Wednesday, December 12, 2007

California Cup 2007

When? December 1, 2007
Where? Arroyo Grande, CA
Setting? A sport complex with two soccer fields
Weather? Clear, perfect for the match
Outcome? San Francisco defeated Los Angeles 3:1


In order to meet Yalek's expecattions I would like to announce another english post.

This time I have published several photos and a short description of this sport event. Two weeks ago took place the most important annual sport event in a whole Arup World!!! Let's visit the battle field!

Try to feel this atmosphere, sweat, winners' exualtion and losers' tears...


Lets play...come on!

LA feels good about themselves...we are few minutes before the game ;-)

We have got flexible and strong team. For example: Brian. 4 guys in 1 body... First of all - Player

Secondly...Referee...
Supporter too!
and Dad of this young player

We've got also "Lead Foot Lee" (souds better than Go Go Yubari and as good as Black Mamba!)

a lot of supporters....

and we feel good about ourselves too...

We shape a better body :-) LA office !

goal path ? (I'm not sure it does make sense)

I like winter....in California :-)

Suspended ball

group photo...

Ninjas' official soccer attire





Who's the Boss??

In the limelight


Another point of view...Sprained knee, broken heart! I should be there! (my worest week just started)

Great expectations...

I had my own game...


Neutral referee form LA :-) sounds strange :-)


British punctuality?

We fight to win on the pitch, in the same time above our heads somebody fights to survive

in a meantime goal number 1!

then 2

3
and 4

Scheize... :-) Ich kann nicht anblicken!

In the motion...


3 or 4 stripes?


Unquestionable Hero of the Match! Norm - The Rubber Man!

Two teams, one family


Football (soccer) is a a simple game. Ther is a ball and two goals...

After game... It was a great party !!

After party...



Time to go, head back to LA...As every single year Arup has won!

Tuesday, December 11, 2007

Grand Prix San Francisco (głupcy wierzą w drugie miejsca lub *)

