Thursday, October 25, 2007
Wednesday, October 24, 2007
LA story - klucze /out of topic/
Timothy Naightingale (ang. Naightingale – Słowik) to w rzeczywistości postac inspirowana polskim gangsterem, czyli:
- Andrzej Banasiak vel Zieliński (nazwisko po żonie) pseud. Słowik (ur. w 1960 w Stargardzie Szczecińskim), polski mafioso i przestępca, jeden z przywódców mafii pruszkowskiej, jeden z twórców grupy oraz jeden z jej domniemanych bossów. Wcześniej skazywanyny za przestępstwa pospolite został w 1993 ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę, dzięki domniemanej łapówce w wysokości 150 tys. dolarów, jaką wręczył Mieczysławowi Wachowskiemu i Lechowi Falandyszowi. 23 października 2001 został zatrzymany w Hiszpanii i drogą ekstradycji przekazany do kraju. W 2004 stołeczny sąd skazał go za wymuszenia rozbójnicze na 6 lat więzienia. Oskarżony jest o kierowanie swoją grupą oraz o nakłanianie do zabójstwa komendanta głównego policji Marka Papały, za co grozi mu dożywocie.
Jest autorem wspomnień, odsłaniających kulisy działalności swojej grupy. Z książki pod tytułem „Skarżyłem się grobowi” ( i licznych przeze mnie zebranych materiałów ) wynika, ze Andrzej Zieliński to bardzo ciekawa postac. Ksiażkę trudno dostac, ale da się...
John Stitcher (ang.tech. Stitch – Oczko) to tak naprawdę...
- Lider grupy "szczecińskiej" Marek Krużel vel Medvesek "Oczko" rocznik 1954, właściwie: Marek K. – obecne nazwisko przyjął po żonie) – pochodzi z robotniczej dzielnicy Szczecina. Przez wiele lat był bramkarzem w nocnych lokalach, m.in. w Małej Scenie Rozrywki. W latach 90. uchodził za rezydenta grupy pruszkowskiej na terenie Pomorza Zachodniego. Według policji i prokuratury grupa OCZKI rozpoczęła działalność w pierwszej połowie lat 90. Początkowo jego ludzie mieli opanować miejscowy rynek handlu narkotykami i ściąganie haraczy. Później mieli się także zajmować przerzutem kokainy. Według policyjnych ustaleń to grupa OCZKI nadzorowała tzw. północny szlak przemytu tego narkotyku. Z czasem grupa zaczęła inwestować w legalne i półlegalne interesy. ( Ważna postac w świecie przestępczym lat 90tych, ale „pospolity” charakter jego przestępczej działalności sprawia, że jest to biografia, która raczej najmniej mnie interesuje).
Dlaczego?
- Wątek świata przestępczego wplątałem z dwóch powodów: po prostu mnie fascynuje, po drugie niejasne są powiązania Wojtka Frykowskiego z narkotykowym światem przestępczym lat 60tych. Rzekomy niespłacony dług miałbyc jednym z wątków w sprawie morderstwa przy Cielo drive. Charakter tego mordu oraz późniejszej zbrodni na rodzinie LaBianca popełnionej przez tych samych sprawców następnej nocy podważa jednak ten wątek jako wiarygodny motyw sprawców.
Kobiety:
Sonia to po części biografia Abigail Anne Folger (ur. 11 sierpnia 1943 w San Francisco, zm. 9 sierpnia 1969 w Beverly Hills) – amerykańskiej spadkobierczyni wielomilionowej fortuny kawowej oraz członkini wpływowej i prominentnej rodziny potentatów kawowych Folgers. Pracownik socjalny, aktywistka społeczna i polityczna.
Samej Sonii trzeba by szukac gdzieś na Malcie, taką przynajmniej ją poznałem. Dla mnie to imię to synonim wielkiej miłości jaką dazył Sonię moj życiowy przewodnik – prywatnie przyjaciel Antek M. Oczywiście wszytskie wielkie milości, także ta podążają w tym samym kierunku...
Daty:
Na koniec data 6.03.2011. będzie to ósma rocznica nieudanej, wspólnej akcji policji i grupy antyterrorystycznej w podwarszawskiej Magdalence. Podczas szturmu na posesję przy ulicy Środkowej 11, gdzie ukrywało się dwóch przestępców zginęło dwóch policjantów a przeszło 17 zostało rannych. Jest to hołd złożony poległym tam atekom, ale także wyraz szacunku dla wojskowego wyszkolenia przestepców. Mimo oblężenia nie poddają się do końca. Oficjalna wersja ich zgonu to zaczadzenie, jednak w rzeczywistości oboje giną śmiercią samobójczą.Wysadzają się granatami. Cieślak tuż przed śmiercią dzwoni do narzeczonej i mówi jej, że szkoda mu tylko psów, które przebywają w mieszkaniu. Ostatni raz mówi, kocham Cię. Pikus natomiast wzorem żołnierzy specnazu zaciska w pięści karabinowy pociskk na znak, że żywego go nie dostali.
Poza tym jest to ukłon w kierunku serialu „Pitbull” a w szczególności jego ostatniego odcinka.
Jest też drugie dno tej aluzji...jest to bowiem data urodzin Andrzeja Wajdy, która to postac wiąże się poniekąd z osobą... Bartłomieja Frykowskiego (ur. 9 marca 1959 w Łodzi, zm. 8 czerwca 1999 w Wyszkowie) - operatora filmowego, syna Wojciecha Frykowskiego zabitego w 1969 r. przez sektę Charlesa Mansona.
Frykowski pracował przy Ogniem i Mieczem oraz Panu Tadeuszu.
Zginął od ran zadanych nożem w nocy z 7 na 8 czerwca 1999 w posiadłości Karoliny Wajdy w Głuchach (w dworze rodzinnym Cypriana Kamila Norwida). Prowadzący śledztwo uznali, że była to śmierć samobójcza. Dziwne, ale wiele dowodów i akt sprawy poginęło, a chłopaka znaleziono przebitego sztyletem na wylot...kto tak by potrafił się urządzic?
Poza tym porównajcie te daty...8.06.1999 oraz 9.08.1969...te same liczby w innej kolejności...
BF to także ojciec Agnieszki Frykowskiej, znanej w Polsce z udziału w popularnym reality-show Big Brother.
Pojawiają się też inne autentyczne miejsca i osoby, ale są to zbyt bezposrednie „kalki” rzeczywostości, więc o nich zapominamy....
Tuesday, October 23, 2007
Los Angeles - My City of Angels
Ale najpierw dokonam wybiegu w przeszłośc...
"Pozwólcie piekarzom wypiekać chleb..."
