Tuesday, March 25, 2008

Czy Ameryka już się sypie?

Wiadomo powszechnie, że coś w tej amerykanskiej gospodarce się nie kreci. Gazety i portale internetowe donoszą codziennie o spadku wskaźników i notowań oraz o wzrostach cen i ogólnego zaniepokojenia. Ja nie będąc ani przesadnie zorientowany ani też zainteresowany tym stanem rzeczy, wiem jedno. Coś w tej gospodarce się nie kręci. Jestem tu za krótko by móc dokonywać porównań i analiz, ale jedna rzecz przemawia do mnie silniej niż wszystkie inne. W przeciągu tego krótkiego czasu, który tutaj jestem, galon benzyny zdrożał o całego dolara! To zauważy każdy, nawet największy ignorant...nawet ja.


Wymieniajac opinie mailowe z pewną osobą, która zna Stany całkiem dobrze nieraz wprawiałem ją w osłupienie przywołując jako minusy Ameryki przykłady moich negatywnych doświadczeń. Przyznam szczerze, że sam już nie byłem pewien czy kryształowa kula, w której żyje tylko dla mnie jest tak pechowa czy też po prostu Amerykę trawi ogólne niechciejstwo, strach przed odpowiedzialnością i obowiązkiem lub po porstu posługując się stwierdzeniem Siergieja - brak powera. Dziwne, znam dwójkę ludzi z Polski, którzy przyjechali do Kalifornii na mniej więcej tydzien i żaden z nich nie deklarował chęci pozostania tutaj...hmmm, może powoli już widać te rysy a może nawet i gdzieniegdzie odpad ukruszony tynk?. Dopiero niedawno znalazlem osobę, która potwierdza moje przypuszczenia. Nazywa się Ola, mieszka razem z Mateuszem i oboje rezydują tutaj znacznie dłuzej niż ja. W każdym bądź razie ja przedstawię Wam moje teorie, które dowodzą tego, że jakość usług w Ameryce potrafi rozczarować. Oczywiście nie jest to kwestia łatwa w ocenie, ale jak mówię mam także opinie znacznie bardziej doświadczonych "spadochroniarzy", którzy potwierdzę pewne ogólno-kalifornijskie (niebezpieczne) tendencje.

Oto lista zarzutów:

- Niechciejstwo i niechlujstwo:

Jak wiecie ponad miesiąc temu zdecydowalem się sprzedać docieplacz nurkowy.
Niepotrzebnie się wyrwalem ze sprzedażą, gdyż okazało się, że mogę go swobodnie wymienić bez żadnej dopłaty i opłaty (fiu, fiu, właściwie czego ja się czepiam? Używany docieplacz wyminiam na nowy i to zupełnie za free! Perfekcja!). Wykonalem kilka telefonów, upewniłem się że wszystko będzie ok, zapakowałem piankę i siup! Przesyłko leć na Florydę! Po dwóch tygodniach czekam z niecierpliwością. Dziś spodziewam się zwrotu wymienionego skafandra. I tak by było, gdyby nie niechciejstwo pewnej pani w sklepie, która nie wpisała pełnego adresu zamawiajacego (mimo, że napisałem go na rachunku i wsadziłem do przesyłki). Dostawca odbija się dwa razy od drzwi biura jakiegoś zdezorientowanego pana, który przesyłki mimo ponowienia oferty nie zdecydował się przyjąć. Przesyłka wraca z powrotem na Florydę. What the heck?! Dzownię do sklepu, potem do fedexa, okazuje się, że nie było pełnego adresu. Jeszcze raz rozmowa za sprzedawcą i obietnica wprowadzneia korekty. Na Florydę pianka dociera w tydzień i tego samego dnia wyrusza w powrotną drogę przez caluśkie Stany. Uff, cieszę sie, że niczego nie wstrzymali, niczego nie zakwestionowali czy unieważnili. Minęły juz trzy tygodnie, ale co tam? Jeszcze tylko 4500 tysiąca mil i znów będę mógł robić scuba! Tracking shipment na Fedexie działa bardzo sprawnie (jak i sam fedex), więc już po tygodniu w powietrzu czuję swoją nową, czarną, extra large Bare arctic. Przybyła do San Francisco tak komunikuje mail! Fajnie, rzucam się w wir pracy, pod koniec dnia sprawdzam gdzież to jest moja przesyłka i co widzę? Znowu dostawca nie mógł znaleźć adresata! Dzwonię bezpośrendio do Fedexa i po kilku przełączeniach wreszcie rozmawiam z kimś konkretnym! Okazuje się, że nikt adresu nie poprawił! Wsadzono przesyłkę do samochodu tak jak ją odebrano! Ping pongowa pianka nurkowa! A co tam? Kalifornia - Floryda, Floryda - Kalifornia, Kalifornia - Floryda i jeszcze raz Floryda - Kalifornia! Kilkanaście tysięcy mil, galony spalonego na darmo paliwa i ponad miesiąc czekania! W końcu jednak wczoraj przesyłka dotarła i okazało się, że wszystko w środku sie zgadza. Ufff, nowy rozmiar pasuje znacznie lepiej, zapominam o przygodach, które miałem po drodze i z satysfakcją przymierzam nowy docieplacz. Fajnie, że można wymienić zakupiony towar mimo uprzedniego użycia, jednak jakość logistki powoduje, że niesmak pozostaje...

