Tuesday, November 20, 2007

Pozwólcie, że nic Wam tym razem nie opowiem...

Podczas ostatniego weekendu doszło jasno do mojego przekonania, że tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Tak właśnie. Mogę tylko usiąść i słuchać. Owszem chłopaki mają znacznie więcej lat niż ja, ale ja jestem narwany, wydaje mi się, ze moje serce wali dwa razy mocniej/szybciej co według mojej interpretacji oznacza, że chyba nie jestem maratończykiem. Moje nastawienie do życia z resztą nie przewiduje jakichś przesadnie rozwlekłych scenariuszy z werandą w tle i gromadką wnuków u wezgłowia. Boję się, że nie zdążę zobaczyć tego wszystkiego o czym przez ostatni weekend z zaciekawieniem słuchałem.
Mam tylko chęc zrobic trzy rzeczy podczas tych dni, które jeszcze mi tu pozostały (mam nadzieję, że się uda). Właściwie to kiedyś opowiem Wam tą historię, której to historii nie opowiedziałem tym razem, ale już nie dziś, nie teraz. Z tego mojego sobotniego milczenia, rodzi się stare/nowe opowiadanie, ale to juz nie jest historia na n-s-c. Raczej będę zmuszony publikowac to w innej przestrzeni. Prawdopodobnie tak narodzi się n-2-c (limited access) szczegóły w następnych Technikaliach. Tam już będzie czysta forma, tam opowiem Wam o swoim życiu, trochę też o sobie…ale może do tego czasu zmienię zdanie, bo przecież życie jest paradoksem, zawsze układa się inaczej niz zakładałeś/ zakładalaś.
I tak własnie za sprawą paradoksów, to co miało być głównym celem mojego tutaj przybycia okazało sie niewypałem. Nie chcę nawet kontynuować tego wątku, jestem już tym po prostu zmęczony.
Z drugiej strony, rozwiajm się w innych dziedzinach swoich zainteresowań. Mam znacznie więcej kontaktu z techniką wojskową niz w Polsce, umiem obsługiwac kilka nowych rodzajów broni (wydaje mi się to bardziej przydatną umiejętnością niż większość inicjatyw, w których ostatnio brałem udział). Wciąż poznaję ciekawych ludzi (głównie z Polski co niestety trochę mnie jednak martwi). Mam poza tym znacznie bardziej interesujący kontakt z motoryzacją. Obecnie poruszam się przez najblizszy tydzień Mazdą XC7 z sekwencyjną skrzynią biegów. Wreszcie jakiś samochód…a nie amerykański półprodukt. Muszę powiedziec, że japońska motoryzacja jest solidna i poukładana. Układ kierowniczy i przeniesienie napędu są bardzo odpowiedzialne i niemal czujesz drogę dłońmi. Właściwości jezdne łatwe do przewidzenia i kontroli. Poza tym wciąż jednak legendarna niezawodność, która dziś zaledwie ociera sie w większości przypadków o ten mit. Mazda i reszta japońskich producentów prawdopodobnie tym zdobywa amerykański rynek. Poza tym galanteria samochodowa z kraju kwitnącej wiśni jest tutaj naprawdę względnie tania. Niemniej jednak ja nadal nie odnajduję w niej zbyt wielu emocji (poza paroma wyjątkami). Zrozumiałem, że na tle amerykańskich wozów konnych, które przez lata rozwoju zdołano zaledwie doposażyć w silniki, takie rzeczy jak manualna skrzynia biegów, czy wysoko obrotowe silniki wyposazone w turbiny dają mi jasno do zrozumienia… Japońskie samochody stały mi się bliższe niż kiedykolwiek (ale bez przesady ;-) ). Jest jedna rzecz, która wydaje się trzymać mnie w miarę blisko pionu psychicznego. Zauważyłem u siebie pewne górki adrenalinowe, które niestępione wprowadzają mnie w depresyjne nastroje. Czuję się doskonale podczas szybkiej jazdy samochodem (tu w USA mimo licznych i poważnie brzmiących ostrzeżeń też ignoruje przepisy. Chyba się tego szybko nie oduczę, ale jest to element mojego buntu przeciw prawu tzw. „ziemskiemu”). Tak samo zbawienne skutki dla mojej psychiki ma nurkowanie. Szczególnie, gdy nurkuję głęboko na bezdechu lub w sprzęcie. Nie ma się co dłużej oszukiwać, ostatni nurek który się nie odbył zaważył na fatalnej dyspozycji psychicznej przez cały ostatni tydzień. Tym razem się udało! Był trening free i było solo scuba diving (tylko jedna federacja na świecie, według mojej wiedzy dopuszcza nurkowanie solo…ja do niej nie należę…jeszcze;-) ).
Zanurzam się w Oceanie, czyli pierwsze nurkowania bezdechowe w wielkim Błękicie. Muszę powiedzieć, że mój sprzęt do uprawiani tej dyscypliny od tygodnia jest zupełnie kompletny ( elastyczny pas balastowy i neoprenowe skarpetki spisują się rewelacyjnie!).
Niestety tym razem zacumowaliśmy za blisko brzegu i jedyne co udało się osiągnąć to 13.7metra (ale to w sumie był trening, więc głębokość jest ok). Wynik byłby jeszcze gorszy ponieważ pod samą łodzią było około 12. metrów. Postanowiłem jednak pozwolić sobie na krótka eksplorację dna. Freediving mnie relaksuje, ale zauważam, że jest to dla mnie sprawa bardzo osobista…Słona woda oszczędza też moje zatoki-jest bardzo dobrze. Jest zapas na 20 metrów (a weźcie pod uwagę, że ostatni regularny trening odbyłem 3 miesiące temu0. Jest też naprawdę dobra diving boat (Mam nadzieję, żę Piotrek będzie chciał dalej nas zapraszać). Mam tez kilka koncepcji na usprawnienie samego schodzenia w toń. Najpierw jednak muszę zajechać do West Mariny po linę…jakieś 40 metrów. Niestety ten pierwszy free nurek był trochę partyzancki. Byłem bardzo niedoważony i nie miałem wokół siebie żadnej liny, po prostu freediving…Wizura może na 5 metrów.
Podczas treningu jak zwykle pojawia się krew, nie inaczej było tym razem. Po wypłynięciu za którymś razem na powierzchnie zauważyłem, grupę fok szybko płynących w kierunku Mariny. Czyżby rekin? Niestety tutaj muszę brać już takie sytuacje pod uwagę. Schodzę jeszcze dwa razy na 13 metrów, rozglądam się po okolicy i wypływam na powierzchnię.






