Wednesday, November 28, 2007

Death Valley - usłyszeć ciszę...

Dzień 2.


Isabella Lake - Ridgecrest - Trona Pinnacles Recreactions Lands

Pierwszy dzień spędzamy częściowo w samochodzie a po południu juz tylko i wyłącznie na pustyni. Niestety miejsce wcześniej ustalone na nocleg musimy odpuścic. Na skutek długiego weekendu, zostało one zasiedlone przez milosników off-roadu robiących dużo chałasu na quadach i motocyklach. Odjeżdzamy jakąś milę dalej-znajdujemy dobre miejsce. Od razu zabieramy się do rozmrażania i cwiartowania Indyka, do ktorego ja odczułem nagłą potrzebę postrzelania (zmrożony indyk wydawał mi się niezłym celem, ale na szczęście na pomyśle się skończyło). Rozstawiamy swoje obozowisko, rozpalamy ogień, rozkładamy zabawki. Urządzamy sobie małą strzelaniną. Kule świszczę nad Troną (czyli okolicą, w której się znajdujemy). Off-roadowcy juz wiedzą, że nic tu po nich. Prezenatcja broni odstraszyła przypadkowych gości, którzy się tu niechcący zagalopowali. Patryk ( ciekawy gość z warszawskiego arupa, siedział trochę w Libii, i tak jak ja ma WATowskie korzenie) opowiadał mi kiedyś, że uczucie którego się nie zapomina to noce spędzone na pustyni. Właśnie wtedy możesz usłyszeć ciszę. I ja ją dziś usłyszałem. O zasięgu telefonii gsm od dobrej doby nie ma co mówic. Jest za to radio krótkofalowe, które pozwala nam słyszeć Japonię, Kanadę i całe Stany. November 2, Lima, Lima,(..) Mobil....jak usłyszycie tego gościa na falach eteru to odzywajcie się! Jest szansa, że to my akurat jesteśmy „na wypadzie”. Piotrek rozwala mnie jeszcze na koniec znajomością telegrafii. Konia z rzędem temu kto zrozumie ten szyfrowany przekaz. To już jest wyższa szkoła jazdy. Jestem naprawdę pod głębokim wrażeniem. Potem była noc. Chardonnay (nie ważne, w każdym razie white wine) w kubeczkach, opowieści i rozmowy do jak myślelismy późna w nocy (a faktycznie padamy koło północy). Rozmowom cały czas towarzyszyła w tle indiańska muzyka nazwana przez Piotrka „the Rythm”. Naprawdę klimatyczny wieczór i do tego coś czego nigdy nie zapomnę. Noc na pustyni jest prawie tak samo jasna jak bardzo mocno pochmurny dzień. Lubię pustynię. Słyszysz swoje myśli, masz okazję wsłuchac sie w naturę, masz ten cały industrialny świat daleko z tyłu. Piszę smsa do Arka i G naiwnie myśląc, że uda mi się go wysłać. Nie udaje się. Potem decydujemy się z Piotrkiem na małą eskapadę na szczyt pobliskiego wzniesienia. Zabieramy „pistolówkę just in case”, ja dorzucam jeszcze noktowizor...Idziemy na patrol. W dole piękne widoki oświetlone stalowym światłem Księżyca. Sprawdzamy zasięg laserowego celownika. Tak kończymy drugą noc podróży.

P.s. To właśnie na pustyni wpada mi do głowy pomysł na wstęp do tej serii. Pustynia jest swietnym miejscem na umysłowy relaks, poza tym znudziło mi się bycie poważnym (niektórzy powiedzą, że nigdy nie byłem...to nie prawda, parę razy byłem). W każdym razie na pustyni można robic swoje...

Jedziemy postrzelać!

Uprasza się o nie jeżdżenie po strzelnicy! Ten pan i jego koledzy pokrzyzowali nam plany...


Wyruszamy w dalszą drogę...
w końcu przybywamy na miejsce

Piotrek robi rekonesans...

Marcin zdjęcia...

a ja głupoty...

kierujemy się na miejsce, które Piotrek wybrał na nocleg...


Czy już wiecie do czego służy uchwyt na rowery?? Dokladnie! Do rozmrażania dziękczynnego indyka ;-)

Najważniejsze to mieć w życiu cele...


Duże dziecko i mieszadło chaosu - moja ulubienica, lubię jak kopie.

Pompka, pompeczka, pompunia... Czuje do niej więź conajmniej emocjonalną
Pamiętam pierwszy strzał oddany z Glocka (wziąłem specjalnie urlop w pracy, żeby móc to zrobić). Natomiast z pompki pamietam każdy oddany strzał ;-) Ten najbardziej!


W razie problemów dzwoncie po mnie ;-)
Tzn. W razie problemów z plikiem klikajcie na link poniżej

Szefowa kuchni, kuchni szefowa...Niech kazdy indyk się przed nią chowa!


Imprezę czas zacząć...

Dorotchen :-)

Czekam aż pomysły wpadną do bani...


Pocisk właśnie opuszcza lufę...


Zdjęcie z klimatem (photo by m.s.)

Miejski samochód na lekki teren? (to jest właśnie noc)

Pustynia ?

Północna Osetia?

Czy południowa Kalifornia?

Czas spać! Chowamy broń (just in case). możesz z takim arsenałem przejechać nie niepokojony całe Stany. W Teksasie ostentacyjna demonstracja broni w tylnych szybach pick-upów należy nawet do dobrego tonu :-] (a u nas kiedyś ludzie naklejali naklejki pioneer)



Znów super panoramki Marcina - Trona - nasz jednodniowy dom.