Oto część trasy przez Stany mojego docieplacza. Niejedna osoba, chciałaby mieć możliwość takiej przejażdżki! Ponad mieisąc w drodze po autostradach Florydy, Mississippi, Tennessee, Teksasu, Nowego Meksyku, Utah, Arizony, Nevady i Kalifornii.

- Drugi przykład z życia. Zamawiam w internecie automat oddechowy do nurkowań sprzętowych.

Proste jak drut. Klikasz przycisk Buy, wypełniasz okienka, wpisujesz adres, podajesz numer karty kredytowej i naciskasz accept. Kupiłem Mr22! Utwierdzam się w tym przekonaniu po otrzymaniu potwierdzenia mailem. No dobrze mija dzień, dwa, tydzień...nic. Dzwonię do sprzedawcy, okazuje się, że moje zamówienie zostało anulowane...Tak jest! Rzekomo nie wysłałem potwierdzenia, które wysłałem na pewno...Nie wnikam czemu tak sie stało i kto ma rację. Nikt nie powiedział mi o unieważnieniu mojego zakupu, to tak jakby przy kasie sprzedawca odebrał mi zakupiony towar i bez słowa wyjaśnienia odstawił na półkę oddajac przy tym pieniądze. Myślę, że to nie fair, tym bardzie żal, że to był ostatni egzemplarz...

- Trzeci przykład związany jest z Opieką Medyczną i dotyczy niekompetencji. Kilka razy dzwoniłem by umówic spotkanie czy to u dentysty czy u innego specjalisty. Jedyne co mogę doradzić to bądźcie bezczelni. Rządajcie odpowiedzi natychmiat, zostawiajcie swój albo bierzcie numer telefonu od osoby, z którą rozmawiacie lub jeśli wysyłacie e-mail to koniecznie załączajcie kogokolwiek w cc. To są dobre rady, które zapewią Wam otrzymanie oczekiwanej odpowiedzi lub potwierdzenia.

- W reszczie jednak zjawiam się u dentysty. Po nurkowaniach swobodnych, gdzie przysrost ciśnień na organizm czlowieka równy jest 1 atm/10sek wychodzi dolegliwość zęba. Cholerny ból zaatakował po dwóch tygodniach od nurkowania. Mam na szczęście dwumiesięczne zdjęcie rentgenowskie i umowione spotkanie ze specjalistą. Siadam, liczę na szybkie załatwienie sprawy. Młody gościu patrzy na zdjęcie rentgenowskie, zagląda do środka i opowiadam mi o koniecznosci zrobienia kanałówki. Rozkłada ręce...Patrzę na niego z obojętnością jaka dawno mi się nie zdarzyła i mówię do niego ze stoickim spokojem "Tylko, że mnie boli prawa szóstka a pan na zdjęciu ogląda lewą". Chwile milczy, przygląda się zdjeciu i z głupawym uśmiechem odpowaida "Ahhh, oczywiście, ma pan rację, nie wiem jak mogłem sie tak pomylić?". Odsyła mnie do rekomendowanego specjalisty od kanałów i jestem szczerze mówiąc zadowolony. Nie chciałbym być skazany na opiekę dr. Velasco. Siadam po raz drugi w fotelu i faktycznie gościu jest specjalistą. Niestety drugi raz w ciagu 5 min robią mi zdjecie rtg. Czyżby nie ufali dr. Velasco? Specjalista rozkłada ręce. Mówi coś o infekcji, którą usuwa się operacyjnie i obwieszcza, że on się boi tego dokonać bez pełnego uśpienia. Odsyła mnie do trzeciego specjalisty od uśpień i usuwania infekcji! Mówię gościowi, że w Polsce miałem leczenie kanałowe bez znieczulenia, ale on podtrzymuje, że się zabiegu nie podejmie i bezradnie rozkłada ręce. Trzeci specjalista robi co do niego należy (i to bez uspienia) inkasuje 670$ i odsyła do specjalisty, który mnie tu przed chiwlą przysłał. Mija tydzień siadam w fotelu speca od kanałów i faktycznie gość potwierdza swoja klasę (Nie chcę robić z Polski Dagestanu, więc nie wpsominam mu tym razem nic o kanałówce bez znieczulenia. A mialem taka chęć po tym jak się zorientowałem, że 2% lidokainą znieczula się tutaj dziąsło przed... zasadniczym znieczuleniem. Zabawne ;-) ). Po godzinie ząb wyleczony! Pytam czy to wszystko? Nie - słyszę zdziwiony. Musi Pan teraz iśc na wypełnienie do dr. Velasco. O man, czy tu ktoś robi coś od początku do końca? "Nie", słyszę w odpowiedzi. Na pożegnanie wsadzam do portfela rachunek na 1140$. Ciekawe ile zarządają za wypełnienie :-). Tak oto przeszedłem po stomatologicznej drabinie w górę i w dół , wypełniając przy tym po drodze 3 (słownie trzy) pięciostronnicowe formularze, w których zrzekam się jakichkolwiek roszczeń gdyby na przykład coś się nie udało i wyrwanoby mi zęba. W odpowiednich rubrykach opisuję wszystkie swoje choroby, ktore przechodzilem i te których nie przechodziłem (kto je pamięta?), odpowiadam na głupie pytania o to czy jestm uczulony na latex rękawiczek i żółtka jajek kurzych!! Przy trzecim formualrzu z potwornym uczuciem bólu zęba zdobywam się na złośliwy komentarz "I don't need your smiles, I need a doctor". Na szczęście saga dobiega końca. W sumie wszystko jak na amerykańskie warunki odbyło się sprawnie i fachowo, ale niech za podsumowanie posłuży sms od mojej siostry, która nota bene jest lekarzem "Trzeba ropnia naciąć, dać pacjentowi antybiotyk i po robocie. W czym problem?". No właśnie w czym problem?