Freediving profile-odczyt z komputera nurkowego Suunto D3. Thx G.



Interpretacja profilu jest prosta. Oś pozioma to czas, oś pionowa - głębokość. Przedostatni "niepełny peak" to problemy z uchem (Ewakuacja). Na powierzchni ławtwiej wyrównać ciśnienie ;-) .
Co ciekawe Kelp okazał się dla mnie tym razem bardziej łaskawy niz przypuszczełem. Ciekawostka: Kelp (czyli brunatnice) jest ponoć drugą najszybciej przysrastąjcą rośliną na Ziemi (1foot / day). Pod tym wzgledem wyprzedza go tylko jeden gatunek Bambusa.



Czas na sprzęt. Godzinę wcześniej Kuba naprawiał kil w Mac Gregorze, więc została cała flaszka powietrza. Słuchajcie to był mój trzeci Oceaniczny nurek sprzętowy i od razu stawia przede mną nowe wyzwanie. Solo diving (chyba tylko federacja TDI szkoli pod tym kątem). Generalnie nurkowanie solo jest niewskazana, żeby nie powiedzieć zabronione. Moja federacja i moje uprawnienia w każdym bądź razie zabraniają mi takich praktyk. Mnie to nie interesuje. Audaces fortuna Juwat. Przy wyciąganiu pasa na łódź popełniłem szkolny błąd! Straciłem dwa kilo ołowiu, ale wcale się tym nie przejąłem, zaraz go znajdę. Ubieram BCD, zmieniam pas i konfigurację balastu, sprawdzam sprzęt, zmieniam płetwy i po chwili znów jestem w wodzie. Deklaruję znajomym na powierzchni, nurka rozpoznawczego na 10-15 minut. Ostatecznie wychodzę po 35. Nie było to rozsądne z mojej strony ponieważ ekipa na łodzi miała prawo się denerwować, na szczęście nie denerwowali się ;-) (Nieświadomość jest błogosławieństwem). Pod wodą bawię się w podstawy nawigacji. Tzn. staram się polegać tylko i wyłącznie na swojej wyobraźni przestrzennej. W większości prób ta sztuka mi się udaje. Trafiam w okolice kotwicy Mac Gregora prawie za każdym razem. Musicie wiedzieć, że pod wodą inna jest percepcja czasu, barwy, rozmiaru i przestrzeni. Dodatkowym utrudnieniem do przeprowadzenia sprawnej nawigacji stała się maska cressi minima, która jest typową maską freediverską i pole widzenia w niej jest mocno ograniczone. Full metal jacet - tego mnie uczono na kursie ;-) Łatwo w takich warunkach stracić orientację, niektórzy mogą popaść w panikę a wtedy nie trudno o problemy. To mi się w nurkowaniu podoba, opanowanie za wszelką cenę i maksymalna koncentracja. To mnie naprawdę uspokaja! Tym razem pianka sprawdza się świetnie w połączeniu z 3mm (!) skarpetkami i temperaturą wody na poziomie+11stC. Głębokość maksymalna tego nurka to 16,1m. Znów mija mnie foka, którą zobaczyłem trochę z zaskoczenia i przyznam, ze w pierwszej chwili zdołała mnie przestraszyć. Potem jednak sam się do siebie uśmiechnąłem. Pod wodą znajduje swój ołów i przypadkowo także kolejne 2 kilogramy. Mam już teraz w sumie 10 kg (chyba oddam G te 2 kilo, które nie zmieściły się w jej bagażu ;-p). Nurka planowalem przeprowadzić z zachowaniem wszelkich procedur bezpieczeństwa. Ustalam limit powietrza w butli na dwa razy większy niż w nurkowaniu partnerskim. Przy 1000 psi bujam się już na powierzchni. Uśmiechnięta twarz i „okejka” w górze. To był dobry weekend ;-).



Solo scuba profile - ponownie Suunto D3




P.s. Ciągle nęci mnie BMW. BMW to dla mnie uosobienie Heidi Klum – kobieta elegancka i z klasą. Tego weekendu jechałem X5tką, ale nadal nie wiem jak to jest iść z Heidi pod rękę…tym razem znowu jako pasażer ;-)

Still not-co-close...

P.s. To byl weekende pod znakiem wszędobylskiej mgły...była z nami na Point Reyes i w Monterey, po powrocie do SF zgadnijcie kto nas przywitał Mr. Fog...a jakże!


Goldas - mgła



Point Reyes - mgła



Lighthouse - mgła



Monterey - mgła




P.S.noch einmal -od jutra zaczynam dlugi weekend..nareszcie...zaQty jest zmęczony...

A teraz trochę picsów (głównie Marcina jak nietrudno się domyslić)






(A to akurat moje) Tak mieszkam w weekendy. Marina to nasz drugi dom - powaznie :-) Thx guys!



Mac Gregor - legendarny Diving Boat!





Ocean man... ;-)



Lubię tą robotę...na wjeździe do mariny trzeba robić hałas!! make some noice!!

Monday, November 19, 2007

The street of San francisco part 2

As a courtesy to my friends who speak english (and some Teacher ;-) I'd like to publish first post in english.
Some pictures have a very poor quality, but in this case it is not as important. It is worth taking a closer look at the street of San Francisco anytime (irrespective of circumstances)...
Enjoy the clicks.

