Thursday, November 29, 2007

Death Valley - Area 51 czyli Viva Las Vegas!!!

Dzień 3.

Trona - Death Valley (Emigrant, Srovepipe Wells, The Sand Dunes, Devils Cornfield) - Beatty ( Nevada ) - Area 51 ( Nevada ) - Longstreet Inn ( Nevada ) – Las Vegas (Nevada)

W terenie recover do normalnego świata jest prosty. Wstajesz wychodzisz ze śpiwora, zakładasz buty i już jesteś ubrany. Rozpalasz ciepłe jeszcze ognisko, wstawiasz wodę na herbatę. Kroisz chleb, robisz kanapki, jajecznicę i cały ten śniadaniowy bałaganik. Potem masz wolny czas, my idziemy postrzelać. Na górze robimy sobie krótką rozgrzewkę. Pif paf, bum, bęc. Miło sie zrelaksowac z rana, trzymając Mossberga w ręku nie myśleć o niczym innym , tylko o pięknie krajobrazu i potędze natury. (chyba jestem człowiekiem pierwotnym)
Wracamy do obozu, żeby doprowadzic się do porządku. Uruchamiamy solar shower, butelki z wodą , pasta do zebów, nowa bielizna i jedziemy dalej. Tym razem strzelanie zapamietam z jednego prostego powodu.


to samo w razie problemów znajdziecie też tu:

http://www.youtube.com/watch?v=AbJwyqNTQZY

Pobiłem swój rekord z Los Padres w strzelaniu długodystansowym (old personal best 70m). Siadam na ziemi, szukam celu, który ustawilem „dosyć” daleko (110-130 metrów) i spokojnie oddaję kilka strzałów. Ostatni dopada celu, którym jest mała butelka heinekena (0.3 ltr). Kupcie dziś sobie taką buteleczkę do kolacji i ustawcie 130 metrów dalej. Na dziś dzień ustrzelenie tej butelki wydaje mi się sporym osiągnięciem, ale...niedługo może okazać się, że trzeba będzie spróbowac czegoś nowego. W momencie, gdy ostatni kula osiąga cel, butelka przestaje istnieć. Jest to o tyle spektakularne, że strzelając z 22ki na krótkie dystanse, owszem uszkodzisz butelkę, ale nie spowodujesz jej gwałtownego zniknięcie z powierzchni ziemi...Dystans robi sowje, maksymalne wrażenie! Jest coś majestatycznego w obcowaniu z bronią, szczególnym jej przypadkiem jest broń snajperska...To jak rysowanie tuszem, freediving lub szybka jazda samochodem. Jedna próba duża stawka. Chyba u mnie to rodzinne. Siostra jest chirurgiem, ten zawód obok saper zapewnia chyba najwyższy współczynnik adrenalinowego kopniaka (mam też kilka alternatywnych określeń tego stanu podniecenia, ale nie będę się tu nimi z Wami dzielił ;-) ). Chyba jestem uzależniony od podwyższonego poziomu adrenaliny. Jeśli tego nie kontroluję zaczynam popadać w skrajne stany. Tak jak mieliście to okazję zaobserwować ostatnio na blogspocie. Hmmm...chyba tak właśnie jest.

Wracamy do obozowiska , skladamy sprzęt i staramy się dostać do drogi asfaltowej. Pilotuję Marcina po pustyni tak, abyśmy nie ugrzęźli, nie zawiśli, nie zostawili tu na pamiatkę jakiegoś elementu zawieszenia lub podpisu w postaci plamy oleju. Udaje się dostać do asfaltu. Obieramy cel - Death Valley.

Posłużę się tu opisem trasy sporządzonym prze Marcina. Ja niestety nie mam głowy do rozpamietywania tras, numerów autostrad, nazw mijanych krain geograficznych i opisywania tych wszystkich okolic z nazwiska i imienia.

Marcin na swoim blogu pisze...