- O kolanie nie będę już mówił. Od stycznia nie możemy sie dogadać co do terminu i sposobu płatności ;-). W końcu dowiedziałem się kto i za ile, a tu dziś łubudubu....Spada mail o konieczności przesuniecia termnu. nie zgadzam się, nie będzie mnie miał kto odebrać ze szpiatal w późniejszym terminie. Znów stoimy w martwym punkcie. Przyzwyczaiłem się.

- jest tez kilka innych powodów do narzekania na jakość usług, ale nie przekona się o tym ten kogo codzienne zycie ogranicza się do zakupów w walgreensie czy costco. Po prostu tam działa prosta zasada. Płacisz-masz. Chociaż z drugiej strony za zęba zapłaciłem z przyjemnoscią- ponieważ, za rzeczy dobrze zrobione nie jest żal płacić, co innego że tutaj rzadko płaci sie za porzadną jakość. I to się czuje...

Konkluzja: Wydaje mi się, ze Amerykanie przyzwyczaili się, ze brudne prace wykonaja za nich latynosi a pieniądze zarobią za nich azjaci... Perfekcyjny układ, niemal jak za czasów starożytnych mocarstw. Tylko które z nich nadal jest mocarstwem? Hmmm...

I na koniec jedno wazne ogłoszenie Techniczne:

- Jesli ktoś planuje odwiedzenie mnie w tym roku proszę o w miarę szybkie potwierdzenie terminu. Muszę znać orientacyjny grafik ponieważ sam palnuję wakacje i może okazać się, że nie da się pewnych spraw pogodzić. Oczywiście wszystkich jak najgoręcej zapraszam oferując jako taki nocleg (damy radę), wiedzę o topografii miasta i swoje przy tym skromne towarzsytwo.

Saturday, March 22, 2008

Wesołych Świąt

Życzę Wam spokojnych i radosnych Świąt wprost z San Jose!
Poświęconka z zawartoscią jedzonka na znak, że 10.000km od domu tez da się!




W San Jose jest polski Kosciół z amerykańską wersją Ojca Tedeusza!


Pozdro dla tych nad warecką rzeką!


pozdr dla Anette too!


Tarcho Rodzinie przesyłam pozdrowienia! Wesołych Świąt Mama, Siostra, Macias, Babcia, Chłopaki z podwórka, Kasia R, Ania W, Monika a także dla Tosi, Magdy i Gienia!

Thursday, March 20, 2008

Good Friday - Return to Innocent?