Le
Grand

Bleu...
(cause some people claim I'm from France) ;-)

Market street - means Targowa :-)


Market street again
Ferry building

Chinese girl in a Chinatown...

Chinatown again...
Lampshade :-)

hobart building - another point of view

This place is known as a building where "The interview with a Vampire" was shooted. On the ground floor is also located small restaurant where Francis Ford Copolla wrote "The Godfather" screenplay. This is Copolla's favourite restaurant...

Golden Gate view from Bay Bridge

It was sad day...
The last day together in SF...

After my personal earthquake...

Sun
still...
shines...

Friday, November 16, 2007

Technikalia, czyli już po burzy...

- mgła w Richmond to chleb powszedni. Richmond - to generalnie dzielnica mniejszości narodowych w SF (głównie azjatycko -rosyjskich). Mieszkam tu od miesiąca , więc coś Wam o niej teraz opowiem. Każdego wieczora Richmond tonie we mgle, ale nie jest to mgła zwyczajna, jest to mgła, która ma wymiar fizyczny. Ma swoją gęstość, wagę, barwę i intensywność.
To jest naprawdę surrealistyczna dzielnica San Frana. Tutaj poruszasz się w powietrzno-wodnym środowisku. Tutaj nurkujesz wracając z pracy w "hemoglobinie tego miasta". Tutaj co wieczór światla samochodów próbują przecinać tą mleczną zawiesinę...bezskutecznie. Gotham City, dookola ocean azjatów i morze rosjan. Na środku wyspa - dwóch Polaków ;-)

- Nie prawda! Polaków jest więcej! Na skrzyzowaniu 24tej i Geary mamy polskie deliskatesy! Poważnie! jest bułka tarta wrocławska, prince polo, tymbark, hortex, kiełbasa, kaszanka i całe dobrodziejstwo inwentarzu. Wszystkie wyroby garmażeryjne wyrabiane są na miejscu.
Właściciel jest całkiem miły i prowadzi ten biznes od 30 lat. W sklepie mozna przeczytac Super Ekspres ;-), Polityke z kwietnia i obejrzeć tvn24. Na zapleczu słychać polskie rozmowy (podczas mojej wizyty przysłuchiwałem się ożywionej rozmowie na temat jezdy samochodem po pijanemu) ;-)



- są też polskie alkohole, ale o dziwo nie w Polskich Delikatesach. Mam 50 kroków od domu "zaprzyjaźnionego" sklepikarza, którego co wieczór pytałem czy ma polskie piwo "na sklepie". Ostatnio wracając z kolacji spotkałem go na ulicy. Ucieszył się niesłychanie, wziął mnie niemal pod rękę i powiedział "Choć ze mną, coć ci pokażę". Na środku sklepu tuż nad kasą stała butelka z charakterystycznym logo pewnej firmy z Żywca. Fiu, fiu powiedziałem....I'm impressed. Dostałem to piwo w prezencie i zaproszenie na piętek takoż. No to mamy piątek. Wrócilem właśnie z zakupów. W brown bagu pobrzękują brown bottles, czyli pozdrowienia z Polski ;-). Uśmiałem się nie mało, ponieważ oprócz eksportowych polskich wódek (Chopin , Belwedere) na półce pojawiła się takża wódka Sobieski (Pozdorwienia dla Przemka). No to teraz czuję się jak w normalnym polskim osiedlowym sklepie ;-).
Nie wiem czy nie powinienem pobierac apanaży od polskich browarników na konto moich działalności promocyjnych. Hmmm.

- Ok, trochę przesadziłem ostatnio z oceną siłowni, na którą chodzę. Oprócz tego, że jest stanowczo za duża, wszytsko w niej wydaje się być w normie. Ludzie czasmi zdażają sie naprawdę odpałowi, ale to jest ułamek procenta a do tego przecież jestem tolerancyjny. No może czasem nadpobudliwy, skądś przeciez mam te wszystkie szwy ;-). (Dobrze, że nie noszę ze sobą żadnej 9tki ;-)). Nic nie mam do nikogo (jak się mogło po ostatnich technikaliach wydawać), może tylko za wyjątkiem ładnych kobiet, które ostatnio zaprzątają moją głowę. Chcialbym mieć z nimi kontakt dłużej niż tylko te krótkie chwile.

- Motorola cały czas dział nieprzerwanie (bez ładowani) od 04.11.2007 ( a wczoraj np. odbyłem 34. minutową rozmowę). Słabo?? Nadaje jej tytuł najlepszego telefonu n-s-c. Głupie to, ale dobrze brzmi...

- niedługo mamy 4 dniowy weekend :-) i jakieś tam na czas jego trwania plany.
(Thanksgiving weekend)

- wraz z Johnem G Williamsem znajdę się na projektach Apple'a. To dobrze, akurat teraz potrzebuję wyzwań i kontaktu z angielskiem-brytyjskim ;-). Poza tym John jest ok. Witam go co rano tekstem w stylu "Hello John, my very british friend" - fatalnie przy tym akcentując. John odpowiada mi tym samym , niezmiennym brytyjskim "Hello Piołtraek". Jego mąż niedawno zaczął pracować u nas w firmie, lubię ich nawet-są zabawnie pokręceni :-)

-drugi piątek z rzędu byłem na Arupowym masazu. Wszyscy rekomenduja Toma jako dobrego masazyste, ale ja wolę kobiece ręce...Mia, Mia, Mia - jest naprawdę bardzo miła...czyżby jakaś chemia? Nieee, po porostu wolę kobiece dlonie...

- poza tym toczę zwykłe robotnicze życie, wracam do nauki...pa

pozdrawiam, uściski i bessos dla Isabelle ;-p

VB mnie niezmiennie rozwala, mają chłopaki talent!