Lewa noga muska hamulec, prawa chłoszcze gaz, powietrze przesycone zapachem paliwa prostuje nozdrza. Niebieski kombinezon przypominający strój kierowców fabrycznych teamu Subaru serii WRC tym razem został ubrany przez kierowcę z Polski. Gdyby nie rękawiczki pewnie zobaczyłbym dłonie, których mięśnie zasilane adrenaliną ignorują sygnały z mózgu i oplatają kierownice w niemiłosiernie mocnym uścisku. Sześciopunktowe pasy opinają mnie całkiem szczelnie, na głowie biało-czerwony kask. Odbieram tylko ograniczona ilość informacji o świecie zewnętrznym. Liczy się tylko to co przede mną. Bolid numer 28 i ja. techniczny dolewa paliwo i ustawia gokarty. Podchodzi do mnie gestem reki odganiam go! Nie, nie , nie! (W przypływie emocji krzyczę po polsku). Nie dotykaj się do fotela, ma być w tej właśnie pozycji. Ok?
Ok. – odpowiada i odchodzi!
Komenda opuszczenia przyłbicy, pobieżna kontrola zapięcia pasów, na szyi kołnierz przypominający system HANS znany z torów f1 i moto GP. Ruszamy, zaczyna się 5cio minutowa sesja kwalifikacyjna podczas której poznaję tor. Nie obawiajcie się, nie oznacza to bynajmniej, że zdejmuję nogę z gazu przed którymkolwiek zakrętem. Wydaje mi się, że w mózgu zakodowałem charakterystykę trasy i specyfikę każdego kolejnego łuku. Powoli szukam optymalnej trasy, staram się zbadać granicę przy której gokart wchodzi w zakręt jeszcze bez uślizgu….Trasa ma podjazd pod górę i tu okazuje się, że będę tracił. Masa ciała na pewno ujmie mi tutaj 0.2 sekundy! idę o zakład! Muszę w ten zakręt przed hopą za każdym razem wchodzić perfekcyjnie, za każdym razem jak najszybciej. Udaje mi się zrobić parę kółek. Techniczni zatrzymują całą sesję machając flagami. Powoli wskazują kolejność, w której mamy ustawić się na linii startowej. Palec meksykanina pokazuje na mnie, podjeżdżam na linię , jestem czwarty. Okazuje się, że nie jest źle! Na torze jest 12 zawodników a jeden z nich na pewno kipi sportową złością. Ten jeden z nich to ja! Jeździmy po torze o nazwie Monza i faktycznie zaraz po starcie ostra szykana w prawo, następnie w lewo. Stoję po zewnętrznej stronie toru, wydaje mi się, że atak na moją pozycje jest niezmiernie łatwy. Wystarczy dobry start, krótkie wejście w zakręt i to ja muszę się pocić nad tym jak wrócić na tor. Próbuję zapomnieć o tym co za mną, skupiam się na ataku na trzecią pozycję! Tu! Teraz! Na tym pierwszym zakręcie!
Koncentracja i oczekiwanie… Start!!!!
Szybko na środek toru, podjazd pod zderzak trójki, musimy wejść w ten zakręt równo, potem ja przyciskam, lekko kontruję w jego kierunku, tnę zakręt w lewo, nie ma rady musi wyhamować. Jeśli nawet nie on, zrobią to za niego opony ustawione na poboczu. Na tym pierwszym zakręcie ja muszę zahamować ostatni! Przez chwile jest dobrze, jestem blisko, na bokach nie widzę ataku na mnie, staram się zacieśnić kontakt do przysłowiowej paczki zapałek. Na chwile się zbliżyłem, następna lewa, ehhh nie udaje się! Długi łuk i szybki prawy pokazują, że sytuacja na torze jest na chwilę wyjaśniona. Za sobą mam względny spokój, na 4-5 metry do tyłu czysto. No to atakujemy trójkę! Dystans niebezpiecznie się wydłużył do jakichś siedmiu, ośmiu, potem dziesięciu metrów. Wydaje mi się, że mam duże straty na podjeździe pod górę i w szykanie zaraz za zjazdem. Nad tą szykaną pracuję przez najbliższe okrążenia. Ustanawiam sobie punkt kontrolny, na którym co okrążenie sprawdzam dystans między