Dzisiaj w całym Kościele Katolickim zaczynają się obchody Triduum Paschalnego.
Czas tradycyjnie poświęcony zadumie i refleksji, więc i ja nie będę nic gadał.
Po prostu popatrzcie.
** GALERIA FOTEK**

Monday, March 17, 2008

American Beauty

Nowy cykl mam nadzieję ucieszy pare osób.
Czas zmierzyć się z niezwykle trudnym tematem amerykańskiej motoryzacji.
Nie trzeba być doktorem ekonomii, żeby zdać sobie sprawę, że motoryzacja to także jeden ze wskaźników zamożności i cywilizacyjnego postępu społeczeństwa, które ją wykreowało. Niemcy, Skandynawia, Japonia – wiadomo, potentaci. Klasa średnia Francja, Włochy, Korea.
Reszta stanowi margines, w którym to niestety też znajduje się Polska...szkoda słów. Tyle lat historii w piach, nie ma czym się pochwalić, nie ma czego kontynuować. Nie ma bo i coś na przeszkodzie naszej myśli technicznej zawsze stało. Takich problemów nigdy nie mieli Amerykanie a mimo to właśnie po samochodach pozancie, że kryzys w Ameryce zaczął się już kilkanascie lat temu...Dla mnie współczesna motoryzacja Amerykańska to przede wszystkim Hummer H1, Jeep Wrangler może Cherokee (choc nie jestem pewien, może bardziej Corveta), trochę PT Cruiser, trochę też Mustang. Tak się szczęśliwie składa, że od pewnego czasu mam oakzję być weekendowym testerem samochodów przeróżnej maści i gatunku. Za pomocą not so close’a ubrałem się w skórę dziennikarza motoryzacyjnego, którym muszę to powiedziec..mógłbym zawodowo być (i nawet kiedyś byłem ="płacono" mi za pisanie o samochodach).
Przejechałem kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy mil autostradami i bezdrożami Ameryki. Próbowałem samochodów sportowych, kompaktów, SUVów, cabrioletów i terenówek. W każdej z tych kategorii znalazł się przynajmniej jeden samochód z tabliczką Made in USA, każdy z tych samochodów powstał tutaj, każdy znich był nowy, a więc przedstawiał to co Amerykańska myśl techniczna ma najlepszego do zaoferowania...Po tej przygodzie mogę powiedziec jedno...Ameryka złapała zadyszkę i naprawdę zwalnia a jej nie tak dawne lata świetności odchodzą powoli do przeszlości tak jak samochody, ktore będę tu prezentował. Zróbmy zatem sentymentalny krok w stecz. Były to czasy kiedy dolar otwierał drzwi spektakularnych mozliwości w skutej lodem środkowo-wschodniej Europie, kiedy Cola smakowała wolnością a puszki po niej zbierało się jak znaczki. Były to czasy Kiedy faceci w kowbojskich kapeluszach mieli swoje zdanie i nie przejmowali się tzw. poprawnością polityczną a reklamy papierosów nie stanowiły celu ataków mediów i opini publicznej. Samochody były kawałem solidnego żelastwa, a skóra i chrom były skórą i chromem a nie plastikiem i syntetyczną tkaniną. Świat się jakościowo cofa w swoim marszu po lepszą jakośc życia a najlepiej widać to właśnie po Amerykanskiej motoryzacji. Zapraszam zatem do podróży w przeszłość! Dawna potęga amerykanskiego przemysłu i legenda wolnosci tego dzikiego kraju ma wiele imion, jednym z nich jest Ford...nazwisko Mustang.

** GALERIA FOTO**
Ładna-mi się podoba

P.S. Kilka osób pytało mnie o "osobliwą francuzkę". Gwoli wyjasnienia dodałem link w poście o Straconych chłopcach.

Wednesday, March 12, 2008

Ulubiency Bogów odchodzą młodo?

Ich gwiazdy rozbłyskują dopiero, gdy przedwcześnie zgasną - tak sobie myślę, że to będzie najkrótszy post. Choć Dean na pewno był postacią nietuzinkową, niejednoznaczną i pełną charyzmy, legenda buntownika bez powodu narodzila się dopiero w dniu jego śmierci. Miało to miejsce 30 września 1955 roku na skrzyżowaniu drogi numer 41 i 46 w pobliżu miejscowości Cholame. Była godzina 17.59, we wraku sportowego Porsche Spidera umierał właśnie człowiek i jednocześnie rodziła się jego wileka legenda. Wielokrotnie słyszałem z ust najwierniejszych fanów niezgodę na przedwczesne odchodzenie ich idoli. Ja tak nie mam, choć przyznam, że kiedyś miałem - ponieważ właśnie taki jest los idoli...Tylko ludzie nie bojący się śmierci mogą czynić cuda a tylko ludzie czyniący cuda mogą być Idolami. Takim też stał się James Dean, młody chłopak ze środka Stanów, którego legenda dzięki brawurowej biografi, Holywoodzkiej karierze i przedwczesnej śmierci żyje do dziś. Mnie jadnak bardzej interesują historie, które kończyły swój bieg na 9. piętrze bloku na Bogudzicach czy na kanapie pokoju w Wiessbaden...ot Słowiańska dusza...

W poszukiwaniu Legendy...

Okazuje się...

że ostatnia droga Deana, była...

bardzo zielona...

W koncu odnajdujemy!
Pomnik upamiętniajacy Legendę...

