Saturday, March 22, 2008

Wesołych Świąt

Życzę Wam spokojnych i radosnych Świąt wprost z San Jose!
Poświęconka z zawartoscią jedzonka na znak, że 10.000km od domu tez da się!




W San Jose jest polski Kosciół z amerykańską wersją Ojca Tedeusza!


Pozdro dla tych nad warecką rzeką!


pozdr dla Anette too!


Tarcho Rodzinie przesyłam pozdrowienia! Wesołych Świąt Mama, Siostra, Macias, Babcia, Chłopaki z podwórka, Kasia R, Ania W, Monika a także dla Tosi, Magdy i Gienia!

Thursday, March 20, 2008

Good Friday - Return to Innocent?

Dzisiaj w całym Kościele Katolickim zaczynają się obchody Triduum Paschalnego.
Czas tradycyjnie poświęcony zadumie i refleksji, więc i ja nie będę nic gadał.
Po prostu popatrzcie.
** GALERIA FOTEK**

Monday, March 17, 2008

American Beauty

Nowy cykl mam nadzieję ucieszy pare osób.
Czas zmierzyć się z niezwykle trudnym tematem amerykańskiej motoryzacji.
Nie trzeba być doktorem ekonomii, żeby zdać sobie sprawę, że motoryzacja to także jeden ze wskaźników zamożności i cywilizacyjnego postępu społeczeństwa, które ją wykreowało. Niemcy, Skandynawia, Japonia – wiadomo, potentaci. Klasa średnia Francja, Włochy, Korea.
Reszta stanowi margines, w którym to niestety też znajduje się Polska...szkoda słów. Tyle lat historii w piach, nie ma czym się pochwalić, nie ma czego kontynuować. Nie ma bo i coś na przeszkodzie naszej myśli technicznej zawsze stało. Takich problemów nigdy nie mieli Amerykanie a mimo to właśnie po samochodach pozancie, że kryzys w Ameryce zaczął się już kilkanascie lat temu...Dla mnie współczesna motoryzacja Amerykańska to przede wszystkim Hummer H1, Jeep Wrangler może Cherokee (choc nie jestem pewien, może bardziej Corveta), trochę PT Cruiser, trochę też Mustang. Tak się szczęśliwie składa, że od pewnego czasu mam oakzję być weekendowym testerem samochodów przeróżnej maści i gatunku. Za pomocą not so close’a ubrałem się w skórę dziennikarza motoryzacyjnego, którym muszę to powiedziec..mógłbym zawodowo być (i nawet kiedyś byłem ="płacono" mi za pisanie o samochodach).
Przejechałem kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy mil autostradami i bezdrożami Ameryki. Próbowałem samochodów sportowych, kompaktów, SUVów, cabrioletów i terenówek. W każdej z tych kategorii znalazł się przynajmniej jeden samochód z tabliczką Made in USA, każdy z tych samochodów powstał tutaj, każdy znich był nowy, a więc przedstawiał to co Amerykańska myśl techniczna ma najlepszego do zaoferowania...Po tej przygodzie mogę powiedziec jedno...Ameryka złapała zadyszkę i naprawdę zwalnia a jej nie tak dawne lata świetności odchodzą powoli do przeszlości tak jak samochody, ktore będę tu prezentował. Zróbmy zatem sentymentalny krok w stecz. Były to czasy kiedy dolar otwierał drzwi spektakularnych mozliwości w skutej lodem środkowo-wschodniej Europie, kiedy Cola smakowała wolnością a puszki po niej zbierało się jak znaczki. Były to czasy Kiedy faceci w kowbojskich kapeluszach mieli swoje zdanie i nie przejmowali się tzw. poprawnością polityczną a reklamy papierosów nie stanowiły celu ataków mediów i opini publicznej. Samochody były kawałem solidnego żelastwa, a skóra i chrom były skórą i chromem a nie plastikiem i syntetyczną tkaniną. Świat się jakościowo cofa w swoim marszu po lepszą jakośc życia a najlepiej widać to właśnie po Amerykanskiej motoryzacji. Zapraszam zatem do podróży w przeszłość! Dawna potęga amerykanskiego przemysłu i legenda wolnosci tego dzikiego kraju ma wiele imion, jednym z nich jest Ford...nazwisko Mustang.

** GALERIA FOTO**
Ładna-mi się podoba

P.S. Kilka osób pytało mnie o "osobliwą francuzkę". Gwoli wyjasnienia dodałem link w poście o Straconych chłopcach.