nami. Jedziemy niesamowicie równo, sportowa złość to jedyne co mną teraz powoduje. Odgrażam się spod czerwonego kasku swojemu oponentowi. Przybliżam ciało do kierownicy, pedał gazu wyginam nogą w ósemkę. Metal ugniatam jak plastelinę, złośc jest teraz kowalem a moja noga jego reką! Tu jest adrenalina, tu są emocje, tu nie ma praw fizyki! Przepustnica osiąga maksymalne położenie, paliwo nim w procesie spalania wypracuje maksymalną liczbę koni nie napotyka z jej strony na żaden opór. Maks! Przez zaciśnięte zęby obiecuję trójce, że nie po to tu pół świata przyjechałem, żeby oglądać jego plecy. Sam do siebie gadam. Obiecuję mu i odgrażam się, że jak go „łyknę” zmiażdżę jego gokart jak kartkę papieru i odrzucę na bok jak niepotrzebny śmieć. O nim i jego gokarcie zapomnę w jednej chwili! Przegrani się nie liczą, zaraz odpadasz dzieciaku! Tak sobie dodaję szybkosci! Jadę po ciebie maleńki! Pierwsze duble…flagi powiewają w powietrzu, to nakaz dla maruderów do puszczenia nas przodem. Trójka bardzo sprawnie mija dwa bolidy, ja z jednym nie mam najmniejszego problemu, drugi mnie trochę przytrzymuje. Whats the heck man?! Spadaj stąd gościu! Krzyczę niesłyszany przez nikogo, mój głos zapada się jak w toń, tutaj się rodzi i umiera, tutaj jest jego mikroświat ograniczonym szybką i kaskiem. Kierownica wyginana w złości przybiera eliptyczne kształty (tak zapewne relacjonowałbym to zdarzenie, gdybym mógł przez chwile popatrzeć na to wszystko z boku). Mijam gościa tuż przed podjazdem, ale manewr który wykonałem niestety spowodował straty na podjeździe, znów jestem bezpośrednio za trójką, ale tracę jakieś 15 metrów! Szok! Na kolejnych odcinakach dystans minimalnie niweluję, oceniam go na jakieś 12 metrów. 14 okrążenie, kolejny manewr wyprzedzania, trójka znów mija sprawanie, dochodzę gościa który zdezorientowany jedzie środkiem. Decyduję się go brać z prawej w tym samym momencie on zauważa flagę „nakaz zjazdu do boku”…i w tej samej chwili zjeżdża…na moje nieszczęście… do prawej…!!! K..wa men! Klinuje mnie między oponami a swoim zderzakiem. Mijają mnie dwa bolidy!! Skandla! podnoszę przyłbicę mijam gościa, zabijam go wzrokiem, do technicznych krzyczę po angielsku. Kto to jest? Wziąć mi go z oczu! What da fcuk man!? Macham ręką w geście złości, widzę kontem oka, że techniczni mają niezły ubaw! Zamykam przyłbicę i kończę z klepaniem się po ramieniu, zabawa się skończyła! Z moich ust nieprzerwanie przez trzy najbliższe okrążnenia wysypuje się lawina, potok, strumien, nawałnica, gradobicie najbardziej wymyślnych, plugawych, obelżywych i nienadjących się do powtórzenia przekleństw. Gdyby Władysław Kopaliński wpadł na pomysł napisania słownika przekleństw z pewnością zapełniłby moim monologiem trzy pierwsze tomy owego zbioru. Obiecuję sobię wrócić na swoja pozycję i muszę to po prostu zrobić! Poprawiam się w fotelu i zacieśniam maksymalnie zakręty, ocieram się niemal o każdą bandę, zostawiając na nich kawałki dymiącje gumy. Przejeżdżam trzy niebywale szybie okrążenia, zauważam że guma nie tylko nie przestaje się tlić, ona zaczyna się palić! Jazdą na krawędzi podtrzymuję ten płomień, w głowie znów wraca „you are my flame”. Pedał gazu niemal dotyka asfaltu, lewituje milimetr nad jego powierzchnią wgnieciony stalowym wdepnięciem napiętych do granic możliwości mięśni mojej prawej nogi. Z tyłu słyszę nieprzerwany ryk silnika. Tak to ma być! Jeździec