Monday, November 5, 2007

Les Enfants Terribles

**under construction**

Weekend jak zwykle zaczyna się w piątek po pracy…

Tym razem ubijamy uczciwy interes z Enterpisem. Bierzemy zamiast zarezerwowanej Kii, samochód o prawdziwie amerykańskim rodowodzie. Biały pick-up dodge Dakota z silnikiem V8. Czyli mnożymy rozmiar samochodu razy dwa a cena na fakturze pozostaje nadal ta sama. Okazuje się, że rozwijam się na niwie motoryzacyjnej tu w Kaliforni. To co było europejską rutyną, czyli: cztery cylindry, przedni napęd, szesnaście zaworów doprawiam tutaj w ciągu kilku zaledwie miesięcy szczyptą emocji w postaci: napędu na dwie osie, automatyczną skrzynią biegów, rzędową szóstką, następnie tą samą szóstką w systemie v a na koniec bulgoczącymi ośmioma cylindrami (znów rozwartymi względem siebie w ukladzie V). Nadal jednak czekam i marzeniem dla mnie wciąż pozostaje 12 piekielnie mocnych, wyrywających się do startu włoskich rumaków z Maranello.
Odbieramy samochód i od razu udajemy się do Ikei na małe zakupy, które pozwolą nam przetrwać, które pozwolą mi powiedzieć o sobie - posiadacz pierwszego swojego biurka, pierwszej swojej deski do prasowania, sztućcy, talerzy...Pakujemy graty na pick-up'a i
odwiedzamy „Naszych” w San Hose. Piotrek i Marcin są mocno nakręceni „Szeregowcem Ryan’em”, więc włączamy TV, płyta ląduje w odtwarzaczu, kanały lewe, prawe, centrum, sub, wsyztsko gra! No to siadamy, oglądamy i komentujemy. Gadamy o życiu, wojsku, zyciu, wojsku czym tam jeszcze nie pamiętam. Wiem już, że chłopakom głowy gotują się na samo wspomnienie tytułu tego filmu. jednak czas nagli, z trudem opuszczamy mieszkanie Piotrka, tam zawsze czuję się dobrze…

Sobota.
Wreszcie jest czas odespać nieprzespane weekendy. Pobudka około dziewiątej! Na dziś plan przewiduje odwiedzenie: Sacramento (stolicy stanu California), więzienia w Folsome (dając tym samym upust mojemu zboczeniu i dziwnej satysfakcji wynikającej z obcowania z zakaldami penitencjarnymi) oraz winnic w Sonomie i Napie.
Czuję luz słonecznego poranka…pierwszy raz widzę swoją okolicę, w której mieszkam przy świetle słonecznym.
Ciekawi mnie tu bardzo wiele rzeczy. Domki wiktoriańskie, niszowe sklepy orientalnych mniejszości narodowych (także polski) i miejsca spotkań wyznawców różnych wierzeń. Myślę sobie, że największą głupotą ludzkości jest marnowanie czasu na walki miedzy religiami. Wszyscy modlicie się do tego samego Boga…nienawiść, pieniądze, miłość. Po co komplikować? Wyjeżdżamy z miasta.

W dordze do Sacramento mijamy siedzibę Autodeska, ktora niespodziewanie wyrasta zza zakrętu autotrady na wysokości San Rafael. Wyobrażacie to sobie?! Tam wysyłałem wszystkie error raporty przez te wszystkie lata nie wiedząc nawet, ileż one po całym swiecie się muszą natułac nim dotrą w to niepozorne miejsce na zachodzie Kalifornii! Czuję deliaktną satysfakcję. Tak, widziałem Autodeska! Po drodze zmieniamy plany. Nasze zaciekawieni budzi baza wojskowa Travis i znajdujące się w niej muzeum lotnictwa. Oczywiście jednogłośnie godzimy się na wrzucenie prawego kierunkowskazu i zjechanie w kierunku bazy US Army.
Procedura jest prosta, ale wymagająca. Zdjęcie, prawo jazdy, umowa wypożyczenia samochodu / dowód, social security number. Czy masz to wszystko by poczuć satysfakcję z przebywania w amerykańskiej bazie wojskowej? Z trudem nam się to udaej….hmm, muszę nauczyć się swojego sociala, bo widzę że to faktycznie bardzo ważny numer.
Dostajemy permit. Pierwszy raz w swoim zyciu jestem na terenie należącym do armii obcego państwa…Podekscytowanie? Nie, raczej ciekawość…P.s. Przypomnijcie mi za kilka lat jeśli zapomnę -> W bazie wojskowej można spotkać niesamowicie eterycznej urody azjatki i mulatki…Dajcie mi mundur! Chcę zobaczyć ten sznur!

Niegrzeczni chłopcy noszą proce w kieszeni…

Samo muzeum przypomina mi dwie moje ostatnie wizyty w Szkole Orląt w Dęblinie.
Jedna z nich była niezwykle przyjemna i tak naprawdę miała miejsce podczas mojej jedynej (jak dotąd) ucieczki z domu, podczas której wujek Edek zabrał mnie do Dęblina, Maciejowic (kto pamięta ten niedzielny odpust pod kościołem, no kto?) i Kozienic (mistrzowska przeprawa promowa)…Chyba bylo warto ;-)
Druga eskapada to zimowa wycieczka do Kazimierz z „Dziwną Anią”. Wtedy myślałem, że moje życie się uspokoiło ;-) Zawsze w takich momentach jestem w cholernym błędzie ;-)
Jednak samo muzeum jest o wiele ciekawsze niż to, które zapamiętałem z Dęblina.
Jest tu naprawdę dużo ciekawych eksponatów, do których można wsiąść, które można zwiedzić i które można podotykać.
Na mnie duże wrażenie robi bombowiec B52. Tak zapamiętajmy tą nazwę B52.


MD ?