Trona National Park again

Tuesday, November 27, 2007

Death Valley - Polska Misja Ekspedycyjna

Dzien 1.
San Francisco - Oakland - Bakersfield - Isabella Lake

To własnie o 15.51 wysyłam ostatniego maila. Zamykam skrzynkę, wyłączam komputer. Od 20 minut nie powinno byc mnie w biurze. Wyskakuję na Powell street, żeby zlapać 38-mkę i w miarę sprawnie pognać do domu. San Fran pustoszeje przed najbardziej rodzinnym amerykańskim świętem -to widać na ulicach.
W autobusie spotykam Kerra Wonga-informatyka z Arupa. Chwilę gadamy o niczym (czasem myślę sobie, że rozmowy o niczym to pewien rytuał podróży do/z pracy w zatłoczonych autobusach, gdy spotykasz kogoś komu nie masz zupełnie nic do powiedzenia oprócz zwykłego bla bla bla. Znacie to uczucie?). Autobus dobija do 9tej Ave, wysiadam. Marcin już czeka. Szybkie sklarowanie sprzętu, zabieramy wszystkie tobołki ze sobą, wrzucamy je do samochodu. Odjazd.
Umówilismy się z Dorota i Piotrkiem, że spotkamy się w ustalonym wcześniej miejscu. Oni wyjechali kilka godzin wcześniej i na nich ciąży decyzja wybrania miejsca, w którym dziś spędzimy pierwszą noc w drodze na Death Valley. Mamy ustalone koordynaty geograficzne, oddajemy się pod opiekę GPSu i radia krótkofalowego motoroli. Po drodze szybkie zakupy w Costco, wypadamy na trasę i obieramy kierunek Isabella Lake. Teraz już tylko pozostaje odliczać mile dzielące nas od celu. (Opieprzajcie mnie kiedy tylko możecie. Ciągle przeginam z prędkością na tych ich highwayach, ale z drugiej strony te speed limity są czasem naprawdę debilne).
Okolo północy zjezdżamy z highwaya.
Okolice Lake Isabella w nocnym świetle wyglądają jakoś surrealistycznie, zupełnie przypominają mi krajobraz księżycowy (choć nie jestem pewien tak naprawdę jak on właściwie wygląda). Myślę sobie podczas podróży, o tym jak wielką startę na skutek braku ludzkiej wyobraźni poniosła ta całkiem dziwaczna a przez to zupełnie interesująca okolica. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zalania tego wszystkiego wodą? ;-). Nurkowie mieliby tu niezłą zabawę w czasie eksploracji tych dziwnych skalnych tworów. Woda budzi we mnie szacunek dalece większy niż góry. Tak! Trzeba by zalać te góry wodą! Wtedy przyglądałbym im się ze zdwojoną uwagą, na pewno znaczie dłużej, inaczej... Woda daje mi zupełnie inny punkt widzenia. Około godziny 1am zjawiamy się w wyznaczomy na obozowisko miejscu. Jest zimno, jest wietrznie i jest tez jezioro, od którego nazwę odziedziczyłą w spadku pobliska miejscowość. Tafla jeziora w świetle ksiezyca nabiera dziwnej, oleistej barwy filmowej kliszy (lub nawet rentgenowskiego negatywu). Z drugiej strony zupełnie obcego środowiska są tez znajome akcenty. Są "Nasi z San Hoza", jest dające ciepło i jedzenie ognisko, jest kiełbasa, jest whisky. Z samochodów ustawiamy jak nam sie wydaje skuteczną ochronę przed wiatrem (lepiej tak myśleć - to pomaga czasami nie gorzej niz szczelniej ściągniety suwak czy guzik). Opatuleni w polary, kaptury, bluzy, stoimy nad brzegiem jeziora. Towarzyszą nam uśmiechy na ustach, muzyka w głosnikach, plany w glowie, dowcipy i żarty rzucane na wiatr. Robię pierwszy rekonesans. Wniosek jest prosty. Piotrek z Dorotą przygotowali się naprawdę solidnie do wyprawy, my z resztą też nie powinnimy mieć kompleksów. Z nieśmiertelnymi palstikami w ręku rozmawiamy do piątej rano skrupulatnie utrzymując przy tym odpowiedni poziom niosącego ze sobą ciepło płynu. Zauważyłem przez lata bycia Polakiem, ze wśród rodaków doświadczam pewnego fenomenu natury fizycznej. Otóz ile razy spotykają się gdzieś nasi krajanie, tyle razy zaobserwowac mozna występowanie szczególnego przypadku zjawiska zwanego perpetum mobile. Alkohol indukuje słowa nieprzerwanie wyrzucane z głowy za pomocą jezyka...Gdyby nie zgubna moc alkoholu, niechybnie te rozmowy trwałyby całymi miesiącami, ba...być może nawet całymi latami, lub nawet i wieczność. Ja zawsze spotykam rodaków praktykujących te fizyczne eksperymenty. Czy Wy tez? Rozmawiamy, gadamy, robimy zdjęcia, obserwujemy okolicę. Strasznie dziwne jest to światło Księżyca. Rysuje ono dookola nas przedziwne kształty i wydobywa z czeluści ciemności jakieś niezywmiarowane kontury. Ciągle mam wrazenie, że jestesmy w jakiejś innej, nieznanej mi dotąd krainie geograficznej. Poranek przyniesie odpowiedź co tu właściwie na Nas czeka. Póki co czas isć spać. Jutro kawał drogi przed nami. Nie ma to jak przytulić się do welurowej tapicerki samochodowego fotela. Na trzeźwo się nie da :-) Chociaz z drugej strony parę razy musiałem...Zawsze mam sentyment do samochodów, które dały mi schronienie przed deszczem i zapewniły jako taki sen.