Wednesday, March 12, 2008

Ulubiency Bogów odchodzą młodo?

Ich gwiazdy rozbłyskują dopiero, gdy przedwcześnie zgasną - tak sobie myślę, że to będzie najkrótszy post. Choć Dean na pewno był postacią nietuzinkową, niejednoznaczną i pełną charyzmy, legenda buntownika bez powodu narodzila się dopiero w dniu jego śmierci. Miało to miejsce 30 września 1955 roku na skrzyżowaniu drogi numer 41 i 46 w pobliżu miejscowości Cholame. Była godzina 17.59, we wraku sportowego Porsche Spidera umierał właśnie człowiek i jednocześnie rodziła się jego wileka legenda. Wielokrotnie słyszałem z ust najwierniejszych fanów niezgodę na przedwczesne odchodzenie ich idoli. Ja tak nie mam, choć przyznam, że kiedyś miałem - ponieważ właśnie taki jest los idoli...Tylko ludzie nie bojący się śmierci mogą czynić cuda a tylko ludzie czyniący cuda mogą być Idolami. Takim też stał się James Dean, młody chłopak ze środka Stanów, którego legenda dzięki brawurowej biografi, Holywoodzkiej karierze i przedwczesnej śmierci żyje do dziś. Mnie jadnak bardzej interesują historie, które kończyły swój bieg na 9. piętrze bloku na Bogudzicach czy na kanapie pokoju w Wiessbaden...ot Słowiańska dusza...

W poszukiwaniu Legendy...

Okazuje się...

że ostatnia droga Deana, była...

bardzo zielona...

W koncu odnajdujemy!
Pomnik upamiętniajacy Legendę...

Znajduje się niecały kilometr od miejsca wypadku.

które jest tam gdzie jest żółte kółeczko...

Chwile Ulotne...

Bo w życiu często jest tak...

że decyduje przypadek....
więc łap chwile, bo ponoć tylko one są piękne...

Tuesday, March 11, 2008

Santa Barbara - Ostatni stopień wtajemniczenia

Emigracja zawsze odbija się na psychice. Ludzie często nie potrafią dorastać w miejscach, na których nie ma ich podwórek, boiska, znajomych i wspomnień. Sytuacja staje się jeszcze cięższa jeśli miejscem Twojego wygnania jest Kalifornia. To miejsce rzuciło sie na głowę niejednego śmiałka. Słońce, palmy, Ocean i Ci wszyscy nawiedzeni dookoła potrafią zamieszać w głowie. Musisz twardo stać na nogach w miejscu, w którym tak łatwo uwierzyć, że umiesz latać. Santa Barbara jest moim zdaniem ostatnią odsłoną w przedstawieniu o Californijskiej iluzji. Nikt tu sią nie śpieszy, nikt nie wydaje się być zbytnio przygarbiony ciężarem życia, tutaj wizja bycia młodym i pięknym jest jeszcze bardziej realna. Tutaj jest sie prawie Bogiem, tutaj jest Santa Barbara! A Kalifornia to nie sen...Kalifornia to styl życia.

** GALERIA FOTEK **

**Ventura**
Ścinki - out of topic
Ventura
Google photos link


** San Luis Obiso**
Pierwszy motel na świecie


P.S. Nękany przyziemnościami coraz częściej myślę, że ja też już nigdzie się nie śpieszę...Ja czekam.

Monday, March 10, 2008

Solvang – skaczę w czasie, poruszam się w przestrzeni.

Weekend spędzam "prawie" w Europie. To niewiarygodne jak niewiele w dzisiejszych czasach potrzeba by z drugiego końca świata przebyć drogę do miejsca na dokładnie tym samym drugim końcu świata i być jednoczesnie w innym miejscu naszego globu! Zakręcone? To posłuchajcie tego. Solvang (Słoneczne Pola = Sunny Fields) to miasteczko przesycone klimatem Danii, założone co wydaje się być oczywiste (ale czy aby napewno?) przez samych Dunczyków na początku dwudziestego wieku. Chodząc po uliczkach miasta mijam klimatyczne piekarnie, różnorodne sklepy, stylowe winiarnie i jakżeby inaczej...wiatraki. Coś jest jednak w tym miejscu innego, coś co od razu traktuję jako swoje (w każdym bądź razie bardziej mi bliskie) nie wyczuwam tutaj bowiem tej nachalnej atomsfery „Wuja Sama” (chyba jestem amerykanofobem). Chodniki, domki, placyki, okna i drzwi do sklepów są jakby nieco mniejsze i bardziej kameralne a same sklepy nie atakują nas neonami i wystającymi ze ścian klimatyzatorami. Myślę sobie idąc ulicami Solvang, że czuję się tu trochę jak na wakacjach. Zamyślony podnoszę głowę, klik, klik. Marcin odsuwa aparat od oka, patrzy na drewniane bociany na dachu i mówi „czuję sie tu jak na wakacjach”. Wiesz, też mam podobne odczucie - odpowiadam. Atmosfera małego miasteczka udziela mi się już po chwili pobytu w Solvang. Miasteczka takiego jakie zapamiętalem z młodości, gdy faktycznie spędzalem wakacje u Babci, lub takiego jak te z filmów takich jak „Janka” czy „Nad rzeką, której nie ma”...I żeby było jasne, nadal jestem w Kalifornii. Właśnie odkrywamy jej setną pierwszą twarz...Wy możecie zrobić ze mną to samo...wystarczy, że klikniecie na zdjęcia.