B52 - czyli panie pilocie, została dziura w ziemi po pana samolocie...

Jak to było na tym kursie??

Niebieska potem czerwona czy czerwona a potem niebieska??

4000m n.p.n. , B52, ale ja już Panstwu dziękuję...

Prawie jak Chrcynna...

Panie Kaziu, Pan mje łaskawie podjedzie tu tem wózeczkiem...baby missile

baby nuke...
Proszę mi podać taśmę...

W tym momencie chciałbym pozdrowić wujka Ediego, który naprawdę byłby zachwycony tym co tutaj można zobaczyć. Pomyślałem też o nim podczas tej wcale niekrótkiej a zupełnie ciekawej wizyty. Wujek jest w sumie ok., ciekawy osobnik w skali całej mojej rodziny. Ma swoje zainteresowania, pasje ale i trochę niepotrzebnych stresów. Pozdrawiam z CA i życzę więcej spokoju!

Ruszamy dalej, chyba oboje z Marcinem czujemy że plany uległy nieznacznej zmianie.
Kierunek Sacramento. Kierunek wschód a jednak Wild, Wild West.
Podczas pobytu w Sacramento przezywam załamanie Stanami. Rozmyślam nad tym co tu widzę i nie jest mi zbyt wesoło, nawet zdjęcia mi nie wychodzą.
Ja po prostu nie czuję klimatu dzikiego zachodu i pierwszych lat zdobywania Ameryki.
A tu chodzę po miasteczku, które ma klimat i wygląd, który przypomina mi westerny oglądane dawno, dawno temu na czarno-białych telewizorach Junost.

Wild...

Wild... West...
Odwiedzamy muzeum kolejnictwa (pozdrowienia dla Krzyśka Pogłóda), które powoli przekonuje mnie do tego miejsca. Jest tu naprawdę dużo eksponatów, ale nadal czuję ten dziwny klimat „American dream”, czyli peanu na temat "zobaczcie jak amerykanie budowali swoją potęgę!". Najgorsze, że ten pean śpiewają sami sobie chłopcy w kowbojskich kapeluszach. Po wyjściu z muzeum jest już tylko lepiej.


Może umówilibysmy się gdzieś na mieście ??

Miasteczko poza tym historycznym kawałkiem ma też swoje „moje” klimaty,
Znów wiem, że jestem w tej Kalifornii, którą lubię. Klimatyczne domki, podmiejska zabudowa, równo przystrzyżone trawniki i charakterystyczne palmy.

Zdroje uliczne czyli to czym jest dla mnie Kalifornia


Zdobywamy Koloseum, pod którym poznajemy grupkę Niemców, długa sesja zdjeciowa budynku, słońce przypomina, że znów czas wracać. Światłomierze aparatów nie radzą sobie ze zmrokiem – the session is over. Pierwszy raz od dłuższego czasu sobotnią noc spędzę w San Franie – dziwne uczucie.
Ostatni puunkt naszej sobotniej podrózy, dla niektorych ostatni punkt zyciowej podrózy...
Folsom - legendarny penitencjał, winnice Napy i Sonomy nie tym razem.

Wsiadamy do samochodu i udajemy się w kierunku Koluszek.
W głośnikach słychać „If you go to San Francisco” a my akurat dojeżdżamy do Sausalito. Dziwne (śmiejemy się z Marcinem) ta piosenka nigdy nie miała w sobie tyle na aktualności ile ma jej teraz. Po drodze zjeżdżamy na punkt widokowy, uzbrajamy nasze oczy w obiektywy aparatów i po raz kolejny oddajemy hołd Goldasowi…Skurczybyk ma w sobie moc.


...A grzeczni zawsze mówią „dziękuję”

Niedziele od połowy tygodnia mamy zaklepaną na zwiedznie Berkeley University of California. Za sprawą pewnej miłej doktorantki z Polski mamy okazję poznać od środka jeden z prężniej działających na świecie ośrodków naukowych. Sprawdźcie tablice Mendelejewa jak nie wierzycie. To tutaj aktywnie działali fizycy pracujący nad pierwszą bombą atomową, to tutaj odkryto pierwiastki takie jak pluton, berkel, lorens i kaliforn. To tutaj trafia co roku jakaś część pieniędzy z ogólnej puli nagrody ufundowanej przez Alfreda Nobla, to tutaj wreszcie przez długie lata wykładał Miłosz.

Taras

Nim jednak wyruszymy w tą niesamowita podróż udaje mi się na dobre odzyskać wiarę w Kalifornię. Na tarasie z widokiem na San Francisco popijamy kawę, herbatę, zagryzamy ciastkiem, dyskutujemy. Wreszcie wiem czym jest Kalifornia.
To są moje klimaty, ale nie poczujesz tego w pełni siedząc tylko i wyłącznie w San Francisco. Żeby poczuć się jak na południu koniecznie musisz zamieszkać poza miastem. Wtedy masz balkony z widokiem, palmy za oknem, słońce w salonie. Idealnie jest jeśli śniadanie możesz zjeść na drewnianym tarasie zawieszonym kilka metrów nad poziomem ogrodu, potem wypada już tylko popić posiłek winem z pobliskiej winnicy a po wszystkim pozostaje juz tylko spokojnie udać się spacerkiem do pracy. Autentycznie czuję się tu jak na wzgórzach Fiesole we Florencji. Dodatkowo uczucie to pogłębia wieża Uniwersytecka, która dominuje nad widokiem z tarasu. Czy nie przypomina Ci to Instytutu Florenckiego? Zadaję sobie pytanie.
Ajjjj – College of Europe w Natolinie – tam się wszystko zaczęło: podróże, przyjaźnie, mój inny świat. Często też wracam pamiecią na WAT. Dopiero po latach okazuje się co tak na prawdę ma wartośc. Politechnika musi jeszcze chwilę poczekac.