Thursday, November 15, 2007

Pro Arte et studio - Macte Animo

Zawartość: Niepoprawni wizjonerzy, ekstremalne wyzwania, nowe granice

1) Sens pracy jako takiej a jej wymiar (nie)rzeczywisty w projektowaniu

"Jesli chcesz żeby coś było zrobione - zatrudnij kogoś,
jezeli chcesz żeby było zrobione dobrze, zrób to sam..."
Tak sobie myślę ile warta jest praca? W sensie materialnym najzupełniej przeliczalna wartość. W sensie poza materialnym subtelna, ale nie przez wszytskich wyczuwalna granica między tym co wypełnia codzienność a tym co ją kreuje. Narzuca jej swoje nowe szersze ramy, standardy i sposób patrzenia na dziś a w konsekwencji na jutro...techniki. Nieodkryte dotąd rozdziały wiedzy o tym co na kreację nowych wartości się składa punkt po punkcie przez kolejnych śmiałków dopisywane do listy zdobyczy świata odkrytego. Kanony technicznej wiedzy wtłaczane nam do głowy na seminaryjnych salach i spisane na kartach ksiązek. Dziś oczywiste prawdy, powielane schematy, kiedyś genialne myśli, a jednak…Przecież i one wytyczone przez nowych potrzeb pragnienie i łamania granic konieczność tam swój początek wzięły.

Niepoprawni wizjonerzy, ekstremalne wyzwania, nowe granice... ->gdzieś tam!!


2) Zacznij Tworzyć - Niemożliwe nie istnieje

Nie pytaj czy jestes w stanie sprostać nowym oczekiwaniom. Nie zastanawiaj się czy jesteś
w stanie zaprojektować nowy, dłuższy, wyższy most. Usiądź i zacznij go rysować. Nie mart się czy osadzisz najwyższy pylon w najmniej stabilnym gruncie a pod najdłuższym przęsłem popłynie najszersza na świecie rzeka. To wszytko jest możliwe, to po prostu trzeba odkryć.
"We wszechświecie są prawdopodobnie dwie nieskończone rzeczy... Prawdopodobnie sam Wszechświat i na pewno ludzka głupota" tak mawiał Albert Einstain, ale ja się z nim nie do końca zgadzam. Jest jeszcze ludzka wyobraźnia, która te nowe mosty zaprojektuje, zbuduje i szybko o nich zapomnie. Istota rozwoju jest postęp, a tutaj jedynym ograniczeniem jest człowiek i jego wyobraźnia.

Zacznij Tworzyć- do dziś Niemożliwe - czeka wciąż na odkrywcę -> czeka gdzieś tam!!


3) Cel uświęca środki, ale czy za wszelką cenę??

Z pewnością trzeba zrozumieć sens swojej pracy, żeby sie jej bezgranicznie poświęcić.
Żeby potrafić przeliczyć ilość godzin na niematerialny wymiar efektu wielomiesięcznych starań.
Wielomiesięcznych?? Baa...wieloletnich starań , starań którym podporządkowywujesz całe swoje życie... Nowe granice, do których z każdym dniem nieświadomie się zbliżasz i podejmujesz trud ich na nowo ustalenia wymagają niesamowitej koncentracji na pracy zawodowej w jej najprostszym znaczeniu. Pracy jako źródle satysfakcji i jedynego środka do ciągłego samodoskonalenia (teraz myślę, że to naiwne). Krok po kroku zbliżasz się do samej granicy, ale oddalasz się od tego co twój swiat rzeczywisty na codzień tworzy. Z pewnością niepoprawni wizjonerzy ustalają nowe reguły (tworzą 192. metrowe budynki i ubierają je w instalcje , które pozwalają im istnieć niezależnie od środowiska zewnętrzengo). Łamią tym samym zastałe schematy, eksternum nie ma wpływu na internum a do tego te drugie doskonale sobie bez pierwszego radzi, ale..... Zawsze z boku jest ktoś kto cenę tych odkryć ponosi. Pozostaje pytanie.Jak wiele poświęcić się jest w stanie człowiek, który sam od drugiego człowiek tak ogromnego poświęcenia nie odbiera? Nie wiem... ja nigdy do tego nie dorosłem. Zawsze nawalałem w takich sytuacjach, ale o jednym się przekonałem. W konsekwencji zapłata nie ominie żadnej z dwóch stron, tyle ze radość z sukcesu przypisana jest tylko jednej z nich. (Dziś poświęcilbym jednak więcej uwagi kobietom)
Nowych wartości szukanie zamyka nam oczy na to co podstawowe, ale przecież podstawy już dosyć dobrze znamy...i nie do konca chcemy im poświęcać czas, który jak mi się dziś wydaje - bezprzedmiotowo marnuję....
Obawiam się jednak, że życie ziemskie dąży do skomplikowania prostymi środkami (coby było śmieszniej) tego co najprostsze..Chyba trzeba odnaleźć siłę w innych ludziach, aby zdobyć się na niemożliwe....
Tak więc, czy nowe wartości są pochodną wartości podstawowych ??
Niestety chyba tak.

4) Pierdolenia koniec

Idę spać

Kiedyś napisałem tego maila do kolegi, z którym budowaliśmy budynki. Na pewno dzis nie napisałbym takiego bełkotu, ale to mi jasno daje do zrozumienia, że z zapalu, nad którym kiedyś nie mogłem zapanować, dziś nie zostało (prawie) NIC...


Hołd składam memu miastu...Budynki to (nadal) moja dziedzina! Tu z Gieenem na dachu Warszawy.



I jak tu napisać appraisala??
Mam nadzieję, że się pozbieram do tego czasu.
Musialem to opublikować. Przeżywam najpoważniejszy kryzys zawodowy od lat. Niektórzy powiedzą, że nie pierwszy :-) A ja chcę tylko znów być w grze... na pocieszenie zamieszczę owoce swojej dotychczasowej pracy w SF office. Jak widzicie tworzę juz tylko wirtualnie.