Stylowe kozaczki i fura. Na siedzeniu obok skóra, na skórze też skóra. Ja-współczesny kowboj za kierownicą stalowego potwora o nieokiełznanej mocy. Ona -zakochana w swoim jeźdźćcu. Jej czarne swą głebią oczy- zapatrzone w swojego lubego. Jego -zimno stalowe wbite w jeden punkt na czarnej nitce przed maską jego rumaka....Czas niby mija odmierzany opadającą wskazówką czujnika paliwa. To jednak tylko ubywające paliwo, czas w tej chwili jakby w ogole nie istniał. Jedziemy razem. Ja i ona. Przed nami tylko droga, za nami zapomnienie.Teraz tylko spokój i porozumienie. Porozumienie jego nogi z pedałem gazu i jej czarnych oczu z jego martwym wyrazem twarzy.... ona i on,Bonie i Clyde, ja i ........
Tak to mniej wiecej widzę, tak to sobie wyobrażam...bez słów bez zbędnych tłumaczeń, że nie zależy jej na dobrach materialnych, ze nie dba o kasę, że chce tylko Ciebie. Choć Oboje dobrze wiedzą, że stalowy ogier, który teraz wiezie ich w bezkresną dal po czarnych spiral plątanine, ułatwił jej podjecie decyzji, że kasa , za ktorą kupił jej pierwszego drinka , gdy się poznali pozwoliła jej zwrócic na niego uwagę.....Teraz wie ile dla niej znaczy - nie samochód, nie kasa - choć to one jej to uswiadomiły. Oboje o tym wiedzą, ale żadne z nich o tym teraz nie mysli, nikt nie stara się odpowiedzieć sobie na pytanie za co przeżyli te wszystkie wspólne poranki , dni i wieczory.....Nikt sie nie stara odpowiedziec, ale też nikt nie chce nawet zapytać.......
Warszawa 2002-2004
"...A marynarzom wypływać w morze..."
Slońce świeci prosto w twarz, wiatr o ile w ogóle wieje, leniwie przelewa się po wzgórzach i spływa na Mullholand drive, w głośnikach słychac Flame’a i jego koncertową wersję. Spogladądam na nogawkę spodni. Ehhh, cholera! blue jeans no logo-moje ulubione, wlasnie ubabralem smarem w warsztacie. Odruchowo zachaczam okiem o buty Mercanti Fiorentini i usmiecham się sam do siebie- to juz trzy lata minęły od kiedy kupiłem je w Frisco, a one wciąż są w dobrej formie. Za to lubię dobre rzeczy, starzeja się szlachetnie. Głośniki promieniują radością.
“Flame – you’re my flame for life
The 1st problem – we didn’t even care
The 15th problem – something in the air…”
Kocham słuchac ten utwór, gdy jeżdzę po wzgórzach Malibu. Rosally coś o tym wie...
“O szyt!”rzucam okiem, na mankiet białej koszuli Zegny (rozpiętej koniecznie na 2. guziki). Że też nie miała sie gdzie upieprzyc! Ehh Rosally, tak mi się odwdzięczasz?
“Still got your number – on my mobile phone
And some of your habits – when I’m all on my own
I smoke too much, drink too much, read too much – every night
You’re my flame – flame for life”
Spiewam razem a Anita i Johnem jadąc Mullholan drive, dobrze ze nikt tego nie slyszy. Jedynie Rosally, ma pojęcie co za koncerty czasem się tu odbywają... i dobrze! Tylko ona ma tyle cieprliwości by tego wszystkiego wysłuchac....
You’re my flame....hmhmm, spiewam namiętnie, coraz mniej kontrolujac to co na drodze.
Płomień dogasa w cd, a ja przełączam się na tuner...Beck i „I’m a looser baby”, drugi raz dziś słyszę tą piosenkę, dziwne... Po Becksie „Girls” i Beastie Boys – gorąca klasyka, znów zatarcam się w spiewie, pedał trochę mocniej w podłogę.
Wyskakuję zza zakrętu przy rezydencji Ravenscroftów o mało nie wpadając na lśniące, czarne ferrari 599 Fiorano.
Dzwięk klaksonu, odwraca moją uwagę od muzyki i brudnego mankietu. Spoglądam w kierunku uśmiechniętego od ucha do ucha kierowcy....i nie moge uwierzyc „ Jack, what the heck??” W lusterku widze juz tylko rozswietlone swiatla stopu i czarna sylwetka samochodu znikajaca za zakrętem...Nie zdążylem mu nawet odmachnąc reką na przwitanie.
A jednak czarny! Jack Ty wariacie!
No nie! Śmieje się sam do siebie.
Jack nigdy nie miał motoryzacyjnego wyczucia, wiec ucieszył się gdy dowiedzial sie, że mam na tym punkcie bzika. Od pół roku chodził i marudził mi cos o zmianie swojego dotychczasowego samochodu. Nie do końca wiedząc od czego zacząc, czego szukac, gdzie znalezc cos co ma odpowiednią prezencję i charakter. Ale doskonale wiem, że tak naprawdę szukał czegoś co podgrzeje jego notowania w biznesie. Zapewne szukał też nowego wabika na kobiety i ja mu mialem w jego znalezieniu pomoc.
Przychodził do nas często z wizytami, zagadywał, Pytał, probował wysądowac, szukal porady...W koncu żal mi się go juz zrobilo. Byl tak podniecony jak dziecko nową zabawką. Wiedziałem, że muszę mu ją w koncu podsunąc pod nos, nim jego zniecierpliwienie osiągnie moment, w którym mnie do konca znienawidzi.. Odpowiedz moja byla prosta...
- Kup sobie Ferrari!
- Daj sokój, czwarte na naszej ulicy-odpowiedział zawiedziony?
- To kup Lambo, a poza tym nie czwarte... Pierwsze. Kazde jest jedyne - dodałem.
Nie był ustaysfakcjonowany odpowiedzią.
- W końcu naprowadziełm go na odpowiedni trop. 599 Fiorano?
- Ucieszył się, bardzo gdy mu pokazałem katalog- spodobał mu się ten model od razu.
- Przez następne dni zaczął latac ucieszony jak dziecko, przychodził do mnie i cieszył się pilnie informując o każdym postępię w ściaganiu tego modelu z Europy. Przyszedł pewnego razu i zastrzegł, żebym nikomu nie mowił, że kupuje nowy wózek. To ma byc zalatwione po cichu- to ma byc taki hot touch, rozumiesz Pete?
- Rozumiem Jack, odpowaidałem za kazdym razem, gdy mnie o to prosił.
- Teraz jedynym problemem pozostał kolor- powiedział
Gdy mnie o niego zapytal, udalem zdziwienie
- no wiesz? Jedyny słuszny Rosso Corsa..
- Uśmiechnał się i odpowiedzial
tak, tak jedyny słuszny corsea powtórzył...
heh, to skubaniec! A Jednak wybrał czarny, choc powiem szczerze. Teraz ten kolor wydaje mi sie nawet lepszy dla niego.
Ehhh Jack- westchnąłem. Dats yt wariacie!
Podgłaśniam muzykę, przełączam sie na cd... wracam do Flame’a.
Podjeżdzam na podjazd domu przy Ledgewood drive 1240, otwieram drzwi do domu , wchodzę do salonu, mijam Sonię i witam ją gorącym pocałunkiem.
- Cześc kochanie,
- Czesc,
- rosally juz sprwana?
- tak, to była tylko mala naprawa.