Tutaj kształtuje się myśl, tutaj myśli się o kształtowaniu swiata...


Fiat Lux - lub po pogańsku Let them be light...


Wieża Uniwersytecka.


Przepraszam, za czym ta kolejka? Graffitti przedstawiające zamieszki z roku 64.

Campus jak Campus...

Póki co wchodzimy na teren University of California, Campus wygląda naprawdę miło. Dzięki pewnym znajomosciom udaje nam sie odwiedzic także niedostępne dla wszystkich budynki labolatoriów chemicznych. Pierwszy raz widzę tutaj owalne kanały wentylacyjne, ale przecież nie tym powinienem się zachwycać, nawet specjalistyczne instalacje technologiczne ustępują miejsca złożonym układom chemiczny prezentowanym nam przez Beatę. Ciekły azot? Nie ma problemu, skomplikowane aparaty do przeprowadzania spektrometrii w podczerwienie? Proszę, stoją tutaj. Mam proszę Państwa wrażenie (choć nie jestem w stanie tego swoim rozumem ogarnąć), że dzieją się tu rzeczy zupełnie niezwykle…fiu fu, Berkeley, Berkeley. Fiat Lux. Oglądamy też historyczne miejsca związane z zamieszkami studenckimi roku 64 tego oraz wydział architektury, który możne śmiało i z dumą stanowic ilustrację powiedzenia „szewc bez butów chodzi”. (Jakby to było po angielsku? Ktoś wie?)

Department of Architecture UCB

Po zjedzeniu obiadu na tarasie wyruszamy do pobliskiej Napy w celu odwiedzenia znanych i cenionych w świecie kalifornijskich winnic. Znów dużo tutaj klimatów europejskich. Francja, Włochy, Holandia...Jednak do samej miejscowości dojeżdżamy zbyt późno, żeby móc spróbowa lokalnych wyrobów. Robimy sobie tylko przejażdzkę widokowymi trasami tej magicznej doliny. Zbieramy ulotki i informacje o lokalnych winnicach i umawiamy się wstępnie na całodniowy wypad w te okolice. Beata mowi, że chcialaby kiedyś miec swoją winnice.
Szczerze mówiąc powodowany tą refleksją pierwszy raz od niepamietnych czasów wyobraziłem sobie siebie samego za trzydziesci lat. Do tej pory żyję z przeświadczeniem krótkości swojego zycia, od kilku lat regularnie przesuwam tylko jego końca granicę. Trzydziestka, czterdziesta, moze pięcdziesiatka...dalej nie widze sensu...
Opowiadamy sobie w czasie podrózy różne historie życia i generalnie okazuje się, że każdy z nas ma jakieś wspólne doświadczenia, kręgosłup decyzji o wyjeździe zawsze pozostaje ten sam...Dojeżdżamy do Berkeley.

taras i sf w tle
Tarasy, salon, muzyka klasyczna, woda krystaliczna...
w innej wersji wódka, konserwy i muzyka bez przerwy...

Wieczór kończy się autentycznie miłymi momentami na tarasie z widokiem San Frana i wieży Uniwersity of California w Berkeley.
W tle muzyka klasyczna, woda mineralna, książki o bauhausie, amerykańskiej poezji i rozmowy w klimatycznym salonie przy Hilgard street. Lubię to, to kawałek tego lepszego mnie ma tutaj swój azyl. Nie spodziewałem się tego, ale niedziela staje się bardzo ważnym momentem mojej podróży po świecie w poszukiwaniu siebie. Dziękujemy naszej przewodniczce i powoli wracamy do San Francisco. Coraz częściej dochodzi do mojej świadomości, że życie to tylko Twoja gra, że nie możesz poddawać się trendom, że można grać inaczej, że trzeba odnaleźć siebie i iść swoją drogą. Tylko którą? Zadam to pytanie samemu sobie jeszcze pewnie z setki razy…W głowie jak natrętne odgłosy nocnego świerszcza powracają dźwięki melodii, w której artysta intonuje treści „na całe Zycie bez adresu, ale z imieniem własnym być…Na całe życie bez adresu…”

Czasem Ameryka przypomina mi chłopca chodzącego z groźną miną i kijem po sąsiednich podwórkach miotającego przy tym kamieniami we wszystko i wszystkich co w swej złości napotka dookoła siebie. Czasem ten chłopiec zamienia się w schludnie uczesanego młodzieńca w eleganckim sweterku, który z książką pod ręką bacznie obserwujące i słucha wszystkich i wszystkiego, co w nieustannym poszukiwaniu swojego wzorca (mentora) uważa za godne wysłuchania. Czasem też, chłopiec ten siada na przystanku autobusowym i ma wszystkiego dosyć, zastanawia się nad zasadnością istnienia szyby w wiacie przystankowej. Nie dba o konsekwencje i konwenanse, czasem dochodzi do jego świadomości i nie może pozbyć się tego wrażenia, że jest tylko gorszym, ubogim krewnym. (Ileż tu rzeczy ma podtekst i rodowód europejski? Gdzie zaczyna się moja i ameryki historia? Drzewo bez korzeni, ale wciąż silne i mimo wszystko stojące na wietrze. Uczymy się życia sami, nie z filmów, nie z książek, nadrabiamy to czego nikt nas nie nauczył, odrabiamy skrócone dziecinstwo). Czasem chłopiec ten myśli, że nie będzie tak dobry jak sam chciałby być, popada w rytmy zwątpienia, by zaraz wstać i mieć chęć nauczyć się kolejnych słów, zdań, zachowań, ludzi, sytuacji, języków. Czasem myśli, że to właśnie tędy prowadzi droga do samodoskonalenia i w tym doszukuje się swoje przyszłej siły (ile Uniwersytetów Amerykańskich jest w pierwszej piątce najprężniejszych ośrodków naukowych? Cztery? Pięć? Amerykańscy studenci / naukowcy to tutaj zaledwie częśc ogółu). Stany to nie państwo, w którym żyją amerykanie, to kraj w którym żyją, pracują i uczą się ludzie różnych nacji czujący się ameryknami.
Czasem nie lubię Ameryki, czasem widzę w niej samego siebie…
Czy zatem nogę w niej żyć bez odrazy?

