oprócz Barbery-ale nie na tyle żeby płacić za nią 30$ za butelkę... Kolejna winnica, z tasting roomem w jaskini—Bella, ma lepsze zinfandele niż poprzednie, a totalnie zachwyca nas Late Harvest Zinfandel, o wspaniałym, zrównoważonym i głębokim bukiecie z wyraźną nutą rodzynek. Będzie znakomitym deserowym dodatkiem do deski serów na kalifornijską kolację, którą chcemy urządzić w najbliższym czasie dla najbliższych (Piotrek, dasz radę???)
Ponieważ jest bardzo gorąco, decydujemy się odwiedzić pobliskie jezioro Sonoma. Jezioro jest czyste, przyjemnie chłodzi, jednak po wyjściu wiemy już czemu nikt oprócz nas się nie kąpie. Nasze stopy pokryte są małymi, czerwonymi pijawkami...udaje nam się na szczęście ich szybko pozbyć i wyruszamy do miasteczka Geyserville gdzie chcemy zjeść lancz. Niestety włoska knajpa Santi polecana przez Lonely Planet kończy serwować lancz o 14, przyjeżdżamy za późno. Na pocieszenie odwiedzamy pobliski tasting room gdzie można degustować wina z kilku najlepszych winnic. Próbujemy 3 różnych sangiovese, aż 6 zinfandeli i 3 merloty. Kupujemy dwa pyszne zinfandele, jeden jest tak rewelacyjny, że decydujemy przeleżakowac go do naszej następnej rocznicy ślubu.
Jak nietrudno się domyślić jesteśmy już mocno pijani, koniecznie musimy coś zjeść. Kupujemy w pobliskim deli kanapkę z pieczoną wołowiną, sałatkę ziemniaczaną i pyszne marynowane oliwki. Arek ostatkiem sił dojeżdża do winnicy Stryker Sonoma, gdzie w pięknym ogrodzie z widokiem na winne pola jemy późny lancz i usiłujemy wytrzeźwieć. Decydujemy się na ostatnią degustację, ale szczerze mówiąc nasze kubki smakowe odmawiają już współpracy-wszystko smakuje tak samo. Trochę zmęczeni i bardzo rozanieleni wracamy do SF, Arek co prawda po drodze narzeka na swoje spowolnione reakcje, ale na szczęście prawo stanu Kalifornia zezwala na aż 0.8 promila.


Tutaj przedmioty najcenniejsze, z wyprawy na Big Sur i Monterey, w którym obchodzę swoje urodziny. Big Sur robi na mnie jeszcze większe wrażenie niż 10 lat temu, im człowiek starszy i bogatszy w doświadczenia tym więcej zauważa i docenia. Dlatego wcale nie tęsknię do czasów kiedy miałam 22 lata (może tylko za tymi kilkoma kilogramami mniej;), najlepszy czas w moim życiu zaczął się przed trzydziestką i tfu żeby nie zapeszyć, trwa do dzisiaj. Niebieską wstążką obwiązany był prezent od P i A-wspaniały album ze zdjęciami SF-„Mystical San Francisco” wydawnictwa San Francisco Chronicle. Moje zdrowie pijemy Margaritą w rewelacyjnej meksykańskiej knajpie (okładka menu na dole po lewej), ale o jedzeniu będzie szerzej w kolejnym wątku. Po kolacji robię sobie zdjęcie na tle pomnika Johna Steinbecka, jednego z moich ulubionych pisarzy, na Cannery Row (od tej ulicy wzięła nazwę jedna z jego powieści, okładka na górze po prawej). Po kolacji relaks w jacuzzi w tonach atakującej nas piany o zapachu granata, i niestety powoli skrada się smutek, bo przypominamy sobie że już niedługo czas wracać....

Chciałam tu złożyć olbrzymie i gorące podziękowania dla Piotrka za to że zaprosił nas i ugościł w San Francisco. You rule man, and are very, very best!!! Była to najlepsza podróż w moim życiu, i to dzięki Tobie. DZIĘKUJĘ!!!

A na koniec coś dla łasuchów i małe preludium do następnego wątku-łakocie, które przywieźliśmy do Polski.