„Po drodze mijamy Searles Dry Lake. Plan zaklada przejazd przez DV i dotarcie do Beatty w Nevadzie gdzie mamy skręcic w strone Area 51. Jedziemy dynamicznie i szybko, drogi są puste, uważamy tylko na policje. Mijamy tablice informującą nas, że jesteśmy już w słynnej dolinie :) Jedziemy Emigrant Canyon w strone Stovepipe Wells tam odbijamy na Devils Cornfield zatrzymujac sie w Mesquite Sand Dunes .



Miejsce jest niesamowite jakby przeniesione z Arabii :) pustynia z diunami, wiatr przypominajacy burze pustynną. Piasek wdziera się wszędzie, czuję że mam go pełno w ustach i pod ubraniem :) (...) Wracamy na trasę, powoli sie ściemnia a mamy jeszcze kawał drogi do pokoniania. Zatrzymujemy sie na chwilę w pobliskim Ghost Town - opuszczonym górniczym miasteczku. Całe budynki i samochody. Tylko ludzi brakuje. Dzwine :) Jadąc droga Daylight Pass przekraczamy granice z Nevadą. Tu speed limit jest juz 80 mph. Ciśniemy. W Beatty tankujemy paliwo i szukamy drogi w strone strefy 51. Obieramy kierunek na północ co okazuje się błędem. Po kilkudziesieciu milach zatrzymujemy sie w celu weryfikacji trasy. Musimy wracać do Beatty a stamtąd na południe... Zapada zmrok. Zatrzymujemy sie przy słupie informujacym nas, że oto jesteśmy tuż obok Area 51 :) . Spędzamy chwilę lustrując niebo z nadzieję, że pojawi się jakiś latąjacy pojazd. Nie stwierdzilismy obecnosci UFO lub innych pojazdow. Ruszamy do hotelu. Blisko nas jest Longstreet Inn Casino. Jesteśmy już trochę zmęczeni. W hotelu jemy kolację.”
OK. Teraz ja.
Na stacji benzynowej ze słupem Area 51 orientuję się jak blisko jestem Vegas. Niestety nikt oprócz mnie nie ma ochoty tam jechać. Nie daje mi spokoju wizja ominięcia tak legendarnego miejsca, będąc niemalże u jego bram. Postanawiam, jechać sam do Vegas. Piotrek patrzy się na mnie i mówi „Mister, jak chcesz to jedź do tego Vegas”. Odpowiadam mu „właśnie tak przed chwilą postanowiłem”.
Piotrek mógłby mieszkac na Pradze. Nie pyta o nic, wklepuje adres i oddaje mi swój gps, mówiąc przy tym „tam powinno byc miło” ;-) Przy samochodzie jako „starszak” i bywalec nocnych klubów Vegas, daje jeszcze wskazówki (niedoświadczonemu małolatowi) jak, gdzie, z klasą i korzyścią dla siebie się zabawic. Zapisuję w głowie te wszystkie rady i wyruszam w drogę po niezapomniane wspomnienia. Viva Las Vegas!

Vegas rozwala mnie swoją wielkością. Poważnie, to nie jest małe miasteczko z kasynami. To jest gigant miasto z rozpustą, przepychem i kasynami! Bezczelnie wybieram najbardziej mi znany hotel Belagio i właśnie tam cudem znajduję miejsce parkingowe (pamiętacie Ocean 12?). Wchodzę do kasyna, staję na progu jak kowboj, biorę głęboki oddech, uśmiecham się do siebie i czuję, że świat tej nocy kręci się wokół tego miejsca. Puszczam pierwszą kaskę w świątyni hazardu, w której fortunki zostawiali najwięksi gangsterzy i hazardziści tego świata. Z pewnością elita polskiego Pruszkowa, spędzała swoje złote lata przy jednym z krupierskich stołów Vegasa. Tu mógł siedziec Pershing, tu mógl obstawiac Słowik, a tam do walki szykował się Andrew. Wychodzę z kasyna robię mały spacerek Stripem, wracam na parking, zabieram samochód i dokonuję dalszej eksploracji Miasta! Szał baj najt! wykonuję połączenie z Wielką Brytanią. Oxford , Vegas is calling! (Pamiętacie ten kawałek Pistolsów?) Świat zmalał, dziś weekendy spedzamy z dala od domów. Muzyka, Mazda, Strip, dziewczyny całego świata dookoła. Nie, nie wydaje mi się, poprostu tej nocy, w tym właśnie miejscu mam bardzo proste potrzeby.