- Mała, ale wiesz ile ostatnio nas kosztuje nerwów. Kupilbyś sobie w końcu jakiś lepszy samochód. Ten mercedes ma juz 30 lat. Jeździłam nim jeszcze na studia....Aaaa i dzwonil Jack, prosił żebys do niego zadzwonił jak tylko wrócisz. Ma chyba jakąś ważną sprawę, strasznie był podekscytowany.
- Ok, zadzwonię, zadzwonię, chyba wiem o co mu chodzi...Poza tym lubię Rosally, wiesz 450Sl to wciaż bardzo dobry model...
Tak, ale nie rocznik 81, poza tym czas coś zmienic!
- Nie wiem w ogóle dlaczego oddales mi ta 500tkę? Przecież chciałam, żebyś miał czym jeździc.
- Nie lubię tych nowych modeli, poza tym do Ciebie ona pasuje lepiej...ślicznie w niej wyglądasz, lubię patrzec jak nia podjezdzasz pod dom.
- Ej Pete, Pete. A moze czas wrócic do pomyslu Monicque?
- porozmawiamy o tym pozniej, ok?
- Ok, właściwie muszę już leciec, właśnie umówiłam sie z Fioną.
Jutro mamy dress rehesal, musimy przedyskutowac ostatnie szczegóły kostiumów dla aktorów. By the way, Masz jakąś korespondencję z Europy. Położyłam Ci na biurku.
- dzięki, kostiumy na pewno będą świetne, lec juz.
- ok, będę pod wieczór, ok?
- ok
- pa, kocham Cię,
- wiesz, ze ja też...
- wychodząc z domu, zaczepilem ją jeszcze...
- Sonia!
- odwróciła się
- be carefull
- usmiechnęła sie i zniknęła w swojej czarnej pięcsetce.
Poznaliśmy się z Sonia półtorej roku temu w Los Angeles na konferencji„ Let’s talk about ARTchitecture” w La Phil Center.




Sonia jest scenografem i choreografem w Los Angeles, pracuje głównie dla przemysłu filmowego w Hollywood. Ma wielką slabośc do architektury, chociaz dyskusje o niej tamtego wieczoru w LA z łatwoscia zamieniła na noc w pokoju hotelowym. Od razu się polubiliśmy! Gadaliśmy przez pierwsze trzy miesiące o wszystkich sprawach tego świata. Łatwo się dogadywalismy i błyskawicznie łapaliśmy porozumienie. Nie jest to takie oczywiste, Sonia jest ode mnie o 11 lat starsza. To zabawne tylko raz w swoim życiu byłem z młodszą kobietą. Poza tym łączy nas wszystko. Oboje mamy totalnego świra na punkcie Włoch, mielismy nawet tam wspólnie zamieszkac, ale z tamtąd trudno zarabiac tutaj poważne pieniądze...Narazie wiec zyjemy w Californi. W rezydencji z podjazdem i widokiem na Beverly Hills. Pięknie tu, zupelnie jak we Włoszech, więc cieszymy sie tym co mamy tu i teraz.
Stojac przy okniewyjściowym na taras, przypomnialem sobie o sprawdzeniu poczty w komputerze.
Podchodzę do biurka, uderzam touchpada i komputer blyskawicznie wyswietla maila od Jacka.
Peter, zadzwon do mnie jak najszybciej musze obgadac z Toba szczegóły tej scenografii dla Paramount Picture. Mamy to!!
Fiu, fiu, jest!! Mamy to!
Otwieram szufladę biurka, na dnie leży moje currculum vitae.
Wizytówki moich kolejnych pracodawców.
Mercury Engineering - asystent projektanta – Rejtana 17
Arup - Mechanical Engineer, Królewska 16
Arup - Mechanical Engineer, 901 Market Street
GMP – Design Studio - Malibu.
W końcu po związaniu się z Sonią mogłem sobie na to pozwolic. Własne biuro projektowe, projekty w tempie i formie, która mi bardzo odpowiada. Do tej pory zrobiłem kilka małych prac, głównie detale architektoniczne dla naszych sąsiadów i znajomych Soni oraz jakieś drobne szkice kilku niezrealizowanych scenografii do filmów.
Największym projektem jak dotąd, który przyniósł mi jako taki rozgłos była aranżacja atelier pewnego marszanda z Norwegii, który współpracowal w Europie z Henningiem Olufem (obawiam sie, ze mógł byc też jego kochankiem).
Ale co mnei to wlasciwie obchodzi?
Na ekranie monitora pojawia się komunikat „1 new message”, klikam na okienko.
„Maybe we should visit Colooshkee next week??
I love you. Your Sonia”
Sonia naprawdę ma ubaw, gdy mówię o San Francisco - per Koluszki. Od momentu, gdy pierwszy raz przybyłem do Los Angeles czasem zdaża mi się taka złośliwośc w stosunku do Frisco. Sonia kocha tą wymowę i naprawdę bawi ją ta nazwa.
Podnoszę słuchawkę, wybieram numer do Jacka.
- Hej Stary,
- Hej Peter, jak leci?
- Ok, właśnie wróciełm z warsztatu z Rosally,
- Wpadnij dzisiaj, mam naprawdę dobre wiadomości. Mike Keil z Paramount, powiedział mi że chce żebys robił inscenizacje do jego nowego filmu. Stary mamy to!
- Wpdanij do mnie do biura do Universalu, ok? Poza tym juz chyba widziałeś! czarnulka doatrała!!
Wygladałeś na lekko zszokowanego. Myslalem, że wylecisz z drogi jak mnie zoabczyłeś. Hehehe
Jest okazja! Wpdadnij koniecznie, cos wypijemy!
- ok, wezmę Jacka Daniellsa.
- Ok, ale myslalem dziś o czymś specjalnym. Może weźmiemy Berettę i postrzelamy trochę na hali?
- no stary, lubię takie propozycje!
- no to do zoabczenia wieczorem,
- do zobaczenia, trzymaj sie stary!
- zadzwonie po 6 pm. Ok?
- ok
- cu
- cu

Jack Doberstein jest wpsółproducentem kilku znaczących produkcji w Hollywood, ma tez swoje małe studio w malibu. Poza tym siedzi w branzy od dosyc dawan, ma znajomych i kontakty, lubi imponowac malolatkowm na ulicach. Jest inzynierem, chyba dlatego sie polubilismy. Dwoch inzynierow w branzy zupelnie nieinzycnierksie. Od razu sie dogadalismy. Poznalismy sie przez Sonie na jedej z imprez na Ledgewood.
Na ostatnie urodziny dostaem od Jacka piekaną Berettę 87 cheetah, ale niestety muszę ją trzymac z dala od domu i w tajemnicy przed Sonia. Ona ma niesmaowity uraz do broni. Jej ojceic zginal kiedys zastrzelony we wlasnym domu, clakiem niedaleko stad przy cielo drive.
Ojciec Soni był potentatem kawowym lat 70tych, zostawial Soni pokaźną fortunkę i ten dom przy Cielo.