Siemasz Piotras, cześć, jak leci? Ognisko to miejsce dużo ważniejszych rozmów niż wszystkie conference room'y tego świata razem wziete....


Impresje ogniskowe....

Zimna, dziwna, ksieżycowa noc.


Isabella Lake nocą...


Księżyc mówi na dobranoc N-S-C. Jest 5ta rano, za cztery godziny pobudka...Wiadomo, to nie wczasy ;-)


Po przejechaniu 500 km Mazda nadal czysta...nic dziwnego pod kołami wygodny asfalcik :-)
Ale to dopiero początek podóży.


Przgoda wciąż czeka...


a Polska Misja Ekspedycyjna...szykuje się do trasy.


Te ekspedycje, ekspedycje, ekspedycje. Can you see (grams) ?


Nim dowiecie się do czego służy wieszak na rowery zwróćcie uwagę na antenę. Dzieki niej możesz mieć kontakt z całym krótkofalarskim światem...Radio to komunikacja, która jeszcze dzielnie broni się przed internetem, niestety pewnie już niedługo...Siedzą w tym już tylko miłośnicy, podróżnicy, kiedyś też opozycja...


Po przebudzeniu od razu aparat w ręku...inaczej się nie da.


Śniadanie nad jeziorem 9am.

Nic tu po nas, przygoda czeka, zbieramy zabawki...

Lake Isabella jaka jest dopiero teraz widać naprawdę...To sztuczny zbiornik, nocowaliśmy obok zapory wodnej (choć tej akurat tu nie widać)

Perełka na koniec, czyli Panorama Isabella Lake - autorem wszystkich panoram jest Marcin. Odwiedzajcie jego stronę http://marcin-sieradzki.blogspot.com/ Te same doświadczenia innymi oczami ;-)

Monday, November 26, 2007

Death Valley - Intro

Gdzieś budzi się dzień, komuś własnie oznajmiono radosną nowinę, w tym samym momencie gdzieś końca dobiega czyjeś życie. Nieświadomy niczego młodzieniec właśnie spotyka miłość swojego życia, ktoś pierwszy raz w życiu nocuje na pustyni, komuś przed chwilą w szpitalu odebrano ostatnią nadzieję. Szczęśliwiec w tym momencie wygrywa los na loterii, ktoś inny spotyka znajomych sprzed lat, komuś samochód wyjechał na przeciw życiowym planom. Ktoś popija wieczorną kolację białym winem. Komuś właśnie spóźnia się autobus, gdzieś na świat przychodzi nieświadomy niczego młody człowiek. Równolegle z grymasem na twarzy wstaje do pracy połowa kontynentu, kogoś budzi pierwszy pustynny poranek, ktoś załamuje teraz ręce, turysta przegrywa swoje pierwsze pieniądze w kasynie Las Vegas. Gdzieś ktoś czeka na kogoś, ktoś tęskni za kimś, gdzieś ludzie wypiekają dziękczynne indyki. W portach ludzie nieustannie wypływają w morze. Jednocześnie statek właśnie przybija do portu. Komuś urodził się syn, ktoś obok cieszy się, że też został ojcem. Ktoś obgryza paznokcie patrząc na notowania giełdowe, czyjąś głowę zaprząta myśl jak zjeść poranne śniadanie. Ktoś ciężko pracuje tymczasem za rogiem beztroska ręka kupuję kolejną bezużyteczną błyskotkę. Na randce chłopak stresuje się pierwszym spotkaniem z dziewczyną a 10000 kilometrów dalej Ktoś ma do kogoś żal, że o nim nie pamięta. Ktoś sie własnie myli, komuś wpada do głowy rewelacyjna myśl, na uniwersytetach całego świata ludzie bronią tytuły naukowe a po drugiej stronie ulicy komuś właśnie złą oceną odebrano chęci do nauki. Ktoś martwi się o comiesięczne rachunki stojąc w kolejce po jutrzejsze śniadanie. Artysta maluje obraz, a na kanapie willi beztrosko rysowane są plany kolejnych egzotycznych podróży. Ktoś w tej chwili szczęśliwie wylądował na Heathrow, Okęciu, w Kansai. Ktoś za chwilę przeżyje chwile grozy, czyjś kciuk skutkiem znudzenia automatycznie wykonuje odruch i tym samym telewizor zostaje wyłączony. Ktoś od 5 minut rozpala ognisko, tysiącom osób wydaje się w jednym momencie, że zawalił się ich cały świat, podczas gdy komputer tylko wyswietlił komunikat „not responding”. W tym samym czasie ktoś upada na ziemię trafiony kulą snajpera „niosącego pokój” w kolejnej wojnie za pieniądze. Tysiące osób naciska w zlości ctrl+alt+del, snajper chowa broń…odchodzi. Wojny niezmiennie niosą śmierć, samochód jedzie autostradą a kule świszczą na kontynentach całego świata...Komuś nadal jest zimno, gdzieś lekarze niewyobrażalnym wysiłkiem ratują ludzkie życie a ktoś tymczasem czuje się niezwykle samotny. Gdzieś popełniono przestępstwo, ktoś wysyła smsa, a ten sms może właśnie lecieć z Las Vegas do centrum Oxfordu. Komuś padła bateria w telefonie przed bardzo ważnym spotkaniem, przy śniadaniu znów pomylono cukier z solą. Ktoś snuje plany na przyszłe życie, mleko rozlało się na podłogę. Oczekiwany e-mail nadal nie przychodzi. Kogoś nic już nie obchodzi, ktoś robi zdjęcie, ktoś spieszy się do domu. Gdzieś nagrano pierwszy uśmiech długo oczekiwanego dziecka, ktoś właśnie teraz klika na not-so-close...