Kupuję benzynę i red bulla. Ciekawie jak odnotuje to wyciąg bankowy?
*debit card payment.Las Vegas* Jednak chyba najbardziej orjentalny record jak dotąd.

Wyruszam w drogę powrotną do hotelu, w którym urzęduje reszta ekipy. Obawiałem się trochę problemów ze snem podczas jazdy samochodem. Nic takiego nie miało miejsca. Dawka emocji z Vegas rozbudzila mnie na dobre. W tle Sokół śpiewa do podkładu Emada, Fisz też korzysta z życzliwości brata i mojej słabości do pewnego kawałka. Odkryciem wypadu okazuje się „Talking bout my baby” w remiksie FatboySlima. W samochodzie jest wesoło. Ciągle dziwne wrażenie robi na mnie Area 51. Bacznie się jej przypatruję w poszukiwaniu UFO (przy czym nie mówię tu o spodku kosmicznym z kreskówek, mówię o tym o czym definicja tego typu obiektów stanowi Unidentified Flying Object). Strasznie ekscytują mnie tajemnicze miejsca, kryjące w sobie jakąś wielką zagadkę lub ślad dawnej potęgi (Jednak eksploracja terenów po RCN w Gąbinie zrobiła na mnie dużo większe wrażenie). Tu po prostu przejeżdzasz obok krainy wielkości połowy Polski nazwanej tajemniczo Area 51. Możesz się tylko domyślac co kryje się w hangarach oświetlonyych jasnym światłem w oddali. Area 51 to zespoły budynków porozrzucane po całym tym rozległym terenie. Tego co najistotniejsze na pewno nie widać. Ciekawe co dzieje się pod ziemią? Nagle z lewej strony pojawia się błysk i zostawia na niebie świecącą poświatę. Kometa, pocisk, ufo? Kometa, pocisk? Ok, to tylko Kometa. Chciałbym Wam napisac, że widziałem naocznie testy nowego napędu antygrawitacyjnego...Nie napiszę, nie widziałem, albo widziałem i nawet o tym nie wiem. Powszechnie uważa się, że technika wojskowa wyprzedza cywilną o około 10 lat. Może nawet nie potrafię sobie wyobrazic jak może wyglądac (lub nie wyglądac) bojowy, zwiadowczy (ogólnie rzecz biorąc wojskowy) samolot za 10 lat...Skręcam z 95tki do hotelu. Przede mną ostatnie 16 mil podróży. Posatnawiam ustanowic na tej drodze swój rekord prędkości tego kontynentu. Rozpędzam samochod do 118 mil na godzinę (190km/h)...Może byc, póki co wystarczy. Tutaj za takie wyskoki idzie się bez słowa wytłumaczenia prosto do więzienia. Wpdam do hotelu, pierwsza noc z prysznicem i łóżkiem....ajjjjjj!


Po porannej rozgrzewce
puszka została wyleczona z kataru...Cola zawsze przed śniadaniem!

Nie zostawiamy po sobie bałaganu...i dowodów ;-)

Tu mie zdjencie cyknij Panie na to przyrody okolyczność....

Wujek Dobra Rada i jego pilny uczeń...

Nasi z San Hozia i ja (albo odwrotnie)

Patataj patataj....

Nie no, oni chyba zupełnie powariowali !?

Tiaa...Przypadek tzw. beznadziejny ;-)

Rzymianie tu byli zaraz przed Wikingami....potem przez przypadek wpadł Krzysiek.

Tu można więcej niz w Kaliforni, ale tych mistycznych San Franowych kobiet tutaj niestety nie uświadczysz...

Witamy w Dolinie Śmierci

Lubię to...

Przyśpiesz jak widzisz ten znak. zabawa murowana!

" Czy ty wiesz po co właściwie jest nam ten miś ??"

Dom z butelek. odpowiedź na 3 mln mieszkan PISu?

Czy jednak pozytywistyczne szklane domy to nie mrzonka?