Saturday, November 3, 2007

Technikanalia

- Przeżyłem pierwsze „oficjalne” trzęsienie ziemi. Siedziałem wtedy z Marcinem w koreanskiej knajpce. Nagle wszystko co do tej pory wydawało się stac nieporuszone od stu lat zaczęło trząśc się w sposób taki, że miało się wrażenie przebywania w jakimś nieslychanie lichym domku posklejanym z kart. Budynek faktycznie takim był, ale łatwośc z jaką wszytsko wpadało w drgania daje do zrozumienia, że potega natury to naprawdę gigantyczna siła. Nie trzeba wiele, by to wszystko wzięło i się zamieniło w jednej chwili w gruz....Ludzie w knajpce na chwilę zamilkli....
Potem w telewizji mówiono o trzęsieniu ziemi, którego siła wynosila 5,7 w skali Richtera a epicentrum znajdowało się w okolicach San Jose.
„Nasi” byli wtedy w Montereyu, więc nie mam relacji z pierwszej ręki jak to właściwie jest byc w epicentrum.


- Od środy mam też nowy numer telefonu. Każdy kto ma go znac, ten najprawdopodobniej juz go zna. Jesli jeszcze go nie macie (a czujecie potrzebę posiadania) to uderzajcie na priva ;- Jest to zwykła tania słuchawka, ale powiem Wam szczerze, że pierwszy raz w życiu mam telefon, którego żywotnośc baterii mnie (póki co) satysfakcjonuje.Od srody poziom jej naładowania pozostaje niezmieniony.


- nie wiem jak to będzie dalej...narazie zauwazylem, ze n-s-c zamieniam na ps2. kupilem wczoraj f1 challange 2000 zdrugiej reki za pięc dolców i tak sobie jeżdżę...zakurzoną konsolę znalezlismy zaplataną w kablach.

- w pokoju przybywa bałaganu...w życiu nie mogłem o sobie powiedzieć, że jestem posiadaczem swojej pościeli czy własnej deski do prasowania...teraz się to zmienia ;-)

- reszta się nie liczy, o reszcie Wam nie opowiem...z resztą o tylu rzeczach i tak tu po próżnicy gadam

Thursday, November 1, 2007

Arup Halloween Party 2007

Czyli cale zycie z wariatami... ;-)

Czy ja pale ??

Pani Kerowniczko! ja pale przez cały czas...na okrągło...

The Star

Victoria & Justin T ?? Celebrites on Market street :-)
Victoria & BecksBecks & Victoria

ładny uśmiech...
i tu tez... :-)

we shape a better world ;-)

Staff id ;-)
Usual suspects, but always innocent... ;-)
Ja to lubie się w piatek ubrać normalnie...tak jak na codzien po domu...

"Oni chyba wszyscy poszaleli...Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić..."

Brian....Domino Team

Słyszałam, ze w Polsce macie wesoło...

no w kazdym razie jakoś tak...

"tiaaaa....a ten nowy koles z Polski mysli, ze ma tu kolorowe zycie..."

we fit together. Hmmm...there is something in the air (flame)

photogenic Caroline F.

ale, diabeł tkwi w szczegółach...

Piękna i bestia

Piękna

Bestia
Piękna i bestia...

Piękna...
Luiz jest git...to o tyle dziwne, bo to informatyk ;-)
Arup SF Office 2007

Tuesday, October 30, 2007

K6 - czyli Czarne serce mam i Czarną w żyłach krew!



Wielkie nadzieje

Pieprzony żar, asfalt zapada się jak gąbka pod każdym krokiem, który po wyjściu ze sklepu szybko i dosyć nieregularnie stawiam. Wąski chodnik , wycięty z przestrzeni przez ścianę z brudno czerwonych cegieł i czarną nitkę płonącego od słońca asfaltu. Po między nimi rachityczne, nierówno poukładane produkty galanterii betonowej stanowiące trasę ,ktorą od roku w te i z powrotem przemierzam. Co za syf ! Dlaczego w tym mieście nic nie może być samym sobą tak jak definicja o jego naturze stanowi. Dlaczego ośmiogodzinny dzień pracy trwa godzin jedenaście, a chodnik nie może być chodnikiem tylko skrawkiem pieprzonej ścieżki wytyczonej pod parapetami kamienicznych okien. Sześćdziesiąt pięć minut spóźnienia a chodnik ten w dodatku sztucznie zawężony od zawsze na zawsze przez ostrosłupy samochodowych karoserii nie pozwala mi przyspieszyć kroku. Slalom gigant na warszawskich chodnikach, między chorągiewkami ludzi i zderzakami samochodów, które zmieniają się tylko swoimi miejscami. Chyba kierunkowskazy pojazdów swoim miganiem przy opuszczaniu chodnika nawołują krążące po okolicy blaszane hieny. Tu nigdy nie ma wolnego miejsca. Trzy kroki do przodu , unik w lewo ,zderzak samochodu , krok w prawo walka z czasem.