Na naszej planecie istnieje ponad 6 miliardów podobnych scenariuszy. Jeden z nich niezauważalnie dla historii świata dzieje się równolegle do reszty gdzieś na południu Kalifornii nie wyróżniając się przy tym za bardzo wśród tych opisanych tutaj...

Dopiero co wróciliśmy z dziękczynno - weekendowej (4 dniowej) wyprawy do Doliny Śmierci. Liczba zdjęć zrobionych podczas całej wyprawy zmusza mnie do podzielenia tematu na posty opisujące kolejne dni. Dziś chciałem napisać wstęp.
Będzie to reportaż w odcinkach zlożony głównie ze zdjęć opatrzonych tylko krótkimi komentarzami i równie krótkimi opisami wynikającymi niejako z obowiązku udokumentowania pewnych faktów i zamieszczanymi tytułem wstępu dla opisania sfotografowanych zdarzeń.
Będzie to opowieść o tym jak czysty miejski samochód, stawał się powoli miejskim samochodem na długie trasy, potem lekko zakurzonym samochodem do jazdy w lekkim terenie, żeby w końcu stać się przeprawowym pojazdem przesyconym zapachem i kolorem wszędobylskiego kurzu. Jak niewiele czasem mamy do powiedzenia, uświadamiam sobie, gdy okazuje się, że samochód, działający gps, czy dobra pogoda, może być twoją jedyną nadzieją podcza pokonywania górskich bezdroży Doliny Śmierci. Zależysz od rzeczy na które nie do końca masz wpływ...Lekcja pokory, nauczycielem tym razem jest potęga natury. Będzie to też opowieść o pięknie i różnorodności krajobrazu tej części Ziemi. Być może napiszę też coś o tym co na poszczególnych etapach podrózy sobie myślałem i do jakich wniosków doszedłem, lecz czy tak zrobię sam jeszcze nie wiem...Przejechaliśmy przez te 4 dni ponad 1400 mil, ale wszystko zaczęło się tu w San Francisco, była środa - godzina 15.51.

Zapraszam do Death Valley

sokół

Tuesday, November 20, 2007

Pozwólcie, że nic Wam tym razem nie opowiem...