Z pamietnika Kalifornijskiego robotnika cd. Czyli się wiaderkiem pracuje...sie.

Kalifornijsky styl. Joshua Tree!

Ghost City-dworzec

Ghost City


Beatty (Nevada)
Szukamy Strefy 51.

Gdzież ona jest?
-Kamienny człowiek, Kamienny człowiek.
-odbiór, słyszymy Was,
-Panowie, cos nie tak. To chyba nie tu. Zatrzymujemy się.
-Roger
Słońce zachodzi...

Wcale nie tak powoli....A My sie proszę Państwa, głupio przyznać -pogubiliśmy... Zawracamy!

No teraz to chyba będzie to! (Vegas jest tu gdzie występuje plątanina ulic, na prawo od napisu Death Valley). Blisko nie?


Tak! To Tu!

Hall wejściowy Hotelu Bellagio.

Hall cd.

Bellagio i Cesar Palace

No to zaczynamy....

Bellagio fountain



Paryżewo? EEE no, ja chcę do Paryża. [Paryżanki sa bardzo otwarte...Rue de Bac :-)]

Eifell Tower. Dziwne, już widziałem gdzieś tą wieżę...



Startosfera...Czyli odpałowy rollercoaster

Budynki na terenie Area 51


Czyli "oficjalna część" Strefy. Dla ludzi z branży dobrze znana baza wojskowa.

Wednesday, November 28, 2007

Death Valley - usłyszeć ciszę...

Dzień 2.


Isabella Lake - Ridgecrest - Trona Pinnacles Recreactions Lands

Pierwszy dzień spędzamy częściowo w samochodzie a po południu juz tylko i wyłącznie na pustyni. Niestety miejsce wcześniej ustalone na nocleg musimy odpuścic. Na skutek długiego weekendu, zostało one zasiedlone przez milosników off-roadu robiących dużo chałasu na quadach i motocyklach. Odjeżdzamy jakąś milę dalej-znajdujemy dobre miejsce. Od razu zabieramy się do rozmrażania i cwiartowania Indyka, do ktorego ja odczułem nagłą potrzebę postrzelania (zmrożony indyk wydawał mi się niezłym celem, ale na szczęście na pomyśle się skończyło). Rozstawiamy swoje obozowisko, rozpalamy ogień, rozkładamy zabawki. Urządzamy sobie małą strzelaniną. Kule świszczę nad Troną (czyli okolicą, w której się znajdujemy). Off-roadowcy juz wiedzą, że nic tu po nich. Prezenatcja broni odstraszyła przypadkowych gości, którzy się tu niechcący zagalopowali. Patryk ( ciekawy gość z warszawskiego arupa, siedział trochę w Libii, i tak jak ja ma WATowskie korzenie) opowiadał mi kiedyś, że uczucie którego się nie zapomina to noce spędzone na pustyni. Właśnie wtedy możesz usłyszeć ciszę. I ja ją dziś usłyszałem. O zasięgu telefonii gsm od dobrej doby nie ma co mówic. Jest za to radio krótkofalowe, które pozwala nam słyszeć Japonię, Kanadę i całe Stany. November 2, Lima, Lima,(..) Mobil....jak usłyszycie tego gościa na falach eteru to odzywajcie się! Jest szansa, że to my akurat jesteśmy „na wypadzie”. Piotrek rozwala mnie jeszcze na koniec znajomością telegrafii. Konia z rzędem temu kto zrozumie ten szyfrowany przekaz. To już jest wyższa szkoła jazdy. Jestem naprawdę pod głębokim wrażeniem. Potem była noc. Chardonnay (nie ważne, w każdym razie white wine) w kubeczkach, opowieści i rozmowy do jak myślelismy późna w nocy (a faktycznie padamy koło północy). Rozmowom cały czas towarzyszyła w tle indiańska muzyka nazwana przez Piotrka „the Rythm”. Naprawdę klimatyczny wieczór i do tego coś czego nigdy nie zapomnę. Noc na pustyni jest prawie tak samo jasna jak bardzo mocno pochmurny dzień. Lubię pustynię. Słyszysz swoje myśli, masz okazję wsłuchac sie w naturę, masz ten cały industrialny świat daleko z tyłu. Piszę smsa do Arka i G naiwnie myśląc, że uda mi się go wysłać. Nie udaje się. Potem decydujemy się z Piotrkiem na małą eskapadę na szczyt pobliskiego wzniesienia. Zabieramy „pistolówkę just in case”, ja dorzucam jeszcze noktowizor...Idziemy na patrol. W dole piękne widoki oświetlone stalowym światłem Księżyca. Sprawdzamy zasięg laserowego celownika. Tak kończymy drugą noc podróży.