Sonia sprzedala go i przeprowadzila sie do Ledgewood. Niejasne sa kontakty jej ojca ze swiatem przestepczym, ale wiadomo, ze bywali u niego na imprezach różni ludzie. Sam widziałem zdjęcia na których bez trudu rozpoznałem Timoth’yego Naightingale’a czy John’ego Stitchera. To normalne, że światy wielkich pieniędzy sie przenikają. Nie masz na to rady, dla mnie to zrozumiałe, ale Sonia niechętnie wraca do tego wątku. Z tamtych lat został jej sentyment do Mercedesów. Jej ojciec był wielkim entuzjastą tej marki, ona sama raczej kojarzy tą firmę z czasami kolorowego dziecinstwa, oraz z czymś co pozostało jej po ojcu i rodzinie... Dlatego nadal utrzymujemy Rosally przy zyciu...
Ale jak dlugo? Lubie jezdzic na Poinsettia place 1229. mieszka Tam Mark, świetny i oddany mechanik samochodowy. Znał jeszcze ojca Soni i od tamtego czasu utrzymuje nasze samochody w doskonałej kondycji. Zna Rosally od dziecka, Sonię z resztą tez, ale Mark ma juz swoje lata i chyba powoli jest zmeczony pracą, wygląda an to, że nie ma na to juz wystarczająco sil, to chyba czas na zmiany.
Skoro sama Sonia, dotąd niechętna, dzis juz otwarcie mowila o Monique...
-Monique! Na poczatku powtarzala z wyzrutem i zloscila sie na mnie.
Mowila, ze nie bede przy niej nazywal swoich samochodow imionami byłych kobiet...
Wybuchłem smiechem! Sonia, naprawdę nie przypominam sobie, bym spedził chociaz jedną noc z Moniką Belucii. Come on...- odpowiedziałem...
- Odpuscila, usmiechnale sie i sama zaczela ja tak nazywac.
- Otwieram katalog na siodmej stronie. Ferrari 330 Gt 2+2 z 1964 roku to jest wlasnie Monika.
Salon ferrari w modenie, przysłał mi ten katalog dwa tygodnie wczesniej. Na moją prośbę znalezli go u swojego stałego klienta we Francji, który po 36 latach zdecydował się sprzedac wreszcie ten model. Przebieg 17000mil, co dla Soni jest jedynym argumentem w nierownej walce o Moinkę. Wiecie, ona jest jeszcze starsza od Rosally. Ferrari ma taki program lojalnosciowy. pomagają swoim klientom także po zakupie auta, staraja się budowac i utrzymywac te relacje w jak najlepszej kondycji. Staram się ją przekonac sonie tego samochodu.
Odchodze od biurka,
Włączam stereo.
Niemożliwe, znów Beck „I’m a looser baby, so why don’t you kill me?”
Przełączam na inną stację, to juz trzeci raz dzisiaj a to dopiero południe. Spokój mysli burzy refleksja ‘what’s the fuck?! Is that a fortune teller?” Dla uspokojenia wrzucam „Ginger jumps the fence” herablisera.
Podchodzę do biurka, biorę do ręki list, o ktorym mówiła Sonia. Nad adresem i moim nazwiskiem rozpoznaję od razu charakterystyczne logo Florence Institute.
Fiu, fiu, ilez ja tam lat juz nie bylem? Pytam sam siebie.
Podchodze do jacuzzi, włączam hydromasaż, zrzucam koszulę.
Otwieram kopertę, wyciagam zaproszenie...
Instutut Florencki ma zaszczyt zaprosic Pana na Cykl wykładów i dyskusji panelowych, które odbędą się w Budynkach Instytutu Florenckiego na San Domenico di Fiesole dnia 6 marca 2011roku. Tematem przewodnim zjadu jubileuszowego uczynic mamy zaszczyt „Loenardo - the Architecture of the genius”.
Odkładam list na biurku, wskakuję do wody, ufff, lubię to odprężenie, ciepło i przyjemnie...
- Instut Florencki, powtarzam sam do swoich mysli....może będzie okazja zobaczyc Monique na własne oczy....
-Instut florencki..hmmm
Ciekawe czy Ewa maczała w tym palce?
Mullholand Drive-Los Angeles-San Francisco 2007
Bohaterowie...czyli udział wzięli lub nie.
Cielo drive 10050
Rezydencja na Cielo dr 10050 zbudowana w 1944 roku przez francuskiego aktora MicheleMorgan’a ulokowana była na działce o powierzchni 3 akrów (12,000m2). Jest to niezwykle atrakcyjna działka na wzgórzach Los Angeles z widokiem na Sunset Boulevard i Ocean Spokojny. Rezydencja zaprojektowana w stylu charakterystycznym dla fracuskiech wiejskich stodół/stajni (ang. Barn. sic!) posiadała dodatkowo dom dla gości oraz basen.
Historia tego miejsca wiąże sie z takimi nazwiaskami ja Lillian Gish, Cary Grant, Henry Fonda.
W 16969 rezydencja była zamieszkiwana przez polskiego reżysera Romana Polanskiego i jego żonę Sharon Tate. Miejsce to zyskało złą sławę po głośnej masowej zbrodni popełnionej przez członków sekty Charlesa Mansona o nazwie „Rodzina”, w której ofiarami padli Sharon Tate, Wojciech Frykowski, Abigail Foler, Jay Sebring oraz Steve Parent. Zdarzenie to mialo miejsce 6 sierpnia 1969 roku.
Cielo w języku włoskim oznacza Niebo (przyp. socool)
Dalsze losy rezydencji wiążą się równiez z takimi nazwiskami jak Marilyn Manson oraz z zespolem „Nine Inch Nails”, w której to rezydencji zespół nagrywał swoje płyty.
Dom zburzono w roku 1994 a adres rezydencji został zmieniony na 10066 Cielo Drive.
Nowa rezydencja została nazwana Villa Bella – i jak miałem się okazje osobiście przekonac – pozostaje ciągle w budowie.
Retrieved from "http://en.wikipedia.org/wiki/10050_Cielo_Drive"
Wilshire Boulevard
W liście do matki z 30 grudnia Hłasko podaje swój nowy adres: 10504 Wilshire Boulevard m. 103, Los Angeles, California
W tym miejscu dzisiaj stoi kościół/sanktuarium. Adres zniknął z mapy świata.
A moze niedokladnie szukalismy?
Poinsettia pl 1229
W maju Hłasko otrzymuje prawo stałego pobytu w USA i związaną z nim możliwość podejmowania legalnej pracy. Zmienia adres: 1229 N. Poinsettia Place, Hollywood, California.
Dla mnie niesamowite miejsce. Ostatni amerykański adres Marka Hłaski. Poinsettia to tak naprawde dwie bardzo klimatyczne równoległe do siebie ulice: place oraz drive.