Od lewej od góry: syrop klonowy, uwielbiam ten smak, do naleśników, tostów francuskich, lodów. Kiedyś dostałam od byłego chłopaka Billa na Gwiazdkę pół galona (prawie 2 l!) syropu z Vermont, moim zdaniem lepszego od kanadyjskiego. San Franowy Safeway posiadał jednak tylko taki-na pewno też będzie pyszny. Dalej mix masła orzechowego i galaretki winogronowej, kultowe amerykańskie smarowidło do pieczywa, dalej kalifornijska marmolada pomarańczowa-przysmak Arka, niżej od lewej flan-przepyszny meksykański deser, jedliśmy go w Monterey. Dalej kultowe dla mnie cukierki Jelly Belly w nieziemskich smakach (arbuz, pina colada, cappuccino, mus czekoladowy, popcorn z masłem i inne szaleństwa). I na koniec coś, od czego Arek dostaje obłędu i co kupiłby za każde pieniądze-cajeta, czyli meksykański wynalazek-karmel z koziego mleka. Gucio też pokochał ten smak!

Tuesday, October 2, 2007

Muzyka Miasta

"Muzyka miasta - to oddech miasta...


... Nie dla wszystkich dostęna, jak najwyższa kasta...


...To pot ludzi ciężko pracujacych...


...To choroby ludzi od nich konajacych...


...Muzyka miasta i jej proste założenie...


...Stopa to grzech, a werbel wybaczenie...


... Ilustruje natchnienie tych co chcieli pisać...


...Odrzucili opcję o nich na ulicy słychać....


... Miasta Muzyka w domu ona żyje...

...w radiu odpoczywa, przekaz w sobie kryje...

...Miasta muzyka gorycz zycia przełyka, probemów dotyka, nie boi się rozglosu...



...To jest nowa droga wyjścia z chaosu. Muzyka w miście tak jak my w rzeczytwistości...



...Trzeba nabrać ostrości w patrzeniu i pisaniu...


...W tej sytuacji schodzimy do drugiego planu"


Piotr Vienio Wieclawski "Muzyka Miasta" Molesta Ewenement


Tutaj muzyka miasta miesza się z oglosem tramwai, samochodów, zgiełkiem ulicy, rykiem syren policyjnych, z angielskim, hiszpanskim, rosyjskim, polskim. Tak jest zawsze na Powell street pod Cable Carsami oraz na rogu Czawrtej i Market street.

Sunday, September 30, 2007

Szukając siebie..czyli wizyta Arka i Gosi

still under construction

Dwa tygodnie minęły jak jeden dzień...dwa tygodnie a wrażeniami można by obdzielić przynajmniej pół roku mojego warszawskiego życia. Od czasu, gdy odebrałem Arka i Gosię z lotniska SFO nasz wspólny pobyt w tym mieście stał się przedziwną podróżą w czasie i przestrzeni. Każdy dzien był trochę inny, coraz bardziej emocjonalny, każdy dostarczał coraz to nowych wrażeń. Zbyt dużo tego wszystkiego, by móc o tym dzisiaj w jednym podejściu do
klawiatury napisać. Na szczęście umówiliśmy się, że wszyscy opublikujemy swoje wrażenia na blogu niezależnie i tym samym damy jakiś szerszy obraz tego co się przez ten czas działo...

Ja zaczynam...

Pracy już dawno nie traktuje jako sposobu na odmierzanie czasu. Odkąd pracuje w biurze, strasznie wieje nudą, każdy dzień z grubsza wygląda tak samo. Każdy, ale nie tamten!18.09.2007-dzień, w którym odwiedziła mnie Gosia z Arkiem. Pamiętam te momenty podekscytowania i radości, gdy jechalem BARTem na lotnisko. Znów będę mógł się cieszyć osobami, które stanowiły o kształcie mojego minionego zycia, znów będę miał dla siebie pierwiastek warszawski, znów będzie z kim pogadać o czymś więcej niż o pospolitym bla bla bla, ale czy znowu będzie tak jak dawniej?



