Saturday, May 10, 2008

Bodega Bay - Reminescence

One week ago we were in Bodega Bay.

We took a lot of photos and had a lot of fun!

Trust me, Italian food may be worth eating even in small surfers town lying on the west coast of America. Bodega Bay is a capital for surfers and freedivers from Nor Cali. I saw a lot of small, well equipped (free)diving stores there.
I heard so many times that I'm not a quite normal, click on links below to get proofs of that truth...

To tyle - dwa badyle


**GALERIA FOTO**


Zdjęcia Marcina
Zdjęcia Beaty

Friday, May 9, 2008

Early morning She sent me a message...


Delineated HaHaHa :-)
Three more stories I have added to the previous post...enjoy it!

Tuesday, May 6, 2008

A jednak wciąż dziwią mnie oczywistości / The Obvious things still make me surprised.

Tym razem musze podzielić posta na kawałki, ostatnio naprawdę nie mam za dużo czasu.

Na kilku przykładach, ktore miały miejsce przez ostatnie dwa tygodnie postaram się opisać Wam coś co przecież każdy powinien o Świecie wiedzieć. Pozwólcie, że opowiem Wam cztery historyjki, które jasno dają mi do zrozumienia, że wplątuję się coraz bardziej w pajęczynę globalnej wioski.

Scena #1: Nigdy nie wiesz kogo dzisiaj spotkasz

Miejsce: Kuchnia domu Marcina. Osiedle domków jednorodzinnych. San Jose. California.

Trio złożone z gitary, bębniarza i basisty dopełniało dźwiękami wygrywanymi na xboxie imprezowy klimat panujący w całym domu podczas gdy ja grzebiąc w szufladzie poszukiwałem otwieracza. Franziskanner w moim ręku wyraźnie domagał się otwarcia. Nagle usłyszałem radosny głos.

- Marcin?!
- Krzysie?!
- CoTy tu robisz?
- Nie, to Ty mi lepiej powiedz co Ty tutaj robisz?
- ja tu mieszkam, a Ty?
- Stary, ja też!
- nie mogę uwierzyć, to naprawdę Ty?
- nie no człowieku, to ja nie moge uwierzyć! Lepiej mi powiedz jak Ty się tu w ogole znalazłeś?
- o to jest długa historia... Kurde, nie wierzę! To Ty!
- jak dlugo my sie nie widzieliśmy? Nawet nie pamietam!

Potem uslyszałem:

- Piotrek, poznaj mojego kolegę

Podniosłem oczy a przede mną stał człowiek. Człowiek, który został mi przedstawiony jako kolega Marcina z podstawówki...

Bylem w szoku, ale bynajmniej nie dlatego, że w końcu udało mi się znaleźć otwieracz w morzu imprezowego chaosu...

Scena #2 Oceany powiązań.

Miesjce: Budka z biletami na granicy Parku Narodowego niedalego Sewastopola. California, USA.

Przed chwilą przekroczyliśmy Rusian River, zachwycając się klimatem wybrzeża Kalifornii celujemy w kolejny - podobny do wszystkich innych Redwoods park. Mi za bardzo się nie spieszy do oglądania po raz kolejny tych samych drzew opisywanych przez najrozmaitsze przewodniki jako najwyższych w całym Stanie, kraju czy nawet świecie. Po dziewięciu miesiącach wygląda na to, że Kalifornia ma same najwyższe drzewa. I chyba wiem dlaczego. Mam wrażenie, ze Amerykanom po prostu głupio byłoby wyciągać od spragnionych sensacji turystów 6 dolarów za drzewa, które nie rosną najwyżej, najdłużej czy chociażby inaczej. Dojeżdżamy do miejsca, w którym trzeba podjąć decyzję czy wjeżdżamy do parku.

- Dzień dobry
- Dzień dobry
- jak Wam mija dzień?
- A dziękujemy, dobrze
- To ile biletów potrzebujecie?
- Właściwie to nie wiemy czy chcemy wjeżdżać do Parku
- No nie! Wy musicie być z Polski?