Nas interesuje koncówka ulicy place. Chociaż ustalenie adresu jest niesamowicie trudne. Ulica konczy się w jednym miejscu, by po chwli zacząc się ponownie na krotkim odcinku w miejscu zupelnie innym (z inną zupelnie numeracją). Szukając adresu Poinsettia pl 1229 wrócicie do Polski zawiedzeni. Ostatni najbliższy numer na tej ulicy to Poinsettia pl 1228 (po przeciwnej) i 1227 tuż obok spodziewanego miejsca. Wygląda to jak słaby żart, zacząłem powątpiewac w prawdziwośc materiałów dostępnych w sieci, ale oba adresy Marka posiadam z przedruków jego korespondencji z matką.Czyżby ulica zmieniła kształt i numercję przez te 38 lat?
Bardzo możliwe, ale nie tym razem...
W ustaleniu adresu pomogły mi zdjęcia domu zrobione (byc może przez samego Hlaskę) w 1969 roku. Niewiele się zmieniło...przyznajcie sami.
Poinsettia pl 1229 rok 1969
38 lat później...
Szukając adresu cały czas czułem wielkie podekscytowania, a teraz sklejając pewne fakty i zbierając dokumentację mam z tego powodu ogromną staysfakcję...Po drodze zagadałem sąsiada Poinsettia place 1229, który był bardzo uprzejmym człowiekiem i zdziwił się, że mieszkał tu Marek Hłasko. Ucieszył się, że jestem z Polski, mówił że jakiś jego znajomy robi w naszym kraju interesy. Zaprosił mnie do swojego domu z napisem Historic House. Wiesz kto tu mieszkał –zapytał?
- who?
- Charlie Chaplin, Marylin Monroe...padlo jeszcze jedno nazwisko, którego niestety nie zapamiętałem.
Tu mieszkala MM. W rogu zdjęcia wlaciciel pokazuje okno Charliego.
Niezle sąsiedztwo!! Ciekawe czy to prawda? Marek z pewnością coś na ten temat wiedział.
Zrobiem kilka fotek, pozdrowiliśmy się i pozegnaliśmy.
(W letniej częsci domu podejrzane, wytatuowane typy oglądaly film)
Long / Huntington beach
Kocham LA także za Ocean i szerokie, piaszczyste plaże. Poza tym dobrą pogodę masz tutaj cały rok...nie wystarczy? Dorzucę jeszcze te onirystycznie nierealne, wyrzeźbnione do perfekcji (na siłowniach i stołach operacyjnych) kobiety.
Surf City jest super. Masz tu odjazdowy klimat, super surferskie klasyczne wózki, hippisowskie volkswageny garbusy i transportery T1, customowe choppery i czterokołowe amerykanskie legendy. Poza tym wszędobylski kliamt „hey, whas up budy?” Tutaj poczułem się naprawdę bardzo dobrze. Już cztery osoby mówią mi, że temperamentem pasuję bardziej do NYC lub właśnie LA. Wybieram LA! To jest prawdziwa California – ten styl życia, te miejsca i Ocean !! Nie poczujesz tego w Koluszkach, ale to właściwie dobrze, San Fran jest po prostu inny...

* kurde blaszka! Głupoty mi do głowy przychodzą, tak sobie teraz myślę jak czytam ten tekst ( a 4 lata temu to w ogóle jakaś nizina totalna! to się chyba nazywa postęp...choroby ;-] ). Jeśli ktoś zaniepokojony moją kondycją psychiczną raczy dac mi znac, że już czas podjąc leczenie z pewnością rozpatrzę jego propozycję.
P.S. W tekście oprócz bohaterów, których Wam powyżej przedstawiłem, a także osób i zdarzeń nie do końca fikcyjnych istnieją mniej lub bardziej wysublimowane nawiązania do rzeczywistych sytuacji i zdarzeń z przeszłości, ale to wcale nie jest takie łatwe do rozszyfrowania....Ucieszę się niezmiernie jak ktoś coś zasugeruje.
Monday, October 22, 2007
Wednesday, October 17, 2007
Technikalia czyli keep in touch
- Doszła w koncu przesyłka z Florydy, a w niej jakby to powiedziec?
Take a look...
- Bare 5mm Velocity full wet (po lewej) - na poczatku byłem zawiedziony brakiem manszet na nogach i rękach, ale okazalo sie, że jest tu zaimplementowany system wbudowanych manszet wewnętrznych...Fajny pomysl..ciewkawe czy skuteczny?
Tak to wyglada na mnie...spodobał mi się ten wetsuit...no i oczywiscie ten kolor - czerń, ostatnio moja ulubiona ;-) Jak już dorobie się "suchara" będzie to nadworna pianka do free. Jest wykonana z neoprenu super stretch, co oznacza, że jest to (dla mnie) optimum między free a scuba...Bardzo ładnie leży, nie uwiera i nie krępuje....kupuję!
U mnie niebieskie elementy są czarne ;-)
- Do tego domówilem docieplacz 7mm Bare Arctic, piekny model! Wydłubali dla mnie z czeluści magazynu całkowicie czarny egzemplarz. Osobiście jeszcze nie widziałem takiej kolorystyki. Niestety mam wrażenie, że jest ciut przyciasny, ale trudno...może jakoś się przekonam. Najważniejsze żeby trzymał ciepło i był pancerny na ramionach i nerkach.
- Black Hand - bardzo lubię to logo (ten song również) czyli Bare 5mm gloves...Zobaczymy jak się sprawdzą. Znów zadecydowaly względy estetyczne ;-) Świadomie odwleczony zakup z Zakrzówka.
- Prawie jak AT... czyli kaptur 3mm jako uzupełnienie do velocity 5mm. Ten kaptur zamyka (na dziś dzień) konfigurację sprzętową do free (Na oczach ulubiona "kreska").
Czekam na jeszcze jeden mały gadżet ;-)
Ufff..po trzech latach udało się skonfigurować pełną tarczę przed zimnem...Chociaż fakt, faktem...Ten zakup ze względu na wyjazd świadomie odwlekłem o jakieś pół roku...
Czas teraz to wszystko wypróbować w naturalnym środowisku!
Pozdrowienia dla „Rudego” The Concrete* Man (po polsku Konkret Gość ;-) ).
- Na biurku w pracy od tygodnia stoi desktop o wymiarach trzech położonych na siebie laptopów 13,1”....Małe to skubaństwo, ale bardzo wydajne.
Core 2 w rytmie 2.4 Ghz duo i 2 GB ramu w połaczeniu z Win XP sp2 oraz kartą ATI x1300 Pro mielą 3d jak Mc Gregor kelp. Arup dopiero testuje Vistę na swoich komputerach w Londynie i chyba się nie przekonał jeszcze do tej wersji okien.
Informatyk po skonfigurowaniu sprzętu powiedział „Jak uznasz, ze potrzeba Ci 4 Gigsy Ramu, just let me know”. Luiz jest ok guy - to jest uklad symbiotyczny a nie patologiczny ;-)
Marcin pewnie powiedziałby, że desktopowe Macówki mają rozmiar 5. płyt cd - ma rację..Przekonał mnie dzisiaj ostatecznie do tej platformy.
- Od poniedziałku mieszkam też w zupelnie innej części miasta.