Nerwowy bieg w kierunku Muranowa jedynym wąskim gardłem komunikacyjnej dróg plątaniny. Jedynym umożliwiającym mieszkańcom tej części Mokotowa zaznaczenie swej fizycznej obecności w innych częściach tego miasta .
A ja mam już cholerne siedemdziesiąt minut spóźnienia. Hydraulik z ogromną skórzaną torbą wychodzący z bramy w jednej chwili wyrasta mi na przeszkodzie. Za nim wynurza się z otworu gębowego kamienicy w niewytłumaczalnie żwawych jak na tą temperturę ruchach nieduży chłopak z piłką pod ręką. Trzewia kamienicy omywają chłodem, mógłbym na chwilę zwolnić i skorzystac z tego dobrodziejstwa, ale nie mam czasu. Biorę ich z lewej, nadrabiam asfaltem kilkadziesiąt kroków, aby o całej dwójce szybko zapomnieć. Zostawiam ich w tyle. Z przodu pozostaje jeszcze kołysząca się jak rybacka barka emerytka z siatą wypchaną jakimś dopiero co nabytym całotygodniowym jedzeniem. Nie mam czasu, a tu taka przeszkoda. Zbliżam się szybko. Ona niby idzie a wydaje się jakby stała w miejscu. Bezprzewodowa transmisja początku XXI wieku , Esemesy, maile i interkontynentalne konferencje wyprzedzają ją z każdego kierunku a ona po prostu stoi sobie - idąc warszawskim chodnikiem niezauważalnie zmieniając swoje współrzędne opisane chodnikową geosiatką. Z jednego betonowego kafelka na drugi. Droga wiedzie przez cierpienie angażowania wszystkich sił w tą codzienną drogę mokotowskiej golgoty. Miliony elektronicznych listów, cyfrowych podpisów , transakcji za grube miliony i spamu za darmo przewędrowały właśnie obok niej w swej transkontynentalnej bezprzewodowej podróży po świecie a ona sobie nic z tego nie robi –idzie po prostu ze swoim obiadem i jutrzejszym śniadaniem gdzieś przed siebie. Próbuję się zmieścić między ścianą kamienicy a jej osobą coby nie przeszkodzić ani jej ani sobie w swoim zmierzaniu do celu. Jest jeszcze wąski przesmyk między jej ciała wahadłem a brudną od rdzy rynną. Celuję po środku, przyspieszam… a jednak nie.
Rynna zahacza mnie swym żeliwnym barkiem, wisi tu od stu lat i nigdy nie zwróciłbym na nią uwagi - a jednak jest ode mnie mocniejsza. Odbijam się od niej i impet rzuca mnie w kierunku kołyszącej się babci. Ostatnim mysli błyskiem staram się ciało jakoś nienaturalnie ułożyć coby kobieciny nie poturbować doszczętnie. Staje na krawędzi stopy w nieludzkim wygibasie i skrętem ciała na jednej nodze jakims cudem przeszkody unikam. Niezupełnie gładko, troche jednak ją potrąciłem. Odwracam się w jej kierunku coby w razie konieczności rękę podać , zakupy pozbierać , przeprosić sto razy i biec dalej. Ale kobiecina stoi i nawet nie zwolniła kroku...idzie przed siebie tak jak szła z wypchaną siatką z zakupami i kolysze się po całej szerokości chodnika.
Jednak mozolność starości ma swoją niezachwianą wartość. Wytrwałość , o której taki szczaw jak ja nie może nic wiedzieć…Stal hartuje się przez lata a czas nie gra ze mną w jednej drużynie… Patrzę na zegarek mam pieprzone 75. minut spóźnienia. Wynurzam się zza winkla, szybko między wracającymi z pracy. Na chodniku człowiek naprawia poloneza, ręce całe w smarze. Mozolnie sięga po klucz i chyba nie wierzy już w końcowy sukces całego przedsięwzięcia. W bramie przedstawiciele paru tutejszych rodzin oglądają codzienny bieg ludzi do i z pracy a swą obecnością zdają się kibicować mechanikowi amatorowi. Starsi , młodsi i dzieci szukają ochłody w bramie, która jest początkiem i końcem ich przedwojennego domu i teraźniejszego bytu. Okna budynków nieludzko wystawione na działanie popołudniowego słońca. Cienia nie ma jak okiem sięgnąć. Nawet tam gdzie wydawałoby się , ze powinien być. Pod obrysami samochodowych karoserii- nie ma, pod koroną drzewa-nie ma , za rogiem kamienicy- też nie ma. Schował się najwidoczniej przed słońcem, gdzieś w sobie tylko wiadomym miejscu - nie głupio. Po co się ludziom za darmo przysługiwać? Okna otwarte na ulice , firanki wywieszone jak jęzory zziajanych dogów, czarne prostokąty otworów okiennych skrywają otchłań mieszkań i cały ich inwentarz.
Czas mija a ja nadrabiam wreszcie kilka kroków.
Nagle słychać z okna na parterze :

GOOOLLLL !!!!!!!!!!!

Odwracam głowę, a w oknie pojawia się głos na chwilę przed łysawym jegomościem w rozpiętej do pępka koszuli, który siła sprawczą owej radosnej nowiny był…

-A nie mówiłem!!! - krzyczy przewieszony na wpół na parapecie
-Panie Janku a nie mówiłem!!!

-Co się stało?? Pyta pan Janek wyzierając spod poloneza…wyraźnie oburzony i zaniepokojony tym co łysawy dżentelmen ma do powiedzenia….

-Nasi wygrali!!!!

Polonia wygrała 2:0.

Pieprzony żar , asfalt zapada się jak gąbka pod każdym krokiem, który po wyjściu ze sklepu szybko i dosyć nieregularnie stawiam, ale Można zwolnić….

Nasi wygrali…

zQt *rondo1 * 2005

Polonia wygrała z Koroną!! Jesteśmy w ćwiercfinale!
Tutaj jedyne co mi przypomina o K6 to AT&T park...


Czyli stadion SF Giants


p.s. pozdrowienia dla Magdy i Kawiora - trzymajcie miejsce na Kamyku dla mnie!

Monday, October 29, 2007

A jednak może, but you can hate me now...