Wielkie pięć dla ludzi, których poznałem na Rejtana. To dzięki Wam miałem tą siłę. Czyli okazuje się, że dopiero po latach zrozumiałem to co sam napisałem. Rzeczy wartościowe są pochodną tego co niosą ze sobą ludzie. Kiedyś Wam to na n-s-c wytłumaczę tak jak mi to wczoraj wytłumaczono (thx G).






Wielkie rzeczy dzieją się z zaskoczenia, czekają na nas za rogiem. Macte animo! Wierzę, ze jeszcze będzie dobrze ;-)

Wednesday, November 14, 2007

The streets of San Francisco part 1.

Ostatnio trochę przykatowałem Was swoimi opowieściami, więc teraz daję w zamian kilka fotek miasta, o którym tu rzekomo mialem pisać ;-) Wiem, że każde zdjęcie jest dla Was wielką przygodą i dalece bardziej niż setki zapisanych tu przez mnie zdań pomaga Wam w odkrywaniu tego miasta.
Aż dziwne, że dopiero teraz na to wpadłem...

Zapraszam na spacer...

ulicami, ulicami...

miasta...

Chinatown

Ferry's Building interior

Powell street

Ten budynek z pewnością tez znajduje sie przy jakiejś ulicy... (chyba w bok od Powell)
Mission...

i 5th street...
Union square...
( pomiar światła jest wazny)
Hobart building (teraz zupełnie inaczej)

Transamerica Tower

Kurde zazwyczaj jak jest dobre swiatło...ja siedzę w biurze ;-( Tu Market street.

Co rano z przystanku oserwuję...Geary street i ten kosciół.

Prawie jak NYC


Zupełnie jak San Fran...widok z Twin Peaks

Zuruck mi tu kommen bitte!! :-(

To be continued... ;-)

Tuesday, November 13, 2007

Uchodźcy...tytuł alternatywny "cały czas rodzimy się na nowo" hmm

- Jest! Mam! Coś mam!
- To chyba coś dużego, ale się wyrywa franca jedna!
- Ricardo, możesz mi pomóc?
- Spokojnie, trzymaj ją, nie pozwól jej uciec, to na pewno będzie ładna sztuka, ale się pięknie rzuca. No dawaj, dawaj, podciągaj ją! Spokojnie, spokojnie, powoli, powoli, dawaj ją tutaj
- no, no!
- fiu, fiu, ale okaz!
- teraz uważaj, musimy ją dobrze chwycić, podprowadź ją pod burtę, ok.?
- ok.! No maleńka wskakuj do siateczki, no come on, come on!
- Bardzo ładny fish!
- No, no, no, uważaj! Ostrożnie! Got you!
- Piękna faktycznie, jedna z ładniejszych jakie kiedykolwiek złowiłem! Uff, ale emocji, przypomniała mi się pierwsza ryba jaką w życiu złowiłem. To było na Pacyfiku, koło Monterey.
- Pierre, jak Ty w ogóle znalazłeś sie tutaj?
- jak to jak?
- od roku nie mogli znaleźć nikogo chętnego na twoje miejsce.
- hehe, naprawdę, nie było nikogo?
- no tak! Trafiło się co prawda kilku nietrafionych poszukiwaczy przygódy, ale oni nawet butów nie potrafiliby sobie zawiązać…
- hehe, naprawdę chcesz o tym słuchać?
- dawaj, mamy kawałek drogi przed sobą. Chcesz wina?
- dawaj, mamy kawałek drogi przed sobą,
- hehehe, dawno nie piłem wina…A wiesz, że wina nie można psuć złym towarzystwem?
- no to może nie ryzykuj?
- come on, normalny człowiek by tu nie trafił.
- no ładnie, dzięki! A jaką wersje chcesz usłyszeć? Krótką czy nudną
- nudną, wiesz mamy czas…
- właściwie to historia jest prosta, wszystko zaczęło się od wycieczki szkolnej do Krakowa. Mieszkałem wtedy w Polsce. Nie pamiętam, chyba w drugiej klasie szkoły średniej. Pojechaliśmy tam z klasą. Podczas jednej z hotelowych imprez przypadkowo poznaliśmy francuzów, którzy przyjechali do Polski. Dla nas to było coś! Powiew zachodu. Wtedy to byli dla nas zupełnie inni, lepsi ludzie. Oni mieli wszystko czego my nawet nie mogliśmy zobaczyć w telewizji. Wiesz mieszkaliśmy w komunie, za żelazną kurtyną. You know what I’am saiyng Ricardo?
- yes, yes iron courtain I remember.
- no więc ciekawi byliśmy świata i ludzi. Łamaną angielszczyzną zaprosiliśmy ich do nas na piętro, na imprezę. Zgodzili się bez wahania. Też byli ciekawi ludzi i świata. Jak się szybko okazało, przyjechali tu robić wywiad o socjalistycznym państwie. Zaczytani byli socjalizmem, strasznie chcieli zobaczyć jak to działa w praktyce. Zachwycali się szczytnymi ideami i hasłami. Tylko że to inaczej działa w gazetach, inaczej na ulicy, inaczej w sklepie, w pracy, w codziennym życiu. Wiesz w ogóle czym był socjalizm?
- Wiem, tu w Gwinei też mieliśmy socjalizm. Straszne czasy, ale z drugiej strony, porządek był i pracę też miałem w fabryce, nie musiałem uciekać z miasta. Co prawda to prawda, gwardia czasem sobie pozwalała, ale jakoś to było, socjalizm znam.
- no dobrze, no i oni twierdzili, że Europa zachodnia gnije w szponach kapitalizmu i jedyne czym tą gangrenę można uleczyć to jest właśnie socjalizm… Nie mogliśmy uwierzyć! Jak to?! Ktoś kto ma wszystko o czym my marzymy, świadomie chciał się wyrzec wszystkich swoich przywilejów dla tego komunistycznego bełkotu, socjalistycznej nędzy, dla tej policyjnej pały i sklepowej degrengolady.
No to powiedzieliśmy im , że pokażemy im tą ich socjalistyczną bajkę. Następnego wieczora uciekliśmy z Krakowa i z tymi dwoma francuzami pojechaliśmy do Gdańska. Był rok 83, chcieliśmy im pokazać jak faktycznie w Polsce robotnicza władza, traktuje polskich robotników. Trafiliśmy w sam środek zamieszek na ulicach Gdańska. Mało nie wsadzili nas wtedy do aresztu. Musieliśmy francuzów ukryć na jakiś czas u znajomych na mieście, jeden dostał pałą i o mało nie wsadzili go do suki. Mieliśmy pewność, że żabusie ostatecznie przekonali się czym jest socjalizm. Poczuliśmy z kumplami satysfakcję, wierzyliśmy wtedy, że może to coś zmieni w ich głowach. Nie zmieniło wiele, ale przynajmniej dało im do myślenia. No i w ten sposób poznałem Michella - to jeden z francuzów. On też siedział na radiu więc przez najbliższe lata mieliśmy ze sobą kontakt. Maile, smsy, komórkowe telefony?? O tym nikt wtedy nawet nie słyszał! Dzisiaj to już nie jest wyzwanie… Kiedyś krótkie fale- to była wolność! Słuchasz mnie jeszcze Ricardo?
- Tak, tak, opowiadaj.
No i potem zdałem maturę…o ironio. Wiesz Ricardo jaki miałem temat? Samo życie, dostałem takie motto do zinterpretowania. Ten cytat potem prześladował mnie przez całe życie…do dziś dnia…
Wtedy nie do końca rozumiałem w czym jest rzecz, ale to było mniej więcej rozwinięcie tematu „Chodzi o to jedynie, by naprzód wciąż iść śmiało, bo zawsze się dochodzi gdzie indziej niż się chciało”. Rozumiesz?
Dzisiaj po prostu napisałbym na trzech stronach historię swojego życia, ale wtedy musiałem improwizować i zmyślać. Potem dostałem się na studia, pierwszy rok, pierwszy paszport i nieodparta chęć zobaczenia świata.
W poszukiwaniu przygody... wyplywaj tylko na szerokie wody