Podczas ostatniego weekendu doszło jasno do mojego przekonania, że tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Tak właśnie. Mogę tylko usiąść i słuchać. Owszem chłopaki mają znacznie więcej lat niż ja, ale ja jestem narwany, wydaje mi się, ze moje serce wali dwa razy mocniej/szybciej co według mojej interpretacji oznacza, że chyba nie jestem maratończykiem. Moje nastawienie do życia z resztą nie przewiduje jakichś przesadnie rozwlekłych scenariuszy z werandą w tle i gromadką wnuków u wezgłowia. Boję się, że nie zdążę zobaczyć tego wszystkiego o czym przez ostatni weekend z zaciekawieniem słuchałem.
Mam tylko chęc zrobic trzy rzeczy podczas tych dni, które jeszcze mi tu pozostały (mam nadzieję, że się uda). Właściwie to kiedyś opowiem Wam tą historię, której to historii nie opowiedziałem tym razem, ale już nie dziś, nie teraz. Z tego mojego sobotniego milczenia, rodzi się stare/nowe opowiadanie, ale to juz nie jest historia na n-s-c. Raczej będę zmuszony publikowac to w innej przestrzeni. Prawdopodobnie tak narodzi się n-2-c (limited access) szczegóły w następnych Technikaliach. Tam już będzie czysta forma, tam opowiem Wam o swoim życiu, trochę też o sobie…ale może do tego czasu zmienię zdanie, bo przecież życie jest paradoksem, zawsze układa się inaczej niz zakładałeś/ zakładalaś.
I tak własnie za sprawą paradoksów, to co miało być głównym celem mojego tutaj przybycia okazało sie niewypałem. Nie chcę nawet kontynuować tego wątku, jestem już tym po prostu zmęczony.
Z drugiej strony, rozwiajm się w innych dziedzinach swoich zainteresowań. Mam znacznie więcej kontaktu z techniką wojskową niz w Polsce, umiem obsługiwac kilka nowych rodzajów broni (wydaje mi się to bardziej przydatną umiejętnością niż większość inicjatyw, w których ostatnio brałem udział). Wciąż poznaję ciekawych ludzi (głównie z Polski co niestety trochę mnie jednak martwi). Mam poza tym znacznie bardziej interesujący kontakt z motoryzacją. Obecnie poruszam się przez najblizszy tydzień Mazdą XC7 z sekwencyjną skrzynią biegów. Wreszcie jakiś samochód…a nie amerykański półprodukt. Muszę powiedziec, że japońska motoryzacja jest solidna i poukładana. Układ kierowniczy i przeniesienie napędu są bardzo odpowiedzialne i niemal czujesz drogę dłońmi. Właściwości jezdne łatwe do przewidzenia i kontroli. Poza tym wciąż jednak legendarna niezawodność, która dziś zaledwie ociera sie w większości przypadków o ten mit. Mazda i reszta japońskich producentów prawdopodobnie tym zdobywa amerykański rynek. Poza tym galanteria samochodowa z kraju kwitnącej wiśni jest tutaj naprawdę względnie tania. Niemniej jednak ja nadal nie odnajduję w niej zbyt wielu emocji (poza paroma wyjątkami). Zrozumiałem, że na tle amerykańskich wozów konnych, które przez lata rozwoju zdołano zaledwie doposażyć w silniki, takie rzeczy jak manualna skrzynia biegów, czy wysoko obrotowe silniki wyposazone w turbiny dają mi jasno do zrozumienia… Japońskie samochody stały mi się bliższe niż kiedykolwiek (ale bez przesady ;-) ). Jest jedna rzecz, która wydaje się trzymać mnie w miarę blisko pionu psychicznego. Zauważyłem u siebie pewne górki adrenalinowe, które niestępione wprowadzają mnie w depresyjne nastroje. Czuję się doskonale podczas szybkiej jazdy samochodem (tu w USA mimo licznych i poważnie brzmiących ostrzeżeń też ignoruje przepisy. Chyba się tego szybko nie oduczę, ale jest to element mojego buntu przeciw prawu tzw. „ziemskiemu”). Tak samo zbawienne skutki dla mojej psychiki ma nurkowanie. Szczególnie, gdy nurkuję głęboko na bezdechu lub w sprzęcie. Nie ma się co dłużej oszukiwać, ostatni nurek który się nie odbył zaważył na fatalnej dyspozycji psychicznej przez cały ostatni tydzień. Tym razem się udało! Był trening free i było solo scuba diving (tylko jedna federacja na świecie, według mojej wiedzy dopuszcza nurkowanie solo…ja do niej nie należę…jeszcze;-) ).
Zanurzam się w Oceanie, czyli pierwsze nurkowania bezdechowe w wielkim Błękicie. Muszę powiedzieć, że mój sprzęt do uprawiani tej dyscypliny od tygodnia jest zupełnie kompletny ( elastyczny pas balastowy i neoprenowe skarpetki spisują się rewelacyjnie!).
Niestety tym razem zacumowaliśmy za blisko brzegu i jedyne co udało się osiągnąć to 13.7metra (ale to w sumie był trening, więc głębokość jest ok). Wynik byłby jeszcze gorszy ponieważ pod samą łodzią było około 12. metrów. Postanowiłem jednak pozwolić sobie na krótka eksplorację dna. Freediving mnie relaksuje, ale zauważam, że jest to dla mnie sprawa bardzo osobista…Słona woda oszczędza też moje zatoki-jest bardzo dobrze. Jest zapas na 20 metrów (a weźcie pod uwagę, że ostatni regularny trening odbyłem 3 miesiące temu0. Jest też naprawdę dobra diving boat (Mam nadzieję, żę Piotrek będzie chciał dalej nas zapraszać). Mam tez kilka koncepcji na usprawnienie samego schodzenia w toń. Najpierw jednak muszę zajechać do West Mariny po linę…jakieś 40 metrów. Niestety ten pierwszy free nurek był trochę partyzancki. Byłem bardzo niedoważony i nie miałem wokół siebie żadnej liny, po prostu freediving…Wizura może na 5 metrów.
Podczas treningu jak zwykle pojawia się krew, nie inaczej było tym razem. Po wypłynięciu za którymś razem na powierzchnie zauważyłem, grupę fok szybko płynących w kierunku Mariny. Czyżby rekin? Niestety tutaj muszę brać już takie sytuacje pod uwagę. Schodzę jeszcze dwa razy na 13 metrów, rozglądam się po okolicy i wypływam na powierzchnię.






Freediving profile-odczyt z komputera nurkowego Suunto D3. Thx G.



Interpretacja profilu jest prosta. Oś pozioma to czas, oś pionowa - głębokość. Przedostatni "niepełny peak" to problemy z uchem (Ewakuacja). Na powierzchni ławtwiej wyrównać ciśnienie ;-) .
Co ciekawe Kelp okazał się dla mnie tym razem bardziej łaskawy niz przypuszczełem. Ciekawostka: Kelp (czyli brunatnice) jest ponoć drugą najszybciej przysrastąjcą rośliną na Ziemi (1foot / day). Pod tym wzgledem wyprzedza go tylko jeden gatunek Bambusa.