P.s. To właśnie na pustyni wpada mi do głowy pomysł na wstęp do tej serii. Pustynia jest swietnym miejscem na umysłowy relaks, poza tym znudziło mi się bycie poważnym (niektórzy powiedzą, że nigdy nie byłem...to nie prawda, parę razy byłem). W każdym razie na pustyni można robic swoje...

Jedziemy postrzelać!

Uprasza się o nie jeżdżenie po strzelnicy! Ten pan i jego koledzy pokrzyzowali nam plany...


Wyruszamy w dalszą drogę...
w końcu przybywamy na miejsce

Piotrek robi rekonesans...

Marcin zdjęcia...

a ja głupoty...

kierujemy się na miejsce, które Piotrek wybrał na nocleg...


Czy już wiecie do czego służy uchwyt na rowery?? Dokladnie! Do rozmrażania dziękczynnego indyka ;-)

Najważniejsze to mieć w życiu cele...


Duże dziecko i mieszadło chaosu - moja ulubienica, lubię jak kopie.

Pompka, pompeczka, pompunia... Czuje do niej więź conajmniej emocjonalną
Pamiętam pierwszy strzał oddany z Glocka (wziąłem specjalnie urlop w pracy, żeby móc to zrobić). Natomiast z pompki pamietam każdy oddany strzał ;-) Ten najbardziej!


W razie problemów dzwoncie po mnie ;-)
Tzn. W razie problemów z plikiem klikajcie na link poniżej

Szefowa kuchni, kuchni szefowa...Niech kazdy indyk się przed nią chowa!


Imprezę czas zacząć...

Dorotchen :-)

Czekam aż pomysły wpadną do bani...


Pocisk właśnie opuszcza lufę...


Zdjęcie z klimatem (photo by m.s.)

Miejski samochód na lekki teren? (to jest właśnie noc)

Pustynia ?

Północna Osetia?

Czy południowa Kalifornia?

Czas spać! Chowamy broń (just in case). możesz z takim arsenałem przejechać nie niepokojony całe Stany. W Teksasie ostentacyjna demonstracja broni w tylnych szybach pick-upów należy nawet do dobrego tonu :-] (a u nas kiedyś ludzie naklejali naklejki pioneer)



Znów super panoramki Marcina - Trona - nasz jednodniowy dom.