Z Michellem cały czas byłem w kontakcie. Powiedziałem Matce, że jadę na wczasy właśnie do niego i że wszystko mam pozałatwiane, że potrzebuję tylko trochę pieniędzy i że wszystko będzie dobrze. Ja nie wiedziałem jak to wszystko się ułoży, ale miałem poważniejsze problemy. Potrzebowałem gotówki na wyjazd, a nie wiedziałem skąd ją wziąć. Nie wiedziałem też jak i którędy jechać, na końcu wreszcie otwartym pozostawało najważniejsze pytanie - gdzie jechać? Czułem tylko, że muszę to zrobić. Muszę wyjechać. Umówiliśmy się z kumplem, który też tak kombinował jak ja, że pojedziemy przez Czechy, Niemcy Zachodnie do Francji.
Wsiedliśmy do Pociągu we Wrocławiu i ruszyliśmy za granicę. W trakcie drogi czulismy podekscytowanie. Nie wiedziałem jeszcze wtedy gdzie i po co właściwie jadę. Rozmawialiśmy z Piotrkiem w pociągu o komunie nie kryjąc naszych poglądów. Wiesz trochę wypiliśmy dla kurażu, więc poczuliśmy zapach wolności jeszcze w Polsce. Czesi na nasze zachowanie nie reagowali, odwracali głowy lub przesiadali się w inne części wagonu. Rozumiesz, my byliśmy nadal w tym samym syfie, ale już czuliśmy się wolni! To było coś…Pierwsza odprawa paszportowa w życiu zakończyła się utratą wszystkich zebranych po całej rodzinie pieniędzy. To znaczy nie wszystkich. Część zapobiegawczo Matka zaszyła mi w nogawce spodni, ale i tak sytuacja wydawał się dramatyczna. 200 dolarów! tyle zdołałem zebrać po całej rodzinie. Dziś to tylko 200 dolarów, ale wtedy to była fortuna. Straciliśmy na granicy dobry humor. Miałem plecak, połowę mniej oszczędności i brak pewności siebie. Nie widziałem co będzie dalej. Celniczka po prostu wyjęła mi wszystkie pieniądze z portfela i kazała zrobić to samo Piotrkowi.
On powiedział, że nie ma pieniędzy, więc zabrano go na rewizję osobistą i po 15 minutach wrócił zszokowany i równie jak ja, doszczętnie ograbiony z pieniędzy. Nawet nie powiedzieli dziękuję.
Tak nas pożegnała komuna. Srał ich pies! Pomyśleliśmy i do momentu, gdy nie wysiedliśmy po niemieckiej stronie nie odzywaliśmy się już do siebie, nie mieliśmy o czym gadać. Co tu dużo mówić skoro nie ma o czym…W malej niemieckiej przygranicznej miejscowości wyjęliśmy z mojego plecaka ukrytą polską wódkę i popijaliśmy ją do białego rana leżąc na trawniku przed dworcem.
To było coś! Myśleliśmy że to nie jest możliwe, że nas tu nie ma, że tego nienaturalnie kolorowego i poukładanego miasteczka też nie ma. Nie wierzyliśmy w to co widzimy. Jak to możliwe, że parę kilometrów dalej jest taki syf a tu jest tak pięknie?
Potem trafiliśmy autostopem pod granicę Francji. Tam się rozstaliśmy z Piotrkiem. On miał rodzinę w Marsylii a ja kolegę w Paryżu. Tylko, że ten kolega nic nie wiedział o moim przyjeździe. Na szczęście po dwóch dniach podróży znalazłem się w środku nocy pod jego drzwiami na Rue du Bac. Otworzył. Owszem był zdziwiony, ale na moje „jestem” odpowiedział „wchodź”.
Pomieszkałem u niego, nie powiem całkiem długo i kolorowo. Po trzech miesiącach wiedziałem, że nie mam już po co wracać, dostałem bez problemu prawo pobytu i pracę. Musiałem zadzwonić do domu, i powiedzieć matce, że już nie wrócę. Nie wiem czemu matki zawsze tak reagują, ale ostatecznie musiała się z tym pogodzić. Nigdy już nie wróciłem. Uczyłem się języka, stylu życia francuzów, tego jak przetrwać w pracy i poza nią. Było cięzko, czasem nawet bardzo, ale jakoś dalem radę i po trzech latach pobytu miałem nawet już swoją francuską narzeczoną. Izabelle, fajna była babeczka. Uczyła dzieci języków w szkołach.
Dasz wiarę? Prawie się wtedy chajtnąłem…Ehh, ale nadal mnie nosiło. Wiedziałem, że nie chcę spędzić reszty życia na obiadach u teściów. Choć nie powiem. Nie wiem czy dobrze wtedy zrobiłem. Ale wtedy chciałem zagrać va banque, trochę pomogło mi w tym życie. Firma, w której pracowałem otwierała siedzibę w Ameryce. Ja znałem angielski i już całkiem nieźle francuski, a do tego szukałem pretekstu, żeby wyjechać. Wziąłem to z miejsca.