W drodze na lotnisko...to juz tylko chwila ;-)

Lotnisko 18.09.2007 godzina ok.22

Rzuciliśmy się sobie w ramiona, dotarli! Są w San Francisco! Cali i zdrowi, choć nieco zmęczeni ;-) Pierwsze trzy dni pobytu to raczej walka z jet-lagiem i zwiedznie miasta. Kiedy ja siedzę w biurze Gosia z Arkiem zliczają tzw.kanon San Franowy, czyli cable carsy, fishermans wharf, union square, no i Yerba buenę w porze moich lanczy ;-) Wszyscy tak naprawdę czekamy na piątek, wtedy odbieramy wynajęty samochód i wyruszamy w podróż za miasto. Niepokoje się trochę trzecim dniem Jet laga u Arka i Gosi, ja nie znosilem tego tak źle...Na szczęście trzeci dzien byl ostatnim "przespanym"...Ruszamy ;-) Z tego okresu naszego wspólnego pobytu zapamiętam radość pierwszych dni i kolację w Chinatown "u Wampira". Tak nazwaliśmy naprawdę legendarne miejsce, pod którym nocami ustawiają się kolejki gości chcących sprobować najlepszej chińskiej kuchni w okolicy. Bardzo dobra knajpka z charakterem - niewielu kelnerow decyduje się na zabranie menu klientowi sprzed nosa, gdy dowiaduje się, ze jest on w tym miejscu pierwszy raz. Zaufaliśmy i sie opłacilo! Tuż obok znajduje się bardzo ciekawy budynek, we wnętrzach którego kręcono "Wywiad z Wampirem". W tym okresie pojawialy się też liczne problemy i dylematy na skutek telefonów z Warszawy, bałem się że to może zepsuć radość naszych kilku wspólnyh dni.

21.09- 24.09.2007 Yosemite park, Lake Tahoe

Dostaję smsa "zgadnij jaki mamy samochód? Nam się podoba, Chociaż ty możesz
być zawiedziony ;-)". Nie trafiłem z odpowiedzią. Myślałem, że bedzie to jakiś amerykanski klasyk, lub bmw. Na rogu mission i 5tej stoi...Toyota rav4.Faktycznie, trochę się zawiodlem. Po pracy wsiadamy w nasze nowe wozidełko i ruszamy w kierunku Point Reyes. Pierwsza probka kalifornii! Kręte górskie serpentyny, Ocean w dole, zachod Słońca na horyzoncie. Dojeżdżamy do Stinson beach i decydujemy się na powrót z powodu migającej rezerwy. Mistyczne widoki Kalifornijskiego wybrzeża były dla mnie pierwszą zapowiedzią niezapomnianych przeżyć.

First touch of California...

Bo życie nasze...


sklada się z...


cudownych chwil...


i pięknych momentów...

Wracamy na Beale street, po dordze robimy zakupy jakich do tej pory jeszcze tutaj nie robiłem ;-) Przekonuję Gosię i Arka do obejrzenia Pitbulla, serial bardzo nam się podoba i decydujemy się na download dalszych odcinków. Ekipie towarzyszy ostatnio spory rozgłos, dlatego w okienku "wyszukaj" wpisujemy także ten tytuł. Mija noc, budzimy się i wyruszamy na zachód do Yosemite National Park. Co prawda ten temat wymaga osobnego posta, ale ja postaram sie tylko powiedzieć na szybkości to co warto zapamiętać i co chcialbym sobie powspominać jeśli za kilka lat wpadnę na pomysł przecztania jeszcze raz not-so-close'a. Sam Park jest ogromnie wielki i zróżnicowany jeśli chodzi o atrakcje, ktore zafundowała turystom natura! Są ogromne drzewa, góry, majestatyczne widoki, wodospady, osuwiska, jeziora, ośniezone szczyty. Wszystko to podane jest w takiej formie, że ja jako czlowiek pozbawiony kompleksu bycia fizycznym ułomkiem czułem sie wobec potęgi natury malutki jak ziarenko piasku targane najmniejszym nawet podmuchem wiatru. Obrazy ktore tam widzialem, są tym co możesz zobaczyc czasem w Polsce, tylko jest jedna rzecz. Tutaj wszystko musisz pomnozyc razy dwa, lub pięć.







G claims that this is perfect place to dive...she's always right...

Choć sam park przywitał nas deszczem, brakiem rozsądnych miejsc noclegowych i filmami o niebezpieczenstwie czekającym na turystow ze strony tutejszych brunatnych niedźwiedzi wszyscy zgadzamy się razem, że była to niezapomniana przygoda! Muir Loge i wszystko co się po dordze wydarzyło zapisujemy po stronie legendarnych miejsc i sytuacji. Niezapomniane przeżycia!

Extra Blanket ;-) i od razu znajduje się w czołówce "the best of..."

Aż łza się w oku kręci, gdy człowiek konfrontuje te wspomnienia z beznadziejną perspektywą przsemijalności czasu. Wpsomnienia - to jedyne co daje nam nadzieję. Pitbull i ekipa do snu.