Trona National Park again

Tuesday, November 27, 2007

Death Valley - Polska Misja Ekspedycyjna

Dzien 1.
San Francisco - Oakland - Bakersfield - Isabella Lake

To własnie o 15.51 wysyłam ostatniego maila. Zamykam skrzynkę, wyłączam komputer. Od 20 minut nie powinno byc mnie w biurze. Wyskakuję na Powell street, żeby zlapać 38-mkę i w miarę sprawnie pognać do domu. San Fran pustoszeje przed najbardziej rodzinnym amerykańskim świętem -to widać na ulicach.
W autobusie spotykam Kerra Wonga-informatyka z Arupa. Chwilę gadamy o niczym (czasem myślę sobie, że rozmowy o niczym to pewien rytuał podróży do/z pracy w zatłoczonych autobusach, gdy spotykasz kogoś komu nie masz zupełnie nic do powiedzenia oprócz zwykłego bla bla bla. Znacie to uczucie?). Autobus dobija do 9tej Ave, wysiadam. Marcin już czeka. Szybkie sklarowanie sprzętu, zabieramy wszystkie tobołki ze sobą, wrzucamy je do samochodu. Odjazd.
Umówilismy się z Dorota i Piotrkiem, że spotkamy się w ustalonym wcześniej miejscu. Oni wyjechali kilka godzin wcześniej i na nich ciąży decyzja wybrania miejsca, w którym dziś spędzimy pierwszą noc w drodze na Death Valley. Mamy ustalone koordynaty geograficzne, oddajemy się pod opiekę GPSu i radia krótkofalowego motoroli. Po drodze szybkie zakupy w Costco, wypadamy na trasę i obieramy kierunek Isabella Lake. Teraz już tylko pozostaje odliczać mile dzielące nas od celu. (Opieprzajcie mnie kiedy tylko możecie. Ciągle przeginam z prędkością na tych ich highwayach, ale z drugiej strony te speed limity są czasem naprawdę debilne).
Okolo północy zjezdżamy z highwaya.
Okolice Lake Isabella w nocnym świetle wyglądają jakoś surrealistycznie, zupełnie przypominają mi krajobraz księżycowy (choć nie jestem pewien tak naprawdę jak on właściwie wygląda). Myślę sobie podczas podróży, o tym jak wielką startę na skutek braku ludzkiej wyobraźni poniosła ta całkiem dziwaczna a przez to zupełnie interesująca okolica. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zalania tego wszystkiego wodą? ;-). Nurkowie mieliby tu niezłą zabawę w czasie eksploracji tych dziwnych skalnych tworów. Woda budzi we mnie szacunek dalece większy niż góry. Tak! Trzeba by zalać te góry wodą! Wtedy przyglądałbym im się ze zdwojoną uwagą, na pewno znaczie dłużej, inaczej... Woda daje mi zupełnie inny punkt widzenia. Około godziny 1am zjawiamy się w wyznaczomy na obozowisko miejscu. Jest zimno, jest wietrznie i jest tez jezioro, od którego nazwę odziedziczyłą w spadku pobliska miejscowość. Tafla jeziora w świetle ksiezyca nabiera dziwnej, oleistej barwy filmowej kliszy (lub nawet rentgenowskiego negatywu). Z drugiej strony zupełnie obcego środowiska są tez znajome akcenty. Są "Nasi z San Hoza", jest dające ciepło i jedzenie ognisko, jest kiełbasa, jest whisky. Z samochodów ustawiamy jak nam sie wydaje skuteczną ochronę przed wiatrem (lepiej tak myśleć - to pomaga czasami nie gorzej niz szczelniej ściągniety suwak czy guzik). Opatuleni w polary, kaptury, bluzy, stoimy nad brzegiem jeziora. Towarzyszą nam uśmiechy na ustach, muzyka w głosnikach, plany w glowie, dowcipy i żarty rzucane na wiatr. Robię pierwszy rekonesans. Wniosek jest prosty. Piotrek z Dorotą przygotowali się naprawdę solidnie do wyprawy, my z resztą też nie powinnimy mieć kompleksów. Z nieśmiertelnymi palstikami w ręku rozmawiamy do piątej rano skrupulatnie utrzymując przy tym odpowiedni poziom niosącego ze sobą ciepło płynu. Zauważyłem przez lata bycia Polakiem, ze wśród rodaków doświadczam pewnego fenomenu natury fizycznej. Otóz ile razy spotykają się gdzieś nasi krajanie, tyle razy zaobserwowac mozna występowanie szczególnego przypadku zjawiska zwanego perpetum mobile. Alkohol indukuje słowa nieprzerwanie wyrzucane z głowy za pomocą jezyka...Gdyby nie zgubna moc alkoholu, niechybnie te rozmowy trwałyby całymi miesiącami, ba...być może nawet całymi latami, lub nawet i wieczność. Ja zawsze spotykam rodaków praktykujących te fizyczne eksperymenty. Czy Wy tez? Rozmawiamy, gadamy, robimy zdjęcia, obserwujemy okolicę. Strasznie dziwne jest to światło Księżyca. Rysuje ono dookola nas przedziwne kształty i wydobywa z czeluści ciemności jakieś niezywmiarowane kontury. Ciągle mam wrazenie, że jestesmy w jakiejś innej, nieznanej mi dotąd krainie geograficznej. Poranek przyniesie odpowiedź co tu właściwie na Nas czeka. Póki co czas isć spać. Jutro kawał drogi przed nami. Nie ma to jak przytulić się do welurowej tapicerki samochodowego fotela. Na trzeźwo się nie da :-) Chociaz z drugej strony parę razy musiałem...Zawsze mam sentyment do samochodów, które dały mi schronienie przed deszczem i zapewniły jako taki sen.