Tak znalazłem się w Nowym Jorku. Miesiąc po mnie przyjechała do mnie Izabelle. Nawet dobrze nam się układało. Znalazła tu pracę - uczyła dzieci tym razem francuskiego. Wiesz, że całkiem nieźle zarabiała, były miesiące, że nawet lepiej niż ja. Mieszkaliśmy razem i jakoś z każdym miesiącem traciliśmy do siebie zapał… po roku wyjechała z powrotem do Francji. Ja zostałem sam, ale chyba wszystkim to dobrze zrobiło. Ona teraz ma całkiem udane życie rodzinne i domek gdzieś na południu Francji.
Chce Ci się tego słuchać?
-tak, tak mów.
No dobra a o czym mówiłem?
- A kochałeś w ogóle tą Izabelle?
- ok. widzę, że słuchasz.

No więc po trzech latach przeniosłem się do Californii, wiesz nie lubię zim. Chociaż musze powiedzieć, że Nowy Jork to jest to! Cały świat w jednym miejscu. Kalifornia niby też, ale na początku nie było lekko. Chociaż w porównaniu z pierwszymi miesiącami w Paryżu to już była zwykła zabawa.
Trochę się wtedy powłuczyłem po Stanach. Dosyć szybko się zaaklimatyzowałem. Wiesz ludzie, znajomi, imprezy, kobieta. Jakoś to wszystko się tak szybko potoczyło...
Tak, Sonia...Poznałem ją w Los Angeles, wtedy wydawalo mi sie, że w życiu wsyzstko dzieje się za sprawą jakichś totalnych przypadków. Rozumiesz - im mniej planujesz tym więcej zyskujesz, ale chyba tak nie jest… Nie jestem w każdym bądź razie tego do końca pewien. Układało nam się swietnie, mieszkaliśmy w domu na wzgórzach Beverlly Hills, ja pracowałem jako wolny strzelec wyrabiając sobie przy tym całkiem niezłą opinię w branży, ale potem to się wszystko w ciągu jednego dnia tak szybko zmieniło i musiałem wyjechac z Ameryki.

- O mam coś! mam! mam! Dawaj maleńka, chodź tutaj do nas na pokład, bedziesz gwiazdą wieczoru
- keep pressure, keep pressure
- Rysiek, ty nie pressure , tylko dawaj podbierak.
- Kurde! Kręcę tym kołowrotkiem jak oszalały, na pewno jest pressure. Zobacz! Widzisz? Wędka cały czas jest naprężona. Nie ma rady, nie wypuszczę zdobyczy.
- Cholera! Zerwała się! W mordę, dobrze że chociaż zostawiła przynętę. Skubana, dała nogę spod noża. Ehhh, choler, dwie to już jakaś kolacja by była przynajmniej, a tak to nadal nie ma co dzielić.
- Słabo ją zaciąłeś, musisz mocniej szarpnąć gdy czujesz, że bierze.
- dobra, dobra. Nie cwaniaku tylko sam coś zlów.
A jak było z ta Sonią Pierre?

- Z tą Sonią…? Miło było…ale wszystko się zawaliło w ciągu jednego dnia. To był wypadek, właściwie splot nieszczęśliwych wypadków. Musiałem opuścic Stany, wisiały nade mną spore problemy. Właściwie to nie miałem wyjścia, musiałem uciekać. Kupiłem od znajomych 26. stopową łódź pod amerykańską banderą i z portu w Santa Cruz wyjechałem do Meksyku. To jedyny sposób, żeby nie mieć żadnych nieprzyjemności na granicach.

- O mam! Znowu! skubana, znowu chwycila haczyk!
- dawaj Ricardo, help me, łap żyłkę i wyciągaj! Tylko ostrożnie!
- keep pressure, keep pressure
- Ricardo możesz mi pomóc?
- No a co robię?
- Skończ mówić pressure i dawaj tu siatkę!
- No chodź maleńka do tatusia, zaraz Cię sobie usmażymy… Tym razem się nie wymkniesz!
No ostrożnie. Tak, tak, masz jeszcze chęci uciec co? Nie tym razem!
- masz ją?
- mam!
- dawaj ją tutaj, trzymaj mocno!
- uwazaj, żeby nie wyskoczyła za poklada, szybko dawaja siatkę,
- siatka, siatka, gdzie jest siatka?
- ale się rzuca skubana, przytrzymaj ją mocno, ja wyjmę haczyk.
- no dawaj pyszczek ślicznotko, chodź do wujka, oooo tak
- a teraz do siateczki, no siup
26 stóp i nowa bandera na Mac Gregorze - Diving boat!
Tam na horyzoncie...czyli Wieczni podróznicy czy notoryczni uchodźcy? Wiele dróg tej samej myśli...