Czas na sprzęt. Godzinę wcześniej Kuba naprawiał kil w Mac Gregorze, więc została cała flaszka powietrza. Słuchajcie to był mój trzeci Oceaniczny nurek sprzętowy i od razu stawia przede mną nowe wyzwanie. Solo diving (chyba tylko federacja TDI szkoli pod tym kątem). Generalnie nurkowanie solo jest niewskazana, żeby nie powiedzieć zabronione. Moja federacja i moje uprawnienia w każdym bądź razie zabraniają mi takich praktyk. Mnie to nie interesuje. Audaces fortuna Juwat. Przy wyciąganiu pasa na łódź popełniłem szkolny błąd! Straciłem dwa kilo ołowiu, ale wcale się tym nie przejąłem, zaraz go znajdę. Ubieram BCD, zmieniam pas i konfigurację balastu, sprawdzam sprzęt, zmieniam płetwy i po chwili znów jestem w wodzie. Deklaruję znajomym na powierzchni, nurka rozpoznawczego na 10-15 minut. Ostatecznie wychodzę po 35. Nie było to rozsądne z mojej strony ponieważ ekipa na łodzi miała prawo się denerwować, na szczęście nie denerwowali się ;-) (Nieświadomość jest błogosławieństwem). Pod wodą bawię się w podstawy nawigacji. Tzn. staram się polegać tylko i wyłącznie na swojej wyobraźni przestrzennej. W większości prób ta sztuka mi się udaje. Trafiam w okolice kotwicy Mac Gregora prawie za każdym razem. Musicie wiedzieć, że pod wodą inna jest percepcja czasu, barwy, rozmiaru i przestrzeni. Dodatkowym utrudnieniem do przeprowadzenia sprawnej nawigacji stała się maska cressi minima, która jest typową maską freediverską i pole widzenia w niej jest mocno ograniczone. Full metal jacet - tego mnie uczono na kursie ;-) Łatwo w takich warunkach stracić orientację, niektórzy mogą popaść w panikę a wtedy nie trudno o problemy. To mi się w nurkowaniu podoba, opanowanie za wszelką cenę i maksymalna koncentracja. To mnie naprawdę uspokaja! Tym razem pianka sprawdza się świetnie w połączeniu z 3mm (!) skarpetkami i temperaturą wody na poziomie+11stC. Głębokość maksymalna tego nurka to 16,1m. Znów mija mnie foka, którą zobaczyłem trochę z zaskoczenia i przyznam, ze w pierwszej chwili zdołała mnie przestraszyć. Potem jednak sam się do siebie uśmiechnąłem. Pod wodą znajduje swój ołów i przypadkowo także kolejne 2 kilogramy. Mam już teraz w sumie 10 kg (chyba oddam G te 2 kilo, które nie zmieściły się w jej bagażu ;-p). Nurka planowalem przeprowadzić z zachowaniem wszelkich procedur bezpieczeństwa. Ustalam limit powietrza w butli na dwa razy większy niż w nurkowaniu partnerskim. Przy 1000 psi bujam się już na powierzchni. Uśmiechnięta twarz i „okejka” w górze. To był dobry weekend ;-).



Solo scuba profile - ponownie Suunto D3




P.s. Ciągle nęci mnie BMW. BMW to dla mnie uosobienie Heidi Klum – kobieta elegancka i z klasą. Tego weekendu jechałem X5tką, ale nadal nie wiem jak to jest iść z Heidi pod rękę…tym razem znowu jako pasażer ;-)

Still not-co-close...

P.s. To byl weekende pod znakiem wszędobylskiej mgły...była z nami na Point Reyes i w Monterey, po powrocie do SF zgadnijcie kto nas przywitał Mr. Fog...a jakże!


Goldas - mgła



Point Reyes - mgła



Lighthouse - mgła



Monterey - mgła




P.S.noch einmal -od jutra zaczynam dlugi weekend..nareszcie...zaQty jest zmęczony...

A teraz trochę picsów (głównie Marcina jak nietrudno się domyslić)






(A to akurat moje) Tak mieszkam w weekendy. Marina to nasz drugi dom - powaznie :-) Thx guys!



Mac Gregor - legendarny Diving Boat!





Ocean man... ;-)



Lubię tą robotę...na wjeździe do mariny trzeba robić hałas!! make some noice!!

Monday, November 19, 2007

The street of San francisco part 2

As a courtesy to my friends who speak english (and some Teacher ;-) I'd like to publish first post in english.
Some pictures have a very poor quality, but in this case it is not as important. It is worth taking a closer look at the street of San Francisco anytime (irrespective of circumstances)...
Enjoy the clicks.

Le
Grand

Bleu...
(cause some people claim I'm from France) ;-)

Market street - means Targowa :-)


Market street again
Ferry building

Chinese girl in a Chinatown...

Chinatown again...
Lampshade :-)

hobart building - another point of view

This place is known as a building where "The interview with a Vampire" was shooted. On the ground floor is also located small restaurant where Francis Ford Copolla wrote "The Godfather" screenplay. This is Copolla's favourite restaurant...

Golden Gate view from Bay Bridge

It was sad day...
The last day together in SF...

After my personal earthquake...

Sun
still...
shines...

Friday, November 16, 2007

Technikalia, czyli już po burzy...

- mgła w Richmond to chleb powszedni. Richmond - to generalnie dzielnica mniejszości narodowych w SF (głównie azjatycko -rosyjskich). Mieszkam tu od miesiąca , więc coś Wam o niej teraz opowiem. Każdego wieczora Richmond tonie we mgle, ale nie jest to mgła zwyczajna, jest to mgła, która ma wymiar fizyczny. Ma swoją gęstość, wagę, barwę i intensywność.
To jest naprawdę surrealistyczna dzielnica San Frana. Tutaj poruszasz się w powietrzno-wodnym środowisku. Tutaj nurkujesz wracając z pracy w "hemoglobinie tego miasta". Tutaj co wieczór światla samochodów próbują przecinać tą mleczną zawiesinę...bezskutecznie. Gotham City, dookola ocean azjatów i morze rosjan. Na środku wyspa - dwóch Polaków ;-)