Siemasz Piotras, cześć, jak leci? Ognisko to miejsce dużo ważniejszych rozmów niż wszystkie conference room'y tego świata razem wziete....


Impresje ogniskowe....

Zimna, dziwna, ksieżycowa noc.


Isabella Lake nocą...


Księżyc mówi na dobranoc N-S-C. Jest 5ta rano, za cztery godziny pobudka...Wiadomo, to nie wczasy ;-)


Po przejechaniu 500 km Mazda nadal czysta...nic dziwnego pod kołami wygodny asfalcik :-)
Ale to dopiero początek podóży.


Przgoda wciąż czeka...


a Polska Misja Ekspedycyjna...szykuje się do trasy.


Te ekspedycje, ekspedycje, ekspedycje. Can you see (grams) ?


Nim dowiecie się do czego służy wieszak na rowery zwróćcie uwagę na antenę. Dzieki niej możesz mieć kontakt z całym krótkofalarskim światem...Radio to komunikacja, która jeszcze dzielnie broni się przed internetem, niestety pewnie już niedługo...Siedzą w tym już tylko miłośnicy, podróżnicy, kiedyś też opozycja...


Po przebudzeniu od razu aparat w ręku...inaczej się nie da.


Śniadanie nad jeziorem 9am.

Nic tu po nas, przygoda czeka, zbieramy zabawki...

Lake Isabella jaka jest dopiero teraz widać naprawdę...To sztuczny zbiornik, nocowaliśmy obok zapory wodnej (choć tej akurat tu nie widać)

Perełka na koniec, czyli Panorama Isabella Lake - autorem wszystkich panoram jest Marcin. Odwiedzajcie jego stronę http://marcin-sieradzki.blogspot.com/ Te same doświadczenia innymi oczami ;-)