** GALERIA FOTEK**

Wednesday, March 5, 2008

Ostatni taki pierwszy marzec

„Stracenie Chłopcy”

Na naszej klatce nie ma nas,
Nie ma zabawy, awantur, potłuczonego szkła,
Tak bezlitnośnie kastruje czas,
Rodzina, firma, praca - wspólny cel,
Uciekac mozna...ale w sumie nie ma gdzie.
Wczorajszych miejsc i twarzy tylko cień,
a finski nóż rdzewieje jednak gdzies na dnie...
Spójrz w kalendarz, zapomnij o minionych dniach,
Na tamtej klatce juz nie spotkamy sie...
Jest krawat, żona , obowiązki, dzieci.
W klepsydrze piasek do góry nie poleci,
Nie ma się co wyglupiac, świat z boku mi powtarza
Nowy amerykanski noż z napisem stinless steel
Za pasek spodni wkładam,
Otwieram nogą na podworko drzwi,
Przepraszam... ja odpadam.

Prawdziwy Klasyk!! Dopiero Kevin potwierdził moje przypuszczenia, że Santa Carla to tak naprawdę...Santa Cruz...


Taki mam życia kurs, Od Wilkas do Santa Cruz

Potem była polska impreza na Stanford University, na której poznałem osobliwą...Francuzkę http://sniezka-journal.blogspot.com/

** GALERIA FOTEK **

Friday, February 29, 2008

Alcatraz - moja legenda

Jedzie pociąg, złe wagony
do więzienia wiozą mnie,
świat ma tylko cztery strony,
a w tym świecie nie ma mnie.

Gdy swe oczy otworzyłem
wielki żal ogarnął mnie,
po policzkach łzy spłynęły,
zrozumiałem wtedy, że...

Czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością,
myślą swą szukają szczęścia,
które zwie się wolnością.

Piosenka więzienna - kolejna interpretacja, tym razem "Strachy na Lachy"


Nim coś dopiszę do tego tematu, zadam Wam pytanie? Czy nie sadzicie, że to nieetyczne zamykać ludzi w celach z widokiem na Ocean i Goldasa? Już chyba lepiej mieć za oknem białołęcki lasek lub mokotwską ścianę w kolorze beige...W końcu czego oczy nie widzą tego sercu nie żal...A na tej wyspie można podziwiać naprawdę przepiękne zachody Śłońca i wsłuchiwać się w nocne odgłosy miasta...ale czy nie jest to najgorsza z kar? Gdy miasto tańczy i spiewa, Ty masz przed sobą dwadzieścia z górką lat, cztery ściany i Ocean za kratą?
Alcatraz (znana także jako Twierdza, ang. The Rock) – to tajemnicza wyspa (moje młodzieńcze marzenie) leżąca niedaleko brzegów The City. Znajduje się na niej nieczynne więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1963. Zamknięte zostało głównie z powodu wysokich kosztów utrzymywania więzienia na wyspie oraz błędów konstrukcyjnych, które ułatwiały ucieczki. Co ciekawe oryginalnie miejsce zostało zaprojektowane jako mocno ufortyfikowana twierdza broniąca dostępu do skarbca, który w sobie kryła. Dopiero po latach służby wojsku opuszczone budynki w roku 1934 zostały zaadaptowane na więzienie o bardzo złej sławie – Inescapable Alcatraz. Miejsce dotąd niezdobyte, stało się (chyba dla żartu, jak to w życiu bywa) przeznaczeniem, od którego nie ma ucieczki.