Znajduje się niecały kilometr od miejsca wypadku.

które jest tam gdzie jest żółte kółeczko...

Chwile Ulotne...

Bo w życiu często jest tak...

że decyduje przypadek....
więc łap chwile, bo ponoć tylko one są piękne...

Tuesday, March 11, 2008

Santa Barbara - Ostatni stopień wtajemniczenia

Emigracja zawsze odbija się na psychice. Ludzie często nie potrafią dorastać w miejscach, na których nie ma ich podwórek, boiska, znajomych i wspomnień. Sytuacja staje się jeszcze cięższa jeśli miejscem Twojego wygnania jest Kalifornia. To miejsce rzuciło sie na głowę niejednego śmiałka. Słońce, palmy, Ocean i Ci wszyscy nawiedzeni dookoła potrafią zamieszać w głowie. Musisz twardo stać na nogach w miejscu, w którym tak łatwo uwierzyć, że umiesz latać. Santa Barbara jest moim zdaniem ostatnią odsłoną w przedstawieniu o Californijskiej iluzji. Nikt tu sią nie śpieszy, nikt nie wydaje się być zbytnio przygarbiony ciężarem życia, tutaj wizja bycia młodym i pięknym jest jeszcze bardziej realna. Tutaj jest sie prawie Bogiem, tutaj jest Santa Barbara! A Kalifornia to nie sen...Kalifornia to styl życia.

** GALERIA FOTEK **

**Ventura**
Ścinki - out of topic
Ventura
Google photos link


** San Luis Obiso**
Pierwszy motel na świecie


P.S. Nękany przyziemnościami coraz częściej myślę, że ja też już nigdzie się nie śpieszę...Ja czekam.

Monday, March 10, 2008

Solvang – skaczę w czasie, poruszam się w przestrzeni.

Weekend spędzam "prawie" w Europie. To niewiarygodne jak niewiele w dzisiejszych czasach potrzeba by z drugiego końca świata przebyć drogę do miejsca na dokładnie tym samym drugim końcu świata i być jednoczesnie w innym miejscu naszego globu! Zakręcone? To posłuchajcie tego. Solvang (Słoneczne Pola = Sunny Fields) to miasteczko przesycone klimatem Danii, założone co wydaje się być oczywiste (ale czy aby napewno?) przez samych Dunczyków na początku dwudziestego wieku. Chodząc po uliczkach miasta mijam klimatyczne piekarnie, różnorodne sklepy, stylowe winiarnie i jakżeby inaczej...wiatraki. Coś jest jednak w tym miejscu innego, coś co od razu traktuję jako swoje (w każdym bądź razie bardziej mi bliskie) nie wyczuwam tutaj bowiem tej nachalnej atomsfery „Wuja Sama” (chyba jestem amerykanofobem). Chodniki, domki, placyki, okna i drzwi do sklepów są jakby nieco mniejsze i bardziej kameralne a same sklepy nie atakują nas neonami i wystającymi ze ścian klimatyzatorami. Myślę sobie idąc ulicami Solvang, że czuję się tu trochę jak na wakacjach. Zamyślony podnoszę głowę, klik, klik. Marcin odsuwa aparat od oka, patrzy na drewniane bociany na dachu i mówi „czuję sie tu jak na wakacjach”. Wiesz, też mam podobne odczucie - odpowiadam. Atmosfera małego miasteczka udziela mi się już po chwili pobytu w Solvang. Miasteczka takiego jakie zapamiętalem z młodości, gdy faktycznie spędzalem wakacje u Babci, lub takiego jak te z filmów takich jak „Janka” czy „Nad rzeką, której nie ma”...I żeby było jasne, nadal jestem w Kalifornii. Właśnie odkrywamy jej setną pierwszą twarz...Wy możecie zrobić ze mną to samo...wystarczy, że klikniecie na zdjęcia.


** GALERIA FOTEK**

Wednesday, March 5, 2008

Ostatni taki pierwszy marzec

„Stracenie Chłopcy”

Na naszej klatce nie ma nas,
Nie ma zabawy, awantur, potłuczonego szkła,
Tak bezlitnośnie kastruje czas,
Rodzina, firma, praca - wspólny cel,
Uciekac mozna...ale w sumie nie ma gdzie.
Wczorajszych miejsc i twarzy tylko cień,
a finski nóż rdzewieje jednak gdzies na dnie...
Spójrz w kalendarz, zapomnij o minionych dniach,
Na tamtej klatce juz nie spotkamy sie...
Jest krawat, żona , obowiązki, dzieci.
W klepsydrze piasek do góry nie poleci,
Nie ma się co wyglupiac, świat z boku mi powtarza
Nowy amerykanski noż z napisem stinless steel
Za pasek spodni wkładam,
Otwieram nogą na podworko drzwi,
Przepraszam... ja odpadam.