Podoba mi się tutaj. To miejsce jest znacznie bliżej ludzi. Masz tu prawdziwe problemy, prawdziwe życie, dobre knajpki orientalne, autobusy pod ręką i całe zastępy pięknych azjatek...Zakochuje się każdego poranka i każdego popołudnia. Kto też tak by chciał?? Podnieść rękę! P.S. Widzialem Kejt na rogu 4tej i Market pod Old Navy. Kejt nic nie mówiłaś !
No właśnie, na zdjęciach pojawiło się nowe tło, czyli...
Zapraszam Cię do mego świata...Tym razem 9th ave róg Geary. To jeśli byście chcieli googlemapować. G i WP już tu byli :-)
- Lubię poranną drogę do pracy – zmierzam wtedy na wschód ku Market Street...a o tej porze jest to niezły widok jadąc wzgórzami San Franowa...
- Lubię też wstawać rano i coś od razu zrobić...niestety w okolicy nie stwierdziłem jeszcze ani basenu, ani siłowni czy chociażby sali treningowej...
- Powroty do domu niestety są do bani...znam to już z Warszawy. Długo, tłoczno, a do tego bezdomni i szajbusy...Niektórzy wiedzą, że łatwo tracę do nich cierpliwość.
-Tydzień mija przy dźwiękach "Zbuduję flotę zjednoczonych sił" klasyka VooVoo, a "Stary Wagiel" twierdzi, że nie ma głosu do śpiewu- heh skromność ;-). W życiu natomiast niektórzy twierdzą, że nie da się...heh czy to ich słabość ?
- Siostra wysłała mi dziś smsa "Tesknisz za czymś polskim czego nie ma w hameryce?". Odpisuję błyskawicznie "zadzwonię jak mi wpadnie coś do głowy ;-) ". Po chwili wysyłam nastepnego smsa "takk, zostawiłem w Warszawie kórtkę skorzaną, przydalaby mi się tutaj". Nie napisałbym tego za żadne skarby na not-so-closie, ale właśnie robię podklad pod nastepna weekendową wyprawę. Przeglądam prace magisterskie i rozmaite opracowania o Marku Hłasce (który to już raz??). Czytam....
"Rzeczywiście w jednym z wywiadów na pytanie, dlaczego chce wrócić do Polski, Hłasko odpowiedział: ”Ponieważ zostawiłem tam szczoteczkę do zębów”.(...)Jan Galant w swojej książce o Marku Hłasce porusza bardzo ważną kwestię – czy był on rzeczywiście emigrantem? Emigracja jest bowiem ”rozmaicie motywowanym aktem woli. Emigrantem jest tylko ktoś, kto ma świadomość emigranta”. Galant twierdzi, że emigracja jest głównie sprawą wyboru, którego Hłasko nie miał, ponieważ decyzję podjęto za niego."
Jestem Emigrantem...To o tym pisał Henryk Grynberg, o tej Kaliforni, którą niedługo zaobaczę...
* słowniki techniczne ang-pol do łapek!
- Żebyscie nie narzekali na brak ruchów na blogsferze w najbliższych dniach, mam dla Was na weekend mały rebusik...Dwa obrazki tworzą klucz do odpowiedzi.
Nie ma nagród (przynajmniej narazie), czekam na propozycje. Pod/od powiem jak tylko będę w miejscu gdzie można złapać wireless fale ;-)
od lewej: siła, potęga, chaos...
Jak nie na haczyk, to może chociaż na bajer... ;-)
I jeszcze jedno...Nie interesuje mnie rozwiązanie rebusu (tzn. też, ale to dopiero połowa sukcesu). Przede wszystkim powiedzcie mi czy znacie to uczucie, o którym jest w tekście??
A i pamietajcie...Slug to jest to !
Miłej zabawy !
Not-too-close ?? Dyskretny chłód
- z tym Markiem reżyserem?
- Tak, pamiętasz, poznaliśmy go na imprezie u Platonowej.
Teraz realizuje przedtsawienie w Warszawie...
- Przedstawienie...hmm
Za długo się znamy, żebym nie rozponał w tle odglosu przeladowywanej siedemnastki....
- Po co ci Glock na imprezę?
- Wiesz, że lubie się z nim wszędzie poruszać.
- Nie zrób nic głupiego...
- Daj spokój, znasz mnie...
- 9 razy 19 para-wycedziłem odruchowo zupełnie nie czekajac odpowiedzi?
- 9 razy 19 para-odpowiedziala automatycznie...
- a co u Ciebie słychać?
- Wiesz, w sumie niewiele sie zmieniło...
- wszystko ok?
- ok
- a co w pracy?
- Dużo jej ostatnio trochę, wysiadam...
- za dużo obowiązków?
- musieliśmy 'spuscic' dużą sesję dla Gali. Dużo dzwonienia, umawiania, załatwiania. Gwiiiazdyyy...wiesz, nadal kapryszą.
- może czas na wakacje?
- chyba tak, ale nie mam pomysłu...
- może czas gdzieś pojechać? Ponurkować po świecie?
- mielismy jechać, pamietasz? Chorwacja.
- Dostałem urlop na Święta,
- za późno na Chorwację, poza tym mówiłeś, że wolisz pojechać do Meksyku, że nie chcesz przyjezdząć do Polski,
- a Ty nie wolałabyś ponurkować w Cenotach? Wolisz marznąć w Warszawie i składać życzenia świąteczne całej rodzinie? Najpierw na Swięta Bożego Narodzenia a potem na Nowy Rok?
- wiesz co? Muszę konczyć, Marek przyjechał...
-krótka cisza-
- wiem, znajomi Marka z Krakowa...
- Wiesz co? Marek to świetny człowiek...
- Wiem. Mówilem Ci to zaraz po imprezie u Anki...
-cisza-
- ...Przyjedziesz?
- Przyjadę...
;-)
W taki oto zaawoluowany sposób chciałem powiedzieć oficjalnie, że dostałem urlop na Święta i juz zarezerwowałem bilety...do Polski, nie do Meksyku. ;-)
Dla większej zabawy dodam jeszcze tylko:
"Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe".
Adam, miał chyba rację. Nie powinni mi zabierać samochodu. Za dużo rzeczy chodzi mi wtedy po głowie. Dopadają mnie głupie myśli z nienacka i pałam checią nagłej ich realizacji. Wtedy Warszawa, a teraz California. Chodzę ulicami San Frana, zachodzę do azjatyckich knajpek. Jem miskę zupy za 5.75$, wypijam Thai Ice Tea za 1,65$, biorę chusteczkę, proszę kelnerkę o długopis i zaczynam pisać "na szybkości". Osatni raz miałem tak w czeskiej Pradze (pod Petrinem), gdzie zapislaem 9 chusteczek jednym ciągiem wypijające przy tym cztery Staroprameny.
Wychodzę z knajpki złapać autobus. Umówiłem się z Roninem. Rachunek mnie nie interseuje, na blacie zostawiam 15$...mam słabość do ładnych azjatek... ciekawi mnie tylko jedna rzecz...jaka w tym wszystkim jest rola samochodu ?