Lake Tahoe.

Była to pierwsza okazja do wyjechania na chwilę poza Californię.To legendarne jezioro znajduje się na granicy dwóch stanów, Nevady i Kalifornii właśnie. Miało to byc nasze pierwsze wspolne nurowisko, ale okazało się, że nie jesteśmy należycie przygotowani na tak niską temperaturę wody. Odpouszczamy.

To nie Lake Tahoe co prawda, ale rownie zimno.... ;-)

Chcemy wynająć łódź motorową, ale tą atrakcję zamieniamy na podróż dookoła jeziora. Nie żałujemy! Na parkingu w South Lake Tahoe poznajemy Polaka, który pracuje tam od roku. Ruszamy w podróż dookoła jeziora. Szczęki zbieramy z ulicy za każdym razem, gdy zatrzymujemy się na parkingu kolejnych punktów widokowych. Kulminacyjnym punktem podróży wydaje się być Dom przy Fleur Du Lac, w ktorym kręcono "Ojca Chrzestnego". Nie prawda, kulminacyjnych punktów było jeszcze wiele, rozmowy o życiu w atmosferze zrozumienia podczas drogi powrotnej do SF to nieocenione chwile. Co zapamiętamy? Wszystko co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, miało tak nieobliczalny charakter, że z latwością wpisuje się na karty legendarnych chwil, które będą wspominane wyjątkowo cieplo-zupełnie nie po fińsku ;-).
Pitbull i Ekia na zakończenie ;-)

25.09-27.09.2007 San Francisco i okolice

Zapamitam niemiły wtorek w pracy, w ktory to wtorek "wrzucono" mnie nieprzygotowanego na spotkanie z architektami. Trudno, trzeba było dać radę, zauważylem też, że takie próby juz mnie tak nie stresują. W ogóle przeżywam delikatny kryzys w pracy zawodowej. Potrzebuje więcej adrenaliny a nie kolejnych godzin w biurze (to naprawdę smutne w kontekście mojej przyszłej publikacji na blogspocie). Całe te trzy dni to w głownej mierze nasze życie "po godzinach", czyli genialny wieczór w japonskiej restauracji o nazwie "Sushi Bum" ;-) wśród rozstawionych tależy z naprawdę dobrą japońską kuchnią. Zapamietam smak zupy Misu i bardzo dobre Sushi Maki i Nigiri. Najcieplejszym momentem tych trzech dni byl wypad do Muir Woodsa, czyli parku krajobrazowego, w którym rosną najwyzsze drzewa (choć nie wiem czy swiata) tzw. Red Woodsy. Ciekawe dyskusje, duzżo smiechu i celowe zignorowanie nakazu opuszczenia parku po 19stej okazało się dobrą miksturą, by nazwać ten wypad klimatycznym. Gosia z Arkiem w tym czasie odwiedzają także winnice w regionie Sonoma i Napa. Dostaję smsa "Życie jest piękne" i mimo, że siędzę w pracy naprawdę w to wierzę. Po ich powrocie wybieramy się na Twin Peaksa i podziwiamy z jednaj strony wzgórza - zachod Slońca nad Oceanem, z drugiej zaś wieczorne życie San Francisco.

Widok z Twin Peaksa

Gosia i Arek są juz bardzo dobrze oblatani po mieście. Kanon San Franowy już dawno zdążyli rozszerzyć o dzielnicę homoseksulaitów Castro, Golden Gate Park, Richmond, Sunset i kilka etnicznych, kolorowych i oryginalnych dzielnic. Owocem tych wypraw poszukiwawczych są...owoce morza. Niezapomniane kolacja w miłym klimacie i dlatego tuz obok legendarnego wareckiego indyka trafia do pantenonu niezapomnianych wieczorów!