Więzienie nie jest jedyną atrakcją wyspy Alcatraz. Także miłośnicy przyrody i architektury mogą oglądać tam interesujące rzeczy, wysepka jest bowiem siedliskiem wielu gatunków roślin i ptaków (zwłaszcza mew), które w marcu zakładają gniazda.

Znawców historii najnowszej na pewno zainteresują też ślady trwającej dwa lata (1969-1971) okupacji wyspy przez Indian oraz ruiny małego osiedla mieszkalnego przyległego do więzienia. Całość natomiast znajduje się na terenie Narodowego Parku Golden Gate i jak to w Parkach Narodowych bywa…Legenda pozostawiona naturalnej kolei rzeczy rozsypuje się wcale nie tak powoli (klimat morski) z należytą jej godnością spełniając przy tym wszystkie nawet najostrzejsze wymogi Parkowego prawa. Więc jeśli już się pojawicie na chwilę w San Francisco, nie odmowcie sobie przyjemności popatrzenia na Legendę z Pieru dajmy na to 39-tego. Jeśli natomiast zostajecie na trochę dłużej (min. tydzień) nie możecie odmówić sobie przyjemności odwiedzenia Twierdzy! Kosztuje to około 40 dolarów, trwa 3 godziny a wszystkich niezbędnych formalności dopełnicie w małej, niepozornej budce w okolicach pieru zdaje się 23-ciego…(rezerwacja z wyprzedzeniem ok. 3 dni, więc lepiej nie przegapcie). Polecam! Zdecydowanie warto! Klimatu wyprawie po Wyspie dodaje cisza, która towarzyszy zwiedzającym. Jest to bowiem bardzo przyzwoicie przygotowana wycieczka w sluchawkach na uszach z autentycznymi odgłosami więzienia oraz wspomnieniami więźniow i pracowników. Ja mialem jeszcze jeden bodziec...też się z kimś rozstawałem na dłużej.

Nim się tutaj jednak zjawicie by spotkać Legendę wszystkich Penitencjałów możecie mi dać wiarę lub nie i wyłowić dla siebie kilka z niżej zamieszczonych ciekawostek (w charakterze niemalże ballad) o tym miejscu:

- Latarnia Morska na wyspie (The Alcatraz Lighthouse) była pierwszą tego typu budowlą na Wybrzeżu Pacyfiku i pozostaje w czynnej służbie od roku 1854 do dnia dzisiejszego. Jedyna przerwa techniczna miała miejsce w roku 1970tym podczas pożaru, który zniszczył przyległy dom latarnika wraz ze znajdującymi się obok urządzeniami zasilającymi.

- Alcatraz nigdy nie należało do przesadnie zatłoczonych więzień. Maksymalna odnotowana liczba 302. więźniów pozostawiała jeszcze pewne możliwości lokalowe dla dodatkowych 34. ochotników. Na przestrzeni całej historii wiezienia średnio w 260ciu celach równolegle odliczano mozolnie płynący do wyjścia czas.

- Dokładna lokalizacja celi sławnego Ala Capone jest nieznana. Znaczną część swojego cztero i pół rocznego wyroku spędził on bowiem w więziennym szpitalu.

- na terenie więzienia nigdy nie odbywały się egzekucje, jednakże odnotowano pięć udanych prób samobójczych i osiem (równie skutecznych) morderstw.

- Rekiny z lubościa pływające sobie w zatoce San Francisco nie są (w znakomitej większości) ludojadami. Można zatem przypuszczać, że nieliczni śmiałkowie próbujący przepłynąć zatokę nie budzili zainteresowania owych stworzeń. Z drugiej strony nigdy nie znaleziono ciał kilku śmiałków, którym udało się opuścić wyspę, ale z pewnością nie udało się dopłynąć do lądu… :-)