bez głowy! Opony osiągają temperature topnienia! (Tak to wtedy w złości widziałem) Dochodzę tą dwójkę, która miała ten zaszczyt wyprzedzić mnie podczas kolizji! Patrzę z pogarda na pierwszy mijany bolid i wyrzucam wzrokiem w czeluści zapomnienia wraz z jego kierowcą. Przegrani się nie liczą, oni nawet nie istnieją! Mija jedno okrążenie i siedzę na zderzaku drugiego z delikwentów. Nie zawracam sobie nawet głowy patrzeniem w jego kierunku. W myślach wyrzucam jego obraz wraz ze swoim bolidem do koszyka z napisem „zapomniane historie’ wciskam shift+del – nie istniejesz. Oboje lądują w koszu niebytu tak jak co rano ląduje tam zmięta kartka z kalendarza. Znów mogę skupić się na trójce. Znów dzieli nas jakieś 15 metrów. Adrenalin, która na chwilę odpuściła i ustąpiła miejsca praktycznej kalkulacji, znów uderzyła do głowy. No to kolego, teraz z Tobą zatańczę! Pedał gazu dzielą od toru mikrony, nanometry, atomy! Silnik rozgrzany do czerwoności, przestaje być jedną zwartą masą, sam chce gnać do przodu! wyprzedzać! dojechać do mety! tylko po to, żebym mu na chwilę odpuścił! Nie odpuszczam, na torze widzę mokry ślad wyglądający jakby zostawiony przez bolid. Paliwo, olej? Nie, Nie tym razem! O nie! To Złość! Nienawiść! Zemsta! Wykrzykiwana bezgłośną mową ciała! To zaciśnięte mięsnie rąk, to stalowy uścisk dłoni na kierownicy , to adrenalina którą toczę przez usta zupełnie w ten sam sposób w jaki dziki zwierz toczy ślinę z pyska. Chłopina się pogubił, na chwile odpuścił! Dojechałem go na 4-5 metrów. Zamieniamy zimne spojrzenia. Mam Wrażenie, że za oknem widzę jak pada śnieg. California przykryta śniegiem?! Chyba tak! Tyle chłodu było w tym spojrzeniu, problem topniejacych lodowców, global warming, wszystkie komisje sejmowe 3 RP, wzrost cen baryłki ropy naftowej- to wszystko przestaje miec sens, cały kontynent jest teraz w lodzie! Ale tu Nie ma czasu na śniegi, krachy i IPeeNy. Zaraz Cię dopadnę bratku. Trójka mija sprawnie (znowu! Fcuk! nie lubię goscia!) kolejnego marudera. Stawiam wszystko va banquue! Dubluję bardzo ryzykownie, wchodzę niewyobrażalnie szybko w zakręt tuż przed hopą. Mam wrażenie, że potrzebuję pół okrążenia żeby dopaść trójkę, mijamy linie mety, w powietrzu widzę białą flagę, wydaje mi się, że trójka zawolniła. Koniec? Na chwilę zdejmuje nogę z gazu…nie!! On jedzie dalej, o żesz w mordę! Czemu nie słuchałem odprawy przed sesją kwalifikacyjną! Dociskam gaz, klnę sam na siebie, wchodzimy w serię szybkich zakrętów, ostatnia prosta tuż przed metą, robię to co zrobił Kubica na Monzie. Tuz przed szykaną na końcu prostej start-meta zacieśniam zakręt, opóźniam hamowanie (lub tez w ogólę nie hamuję), wbijam się w mikro lukę między gokartem a bandą, na ostatnia prostą wychodzimy razem…On ma korzystniejszy tor na wyjściu. Widzę jak świat spowalnia, zegary atomowe staja na jedna nanosekundę, czas staje w ogóle, magma bulgocząca we wnętrzu kuli ziemskiej na chwile zastyga, łańcuch kwasu dezoksyrybonukleinowego w tej właśnie chwili wydaje mi się niesamowicie prostą układanką dwuelementowych puzzli. Przed oczami widzę cykl życia rusałki admirała i ocenaiczny szlak migracji pływacza szarego. Mijamy linię mety, on miał korzystniejszy tor na wyjściu…dla niego świat stanął na jedną dziesiąta sekundy dłużej…mimo wszystko czuję satysfakcję, dałem z siebie wszystko. Jeszcze nie wiem, że tak oto zacząłem mój najgorszy tydzień na obczyźnie…