Szczęka opadła mi w tym momencie na kolana a oczy nabrały gabarytów, z jakby to powiedzieć - niemałego zdziwienia.

- Skąd wiesz?
- Wy nigdy nie wiecie co chcecie robić? Iść tu czy tam? Zawsze to samo.
- Nie żartuj, byłaś kiedyś w Polsce?
- tak, moja córka tam mieszaka. W Warszawie. Strasznie słabe jedzenie macie.
- O ja też jestem z Warszawy. Ale jedzenie jest w porządku.
- Ona tam pracuje dla jakiejś komisji Europejskiej coś związanego z Human Trafficing. A to miejsce gdzie jeździcie na narty….Wstrętne, ileż tam pijanych ludzi i wszystko to co najgorsze w Ameryce mozna spotkać na kazdym rogu… Wiecie McDonaldy, Centra handlowe.
(Hmmmm - myślę sobie, że jeśli ktoś pracuje dla „jakiejś Komisji Europejskiej w Warszawie” to jest duże prawdopodobieństwo, że mogę go w jakiś bliższy lub dalszy sposób znać…)
- Tak – wyrwany z zamyślenia powtarzam pod nosem. Zakopane, Zakopane... Ale tam nie ma górali, to nie jest dobre miejsce na wyjazd w góry
- nie, nie jest
( komisja Europejska wciąż nie daje mi spokoju )
- A Pani córka…gdzie ona dokładnie pracuje?
- Znasz tą instytucję xyz?
- Hahahha. Niech pani nie żartuję, no pewnie że znam. A można wiedzieć jak się nazywa pani córka?
- potem nie uwierzycie, rozmawialiśmy pół godziny o Warszawie, Berkeley i Grecji przepływając przez coraz głębsze Oceany powiązań. Na koniec odbyłem małą transkontynentalną podróż i pomyślałem sobie o mojej koleżance z Łotwy, którą przecież bardzo lubię i u której wciąż czeka na wypicie Łotewski Balsam. Mam nadzieję, że czeka. Bo jak pojawię się w Warszawie, nie omieszkam zajechać na Powiśle…


Scena #3 „W 63 minuty dookoła swiata...” *

Miejsce: Klub Down Low, Berkeley, California.
Czas: Niedziela 4.05.2008, 19:57.

Raga party startuje o 9pm usłyszeliśmy w drzwiach.
- Ok no to mamy godzinę.
- Co robimy?
- Chodźmy do lokalu obok, posiedzimy tą chwilę przy alkoholu.
Ok.
(chwilę później)
- One heineken please!
- Ok, lets talk
Nagle słyszę w głośniku znajome dźwięki.
- Sluchaj to jest polski kawłek.
- Skąd wiesz?
- Poznaję...
Po chwili odpowiedź przychodzi sama..
"Zróbmy więc imprezę jakiej nie widział nikt, niech sąsiedzi walą, walą do drzwi, sztuczne ognie niech się palą, palą a Ty....Tańcz i wino pij...Niech cały wiruje swiat”.
- Co?! Jak to możliwe?
Polska muzyka w Indyjskiej knajpie a ja siedze i piję duńskie piwo czekając na jamajski wieczór. No ok, może i nie byłoby w tym nic dziwnego gdybym był w Polsce, ale ja jestem przecież na Zachodnim Wybrzeżu Ameryki... Co u licha?
Patrzę bez zrozumienia sytuacji, w ktorej się znajduję na ludzi zgromadzonych wokół stołu. Jest Amerykanin, Jest Chinka, Turczynka, są Polacy. Po trzeciej polskiej piosence z rzędu odwracam się w kierunku baru.
- One more beer please.
”Niech cały wiruje świat...” nim ja sam zwariuję :-)

Oczywiście, ze rozmawiałem z właścicielem ipoda-co ciekawe miał wiele do powiedzenia o Polsce. A kawałki, które serwował gosciom lokalu pochodziły z płyty Liroy-a.