Prawdziwy Klasyk!! Dopiero Kevin potwierdził moje przypuszczenia, że Santa Carla to tak naprawdę...Santa Cruz...


Taki mam życia kurs, Od Wilkas do Santa Cruz

Potem była polska impreza na Stanford University, na której poznałem osobliwą...Francuzkę http://sniezka-journal.blogspot.com/

** GALERIA FOTEK **

Friday, February 29, 2008

Alcatraz - moja legenda

Jedzie pociąg, złe wagony
do więzienia wiozą mnie,
świat ma tylko cztery strony,
a w tym świecie nie ma mnie.

Gdy swe oczy otworzyłem
wielki żal ogarnął mnie,
po policzkach łzy spłynęły,
zrozumiałem wtedy, że...

Czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością,
myślą swą szukają szczęścia,
które zwie się wolnością.

Piosenka więzienna - kolejna interpretacja, tym razem "Strachy na Lachy"


Nim coś dopiszę do tego tematu, zadam Wam pytanie? Czy nie sadzicie, że to nieetyczne zamykać ludzi w celach z widokiem na Ocean i Goldasa? Już chyba lepiej mieć za oknem białołęcki lasek lub mokotwską ścianę w kolorze beige...W końcu czego oczy nie widzą tego sercu nie żal...A na tej wyspie można podziwiać naprawdę przepiękne zachody Śłońca i wsłuchiwać się w nocne odgłosy miasta...ale czy nie jest to najgorsza z kar? Gdy miasto tańczy i spiewa, Ty masz przed sobą dwadzieścia z górką lat, cztery ściany i Ocean za kratą?
Alcatraz (znana także jako Twierdza, ang. The Rock) – to tajemnicza wyspa (moje młodzieńcze marzenie) leżąca niedaleko brzegów The City. Znajduje się na niej nieczynne więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1963. Zamknięte zostało głównie z powodu wysokich kosztów utrzymywania więzienia na wyspie oraz błędów konstrukcyjnych, które ułatwiały ucieczki. Co ciekawe oryginalnie miejsce zostało zaprojektowane jako mocno ufortyfikowana twierdza broniąca dostępu do skarbca, który w sobie kryła. Dopiero po latach służby wojsku opuszczone budynki w roku 1934 zostały zaadaptowane na więzienie o bardzo złej sławie – Inescapable Alcatraz. Miejsce dotąd niezdobyte, stało się (chyba dla żartu, jak to w życiu bywa) przeznaczeniem, od którego nie ma ucieczki.

Więzienie nie jest jedyną atrakcją wyspy Alcatraz. Także miłośnicy przyrody i architektury mogą oglądać tam interesujące rzeczy, wysepka jest bowiem siedliskiem wielu gatunków roślin i ptaków (zwłaszcza mew), które w marcu zakładają gniazda.

Znawców historii najnowszej na pewno zainteresują też ślady trwającej dwa lata (1969-1971) okupacji wyspy przez Indian oraz ruiny małego osiedla mieszkalnego przyległego do więzienia. Całość natomiast znajduje się na terenie Narodowego Parku Golden Gate i jak to w Parkach Narodowych bywa…Legenda pozostawiona naturalnej kolei rzeczy rozsypuje się wcale nie tak powoli (klimat morski) z należytą jej godnością spełniając przy tym wszystkie nawet najostrzejsze wymogi Parkowego prawa. Więc jeśli już się pojawicie na chwilę w San Francisco, nie odmowcie sobie przyjemności popatrzenia na Legendę z Pieru dajmy na to 39-tego. Jeśli natomiast zostajecie na trochę dłużej (min. tydzień) nie możecie odmówić sobie przyjemności odwiedzenia Twierdzy! Kosztuje to około 40 dolarów, trwa 3 godziny a wszystkich niezbędnych formalności dopełnicie w małej, niepozornej budce w okolicach pieru zdaje się 23-ciego…(rezerwacja z wyprzedzeniem ok. 3 dni, więc lepiej nie przegapcie). Polecam! Zdecydowanie warto! Klimatu wyprawie po Wyspie dodaje cisza, która towarzyszy zwiedzającym. Jest to bowiem bardzo przyzwoicie przygotowana wycieczka w sluchawkach na uszach z autentycznymi odgłosami więzienia oraz wspomnieniami więźniow i pracowników. Ja mialem jeszcze jeden bodziec...też się z kimś rozstawałem na dłużej.

Nim się tutaj jednak zjawicie by spotkać Legendę wszystkich Penitencjałów możecie mi dać wiarę lub nie i wyłowić dla siebie kilka z niżej zamieszczonych ciekawostek (w charakterze niemalże ballad) o tym miejscu:

- Latarnia Morska na wyspie (The Alcatraz Lighthouse) była pierwszą tego typu budowlą na Wybrzeżu Pacyfiku i pozostaje w czynnej służbie od roku 1854 do dnia dzisiejszego. Jedyna przerwa techniczna miała miejsce w roku 1970tym podczas pożaru, który zniszczył przyległy dom latarnika wraz ze znajdującymi się obok urządzeniami zasilającymi.