Kapitan na pokladzie! Czyli Kapitania noga w nowych pantsach. Prawdziwy skarb ;-)


28-29.09.2007 Big Sur, Monterey

Weekend zaczynamy od obejrzenia mojej przyszłej kwaterki. Mam możliwość zamieszkania z kolegą z pracy. Denis pochodzi z Hong-Kongu i jest pracoholikiem...Bardzo doceniam jego poświęcenie w pracy, ale na obecnym etapie zycia poszukuję rozwoju na innych plaszczyznach swojego ja.W mieszkaniu panuje niesamowity nieład. trochę mnie to zniecheca, ale odpowiedzi jeszcze nie dałem. Dziś wreszcie po miesiącu tulaczki po obu Amerykach do San Frana dojechał Ronin (ten sam Ronin z Warszawy). Co prawda nie mogę się z nim zdzwonić, ale jeśli uda mi się z nim nawiązać kontak mam nadzieję, że damy radę coś Wspólnie znleźć. Marcin jest odróżnikiem i myślę, że jest dalece ciekawszym roommatem niż zanurzony w pracy, aczkolwiek sympatyczny azjata.Arek i Gosia mają podone opinie, ale ostatecznie zgadzamy się, że jest to dobry plan ewakuacyjny. Następnego dnia rano, wyruszamy w kierunku Monterey. Niestey moje emocjonalne slabości i narastające poczucie nadchodzących chwil rozstania wprowadzają trochę niespokojny nastrój. Zamknięcie w Toyocie rav 4, przemierzając Kalifornijski szlak widokowy numer 1, poruszamy się po niebezpiecznych rejonach naszych osobowości, ale naszczęscie znamy się nie od dziś i w momentach krtytcznyh potrafimy obrocić to wszystko na swoją korzyść. W takim właśnie kryrtycznym momencie uratowalismy naszą podroż po Big Sur'ze, który jest dla mnie absolutnie mistycznym miejscem! Wielka atentyczna sztama na krawędzi urwiska. (poniżej zdjecie zastępcze) .

Wilka kalifornijska sztama!

Jest to autentycznie miejsce, które odkrywa przed turystą swoje uroki w sposób
bardzo przemyslany i z zadziwiającą konsekwencją. Powoli, bardzo stopniowo, nie
pozwalając wydobyć z siebie najmniejszego jęku zawodu. Kolejne Vista pointy kładą na łopatki poprzednie, nie można pozostać obojetnym na te widoki. Gosia wróciła tu po prawie 10. latach, to nadało także odpowiedni klimat naszej urodzinowej podróży.

Big Sur 1
Big Sur 2

Co mnie nie dziwi, coraz częsciej (czyli często) pojawiają się verbalizowane
przez Arka i Gosię uczucia tęsknoty z Guciem czyli synem. Bardzo im tego
zazdroszczę. Wreszcie przyglądam sie "normalnej", zdrowej rodzinie, cieszę się
z nimi ich szczęściem. Martwią mnie tylko momenty, w ktorych wspominaja o powrocie...widać Amsterdam wciąga nie tylko mnie :-( Mimo wszystko zgadzamy się, że Big Sur jest wielki! Po drodze zaliczamy Santa Clarę, ktora budzi w nas mieszane uczucia. Arek i Gosia są zawiedzeni, ja czuję delikatne satysfakcję. 15. lat temu decki desek skatebordowych pochodzące z tego miasta były absolutnym olimpem i czymś tak samo mistycznym jak Levisy 501 czy pierwsze nagrywki zachodniego MTV na VHSie. W sumie Santa Clara wygląda mniej więcej jak Mielno w środku martwego sezonu. Nic ciekawego, na dodatek wesole miasteczko, ktore dominuje nad krajobrazem promenady pogłębia jeszcze dziwny klimat opustoszenia i dodaje miasteczku niezbyt atrakcyjny odpustowy klimat


Santa Clara - powrót do przeszlosci...na ławki i pod bloki

Monterey, czyli hołd składamy Gosi.

Monterey i obiecany kalifornijski Księżyc, ktory dziś świecił tylko dla G.

Ten dzień jest w ogóle wyjatkowy. Dziś G. obchodzi swoje urodziny ;-) Ona jest entuzjastką Steinbecka. Kto czytał Tortilla Flat, wie o czym teraz mówię. W samym mieście spotykamy się z żyzliwością policjantów i jemy absolutnie mistyczną kolację w Meksykanskiej restauracji. (opis wkrótce ;-) ) Chcialbym przypomnieć sobie za kilka lat te wszystkie smaki, widok za oknem, nasze rozmowy i postać kelnera - Estebana. Absolutnie profesjonalna obsluga w wykonaniu bardzo doświadczonego meksykanina, wyglądającego jakby rodem z fimlow Quentina Tarantino. Zarabia dobry napiwek za niezłomność, kulturę i rzetelność. Widać po nim przynajmniej 30 lat w zawodzie. Respekcik.

Wznosimy toast za G. i popijamy Margaritę.