Przegrani się nie liczą...czekam, aż pozbieram swoje myśli...niedługo wracam...wracam do gry!


p.s. Chcialem porozmawiac z numerem 3, ale okazało sie, że pierwsza trójka szybko się gdzieś zmyła...poklepali sie po ramioniach z obsługą toru i umówili się na wspólną wieczorną imprezę...czyżby stali bywalcy?

* "Chcę wygrywać ze wszystkimi" Robert Kubica - mimo że nie jest moim idolem, polubiłem go za te słowa...na pewno jest wielkim kierowcą i...urodzonym sportowcem.





Zwycięzca jest tylko jeden...



Yoko po godzinach interesuje się wyścigami...


a przez pięć dni w tygodniu tak jak ja wystepuje w roli Arup Mechanical Engineer in SF office. Japończycy nie są tacy sztywni jak myślałem :-)

Tez mam taką balaklawę :-) i plastik Racing License :-)

Czerwony peak to feralne 14ste okrązenie...Na 5tym, 11stym, 25tym kółu kręce lepsze czasy od zwycięzcy wyscigu.

To jest naprawde profesjonalny tor...Race results to w zasadzie dogłębna analiza całego wyścigu i czasów każdego okrążenia...

Gorąco polecam http://www.gokartracer.com/ jest tylko jedno "ale". Jeśli twierdzicie, że w Polsce gokarty są drogie to tutaj zmienicie zdanie 45$/20 minut... hmmm, hmmm

Thursday, December 6, 2007

Technikalia - czyli niby jest fajnie, ale...

co tydzień umieram pięć razy...bezsilność zabija powoli, na początku wykrzywia palce...
A tu zaległe ogloszenia z zeszlego tygodnia.
- Not – So- Close z dumą prezentuje Nowe Logo.

Symbolika tego znaku nawiązuje do kuli ziemskiej zamieszczonej w kopercie.
Jako, że logo przeszło proces akceptacji przez jednoosobowe Żuri ;-) zostaje od dziś oficjalnym logiem tego bloga. Jest to mój trzeci „ometkowany” projekt po RPG’02 & GMP, o których to projektach byc moze będziecie się stopniowo dowiadywac


- czwarty (siostrzany do NSC) projekt kiełkuje mi w głowie. Jest to N-2-S czyli Not-Too-Close i być może zamieszczę tam kilka krótkich opowiadań. Jednak streafa N2S to juz czysta proza (być mozże tezż trochę liryki). Nie będzie tam pięknych słów, politycznej poprawności i niwypowiedzianych w obawie przed opinią publiczną myśli (z resztą n-s-c tez jest otwartą formą bez autocenzury). Natomiast na N-2-S chciałbym, aby była trudna miłość, twarde życie, ciepła wódka, zapach tanich papierosów w popielniczce, zmęczone zyciem i alkoholem twarze, problemy, radości i te krótkie chwile, w ktorych życie nabiera kolorów, gdy spędzasz noc z kobietami rownie jak Ty sam pogubionymi. Niestety nie wiem jeszcze jak limitowac dostęp do tego mikro świata. Ktoś z Was hostuje jakiś serwer lub wie co, jak i gdzie?


- Znów zakupy nurkowe (i nie tylko, ale nie o wszystkim mogę pisac). Pozwólcie, że nie będę mówił po próznicy, tylko posłuże się fragmentem znakomitej książki „podróze z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki” Johna Steinbecka. Nigdy nie przypuszczałem, że Monterey satnie się moim trzecim miastem a sam będę tak mentalnie blisko tego wielkiego gościa co był ksiązki pisał i nawet nagrodę jakąś odebral za to.


"Istnieją obyczaje, postawy, mity , kierunki i przemiany, które wydają sie nalezeć do samej struktury Ameryki. i mam zamiar przedyskutować je tak, jak mi się nasunęły po raz pierwszy. podczas owych dyskucji musicie wyobrazić mnie sobie jadącego po jakiejś wąskiej drodze albo stojcego przy moście czy też gotującego duzy garnek fasoli z soloną wieprzowiną. pierwsza z tych spraw łączy się z polowaniem. nie mogłem pominąć polowania nawet gdybym chciał, bo otwarcie sezonu jest ozdobą jesieni. odziedziczylismy wiele różnych zapatrywań po anszych niedawnych przodkach, ktorzy zmagai sie z tym kontynentem niczym Jakub z aniołem, przy czym wygrywali pionierzy. Od nich przyjęliśmy miemanie, że kazdy Amerykanin jest urodzonym mysliwym. I każdej jesieni ogromna liczba mężczyzn wyrusza, aby idowodnić, że bez uzdolnień, treningu, wiedzy czy praktyki są niezawdonymi strzelcamikulą czy srutem.(...) To mi z pewnością wyrobi złą opinię jako mysliwemu, ale muszę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt. przypuszczam, że coś musi je zabijać. Za mlodu często pelzałem całe mile na brzuchu, w mroźnym wietrze, dla czystej chwały strzelenia łyski, która, nawet wymoczona w słonej wodzie była kiepskim jedzeniem. (...)Gdybym był głodny, polowałbym z radoscią na wszystko, co biega, pełza czy fruwa, nawet na własnych krewnych i rozwalalbym to zębami. Ale bynajmniej nie głód wypędza każdej jesieni miliony zbrojnych amerykańskich mężczyzn w lasy i góry, jak tego dowodzi wysoka częstotliwość zawałów serca wśród mysliwych, W jakiś sposób proceder polowania łączy sie z męskością, tylko nie bardzo wiem jak..."