Weekend jak zwykle zaczyna się w piatek po pracy.
Tym razem przycisakm gościa w enterprisie o rabat na wynajęcie samochodu. Bez żadnych problemów dostajemy go na przyszłe wypożyczenia. Zagaduję też o jeepa grand cherokee jako potencjalny samochód, który chciałbym kupic. You know „I just wanna try it before I buy it”. Wychodzimy na plac, na którym stoją samochody, szukamy naszego low costowego chevroleta. Nie uszliśmy jednak daleko, w jednym momencie jak na komendę stajemy z Marcinem przed jeepem commanderem

- how much is it?
- odpowiedź nas satysfakcjonuje
- So we wanna this one!

Weekend zaczynamy więc w hammeropodobnym czołgu, ktory bardzo polubiliśmy od samego początku. Po tym weekendzie zrozumiałem, ze małe samochody to zabawki dla dzieci, albo jak w przypadku europejczyków – kulturowa koniecznośc.
Meldujemy się w Montereyu okolo 22. Siadamy na łodzi i oglądamy polski film „Konopiejka” ;-)
Popijamy, pogadujemy, jemy sushi z costco (na jakis czas starczy mi „japońskiej” kuchni ;-) ). Ja idę spać po pierwszej w nocy, poniewaz o szóstej rano muszę pojechac do centrum nurkowego po jacket i automat oddechowy.

7.30 K dock.

To właśnie tutaj mam czekac na Monterey Express, czyli łódź nurkową, ktora zawiezie mnie na moje pierwsze oceaniczne nurki. Czekam też na Franceskę, którą poznałem mailowo na deeperblue.org jeszcze w Warszawie. W końcu rozpoznaję jej charakterystyczną orientalną urodę, podchodzę, przedstawiamy sie sobie, śmiejemy z naszej mikro rozmiarów matki „globalnej wioski” Ziemi i z pol godzinnym opoznieniem wyruszamy na Ocean. Konfigurując sprzęt okazuje się, że żarty sie skonczyły. Wszystkie instrumenty pomiarowe wyskalowane są w imperial units. Nie jest zabawanie bo trzeba wiedziec kiedy zaczyna się rezerwa w butli a na tych jednostkach jeszcze tego nie wiem. Francesca odpowiada na moje techniczne pytania i czuję się już trochę lepiej. Na pokładzie znajduje się sporo nurków z różnych części świata, kapitan wita oficjalnie nurka z Polski ;-) a ja dowiaduję się, że wśród nas jest też jeden taucher z Niemiec. (lekko się zaniepokoił, gdy dowiedział się, że jestem Polakiem, hmmm, ciekawe dlaczego?) Po wyklarowaniu się grupy, w której będę nurkował zaczynam niepokoic się ponownie.
Pytam się jak głeboko będziemy nurkować, gościu rzuca od razu „zobaczymy, jakies 100 stóp”, hmmm ciekawe, nie mam uprawnien na takie nurki, choć oczywiście jestem w stanie to zrobić. Pytam się ponownie o bezpieczny poziom rezerwy, upewniam się o znaki jakimi będziemy się porozumiewać, okazuje sie, że warto było zapytać ponieważ każdy ma swój inny pomysł na komunikację.
Ok, guys! Zaczynam sie niepokoic, i mimo, ze mój angielski na łodzi pozostawia dużo do życzenia, staram się ogarnąc tą grupkę ludzi w jakiś jeden reżim.
Pytam się o plan nurkowania, slyszę odpowiedź, zobaczymy pod wodą...
Nieźle...Pytam o stopnie nurkowe kolegów.
Adwanced’em legitymuje się Niemiec, gut – odpowiadam, and you?
Dive Master – come on ! I ja tu się wygłupiam zamiast słuchać co ma do powiedzenia starszy kolega?? Zwracam się do ostatniego nurka, odpowiada OWD, siadam...
To własnie ten gościu deklarował przed chwilą 30stkę na poczatek...
- Jak często nurkujesz? Pytam
-„Juz dawno nie nurkowałem- ostatni raz rok temu...”
- ręce opadają

Na koniec kapitan statku opowiada szczegóły dotyczące bezpieczeństwa na łodzi – szczerze mówiac niewiele zrozumiałem, więc z góry zakładam, że pod wodą polegam juz tylko na sobie.
Ostatnie pouczenie – jak zobaczysz rekina to informujesz pozostałych, ok?
Ok, ale jak mam się wtedy zachowac?
-staraj sie byc dla niego miłym ;-) -słyszę w odpowiedzi..
- Niezle, to chyba dalsza czesc zartow o rekinach? Kiedys jak Kazik pokazywał mi jaki jest miedzynarodowy znak informujacy o obecnosci rekina, wybuchłem śmiechem.
Znak jest naprawdę zabawny, ale jakie jest prawdopodobieństwo, ze kiedyś spotkam rekina? Daj spokój, nie użyję go ani razu. Teraz okazuje się, że zycie stawia przede mną coraz to nowe wyzwania- i to jest raz, a do tego muszę się w tym jakoś odnaleźc – i to jest dwa.
Wskakujemy do wody – zimno. Temperatura powierzchniowa +10stC, temperatura w toni +9stC.
Moja pianka nie daje sobie rady ze skuteczną ochroną przed długimi nurkowaniami w takich warunkach.
Pierwszy raz pod wodą widzę tyle rzeczy na raz i na taką znaczną odległość. Widoczność około 20 metrów. Kelp, z którym na powierzchni są same kłopoty wygląda pod wodą jak spektakularne 20 metrowe drzewa. Niesamowite widoki oceanicznego dna i pierwsze nurki w prądzie. Wow! Opuściły mnie już jakiekolwiek stresy. Okazuje się, że nurkuję z kolegą Dive Masterem, który pod woda zachowuję się bardzo ok. Na szczęście! Ponieważ często słaby partnur oznacza słabe nurkowanie. My robimy swoje, oglądamy dno, przepływamy między kelpem, podziwiamy ławice rockfishy i nagle…! Pierwszy raz w zyciu mija mnie pod wodą cos większego niż ja sam! I nie jest to drugi nurek! Mija nas foka, która bardzo uwaznie się nam przygląda.
Te zwierzęta zdecydowanie lepiej prezentują się w wodzie...Nie hałasują , nie śmierdzą i poruszają się z gracją. Nieźle to wygląda!
Atrakcją tego nurkowania było na pewno:
- środowisko oceanicze,
- dwie foki,
- kelp
- prąd, który wyrwał mi z ust automat (nieźle co? )
- kelp, ktory rozpiął mi kieszeń na balast i w który się na powierzchi zaplątałem. Wydłubanie się z niego kosztuje niesamowicie dużo energii... Czyżby przedsmak przed nurkowaniami wrakowo-morksimi? Lepiej do łodzi podpływać pod wodą. Co z resztą ostatecznie zrobiliśmy.