- A co było potem?
- kiedy potem?
- no jak już dotarłeś do Meksyku.

W Meksyku sprzedalem łódź i po trzech miesiacach samolotem udałem się do Europy. Tak właśnie znalazlem się w Mediolanie. Szybko znalazłem zajęcie w jednej z włoskich firm, pomógł mi w tym trochę pewien znajomy Makaron z Brooklynu. Znasz jakiechś Włochów z Brooklynu? Najtwardsze skurczybyki jakich kiedykolwiek widziałem.

- tak znam jednego, ma na imię Pauli i będzie naszym przewodnikiem po dżungli. Mieszkał w Nowym Jorku kilka lat. Jest Włochem, mówilem Ci o nim wczoraj. Powinniśmy poznać go dzisiaj wieczorem jak tylko dopłyniemy ....
- Tak pamietam, ale nie wiedziałem, że mieszkał w Nowym Jorku. Słuchaj, jedną rzeczą jakiej musisz spróbować w życiu to Nowy Jork. Mieszkałeś tam kiedyś?
- nie
- pamiętaj, musisz tam zamieszkać, nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem takiego miasta....Tak, definitywnie musisz zamieszkać w Nowym Jorku. Noowy Joork, hmmm przedtem Paryż, San Francisco, Los Angeles, potem Mediolan, trochę Rzym, no i tak jestem tu…Kurcze, od razu mogłem Ci opowiedzieć wersję skróconą.
- hehe, dobra , dobra Pete, nie ma tak łatwo.
- No nie ma, teraz Włosi chcą tu budować ten nieszczęsny rurociąg a jak sam twierdzisz, nikt inny nie chciał tu przyjechać. Ja tez się jakoś szczególnie nie śpieszyłem. Zaczęło mi się bardzo dobrze układać na półwyspie. W końcu żeby zrezygnowali ze mnie podciagnąłem kwotę kontraktu tak wysoko jak się dało, ale oni nie mieli wyjścia, musieli kogoś wziąć, więc się zgodzili na moje stawki. Mi nie pozostało nic innego jak spakować walizkę i przekląć na nieszczęsny tułaczy los. Wiesz miałem miły domek we Włoszech…
- Masz jeszcze trochę tego wina?
- mam, weź stoi tam, nalej sobie,
- ok, dobre to wino.
No tak…no miałem ten dom, od domu godzinę drogi samochodem nad Morze Środziemne, spokojną pracę, a tu znów powrót do tego co już i tak za dobrze znam. Chyba jestem skazany na wieczne życie w hotelach i na walizkach. Tak...właśnie tak znalazłem się tutaj.
Dziwne, ale w tym całym galimatjasie spraw nic już poźniej nie wydawało mi się tak trudne jak zdobycie paszportu i przejechanie Polskiej granicy dwadzieścia parę lat temu...
- Ricardo, czy Ty w ogóle wiesz o czym ja mówię?
- tak, ale...nie rozumiem właściwie, czemu tak bardzo chciałeś opuścic Polskę...
- no tak…nie rozumiesz...nevermind...

Potem złowilismy jeszcze parę ryb, wypilismy parę butelek chardonnaya, zjedliśmy zdobycze, doprawiliśmy się whisky, poszlismy na miasto jak za starych dobrych warsawskich lat. Odbijajac sie od drzwi kolejnych knajp w końcu znaleźlismy dla siebie miejsce w lokalu niedaleko mariny, gdzie personel nie mial zastreżen co do stanu naszego wyglądu oraz naszej trzeźwości i bez problemu sprzedał nam kolejne porcje alkoholu. Tuatj poznajemy gościa, który twierdzi, że wrócił niedawno z Iraku i poznał tam paru polskich chłopaków, którzy jak mówił „are tought”. Widac Jankes wie jak z polakami under influence zaczynać rozmowę...Obrazy są coraz bardziej poucinane, pamiętam, że gość przemawia do nas po rosyjsku z bardzo poważną miną i dziwnym akcentem. Wygląda jak gadająca głowa z telewizji. Trochę zabawnie. Ja w między czasie rozmawiam z barmanką po francusku (oczywiście Je ne comprendes pas -teraz mówią na mnie francuz ;-) ). Ona po chwili na barze kładzie książkę w tymże języku i od tej pory, zaczyna się mój inny-kolorowy świat. Potem jest już niedzielna pobudka i poranne reminescencje....piwo to najlepsze lekarstwo na choroby nocy. Siadamy, opowiadamy, śmiejemy się i wspominamy...najważniejsze to mieć co w życiu wpsominać.

Tak może wyglądać Monterey nocą...wystarczy przyjąć zaproszenie do "mego świata". Mozesz tutaj wpaść...

Przypomnijcie mi jak dożyję starości (i o wszystkim co tu napisałem zapomnę) sposób w jaki zostałem poinstruowany jak łowić ryby. Wystarczy rzucić i wyjąć - mówi Piotrek i po chwili wyciaga dwie piękne rybki. Teraz Ty spróbuj mister. Ok, rzucam wędkę i wyjmuję!
Na haczyku wiszą dwie okazałe rybeczki, z czego jedna z Krabem w pysku!! „Profesor Piotrek” jest pod sporym wrażeniem… ja z resztą (zieloniutki w tym fachu adept) nie mniejszym. Tak po krótkim instruktarzu złowiłem swoje pierwsze ryby! to było na Pacyfiku, koło Monterey.

Sea foods czyli Krabs, a ty jak w ogóle się tu znalazłeś?

jak to jak? płynąłem sobie...

Isabelle, Sonia, o kim tym razem? Relaks przed Niedzielnym free, czyli nurkowanie, które się nie odbyło (swell)