J. Steinbeck


Ryby to najgłupszy przeciwnik jakiego kiedykolwiek w życiu spotkałem, ale tego własnie teraz od zycia oczekuję....sam mam ochotę zacząć wszystko od początku...nie chcę za duzo myśleć, kalkulować, przewidywać. Wolałbym być "rybą", wolałbym zwariować...

-umieściłem diving profile moich pierwszych Oceanicznych nurków. Enjoy the clicking! W ogóle N-S-C cały czas żyje. Zmieniają się niektóre posty (niektórych nie czytam przed publikacja (!) ze względu na brak czasu i to się czasem odbija na jakości), pojawiają się ku mojemu zaskoczeniu komentarze w archiwalnych publikacjach, czasem tez jakies zdjecie niespodziewanie przybędzie.

-Zastanawiam się jak człowiek może życ bez podrózy? Mija trzeci dzien (w momencie publikacji drugi tydzien ;-) ) odkąd wrócilismy z wyprawy a instynkt i wszystkie wewnętrzen siły podpowiadają mi nieprzerwanie „jedź gdzieś, zobacz coś, zrób coś” Adreanlina jest dobrym doradcą, słyszę ją jak szepcze za uchem ;-). Dziekuję wsyzstykim członkom ekipy (Dotota, Piotrek, Marcin) za to, że dzielą się ze mną swoimi podróżniczymi doświadczeniami. Nie wiem czy będę mógł bez tego przy zdrowiu psychicznym dalej przeżyc. 10 lat temu, gdy miałem pierwszy kontakt z zawodem psadzono mnie za biurkiem i stosem papierów. Po dwóch dniach pracy w takich warunkach powiedziałem jasno. Chcę latac po budowie a nie tu liczyc metry bieżące krawęznika, który i tak już jest zamówiony. Moja pierwsza Kierowniczka Budowy (Pani Zosiu serdecznie pozdrawiam) klasnęła w dłonie i powiedziała „będą z Ciebie ludzie”. To co zapamiętam jeszcze z tamtych kolorowych lat to jej nieśmiertelne powiedzenie „życie to nie je bajka”. I faktycznie można byłoby w to wtedy uwierzyc, ale ja proszę Państwa zastanawiałem się czemu tego życia w bajkę nie zamienic...Najważniejsze to byc niepoprawnym wizjonerem, najważniejsze to bujac w obłokach. Nie wierzcie ludziom, którzy nadużywają słów „może później, nie da się, zapomnij”...Chcę życ tak, żeby nie zapomniec!!!

- Konkurs dla Wszystkich...Nocarzy i Renegatów!



Czy na odprawie, Stróże Prawa i Władcy Ciemności nie dostaliby zawrotu głowy, gdyby dostali battle packi wypełnione takimi pociskami ? Czy „Naczelna od Wampirów” może podac skład reprezentacji od lewej? ;->. Poza tym jesli ktoś czuje się na siłach, też może podjąc wyzwanie.