Monday, November 26, 2007

Death Valley - Intro

Gdzieś budzi się dzień, komuś własnie oznajmiono radosną nowinę, w tym samym momencie gdzieś końca dobiega czyjeś życie. Nieświadomy niczego młodzieniec właśnie spotyka miłość swojego życia, ktoś pierwszy raz w życiu nocuje na pustyni, komuś przed chwilą w szpitalu odebrano ostatnią nadzieję. Szczęśliwiec w tym momencie wygrywa los na loterii, ktoś inny spotyka znajomych sprzed lat, komuś samochód wyjechał na przeciw życiowym planom. Ktoś popija wieczorną kolację białym winem. Komuś właśnie spóźnia się autobus, gdzieś na świat przychodzi nieświadomy niczego młody człowiek. Równolegle z grymasem na twarzy wstaje do pracy połowa kontynentu, kogoś budzi pierwszy pustynny poranek, ktoś załamuje teraz ręce, turysta przegrywa swoje pierwsze pieniądze w kasynie Las Vegas. Gdzieś ktoś czeka na kogoś, ktoś tęskni za kimś, gdzieś ludzie wypiekają dziękczynne indyki. W portach ludzie nieustannie wypływają w morze. Jednocześnie statek właśnie przybija do portu. Komuś urodził się syn, ktoś obok cieszy się, że też został ojcem. Ktoś obgryza paznokcie patrząc na notowania giełdowe, czyjąś głowę zaprząta myśl jak zjeść poranne śniadanie. Ktoś ciężko pracuje tymczasem za rogiem beztroska ręka kupuję kolejną bezużyteczną błyskotkę. Na randce chłopak stresuje się pierwszym spotkaniem z dziewczyną a 10000 kilometrów dalej Ktoś ma do kogoś żal, że o nim nie pamięta. Ktoś sie własnie myli, komuś wpada do głowy rewelacyjna myśl, na uniwersytetach całego świata ludzie bronią tytuły naukowe a po drugiej stronie ulicy komuś właśnie złą oceną odebrano chęci do nauki. Ktoś martwi się o comiesięczne rachunki stojąc w kolejce po jutrzejsze śniadanie. Artysta maluje obraz, a na kanapie willi beztrosko rysowane są plany kolejnych egzotycznych podróży. Ktoś w tej chwili szczęśliwie wylądował na Heathrow, Okęciu, w Kansai. Ktoś za chwilę przeżyje chwile grozy, czyjś kciuk skutkiem znudzenia automatycznie wykonuje odruch i tym samym telewizor zostaje wyłączony. Ktoś od 5 minut rozpala ognisko, tysiącom osób wydaje się w jednym momencie, że zawalił się ich cały świat, podczas gdy komputer tylko wyswietlił komunikat „not responding”. W tym samym czasie ktoś upada na ziemię trafiony kulą snajpera „niosącego pokój” w kolejnej wojnie za pieniądze. Tysiące osób naciska w zlości ctrl+alt+del, snajper chowa broń…odchodzi. Wojny niezmiennie niosą śmierć, samochód jedzie autostradą a kule świszczą na kontynentach całego świata...Komuś nadal jest zimno, gdzieś lekarze niewyobrażalnym wysiłkiem ratują ludzkie życie a ktoś tymczasem czuje się niezwykle samotny. Gdzieś popełniono przestępstwo, ktoś wysyła smsa, a ten sms może właśnie lecieć z Las Vegas do centrum Oxfordu. Komuś padła bateria w telefonie przed bardzo ważnym spotkaniem, przy śniadaniu znów pomylono cukier z solą. Ktoś snuje plany na przyszłe życie, mleko rozlało się na podłogę. Oczekiwany e-mail nadal nie przychodzi. Kogoś nic już nie obchodzi, ktoś robi zdjęcie, ktoś spieszy się do domu. Gdzieś nagrano pierwszy uśmiech długo oczekiwanego dziecka, ktoś właśnie teraz klika na not-so-close...

Na naszej planecie istnieje ponad 6 miliardów podobnych scenariuszy. Jeden z nich niezauważalnie dla historii świata dzieje się równolegle do reszty gdzieś na południu Kalifornii nie wyróżniając się przy tym za bardzo wśród tych opisanych tutaj...

Dopiero co wróciliśmy z dziękczynno - weekendowej (4 dniowej) wyprawy do Doliny Śmierci. Liczba zdjęć zrobionych podczas całej wyprawy zmusza mnie do podzielenia tematu na posty opisujące kolejne dni. Dziś chciałem napisać wstęp.
Będzie to reportaż w odcinkach zlożony głównie ze zdjęć opatrzonych tylko krótkimi komentarzami i równie krótkimi opisami wynikającymi niejako z obowiązku udokumentowania pewnych faktów i zamieszczanymi tytułem wstępu dla opisania sfotografowanych zdarzeń.
Będzie to opowieść o tym jak czysty miejski samochód, stawał się powoli miejskim samochodem na długie trasy, potem lekko zakurzonym samochodem do jazdy w lekkim terenie, żeby w końcu stać się przeprawowym pojazdem przesyconym zapachem i kolorem wszędobylskiego kurzu. Jak niewiele czasem mamy do powiedzenia, uświadamiam sobie, gdy okazuje się, że samochód, działający gps, czy dobra pogoda, może być twoją jedyną nadzieją podcza pokonywania górskich bezdroży Doliny Śmierci. Zależysz od rzeczy na które nie do końca masz wpływ...Lekcja pokory, nauczycielem tym razem jest potęga natury. Będzie to też opowieść o pięknie i różnorodności krajobrazu tej części Ziemi. Być może napiszę też coś o tym co na poszczególnych etapach podrózy sobie myślałem i do jakich wniosków doszedłem, lecz czy tak zrobię sam jeszcze nie wiem...Przejechaliśmy przez te 4 dni ponad 1400 mil, ale wszystko zaczęło się tu w San Francisco, była środa - godzina 15.51.

Zapraszam do Death Valley

sokół