Pierwszy nur w Oceania. Profil nurkowy okiem Suunto D3.


Okazuje się, że mieliśmy najlepsze zużycie powietrza, na którym wypływamy na powierzchnię 15 minut po reszczie nurków. Wychodzimy na łódź, ciepła herbata, ciastko i przepięcie na druga butlę. Francesca proponuje mi wspolnego nurka. Ok – nie czekam z odpowiedzią.
Wskakujemy pod wodę i od razu czuje się dobrze. To było perfekcyjne nurkowanie, na luzie, z doskonałą kontrolą pływalności, z kompletnym przeglądem i kontrolą sytuacji. Dla zabawy udaję na dwudziestu matrach freedivera, płynąc w sprzęcie w sposób jaki zazwyczaj pływa się w monopłetwie. Odlot!
Miałem podczas nurkowania pod swoją opieką jednego nurka z Meksyku, który niestety za sprawą słabej techniki plywania wystukał się z powietrza przynajmniej 20 minut za wcześcnie. Nim jednak dojdziemy do tego momentu, gdy bedziemy musieli podjąc decyzję o wyplynięciu na powierzchnię wspólnie z Franceską eksplorujemy dno Oceanu. Dostaję od niej dwie muszelki, ktore udaje mi się dotransportowac na powierzchnię. Podziwiamy litoral i wąski wąwozik skalny, którym spokojnie sobie przepływamy. W sumie to był piekny nurek – kwintesencja bycia w pełni gotowym na zjednoczenie się z wodą. Wyplywamy tuz przy łodzi, wchodzimy na pokład, czekamy jeszcze na dwóch nurków, w końcu wypływają, sprawdzamy stan zalogi, odpalamy dwa 300 konne silniki i płyniemy w kierunku Monterey. Znudzony kapitan oddaje Francescce stery, ja stoję obok i rozmawiamy wspólnie o moim pierwszym oceanicznym nurku, o freedivingu, o planach na przyszłośc. Dopływamy do portu, umawiamy się na przyszłe divingi, dziękuję załodzę i schodzę na ląd.
Drugie nurkowanie to:
- super zabawa,
- przemyślenia na temat konieczności zakupu suchego oraz...
- noża nurkowego, ktory tutaj to niemalże ABC.

Oceaniczny nurek nr 2 razem z Francesca!

Na nabrzeżu okazuje się, że następne nurkowanie organizowane jest przez byłego żołnierza us army....nooo, nooo, to jest to! W nurkowaniu nie lubię „wakacyjności i turystki” to nie jest dla mnie. Napatrzyłem się w Chorwacji na podwodne zabawy w japońskiego turystę. Dlatego wydaje mi się, że wojskowy rodowód organizatora tej wyprawy zapowiada najwyższy poziom wyszkolenia. To już jednak może następnym razem...Czas się ewakuować, zabieram z Marcinem i Piotrkeim szpej na łódź, tam czeka mnie sesja „technicznego freedivingu”. Ubieram sie ponownie w piankę i chwilę później ląduję pod pokładem Mc Gregora. Staramy się naprawić system podnoszenia miecza, ale niestety nasz pomysł nie działał zbyt doskonale, więc demontujemy go i odkładamy usprawnienia na kolejny termin.
Słodką wodą przemywam na pomoście sprzęt, rozwieszam na łódce i szybko wrzucamy całą resztę zabawek na pokład, aby jak najszybciej wypłynąc na Ocean.
Ja tym razem odkladam „polowanie na halibuta” na bok. Pod pokładem odsypiam krótką noc i intensyne poranne nurki. Wieczorem czeka nas gorąca impreza, więc wolę nie usnąc, gdy wkoło szykuje się tyle atrakcji.
Chłopaki starają sie coś złowić i w sumie im się to udaje, ale ogólna liczba Rockfishy w siatce (słownie jeden) i brak czasu powodują, że odpuszczamy sobie konsumpcję okazu.
Wracamy do mariny, zabieramy sprzęt, zamykamy łódź, czas zabierac się na imprezę hallowenową do San Jose. Po drodze odwiedzamy Walmarta i tam kompletujemy dla mnie strój więźnia ;-) Szkoda, ze nie miałem go na sobie w Alcatraz ;-)
Miałem być po drodze meksykaninem, żołnierzem i rasowym Pimpem, ale niestety zabrakło kilku charakterystycznych elementów dopełniających całość stroju. ;-)
Samej imprezy nie opiszę, nawet jesli ktoś uwierzyłby w jej skalę i rozmach to mógłby szybko mnie znielubic, albo przynajmniej zniechęciłby się do czytania bloga na dośc długi czas. You know, you can hate me know, gdy życie przybiera rozmach równy widokowi z tarasu rezydencji, w ktorej odbywala się impreza a wszystko w koło rozbłyskuje kolorami iluminowanego basenu...
Co ciekawe natomiast, warto zapamiętać gospodarza imprezy. Ryszard – polski przedsiebiorca, człowiek bardzo przyjazny, otwarty na nowe znajomosci i osoba z wielką klasą. Muszę powiedziec, że dzięki takim ludziom mamy w San Jose bardzo dobrą opinię jako mniejszośc narodowa. Wiadomo „wsyztskie Ryski to porządne chłopy”, reszta Polaków na imprezie takze trzyma poziom. Tak powinno byc i niech tak będzie. Poza tym goście… Byliście kiedyś na imprezie z Foxem Mullderem, agentką Scully, Neronem, Cezarem czy Ludwiekim XVIstym? No właśnie, tego brakuje mi w Polsce, odpałowych sytuacji i odrzucenia konwenansów na bok, bo przecież chodzi o to, żeby było miło...czyż nie?
Imprezę kończymy po piątej nad ranem....Ogromna bryła lodu topnieje powoli na tarasie zamieniając się w kałuże wody. W taki sposób, powoli znika ostani świadek imprezy...i dobrze ;-) bo mógłby za dużo opowiedziec ;-)