- Alcatraz nigdy nie należało do przesadnie zatłoczonych więzień. Maksymalna odnotowana liczba 302. więźniów pozostawiała jeszcze pewne możliwości lokalowe dla dodatkowych 34. ochotników. Na przestrzeni całej historii wiezienia średnio w 260ciu celach równolegle odliczano mozolnie płynący do wyjścia czas.

- Dokładna lokalizacja celi sławnego Ala Capone jest nieznana. Znaczną część swojego cztero i pół rocznego wyroku spędził on bowiem w więziennym szpitalu.

- na terenie więzienia nigdy nie odbywały się egzekucje, jednakże odnotowano pięć udanych prób samobójczych i osiem (równie skutecznych) morderstw.

- Rekiny z lubościa pływające sobie w zatoce San Francisco nie są (w znakomitej większości) ludojadami. Można zatem przypuszczać, że nieliczni śmiałkowie próbujący przepłynąć zatokę nie budzili zainteresowania owych stworzeń. Z drugiej strony nigdy nie znaleziono ciał kilku śmiałków, którym udało się opuścić wyspę, ale z pewnością nie udało się dopłynąć do lądu… :-)

** GALERIA FOTEK**
(poor quality)

pozdr

Friday, February 22, 2008

San Diego - Tijuana Trip, Balboa Park, USS Midway - Poniedziałek

(Nie będzie narazie opisu bo mnie Młoda zagadała na gg....co za upartość...ehhh)
- Czy zawsze wyrzuca Pan przez okno, ludzi którzy się na pana źle spojrzeli?
- Nie, w ogóle nie miałem tego w zwyczaju, to był pierwszy raz…
- To co tym razem pana do tego skłoniło?
- Ten Palant powiedział, źle o mojej dziewczynie…
- No to już jest jakiś powód, zatem opowiedz mi jak to wyglądało z twojego punktu widzenia…
- Słyszałem, że za 40$ można się miło w tym miejscu zabawić. No to poszedłem tam. Tańczyłem sobie jak wszyscy na parkiecie i ten gość mnie nagle potracił, powiedziałem „sorry” a on wypalił, żebym się na niego tak głupio nie patrzył i dodał, ze moja mujer to puta…wiec wypchnąłem go przez ta szybę z neonem a potem wybiegłem przez drzwi i zacząłem go okładać pięściami po twarzy…potem już wiele nie pamiętam
- wiesz, ze miałeś więcej szczęścia niż rozumu, normalnie po takim numerze w tym mieście byśmy juz nie porozmawiali.
- głupi mają zawsze szczęście
- widzę, że czytasz w moich myślach
- a potem jak zaczęło się robić gorąco wyskoczyłem na ulicę i rzuciłem się na maskę wozu, który właśnie przejeżdżał. Tak spotkałem was, nie wiem jak to dalej wyglądało, ale nadal czuję swoją szczękę.
- no więc, gdzie jest ta pana kobieta, która mogłaby potwierdzić pana wersję?
- właściwie to nie wiem
- czy ty rozumiesz, że dla ciebie lepiej byłoby żebyś widział gdzie ona jest!
- może bym i wiedział, ale ja nawet nie wiem jak ona ma na imię…ja byłem tam sam, nie ma nikogo z kim mógłbym tam być…
- rozumiem…nie mam innego wyjścia, skoro nie chcesz sobie pomóc to i ja ci nie mogę pomóc. Chociaż lubię turystów bo dają nam pracę i Polaków też lubię za waszego Papieża…ale sprawa jest jasna. Za zakłócanie spokoju publicznego od 6 miesięcy do 3 lat…to cena za brak współpracy…witamy w Meksyku.