** GALERIA FOTEK**
(poor quality)

pozdr

Friday, February 22, 2008

San Diego - Tijuana Trip, Balboa Park, USS Midway - Poniedziałek

(Nie będzie narazie opisu bo mnie Młoda zagadała na gg....co za upartość...ehhh)
- Czy zawsze wyrzuca Pan przez okno, ludzi którzy się na pana źle spojrzeli?
- Nie, w ogóle nie miałem tego w zwyczaju, to był pierwszy raz…
- To co tym razem pana do tego skłoniło?
- Ten Palant powiedział, źle o mojej dziewczynie…
- No to już jest jakiś powód, zatem opowiedz mi jak to wyglądało z twojego punktu widzenia…
- Słyszałem, że za 40$ można się miło w tym miejscu zabawić. No to poszedłem tam. Tańczyłem sobie jak wszyscy na parkiecie i ten gość mnie nagle potracił, powiedziałem „sorry” a on wypalił, żebym się na niego tak głupio nie patrzył i dodał, ze moja mujer to puta…wiec wypchnąłem go przez ta szybę z neonem a potem wybiegłem przez drzwi i zacząłem go okładać pięściami po twarzy…potem już wiele nie pamiętam
- wiesz, ze miałeś więcej szczęścia niż rozumu, normalnie po takim numerze w tym mieście byśmy juz nie porozmawiali.
- głupi mają zawsze szczęście
- widzę, że czytasz w moich myślach
- a potem jak zaczęło się robić gorąco wyskoczyłem na ulicę i rzuciłem się na maskę wozu, który właśnie przejeżdżał. Tak spotkałem was, nie wiem jak to dalej wyglądało, ale nadal czuję swoją szczękę.
- no więc, gdzie jest ta pana kobieta, która mogłaby potwierdzić pana wersję?
- właściwie to nie wiem
- czy ty rozumiesz, że dla ciebie lepiej byłoby żebyś widział gdzie ona jest!
- może bym i wiedział, ale ja nawet nie wiem jak ona ma na imię…ja byłem tam sam, nie ma nikogo z kim mógłbym tam być…
- rozumiem…nie mam innego wyjścia, skoro nie chcesz sobie pomóc to i ja ci nie mogę pomóc. Chociaż lubię turystów bo dają nam pracę i Polaków też lubię za waszego Papieża…ale sprawa jest jasna. Za zakłócanie spokoju publicznego od 6 miesięcy do 3 lat…to cena za brak współpracy…witamy w Meksyku.

Tjuana nocą robi piorunujące wrażenie. Czujesz się jak w środku ulu, w którym panuje przeraźliwa cisza. Światła ogromnego miasta otaczają cię z każdej strony, czujesz ogrom i jakąś tajemnicę wiszącą w powietrzu drugiej co do wielkości aglomeracji Meksyku. Jeśli dodatkowo dodasz element emocji w postaci przestróg okolicznych mieszkańców przed uzbrojonymi bandami „polującymi” na turystów i odświeżysz w pamięci wspomnienia Marcina, który twierdzi, że to jedyne miejsce na świecie gdzie cywilizacja zachodniego świata graniczy z biedą trzeciego na pewno poczujesz dreszczyk emocji. My dojechaliśmy do granicy właśnie w nocy. Przyznam szczerze, że podekscytowanie towarzyszyło mi od początku. Niepewność tego co kryje noc potęgowała podniecenie. Przejeżdżamy powoli wzdłuż muru i ustalamy plan na jutro. Plan na jutro to Tijuana z bezpiecznej dla Beaty, amerykańskiej strony o samym poranku. Rano okazuje się już, że nie taki diabeł straszny. Strefa przygraniczna wygląda nie groźniej niż dziesięć lat temu polski i czeski Cieszyn (może jest tylko mocniej ufortyfikowana i strzeżona) . Poddajemy nieco dokładniejszej inspekcji pas graniczny i lustrujemy