Interesujące....hmmm, ile osób z Was mogło odnaleźć się w tym przykrótkim tekście? ;-) W sumie to jakby dla Was tekst...za to, że jesteście.
pozdro
sokół - SLZ
Tuesday, October 16, 2007
Big fish weekend...
Zabawa z łodziami zaczyna się dopiero wtedy, gdy wypłyniesz na tyle daleko, że nie widac już lądu a pod sobą i dookoła masz tylko wodę. Nam się to udaje. Za burty wyrzucamy wędki i czekamy na nasz darmowy obiad. W związku z niesamowitym lenistwem ryb, zmieniamy kilka razy miejsce naszych połowów. Cholera, wciąż nic nie bierze. Piotrek opowiada o swojej pierwszej morskiej, nieco szalonej wyprawie z Adrianem podczas ktorej przeprawiają się razem przez deszcze, sztorm i różnorodne przeciwności. Mi serce mocniej zabiło, Adrian to kolega Piotrka z warszawskiej Pragi mieszkający obecnie w NY. Zapowiada się bardzo miła historia, wiadomo....Na Pradze Panie, mieszkają weseli ludzie. Sytuacja przedtsawiała się tak. Chłopaki nie mając żadnego pojęcia o żeglowaniu wpadli na pomysł zakupienia łodzi i wybrania się nią na Ocean. Według relacji Piotrka od pomysłu do realizacji upłynęlo tak mało czasu, ze na Otwarte wody wypłyneli w t-shirtach i krótkich spodenkach...szczerze wspołczuję ;-). Trudno Nam sobie wyobrazic co się tam mogło dziac, ale z opowieści wynika, ze wtedy zadzialaly wszytskie prawa Murphy’ego. Czyli to co się mialo złamac po prostu sie złamało, to co miało odpaśc - odpadlo a to co mialo działac...nie działało. Ostatecznie chłopaki spedzili dwa dni na Oceanie nie do konca wiedząc co się dookoła nich dzieje. Tego mi własnie trochę w życiu ostatnio brakuje – wariactwa.. Nawet jesli po latach mamy tendencje do lekkiego podkolorowania to i tak jest co wspominac...Dzięki mojemu niespokojnemu usposobieniu do dzis z kumplami z kaltki mamy o czym rozmawiac przy rożnych okazjach.

Decydujemy się popłynąc w kierunku skalistego brzegu i tam szukamy swojej szansy na darmowe sea foodsy. Po kilku godzinach plywania po Oceanie i bezradnej obserwacji łatwosci z jaką na sasiedniej lodzi ludzie wyciagaja kolejne rock fishe decydujemy się wypłynąc jeszcze dalej. Cumujemy nieco bliżej brzegu, rozpoczynamy połowy. Menu kolacji otwiera Dorota małym rock fishem. Marcin jakby od niechcenia chwilę pózniej raz za razem wyciąga 4 piękne rybki, w tym jedną dwukrotnie (po udanej dla ryby próbie ucieczki z pokładu)!. Praktycznie zapewniamy sobie kolację w ostatnim momencie. Słońce zaczyna się powoli chowac za widnokręgiem.


Zaliczamy kapitalny zachód Slońca- ja mam okazję po raz pierwszy w zyciu doswiadczy tego zjawiska na Oceanie. Powoli robi się ciemno – ktoś rzuca wracajmy. Szybko orientujemy się, że coś jest nie tak....Tutaj powinna byc zaraz zatoka, a nie ma...i nawet jej nie widac. Sytuację pogarsza dodatkowo szybko zapadający zmrok. Na głowach lądują latrki czolowe a my lądujemy w kelpie (to pływające zielsko wodne- brunatnice – pamietacie ?). Jest ciemno i zupelnie nie widac gdzie płyniemy a jest to o tyle istotne, ze jestesmy bardzo blisko skalistego brzegu, wokół którego rosną całe ławice kelpu. Jest on o tyle niebezpieczny, ze wpływając w niego błyskawicznie wkręca się w śrubę silnika i podnosi stery. Możesz stracic dwie rzeczy na raz, ciąg i kontrolę nad łodzią. Marcin z latarką staje na burcie i staramy się manewrowac łodzią tak, aby omijac te wodne przeszkody. Niestety nie udaje sie to zbyt dobrze. Jest go po prostu dookola zbyt dużo i zauważamy go dopiero w ostatnim momencie, gdy jest już tuż tuż przed dziobem. Kilka razy musimy opuszczac podniesione stery, silnik mieli nieprzerwanie brunatne wodorosty. Mimo panującej ciemności staramy się za wszelką cenę wypłynąc w Ocean. Kiedy w końcu nam się to udaje i pozostawiamy za sobą cąłe hektary pomielonego kelpu zaczyna się kolejan walka. Tym razem ze swellem, który uderzając w burty łodzi wprowadza delikatne zaniepokojenie wśród załogi. Nie wiemy gdzie jesteśmy. Jest ciemno i do tego zagraża nam Ocean. Walka jest nierówna. Musicie wiedziec, że ze swellem da się walczyc efektywnie tylko jeśli go widzisz i jesteś w stanie w miarę wcześnie ocenic jego kierunek i siłę. Nie mamy tej możliwosci, ale mamy kapitana, który wie co mamy robic. Musicie po prostu brac swell tyłem, zawsze wtedy gdy jest to możliwe. Nam sie to na szczęście udaje, czasem jeszcze silnik zduszony wysilkiem daje znac, ze wpływamy w kelp. Myślę sobie, że nie możemy starcic silnika w tym miejscu. Swell miałby przewagę. Decydujemy się na szersze rozeznanie sytuacji. Skoro zawodzi nas intuicja podroznicza, czas odpalic GiePeeSy. Niestety nie możemy potwierdzic naszej pozycji drugim urządzeniem, wiec zdajemy sie na to co pokazuje glowfish. Na szczescie Marcin notorycznie aktualizuje pozycje satelit, więc bierzemy malutki zielony punkcik na niebieskim tle jako naszą aktualną pozycje na Oceanie. Od tego momentu sytuacja wydaje sie byc opanowana. Wiemy gdzie jesteśmy i gdzie mamy płynąc. Jest dobrze, nie ma kelpu, swell traci na sile, my mamy tylko trzymac się z dala od brzegu, żeby nie rozbic się o skały. Udaje się nam to z resztą z powodzeniem. Zapowiadal się mały Stalingrad, ale w tym momencie dochodzi do mnie , że emocji starczyło tylko na te pierwsze 20 minut naszej powrotnej podróży ;-) Siadamy na burcie i gadamy o tym, w którym momencie będzie bezpiecznie obrac kierunek na zatokę. W nocy jest jeszcze fajniej niż w dzień. Wiesz, że łodzią rzuca fala, ale nie wiesz jak duża ona jest i nie wiesz jaka fala podąża zaraz za ta, na którą właśnie złorzeczysz. Nie masz żadnej szansy na równą walkę z Oceanem. Na szczęście tej nocy Pacyfik był dla Nas łaskawy. Mam wrażenie, że nawet gdybyśmy szli na dno, z Piotrkiem jakoś bym to zniósł. Gośc wie co ma robic, a nawet jak nie wie to i tak coś robi – to bardzo dużo. Szczęśliwie nie ma już tej nocy szans na żaden capsize...zapamietajcie to słowo jeśli chcecie...To jest po prostu postawienie łódki do góry dnem. Sytuacja została opanowana - płyniemy prosto na Monterey, wchodzimy do zatoki....i tracimy światła obrysowe. Stoję więc na dziobie z latarką czołową świecącą na czerwono. Wierzycie w prawa Murpheyego? Ja wierzę, brak świateł to jedyne co świadczy o naszej walce z siłami natury, ale przecież padły nie z powodu kelpu czy swella. Jak coś się ma zepsuc to sie zapesuje, przekonuje się o tym kolejny raz, poza tym humory dopisują. Zaraz zjemy złowiony diner.