- Nie prawda! Polaków jest więcej! Na skrzyzowaniu 24tej i Geary mamy polskie deliskatesy! Poważnie! jest bułka tarta wrocławska, prince polo, tymbark, hortex, kiełbasa, kaszanka i całe dobrodziejstwo inwentarzu. Wszystkie wyroby garmażeryjne wyrabiane są na miejscu.
Właściciel jest całkiem miły i prowadzi ten biznes od 30 lat. W sklepie mozna przeczytac Super Ekspres ;-), Polityke z kwietnia i obejrzeć tvn24. Na zapleczu słychać polskie rozmowy (podczas mojej wizyty przysłuchiwałem się ożywionej rozmowie na temat jezdy samochodem po pijanemu) ;-)



- są też polskie alkohole, ale o dziwo nie w Polskich Delikatesach. Mam 50 kroków od domu "zaprzyjaźnionego" sklepikarza, którego co wieczór pytałem czy ma polskie piwo "na sklepie". Ostatnio wracając z kolacji spotkałem go na ulicy. Ucieszył się niesłychanie, wziął mnie niemal pod rękę i powiedział "Choć ze mną, coć ci pokażę". Na środku sklepu tuż nad kasą stała butelka z charakterystycznym logo pewnej firmy z Żywca. Fiu, fiu powiedziałem....I'm impressed. Dostałem to piwo w prezencie i zaproszenie na piętek takoż. No to mamy piątek. Wrócilem właśnie z zakupów. W brown bagu pobrzękują brown bottles, czyli pozdrowienia z Polski ;-). Uśmiałem się nie mało, ponieważ oprócz eksportowych polskich wódek (Chopin , Belwedere) na półce pojawiła się takża wódka Sobieski (Pozdorwienia dla Przemka). No to teraz czuję się jak w normalnym polskim osiedlowym sklepie ;-).
Nie wiem czy nie powinienem pobierac apanaży od polskich browarników na konto moich działalności promocyjnych. Hmmm.

- Ok, trochę przesadziłem ostatnio z oceną siłowni, na którą chodzę. Oprócz tego, że jest stanowczo za duża, wszytsko w niej wydaje się być w normie. Ludzie czasmi zdażają sie naprawdę odpałowi, ale to jest ułamek procenta a do tego przecież jestem tolerancyjny. No może czasem nadpobudliwy, skądś przeciez mam te wszystkie szwy ;-). (Dobrze, że nie noszę ze sobą żadnej 9tki ;-)). Nic nie mam do nikogo (jak się mogło po ostatnich technikaliach wydawać), może tylko za wyjątkiem ładnych kobiet, które ostatnio zaprzątają moją głowę. Chcialbym mieć z nimi kontakt dłużej niż tylko te krótkie chwile.

- Motorola cały czas dział nieprzerwanie (bez ładowani) od 04.11.2007 ( a wczoraj np. odbyłem 34. minutową rozmowę). Słabo?? Nadaje jej tytuł najlepszego telefonu n-s-c. Głupie to, ale dobrze brzmi...

- niedługo mamy 4 dniowy weekend :-) i jakieś tam na czas jego trwania plany.
(Thanksgiving weekend)

- wraz z Johnem G Williamsem znajdę się na projektach Apple'a. To dobrze, akurat teraz potrzebuję wyzwań i kontaktu z angielskiem-brytyjskim ;-). Poza tym John jest ok. Witam go co rano tekstem w stylu "Hello John, my very british friend" - fatalnie przy tym akcentując. John odpowiada mi tym samym , niezmiennym brytyjskim "Hello Piołtraek". Jego mąż niedawno zaczął pracować u nas w firmie, lubię ich nawet-są zabawnie pokręceni :-)

-drugi piątek z rzędu byłem na Arupowym masazu. Wszyscy rekomenduja Toma jako dobrego masazyste, ale ja wolę kobiece ręce...Mia, Mia, Mia - jest naprawdę bardzo miła...czyżby jakaś chemia? Nieee, po porostu wolę kobiece dlonie...

- poza tym toczę zwykłe robotnicze życie, wracam do nauki...pa

pozdrawiam, uściski i bessos dla Isabelle ;-p

VB mnie niezmiennie rozwala, mają chłopaki talent!

Thursday, November 15, 2007

Pro Arte et studio - Macte Animo

Zawartość: Niepoprawni wizjonerzy, ekstremalne wyzwania, nowe granice

1) Sens pracy jako takiej a jej wymiar (nie)rzeczywisty w projektowaniu

"Jesli chcesz żeby coś było zrobione - zatrudnij kogoś,
jezeli chcesz żeby było zrobione dobrze, zrób to sam..."
Tak sobie myślę ile warta jest praca? W sensie materialnym najzupełniej przeliczalna wartość. W sensie poza materialnym subtelna, ale nie przez wszytskich wyczuwalna granica między tym co wypełnia codzienność a tym co ją kreuje. Narzuca jej swoje nowe szersze ramy, standardy i sposób patrzenia na dziś a w konsekwencji na jutro...techniki. Nieodkryte dotąd rozdziały wiedzy o tym co na kreację nowych wartości się składa punkt po punkcie przez kolejnych śmiałków dopisywane do listy zdobyczy świata odkrytego. Kanony technicznej wiedzy wtłaczane nam do głowy na seminaryjnych salach i spisane na kartach ksiązek. Dziś oczywiste prawdy, powielane schematy, kiedyś genialne myśli, a jednak…Przecież i one wytyczone przez nowych potrzeb pragnienie i łamania granic konieczność tam swój początek wzięły.