Meksykańska uczta!

(Na opisy jedzenia w ogóle musicie poczekać nim Warszawa upora się z powrotnym jet-lagiem ;-) ). Trochę czuję się glupio, wiem ile G włozyla starań w nasze imprezy urodzinowe, które były naprawdę gigantyczne. Mam uczucie, że cokolwiek bym zrobił nie dorosnę do jej talentu organizacyjnego. Zabraklo trochę czasu i mojej spójności emocjonlanej. targany sprzecznymi przemysleniami, narodzilem sie w tym miejscu na nowo. Twierdzę jednak, że urodzinki G będziemy pamiętać bardzo, bardzo ;-) i długo, dlugo ;-) Przepraszam i dziękuję za wszystko! Wpisalem w albumie "Wsród bliskich czas tak szybko mija, ale nie przemija". Wierzę, że zapamiętamy tamte chwile. Cale szczescie dzis juz wiem, ze Jubilatka jest zadowolona z tego kolorowego i niepowtarzalnego dnia! Ufff...Cale szczescie ;-)Zapomnialem dodać. Pitbull na zakonczenie dnia ;-)

W Monterey po cichu odliczamy już godziny do oddania naszej dzielnej Tojki. Powiem szczerze - bardzo ją polubiłem. Sprawowała się bardzo dzielnie i była naszym drugim domem. Przejechaliśmy nią ponad 2000km w ciągu zaledwie 8 dni. Chroniła nas przed deszczem i zimnem gór, nocą, brakiem ewentualnych noclegów i biletów komunikacji miejskiej. Zalatwilismy dzieki niej naprawdę sporo spraw! Wielkie Dzięki! ;-)

Chociaż z drugiej strony wiem, że w momencie jej oddania przezyliśmy największy kryzys...Trudno - żelazo chartuje się w wysokich tempreaturach. Czasem (tzn. jeszcze) nie potrafie się inaczej zachować, musiałbym sie chyba gdzie indziej wychować. Przepraszam.
Kilka chwil później jacuzzi i basen, znów wprowadzają rozluźnienie, ekstremalna radość płynie z każdej strony. Arek jest naprawdę w tym wszystkim wielką osobowością. Szacuneczek ;-).

29.09-30.09.2007 Alcatraz, Beale Street, SFO

Alcatraz to naprawdę długo wyczekiwana atrakcja, którą juz na początku wspólnych podróży
zarezerwowaliśmy sobie na sobotę. Znów tykający zegra daje znać o sobie, ale bez przesady. Mowimy po prostu szczerze o wielu trudnych kwestiach. To lubię...bez cukru i ładnych opakowań, choć wiadomo...niektóre prawdy często trudno przełknąć ;-) (Dajemy radę mimo wszystko!). Alcatraz od 1963 roku jest naprawdę dobrze zarabiającą na siebie maszynką.

Alcatraz

Wtedy to własnie najslawniejsze więzienie stało się własnością Parku Narodowego Golden Gate i otworzyło swoje mroczne cele dla licznych rzeszy turystów. Strasznie klimatyczne miejsce z wyrazistą przeszłościa i naprawdę profesjonalnym opakowaniem! Podróż po więzieniu zajmuje około 2 godzin, ale ja najbardziej zapamiętam wspolne chwile w sali jadalanianej, w której sobie na chwilę przysiedliśmy i robilismy zdjęcia stóp ;-) Ostatnia podróż z G i przewodniczką opowiadającą o próbach ucieczki z więzienia, statek, nocny spacer, chińskie jedzenie, zinfandell i jacuzzi nadają charakter tym ostatnim wspólnym godzinom.

Arek jest najlepszym portrecistą jakiego znam...Alcatraz - widok na spacerniak

Ostatnie widzenie...jadalnia Alcatraz.
Naprawdę mamy 5 minut dla siebie.

Zabawne jest, że z tego tygla emocji i odwołań do przeszlości udalo sie zrobić coś tak niesamowitego. Potwierdza się stara reguła, że piekne chwile nie przychodzą na zawołanie, one po prostu znajdują ludzi, którzy są na nie gotowi. Wspolne nurki w basenie przy wpsaniałym słońcu to już ostatnie chwile nim poczułem przygnębiający ścisk w gardle... Dziś na lotnisku czułem się tak, jakbym żegnał sie drugi raz z najbliższą mi rodziną...Żegnał, ale tak naprawdę nie wiem na jak długo. Na Beale stricie ponura cisza i nieznośny porządek...Chcialbym żeby znów było jak wczoraj, jak tydzien temu. Utrata rodziny...obliguje nas do znalezienia rodziny...Nowej rodziny. Jestem na to gotowy, chyba do tego doroslem w Monterey. Ja też się tam urodziłem na nowo. Dom musi być wypełniony smiechem. Nie zapominam o Was, zobaczmy się w Warce! :-) Jesteście moją najbliższą rodziną (for sure). Trzymajcie kierunek na Frisco!