poranne życie Tijuany…Nie wiem czy po tym co widziałem zaryzykowałbym stwierdzenie, że to granica dzieląca pierwszy i trzeci świat. Ale przecież wcale nie poznałem prawdziwej Tijuany, więc może nie powinienem się wypowiadać? Muszę tam kiedyś jeszcze pojechać, czuję jakiś dziwny pociąg do miejsc takich jak to, do miejsc takich jak Nowo Jorski Brooklyn…Może dlatego, że biedę i jej pobudki rozumiem, może dlatego, że ten świat choć ociera się o patologią to wydaje mi się bardziej prawdziwy niż każdy inny? (lub przynajmniej ten cywilizowany). W każdym bądź razie Tijuano poczekaj na mnie! Nowy Yorku, Ty też!
Potem plany się gwałtownie zmieniły i godzinę później znaleźliśmy się w San Diego Balboa Park. Jest to bardzo fajne miejsce na niedzielny relaks. Piękny Park z japońskim ogrodem i świetnymi budynkami, muzeami, kościołami i campusem międzynarodowych domków. Każdy z ponad dwudziestu domków ma nazwę państwa, któremu za siedzibę służył (chodzi chyba o dawne przedstawicielstwa ONZ’u). Szkoda, że Ogród Saski w Warszawie tak mocno po wojnie okrojono, brakuje mi tego oryginalnego rozmachu Stanisławowskiej Osi Saskiej. Mam nadzieję, że Pałac Saski i te trzy (koniecznie) kamienice jednak odbudują. Mimo piękna tej okolicy wizyta w Balboa Parku niestety niebezpiecznie się przedłużała i ponownie musiałem interweniować. Pół godziny później znajdujemy się na pokładzie legendy Amerykańskiej Marynarki Wojennej - lotniskowcu USS Midway. Okręt ten brał udział w Misji Pustynna Burza, którą jako dzieciak doskonale zapamiętałem ponieważ był to pierwszy tego typu konflikt, o którym nie dowiedziałem się z podręczników historii. Oglądałem bombardowania Iraku w ekranie telewizora i nie wiedziałem co z tego dalej będzie i co o tym w ogóle myśleć, podobały mi się natomiast samoloty F14, które znacie z filmu Top Gun, tutaj oczywiście można je zobaczyć na żywo. Po dosyć dokładnej eksploracji pływającego muzeum opuszczamy lotniskowiec i wyruszamy na wizytację pierwszej misji franciszkańskiej założonej tu w Kalifornii. Cieszę się, że ten scenariusz zwyciężył z popijaniem drinków na ostatnim piętrze Hiltona (znów amerykański sen). Zachód Słońca oprowadza nas po dziedzińcu i wnętrzach Misji. Po Carmel jest to kolejne mistyczno-sakralne doświadczenie tu na zachodnim wybrzeżu. Lubię Misje, te mury i ich klimat wlewają jakieś uspokojenie w moją „diabelską” duszę.
Z Misji udajemy się wprost do bardzo dobrej (udającej europejską) restauracji, która z powodzeniem plasuje się w pierwszej trójce na mojej liście top of the league Kalifornijsko-kulinarnych wojaży.
Potem pożegnanie z Oceanem, który jest tutaj moim najbliższym przyjacielem. Chyba jego brakowałoby mi najbardziej, gdybym miał jednak do kraju kiedyś wrócić…Hotel Bahia San Diego to miejsce ostatniego noclegu. Na leżaku na patio delektuje się ciepłą kaliforniską nocą, do głowy wpada mi pytanie, o którym już kiedyś było…Może dlatego, że lubię Kalifornię? Może dlatego, ze Mektub? Nie wiem…jutro czas wrócić do pracy, pierwszy raz „pojadę” do niej…samolotem. Zmykam więc - pobudka o 4tej rano. Dobranoc.