Tjuana nocą robi piorunujące wrażenie. Czujesz się jak w środku ulu, w którym panuje przeraźliwa cisza. Światła ogromnego miasta otaczają cię z każdej strony, czujesz ogrom i jakąś tajemnicę wiszącą w powietrzu drugiej co do wielkości aglomeracji Meksyku. Jeśli dodatkowo dodasz element emocji w postaci przestróg okolicznych mieszkańców przed uzbrojonymi bandami „polującymi” na turystów i odświeżysz w pamięci wspomnienia Marcina, który twierdzi, że to jedyne miejsce na świecie gdzie cywilizacja zachodniego świata graniczy z biedą trzeciego na pewno poczujesz dreszczyk emocji. My dojechaliśmy do granicy właśnie w nocy. Przyznam szczerze, że podekscytowanie towarzyszyło mi od początku. Niepewność tego co kryje noc potęgowała podniecenie. Przejeżdżamy powoli wzdłuż muru i ustalamy plan na jutro. Plan na jutro to Tijuana z bezpiecznej dla Beaty, amerykańskiej strony o samym poranku. Rano okazuje się już, że nie taki diabeł straszny. Strefa przygraniczna wygląda nie groźniej niż dziesięć lat temu polski i czeski Cieszyn (może jest tylko mocniej ufortyfikowana i strzeżona) . Poddajemy nieco dokładniejszej inspekcji pas graniczny i lustrujemy poranne życie Tijuany…Nie wiem czy po tym co widziałem zaryzykowałbym stwierdzenie, że to granica dzieląca pierwszy i trzeci świat. Ale przecież wcale nie poznałem prawdziwej Tijuany, więc może nie powinienem się wypowiadać? Muszę tam kiedyś jeszcze pojechać, czuję jakiś dziwny pociąg do miejsc takich jak to, do miejsc takich jak Nowo Jorski Brooklyn…Może dlatego, że biedę i jej pobudki rozumiem, może dlatego, że ten świat choć ociera się o patologią to wydaje mi się bardziej prawdziwy niż każdy inny? (lub przynajmniej ten cywilizowany). W każdym bądź razie Tijuano poczekaj na mnie! Nowy Yorku, Ty też!
Potem plany się gwałtownie zmieniły i godzinę później znaleźliśmy się w San Diego Balboa Park. Jest to bardzo fajne miejsce na niedzielny relaks. Piękny Park z japońskim ogrodem i świetnymi budynkami, muzeami, kościołami i campusem międzynarodowych domków. Każdy z ponad dwudziestu domków ma nazwę państwa, któremu za siedzibę służył (chodzi chyba o dawne przedstawicielstwa ONZ’u). Szkoda, że Ogród Saski w Warszawie tak mocno po wojnie okrojono, brakuje mi tego oryginalnego rozmachu Stanisławowskiej Osi Saskiej. Mam nadzieję, że Pałac Saski i te trzy (koniecznie) kamienice jednak odbudują. Mimo piękna tej okolicy wizyta w Balboa Parku niestety niebezpiecznie się przedłużała i ponownie musiałem interweniować. Pół godziny później znajdujemy się na pokładzie legendy Amerykańskiej Marynarki Wojennej - lotniskowcu USS Midway. Okręt ten brał udział w Misji Pustynna Burza, którą jako dzieciak doskonale zapamiętałem ponieważ był to pierwszy tego typu konflikt, o którym nie dowiedziałem się z podręczników historii. Oglądałem bombardowania Iraku w ekranie telewizora i nie wiedziałem co z tego dalej będzie i co o tym w ogóle myśleć, podobały mi się natomiast samoloty F14, które znacie z filmu Top Gun, tutaj oczywiście można je zobaczyć na żywo. Po dosyć dokładnej eksploracji pływającego muzeum opuszczamy lotniskowiec i wyruszamy na wizytację pierwszej misji franciszkańskiej założonej tu w Kalifornii. Cieszę się, że ten scenariusz zwyciężył z popijaniem drinków na ostatnim piętrze Hiltona (znów amerykański sen). Zachód Słońca oprowadza nas po dziedzińcu i wnętrzach Misji. Po Carmel jest to kolejne mistyczno-sakralne doświadczenie tu na zachodnim wybrzeżu. Lubię Misje, te mury i ich klimat wlewają jakieś uspokojenie w moją „diabelską” duszę.
Z Misji udajemy się wprost do bardzo dobrej (udającej europejską) restauracji, która z powodzeniem plasuje się w pierwszej trójce na mojej liście top of the league Kalifornijsko-kulinarnych wojaży.
Potem pożegnanie z Oceanem, który jest tutaj moim najbliższym przyjacielem. Chyba jego brakowałoby mi najbardziej, gdybym miał jednak do kraju kiedyś wrócić…Hotel Bahia San Diego to miejsce ostatniego noclegu. Na leżaku na patio delektuje się ciepłą kaliforniską nocą, do głowy wpada mi pytanie, o którym już kiedyś było…Może dlatego, że lubię Kalifornię? Może dlatego, ze Mektub? Nie wiem…jutro czas wrócić do pracy, pierwszy raz „pojadę” do niej…samolotem. Zmykam więc - pobudka o 4tej rano. Dobranoc.

Zaraz w Kodak Studio wyczytają „And the Winner is – Katyn” Trzymam kciuki i dalej niecierpliwie oglądam . Nigdy nie byłem tak blisko ceremonii i do tego dzisiaj już wiem gdzie się ona odbywa. Lubię LA. Pozdrawiam z SF.


** Galeria Fotek**
O charakterze dokumentu (słabe)

** Galeria Fotek**