Pozdrawiam i dziękuję!

Coraz bardziej dochodzi do mnie, ze wyprawa do San Francisco to tak naprawde podroz w poszukiwaniu siebie...

Mimo, ze Beale Chata jest juz legendarna, odczuwam lekkie podekscytowanie z powodu zbliżającej, się wyprowadzki...Tyle sie tu wydarzylo w tak krótkim czasie, ale za duzo rzeczy ma tu emocjonalny podtekst. Jacuzzi to juz nie to samo...zamiast śmiechu jest milczenie...Dobrze, ze wpadł Ronin z kolegami na male piwo.

P.s. pozdrowienia dla EjjjjDablju, która moze być w szoku i moze byc na mnie trochę zla.

Friday, September 28, 2007

100 lat !!!

Wszystkiego Najlepszego Kalifornijskiej Jubilatce !!!
Boczne drogi, winnice i górskie serpentyny Kalifornii... nawet Księżyc - Dziś należą do Ciebie !!!


WP & P


- Beale chata, Kalifornia 2007, tuż po północy -

Sunday, September 23, 2007

Technika-na-lia, czyli...

Dziś tylko kilka informacji w formie instant:

- Podróżujemy z Gosią i Arkiem po Californii i Nevadzie, więc nie mamy czasu na pisanie niczego na notsoclosie,
- Popijamy winka, pale ale'e, Sierra Nevady i różne takie tam. Zajadamy się amerykanskimi wersjami sea foodsów i jak najbardziej amerykanskimi hambuksami i brakefastami,
- Pomieszkujemy u Chiińczyków i Hindusów (obecnie w niedlaekiej okolicy Lake Tahoe),
- Podrozujemy dzieckiem japonskiej motoryzacji - Toyota rav4 4wd
- Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem Yosemity Park,
- Lake Tahoe ma zaledwie 14-15 st C, ale G uparła się, że musi zanurkować w jeziorze o głębokości 501m (trudno, co robić?),
- Wielebny uparł się na suszony Beaf,
- jutro wracamy do SF, na ciepłą kwaterkę przy Beale Street,
- tutaj też mamy jacuzzi (tyle,że w pokoju ;-) ),
- Muszę kupić nowe buty (naszczęscie Timberlandy kosztują tu tylko 50$),
- Oglądamy Pitbulla (ma moc) i Ekipę (syfek, ale jakoś dajemy mu szansę),
- Muszę kupic nowy filtr polaryzacyjny ;-( Hoya zostala...zgubiona(jakosć zdjęć w najbliższym czasie moze zauwazalnie sie pogorszyc-sorrki, ale juz znalazłem nowa na e-bayu),
- pozdrawiamy Pana z Muir Lodge (Panie, oddaj Pan nam naszą poduszkę!!),
- Arek Twierdzi, ze gdyby byl Gubernatorem stanu CA, prawdziwie wloskie espresso byloby obowiazkowym zestawem w kazdej przedroznej knajpce-dura lex sed lex!,
- pozdrawiamy Gucia, Dwie Basie, tych co nad Pilicą i tych co w UK i PG też ;-)
Aaaa... i pozdrowienia oczywiscie dla Kero i Lysego, ktorzy są w Hrvatskiej! Pamietajcie! Lignie na zaru i rakija - bez tego nie wracajcie! Dubrovnik rządzi!

-Bessos dla EjDablju!
- Kejt! Pozdrowienia z Fińskiej sauny!

Lake Tahoe 23/09/2007

Thursday, September 20, 2007

Patrz płynie...