Zaraz w Kodak Studio wyczytają „And the Winner is – Katyn” Trzymam kciuki i dalej niecierpliwie oglądam . Nigdy nie byłem tak blisko ceremonii i do tego dzisiaj już wiem gdzie się ona odbywa. Lubię LA. Pozdrawiam z SF.


** Galeria Fotek**
O charakterze dokumentu (słabe)

** Galeria Fotek**

Thursday, February 21, 2008

San Dieg - Sea World - Niedziela

Drugi dzień zaczynamy tak jak konczyliśmy pierwszy...opuszczonym dachem. Cel od dawna jest jasny, mamy trzy bilety do Wodnego Parku Rozrywki Sea World. Mimo, że do samego parku wjezdzamy równo z otwarciem, parking zapełnia się w imponującym tempie (a nie jest to mały parking. Myślę, że to taki na oko ciut większy Plac Defilad w Wwa). Oczywiście wszystko jest dobrze zorganizowane i oznakowane, bez większych problemów dostajemy sie do wejścia. Znów ta cholerna kontrola na bramkach (okazuję swoje niezadowolenie tym stanem rzeczy- gościu ze zrozumieniem odpowaiada - tak to plaga). Powiem szczerze, mam juz tego serdecznie dosyć! Amerykański sen o wolności to Bollox! To kraj zniewolony umysłowo a do tego od lat paru, coraz bardziej ograniczany w swoich swobodach. 09.11 to hasło, z którym mało kto tu się kłóci, a powoli acz systematycznie macki siegaja jednak coraz dalej). Jesli już dostaniecie się na teren Parku, to z pewnoscią odetchniecie - miejsce jest niesamowite. Zarezerwujcie sobie tutaj co najmniej 6 godzin. Musicie zobaczyć te wszystkie akwaria i atrakcjyjnie zorganizowane spektakle.
Jesli nie zobaczycie Shamu Show i nie usiądziecie w Amfiteatrze podczas Występu Delfinów, w ogóle nie możecie powiedzieć, że byliscie w Sea World. Mnie Shamu Show powaliło na kolana i nie znam osoby w sowim podwodniackim otoczeniu, która ogladając sto razy Big Blue po samym spektaklu nie usiądzie przed monitorem by obejrzeć ten klaseyk setny pierszy raz...Ja się rozmarzyłem i powiem szczerze oprawa mocno w tym pomogła....Miałm ochotę wskoczyć do basenu i nigdy juz nie wypłynąć...znacie to? "You were right, down there is much better..." i patrząc na tą wodę i to co sie w niej dzieje nie przestaję w te słowa wierzyć. Sam Park to także szereg innych atrakcji, z których w głowie zostały mi miedzy innymi: wybieg dla Flamingów, mały basen Delfinów (po show w Amfiteatrze dotknąłem Delfina!! Skóra w dotyku jest niesamowita!! ), szklany tunel w jaskini z Rekinami oraz Arktyczna baza polarna. Można w Sea World bez problemu spędzic cały dzień, ale koło czwartej zostawiamy za sobą Oceanarium i zmykamy w kierunku prawdziwego Oceanu. Tym razem Coronado Island - bardzo klimatyczny zakątek z drogimi domkami bogatych ludzi i tym charakterytycznym brakiem pospiechu. To tam stoi pierwszy zelektryfikowany Hotel na Świecie (chyba na swiecie - nie jestem pewien, ale w kazdym bądź razie dobrze to brzmi - w mysleniu staję się powoli amerykaninem...o zgrozo!!). Dzieła tego dokonal ten Pan od żarówki (niejaki Edisson zdaje się) i miedzy innymi dlatego zapisał się na stale w annałach historii Wyspy Coronado. Nie ma co, całkiem tu miło, ale za pokojem się nie będziemy rozglądać, wiec zmykamy w kierunku Imperial Beach. Po dordze mijamy legendarną bazę słuzb specjalnych Navy Seals, heh tutaj to dopiero jest zabawa! Czy Wy wiecie co tutaj się dzieje? Ja nie wiem, ale moge się tylko domyslac. Śłonce kładąc się coraz niżej, zdaje się zawisło na jedną chwilę dłuzej nad linią horyzontu....Zachód tego dnia czekał specjalnie na nas. Piaszczystą plażą odbywamy miły spacer po krawędzi Oceanu i wbijamy się bezczelnie w jego "głąb" po drewnianym molo. Na końcu, owego mola znajduje się jak na wiekszości mól jakaś rybacka restauracja, w której tym razem spróbowac nie omieszkałem najlepszego ponoć (na pewno kicior) Shrimp Cake'a w całym SD. Słońce koloruje linię horyzontu chyba tylko specjalnie po to, żebym mógł się pobawic aparatem (dziękuję Ci za to!). Przy wyjściu z restauracji zagaduję gościa, który wygląda trochę jak Andrzej Stasiuk (tylko trochę bardziej zniszczony). Po jego pierwszych słowach orientuje sie, że człowiek ten jest także obdarzony nieprzeciętnym głosem...Janka Himilsbacha! "Nooo, to ja rozumie", od razu jakoś bardziej polsko, od razu weselej na duszy. Po moim pytaniu, jakie jest najblizsze miasto przy granicy z Meksykiem, gościu zdziwiony odpowiada "Właśnie w nim jesteś...". Chcemy się tam dostać i nie wiem jaki kierunek obrać. Gościu nieco zaniepokojony popatrzył na mnie, potem na dziewczyny i nieco nam niedowierzając mówi, żebysmy byli ostrożni bo jest tam szczególnie niebezpiecznie. Lepiej nie wysiadać o tej porze z samochodu i nie obnościć się z elektroniką...Ok, ale jak dojechać? ponawiam pytanie.