Niepoprawni wizjonerzy, ekstremalne wyzwania, nowe granice... ->gdzieś tam!!


2) Zacznij Tworzyć - Niemożliwe nie istnieje

Nie pytaj czy jestes w stanie sprostać nowym oczekiwaniom. Nie zastanawiaj się czy jesteś
w stanie zaprojektować nowy, dłuższy, wyższy most. Usiądź i zacznij go rysować. Nie mart się czy osadzisz najwyższy pylon w najmniej stabilnym gruncie a pod najdłuższym przęsłem popłynie najszersza na świecie rzeka. To wszytko jest możliwe, to po prostu trzeba odkryć.
"We wszechświecie są prawdopodobnie dwie nieskończone rzeczy... Prawdopodobnie sam Wszechświat i na pewno ludzka głupota" tak mawiał Albert Einstain, ale ja się z nim nie do końca zgadzam. Jest jeszcze ludzka wyobraźnia, która te nowe mosty zaprojektuje, zbuduje i szybko o nich zapomnie. Istota rozwoju jest postęp, a tutaj jedynym ograniczeniem jest człowiek i jego wyobraźnia.

Zacznij Tworzyć- do dziś Niemożliwe - czeka wciąż na odkrywcę -> czeka gdzieś tam!!


3) Cel uświęca środki, ale czy za wszelką cenę??

Z pewnością trzeba zrozumieć sens swojej pracy, żeby sie jej bezgranicznie poświęcić.
Żeby potrafić przeliczyć ilość godzin na niematerialny wymiar efektu wielomiesięcznych starań.
Wielomiesięcznych?? Baa...wieloletnich starań , starań którym podporządkowywujesz całe swoje życie... Nowe granice, do których z każdym dniem nieświadomie się zbliżasz i podejmujesz trud ich na nowo ustalenia wymagają niesamowitej koncentracji na pracy zawodowej w jej najprostszym znaczeniu. Pracy jako źródle satysfakcji i jedynego środka do ciągłego samodoskonalenia (teraz myślę, że to naiwne). Krok po kroku zbliżasz się do samej granicy, ale oddalasz się od tego co twój swiat rzeczywisty na codzień tworzy. Z pewnością niepoprawni wizjonerzy ustalają nowe reguły (tworzą 192. metrowe budynki i ubierają je w instalcje , które pozwalają im istnieć niezależnie od środowiska zewnętrzengo). Łamią tym samym zastałe schematy, eksternum nie ma wpływu na internum a do tego te drugie doskonale sobie bez pierwszego radzi, ale..... Zawsze z boku jest ktoś kto cenę tych odkryć ponosi. Pozostaje pytanie.Jak wiele poświęcić się jest w stanie człowiek, który sam od drugiego człowiek tak ogromnego poświęcenia nie odbiera? Nie wiem... ja nigdy do tego nie dorosłem. Zawsze nawalałem w takich sytuacjach, ale o jednym się przekonałem. W konsekwencji zapłata nie ominie żadnej z dwóch stron, tyle ze radość z sukcesu przypisana jest tylko jednej z nich. (Dziś poświęcilbym jednak więcej uwagi kobietom)
Nowych wartości szukanie zamyka nam oczy na to co podstawowe, ale przecież podstawy już dosyć dobrze znamy...i nie do konca chcemy im poświęcać czas, który jak mi się dziś wydaje - bezprzedmiotowo marnuję....
Obawiam się jednak, że życie ziemskie dąży do skomplikowania prostymi środkami (coby było śmieszniej) tego co najprostsze..Chyba trzeba odnaleźć siłę w innych ludziach, aby zdobyć się na niemożliwe....
Tak więc, czy nowe wartości są pochodną wartości podstawowych ??
Niestety chyba tak.

4) Pierdolenia koniec

Idę spać

Kiedyś napisałem tego maila do kolegi, z którym budowaliśmy budynki. Na pewno dzis nie napisałbym takiego bełkotu, ale to mi jasno daje do zrozumienia, że z zapalu, nad którym kiedyś nie mogłem zapanować, dziś nie zostało (prawie) NIC...


Hołd składam memu miastu...Budynki to (nadal) moja dziedzina! Tu z Gieenem na dachu Warszawy.



I jak tu napisać appraisala??
Mam nadzieję, że się pozbieram do tego czasu.
Musialem to opublikować. Przeżywam najpoważniejszy kryzys zawodowy od lat. Niektórzy powiedzą, że nie pierwszy :-) A ja chcę tylko znów być w grze... na pocieszenie zamieszczę owoce swojej dotychczasowej pracy w SF office. Jak widzicie tworzę juz tylko wirtualnie.




Wielkie pięć dla ludzi, których poznałem na Rejtana. To dzięki Wam miałem tą siłę. Czyli okazuje się, że dopiero po latach zrozumiałem to co sam napisałem. Rzeczy wartościowe są pochodną tego co niosą ze sobą ludzie. Kiedyś Wam to na n-s-c wytłumaczę tak jak mi to wczoraj wytłumaczono (thx G).






Wielkie rzeczy dzieją się z zaskoczenia, czekają na nas za rogiem. Macte animo! Wierzę, ze jeszcze będzie dobrze ;-)