Minuta za minuta, dzień za dniem, rok po roku...
Mam czas na rozmyślanie o przemijalności ludzkiej egzystencji. Rozumiem swoją słabośc i małość. Nie mogę zrobić nic, żeby czas chociaż odrobinę zwolnić, żeby go zatrzymać. „Jutro to dziś tylko wczoraj” czas odmierzają kolejne poranki, godziny w pracy, spotkania ze znajomymi, baseny, weekedny, rozmowy. Tak było w Warszawie, dziś w klepsydrze zamiast tych warszawskich ziarenek czas odmierzają rozmowy na skajpie z rodziną i znajomymi, każda minuta z przyjaciółmi, ktorzy wlasnie mnie odwiedzili, podróże do i z pracy po market street, wizyty w chinatown, pod fisheman’s wharf i nocne sesje w jacuzzi.

Ilekroć „złapię się” z życiem i próbuję przewidzieć jakieś możliwe scenariusze swojego przyszłego bytu, okazuje się że zawsze dzieje się w nim coś nieprzewidzianego, coś czego w najśmielszych wyobrażeniach nawet nie zakładalem...Czas przemija...i nie chodzi mi tutaj tylko o najblizszy tydzień, który chciałbym, żeby trwał jak najdluzej. Nie chodzi o następne miesiące, które chcialbym żeby przebiegły bezboleśnie. Tu chodzi o coś więcej...Niedługo okaże się, że przygoda z San Francisco to odległa przeszłość, że młodośc to już tylko czas przeszły, że czas coś podsumować, że czas odejść...A może ten czas wcale nie jest taki odlegly, może jest on już bardzo bliski? Wiem, że nie moge sobie pozwolić by nie wykorzystać go tak jak najlepiej umiem, nawet jeśli będzie źle, nawet jesli będę sam...


Monday, September 17, 2007

Yerba Buena, czyli trzeba mieć szersze perspektywy...


Wlasnie skończyliśmy popijać piwo z ludźmi z Wrocławia i śmiać się z blogspota fotkipeel (mocno polecam). Z ich opowiesci "na świeżo" o mieście wynika, ze bardzo podoba im sie Yerba Buena....
Moim zdaniem jest ciekawą enklawą, ale jesli chodzi o miejskie przestrzenie zielone to zdecydowanie wolę Ogród Saski w Warszawie (kazdy z Was zna), nie mówiać już o Skaryszeszczaku...( Każdy z Was powinien znać, ale niestety wiem, ze nawet warszawiacy nie znają tego miejsca ;-( wstyd ;-) )
A Skaryszewski jest klasyką! Zawsze spotykam tam jakichś znajomych. Z dziewczyną za dychę idziesz na kajaki przy Wedlu, z kumplami masz mecz na boisku Drukarza, koncerty są w muszli tuż obok, folklor i jedzenie to knajpka u Detka....
Pola Mokotowskie? Odpadają...Nie lubię tej wybetonowanej niecki pośrodku, kikutów bloków wystających znad drzew, grillowych kliamtów tonących w hektolitrach piwa z plastików...

Tak, wolę Yerbę od mokotowskich, a Wy??


Świat sklada się z malych rzeczy,

wielkich myśli (M.L.King monument),


i średniej architektury...


Najwazniejsze w tym wszystkim to mieć szerszą perspektywę...
Czyli wisienka oczywiście na koniec!
-kliken auf dem bild machen bitte, meeen-

P.s. pozdrowienia dla Wroclawia. Ciekawy pomysł na obraczki (podoba mi się)

Hotel Europejski, zuffie odrzańskie, Pan Henio elektryk i suszi na rynku... mam nadzieję jeszcze tam wrocić ;-)

Są tacy co juz zapewne czują reise fieber ;-) Okęcie, Londyn, Detroit, San Fran...w środę lanczyk w Yerba Buean ;-) tak się cieszę ;-) czekam!

Saturday, September 15, 2007

Thinkin' of Tomorrow

Dzisiaj ma miejsce niezwykle ważne wydarzenie.

Mój przyjaciel "od kreski i deski" wraz ze swoją narzeczoną Magdą - dzisiaj formalizują swój związek. Jest jeszcze ich córka Tosia, która zapewne gdyby wiedziała o co dookoła kaman, napewno byłaby dumna ze swoich rodziców ;-)

Przyjmijcie zatem moje życzenia WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO !!!

Oraz te oto kwiatki

Niech Wam się wiedzie szczęśliwie i dostatnio!
Jeszcze więcej powodów do radości na codzień i zadowolenia z Tosi!
Wszystkiego najlepszego dla całej Waszej Trójki !

Cieszę sie razem z Wami !

:-)

GMP Tworzymy potegę !