W końcu pada odpowiedź. Zdziwiony patrzy na nasze turystyczne twarze i znika za drzwiami knajpki. Chyba liczył, że nas zniechęci. Beata słusznie zauważa, że za nic w świecie nie możemy przekroczyć granicy, poniweż w jej wypadku uniemożliwi to całkowicie jej powrót do Stanów. Czuję się naprawdę odpowiedzialny. Mamy ze sobą kupę elektroniki, wygladamy jak turyści i jedziemy kabrioletem na Kalifornijskich blachach. Meksykańscy watażkowie zapewne rozprawili by sie z nami jak z fiskus z podatnikiem....Zostalibyśmy bez niczego, tacy mali wobec majestetu bezprawia... To pierwszy zły scenariusz. Drugi byłby taki. Po ominieciu ostatniego zjazdu przed granicą, skazani jesteśmy na wjazd do Meksyku a tam Beata zostałaby na dłużej i nie do konca wiadomo gdzie. Być może nawet badanie, które zaczęła przed naszym wyjazdem musiałby dokończyć za nią ktoś inny. Ktoś inny za nią dokończyłby także pisanie raportu i ktoś inny w konsekwencji odebrałby za lat parę tą nagrodę z dziedziny Chemi... Możecie być jednak ze mnie dumni...Historia nie zmieniła póki co biegu wydarzeń i losy kolejnego "Polskiego Nobla" nadal są na dobrej drodze do dobrych rąk. Spektrometrie w podczerwieni nadal toczą sie swym normalnym torem, analizy i syntezy przebiegają bez zakłóceń, ciśnienie przeprowadzanej reakcji zostało zwiększone zgodnie z planem zaraz we wtorek rano a homogeniczne katalizatory (czy jakieś takie) przyspieszają bieg chemicznych wydarzeń ku logicznemu przeznaczeniu. Pozostaje tylko czekać i odliczać..A to wszytsko miedzy innymi dzięki prostemu chlopakowi z Pragi :-) Ok, dosyć żartów, wsiadamy do samochodu i wracamy z TJ (tak na Tijuanę mówią Californijczycy). W czasie drogi powrotnej puszczam na wyraźne życzenie Kathryn - "typowo" polską muzykę (ta sama co leciała na imprezie w łysym pingwinie podczas mojeg pożegnlanego party - kto był ten wie, że się działo :-). Beata szybko stwierdza, że ta muzyka jest raczej nietypowa, a do Kathryn mówi, że to raczej polski underground (ale chyba tak nie jest). ja sie wyłączam z dyskusji, trochę wspominam, trochę marzę, ehhh G. Myślę też sobie, że muszę kiedyś dokonczyć ten swój pierwszy film "Latawiec", właściwie to napisałem ten scenariusz (zupełnie o tm nie wiedząc) dla siebie i o sobie...może kiedyś sie przekonacie. W trakcie podróży z kolei orientuję się jak nierówno wykształceni są tubylcy. Faktycznie czasem zaskakuja ignorancją i niewiedzą...Kathryn dziwi się, że za każdym razem, gdy mówimy o jakimś zespole (Herbaliser, Faithless, Moby, Inside Stories, Emade, Fisz czy Bustha Rhymes) dodaję "a tak mam tą płytę w domu". Dla nich to zupelnie niezrozumiałe. Piosenki warte sluchania to dla autochtonów te, które aktualnie lecą w radiu i w ich przekonaniu tylko tak długo warto je słuchać jak długo tam są puszczane...Jaesli juz łapiemy jakieś wspólne muzyczne flow, to ja z entuzjazmem zaczynam wymieniać kolejne albumy i tytuły piosenek, podczas, gdy Kathryn ogranicza swoją znajomość dorobku artystycznego zazwyczaj do kilku najbardziej znanych utowrów (w tej kulturze i w tym kraju masowego bombardowania informacją niewiedza ta wydaje mi się czasem skrajnym kalectwem). Znów zanurazm się w drodze. Z nostalgicznego zamysłu wyrywa mnie brytyjski akcent "After 800 yards you have riched your destonation"....ehhh szkoda..Lubię noc, trasę, samochód i muzykę. Dojezdżamy do Old Town District...Kolejne klimatyczne miejsce, my wybieramy tym razem rekomendowaną przez znajomych Kathryn restaurację i tam też udajemy się na ucztę. (Dziwne, wszystkie polecane przez Amerykanów miejsca warte rzekomego odwiedzenia związane były z... jedzeniem...ochyda, blee). W resturacji zapijamy się porządnie wzmocnioną margharitą i zajadamy Homara. Rokin Baja Lobster jednak nie umywa się do "Estebana" z Montereya (przestaję w związku z tym wierzyć tubylcom). Nawet jak pokocha mnie jakaś przepiękna Messi czy Jessica to i tak najpierw sprawdzę jej kulinarne i podróżnicze orientacje a dopiero potem zdecydujemy co dalej...;-) Znów jestem niepoważny, ale z drugej strony to przecież jakby co...to ten uratowany Nobel...no wiecie... ;)
Na koniec dnia, nim znikniemy w hotelowych pokojach, omawiamy plan, który podczas Shamu Show wpadł mi do głowy...jutro wstajemy rano :-)



** GALERIA (Nieco chaotyczna) FOTEK**