Niedziela to już pobudka o jedensatej, czyli lazy Sunday.

Kapitalne śniadanie i krótkie chwile przed telewiozrem w oczekiwaniu na powrót do rzeczywostości.
Ok, trzeba coś przedsięwziąc! Wybieramy się do lasu w rejonie, ktory zapamiętałem jako Los Gatos – z hiszpańskiego Koty. Mnie dopada śmiech, gdy Piotrek opowiada o genezie nazwy tego rejonu pochodzącej od licznie tutaj mieszkających Pum. Do kalsycznych tekstow o podawaniu taśmy dorzucam jeszcze ten, kiedy Piotrek z autentycznym żalem w głosie deklaruje brak pistolówki, no wiecie tak just in case ;-) może Wam się to wydać dziwne, ale broń tutaj jest zupełnie normalną rzeczą i znajduje się w większości domów.
Poza tym za pogoda sprzyja, temperatura powietrza 32st C.
To właśnie w tym lesie mam okazję zoabczyc najwieksze, widziane przeze mnie jak do tej pory sekwoje-giganty!
Długo się nie kręcimy po okolicy – w drodze powrotnej utrzymują się imprezowe humory. Mamy niezłe śmiechy w samochodzie, kazdy gada „swoje”, Dorota zgodnie z prawdą stwierdza, że wszystkie Piotrki to jednak są nieźle pokręcone, po chwili dodaje takze, że do tego to wciąż duże dzieciaki ;-) dzięki, dzięki Dorothy ;-) Dzięki temu wiem, że jeszcze żyję a nie egzystuję. Jedziemy do Frise’a na komputerowe zakupy. Noooo, to jest to! W takim sklepie można spędzac poimprezowe niedziele. Mnnogośc towarów i ich ceny zachęcają do zakupowej aktywności, jednak nie tym razem. Biorę tylko to co jest mi naprawdę potrzebne, szwędamy się między regałami, dotykamy, pstrykamy, włączamy, wyłączamy... ok, w koncu spadamy. Sześciopak, chińsko-amerykanska kuchnia na wynos, walczące o jedzenie kolibry toczące ze sobą bitwę tuż nad naszymi głowami oraz wieczorna sesja w jacuzii i lekkie rozmowy o zyciu kończą kolejny udany weekend. W drodze powrotnej do San Frana znów daje się ponieść swojej wyobraźni i życiowej niedojrzałości. Wychodzi ze mnie dzieciak, kiedy naiwnie próbuję przewidzieć swoje losy za 5 czy 10 lat... Bzdura wierutna i daremny trud, ale zauważyłem, że zawsze dopada mnie ten klimat w niedzielne wieczory na stojedynce między san Jose a Frisco. Tak sobie myślę, że niedługo zacznę bać się przerwania tak długiej serii udanych wypadów...a tymczasem, powrót do normalności. Nowy tydzień w oczekiwaniu na kolejny weekend...Co może przynieśc?
Nic nie planujemy z wyprzedzeniem większym niż dwa dni...i to właśnie lubię.

Z pamiętnika kalifornijskiego robotnika....

p.s. pozdrowienia dla nowego Nurasa

Friday, October 26, 2007

Technikalia czyli...Co dalej skoro lepiej byc nie moze?

  • Not-So-Close z Dumą prezentuje – Voice Band ! Sprawdźcie ten projekt muzyczny, o którym juz kilka razy wspominałem. W tym tygodniu ruszyła oficjalna strona. Not-so-close oficjalnie wspiera ten projekt swoimi zaciśniętymi kciukami i wiarą w ostateczny sukces! Naprawdę warto! Linki na burcie po prawej.

  • Anketa zniknęła, poniewaz jasnym się stało, że najważniejsze w życiu to iść własną drogą, nawet jeśli chwilowo się zgubiło jej kierunek. Sooo, enjoy walking your own way. Thx G for help.
  • Czy staję się gadżeciarzem? Mam teraz takie dizajnerskie pudełko obok laptopa, które back-up’je moje dane z dysku. Wygląda całkiem futurystycznie i nawet świeci się futurystycznie. Teraz ślę dane jak serwer...z szybkością fire wire...
    • Doszedł gadżecik, o którym pisalem przed tygodniem, czyli UK mini Q40 eLED plus. Przeszło dwa razy tańsza niż w Polsce a do tego za mocowanie do maski nie trzeba dodatkowo płacic, trzeba się tylko o nie upomniec (koniecznie). Jutro pierwszy test-daje po oczach ;-)

    • A teraz wyruszam na kolejny weekend poza miastem...
      Na weekend zostawiam Was ze swoimi przemyśleniami z ostatniego techincal meeting.
      Bride (groom) czy black widow??
      Rysowanie u mnie to najbardziej podstawowa forma ekspreji…czasem wyłączam się totalnie I rysuję kreski bez żadenej odpowiedzialności…tym razem wyszło coś takiego.

    P.S. Szkoda, że Was tu ze mną nie ma...