Na nabrzezu mariny Ronin z Piotrkiem oprawiają złowione okazy i po chwili rzucamy je na ruszt. Fiu , fiu po okolicy niesie się niezly zapach. To znów była udana kolacja (Dorota jest kolejną osobą ekipy na odpowiednim miejscu). Po szkle do gardła spływa Seagrams extra dry...rozmawiamy, śmiejemy się, ja głównie słucham. Znów mam okazję uczyc się od satrszych – korzystam. Pokladam sie ze smiechu, gdy slysze opowiesci z cyklu "podaj tasmę" (nie chodzi o film, ale tez nie za bardzo wiem jak wytlumaczyc niewtajemniczonym o co chodzi). Zasypiam i jest to jedna z najlepiej przespanych nocy w ostatnim czasie.
Rano chłopaki wypływają dinghy na połowy ryb, domyślam się, ze mają tam świetne widoki i dobrą zabawę. Mamy ze sobą kontakt radiowy. Ja wstaję nieco później i siadam sobie na nabrzeżu. Słońce, ciepło, morze, zapowiada się naprawdę miły dzień. Lato w pełni...a to przecież pora zimowa u bram!

na Oceanie zawsze dmucha
Wypływamy łodzią w poszukiwaniu halibuta, rzucamy przynęty, ale tym razem Ocean spycha nas do Mooringu .Gwałtowne zachmurzenie i wiatr dają mi do myślenia jak łatwo sytuacja z miłego leżakowania na łodzi może zmienic się w mało atrakcyjną walkę z przeciwnosciami i siłami natury .
Nóż w wodzie
Ten weekend upłynął pod znakiem niezrozumiałych do końca relacji. Na łodzi każdy miał swój jakiś problem do załatwienia, od rana w sobotę widac bylo że Kerownik źle zaczął dzień, na łodzi toczyły się też jeszcze inne rozgrywki. W niedzielę atmosfera gęstniała z każdą godziną. Na szczęście Ocean i wiatr w żaglach odcięły mnie od tego zupełnie. Z resztą kto miał się cieszyc tą wyprawą na pewno nie był zawiedziony. Na koniec Piotrek opowiada na łodzi o życiu i przygodach w Californii, mam podobny mindset, w życiu musi się coś dziac, też nie lubię wiedziec co czeka mnie jutro. Znow milo posluchac. W końcu decydujemy sie na powrót do San francisco, Piotrek odstawia nas pojedyńczo za pomocą dinghy na nabrzeże. W trakcie tej krótkiej podróży dziekuję mu za kolejny weekend, było warto...wyjechac z kraju by poznac nowych ludzi.
Kerownik at work, czyli nasz „Kaowiec” (animator kulturalno-oświatowy)P.s. Własnie się dowiedzialem! Szok! Trzymam kciuki za pewien projekt "w klimacie"! Trzymam tak, aż do krwi.
16.10.2007
Respekt dozgonny dla G i WP za najmniej oczekiwany prezent w moim życiu ;-) Total !
Monday, October 15, 2007
Ulica Śreniawitów
Ponoć tego samego dnia pękła gdzieś szyna na trasie Warszawa - Otwock, a ja mam z wrzeszczącą mordą zaraz przywitać świat. Ale teraz jeszcze nie wiem nic o urokach podróży koleją, pękniętych szynach, Papieżu Polaku...to ostatnie chwile gdy ktoś o takie rzeczy martwi się za mnie...
Tak bylo 27 lat temu ;-) Urodzilem sie na Pradze.
Update 9.35pm:
Dzień dobiega konca...Czas na refleksje.
Respekt dozgonny dla G i WP za najmniej oczekiwany prezent w moim życiu ;-) Total ! Wbito mnie w podlogę tą przesyłką.
Prawdziwe, ręcznie skręcane. Kto mnie zna wie, że mam slabosc do takich detali. Lubię i czasem pozwalam sobie, jednak tylko w trakcie specjalnych okazji. Do tego belgijskie czekoladki i stylowa obcinarka. Mam nadzieję, że bedzie moim dozgonnym towarzyszem w kazdej takiej specjalnej okazji. Wszystko podane w bardzo ładnej formie.
i Rum...
czyli prezent, ktory sam sobie zrobilem. Prawdziwie wloskie rzemiosło na najwyzszym poziomie. Buty w kolorze capalbio rum. Po miesiącu chodzenia, podziwiania i przymierzania...
Dziekuję jeszcze raz Wszystkim, którzy się tu wpisali, wysłali maila lub zlozyli zyczenia osobiscie. G, WP, KERO, EjDablju, Kejt, Kordian K, Baśka B, EG & reszta rodziny, GieeN, Affan i KZ ;-) Thanks to all !!!
A po pokoju roznosi się właśnie zapach czekolady Kirklanda...ajjj. W tle 17sty Pitbull-Klasyka!
Friday, October 12, 2007
Manual of freediving...
Fragment "Opowiadań z Warszawą w tle" autor Piotr Balas
W San Franie nurkowie nie mają latwo...Ocean jest zimny, zatoka niezbyt atrakcyjna a poza Bay Area najblizsze jezioro z bazą nurkową w okolicy to chyba Lake Tahoe. Czyli nurasy maja tutaj pod przyslowiową "nurkową górkę".
Jesli jednak będziecie juz w San Franie i jestescie zdeterminowani by ponurkować to polecam sprawdzić te adresy.
Najblizsze downtown centrum nurkowe, które znajduje sie w Sausalito (na pólnoc od miasta), po drugiej stronie Golden Gate'a to harbordive.
http://www.harbordive.com/
Tutaj z kolei macie centrum nurkowe na poludnie od San Francisco, jeszcze na pólwyspie, niedaleko San Jose,
http://www.diverdans.com/
a tu kolejne w Monterey...i ono wlasnie wyglada najrozsądniej ;-)
Tam chcę ponurkować.
http://www.mbdcscuba.com/
Mozecie tez odwiedzic stronę
http://www.sanctuarycharters.com/
i sprobowac nurów w National Marine Sanctuary...
no to glebokosci i zapasu w butli (płucach) ;-)


















...nie na wczasy... 
