Ciekawostki: Była kiedyś taka piosenka zespołu Zero pod wszystkomówiącym tytułem “Bania u Cygana”. Na pewno ją słyszeliście, a nawet jesli twierdzicie, że nie słyszeliście to i tak pewnie słyszeliście.

Zdziwilibyście się, jak popularna jest ta piosenka za granicami kraju.
Znam wiele relacji według, których słyszano tą piosenkę w radiu San Jose FM. To nic! Marcin twierdzi, ze podczas jednej wyprawy gdzieś wysoko w górach słyszał tą piosenkę puszczaną z magnetofonu. A wysoko w gorach miało miejsce....w Chinach. Ja ze swojej strony dorzucam historię o Down Low. Jak widać w Berkeley też "da sie"... :-)

Scena #4 Cos wisi w powietrzu, ale tak bywa na projektach Apple-a

Miejsce: Biuro znanej Pracowni Architektonicznej Bohlin, Cywiński, Jackson w San Francisco.
Czas: Wtorek, 9:05 wczesnym rankiem. Jesteśmy spóźnieni 5 minut.

Idziemy wzdłuż ulicy rozmawiając o życiu i rzeczach które o ten temat w jakiś sposób zawsze zahaczają. Nagle John skręca w prawo, staram się nie zgubić jego tropu.
Bezpośrednio ze wypełnionego słońcem chodnika przez przeszklone drzwi dostajemy się do środka przestronnego i mrocznego Lobby. John naciska przycisk w windzie i po chwili jesteśmy w niezmiernie miłym, przestronnym wnętrzu utrzymanym w stylu industrialnym. Przechodzimy bardzo szybko przez biuro kierując się w stronę Sali konferencyjnej. Ja w międzyczasie podziwiam wnętrze (super). Po kilku krokach mijamy blondynkę siedzącą przy jednym z biurek ustawionych w szeroką aleję.
- Cześć Sylwia – rzuca John z tą wspaniałą angielską manierą
- Cześć John – odpowiada Sylwia
- Jak się dziś miewasz Sylwia?
- Dziękuję, u mnie ok, a co u Ciebie?
- Dziękuję, nie jest źle,
- Sylwia, czy wiesz gdzie jest spotkanie projektowe Apple Store?
- A tak, usiądźcie na chwilę przy tym stole. Będziemy z kolegami za chwilę.
- O super, dobrze wiedzieć, ze w ciągu całego tygodnia jest jedna chwila, żeby złapać oddech
- Chcecie się czegoś napić?
- O tak, jeśli można prosić.
- poczekajcie chwilę, zaraz Wam przyniosę wodę
- Ooo, przy okazji. Sylwia, mialas okazje poznac już swojego rodaka Piotrka? John powiedział to z tą samą świetną brytyjska manierą nie zdradzając przy tym żadnych emocji. Zupełnie tak jakby Polacy spotykali się na spotkaniach projektowych w San Francisco codziennie,

Chyba coraz bardziej wiem za co lubię Blightie people :-)

Teraz już chyba wiecie czemu czuję się obywatelem Sołectwa Globalna Wioska.

English translation:

This time I have to divide this post into portions because recently I really have no time.

Using a few examples, which took place during two last weeks I will try to describe something obvious, something what everyone knows about this world. Let me tell you four stories which made me sure that I’m getting tangled in global village web.



Story #1. You never know who you will meet today…

Place: Kitchen in Michal’s house located in a nice looking subdivision. San Jose, California.


A trio consisting of guitar, drums and bass guitar provided karaoke Xbox tunes that added to the conviviality and I was rummaging in the drawer looking for an opener. Franziskanner in my hand was demanding clearly to be opened. Suddenly I hared cheerfully voice.

-Marcin?!
-Krzysiek?!
- What are you doing here?
- You better tell me what you are doing here!
- I live here and you?
- I live here too man,
- I can’t believe! Is it really you?
- No man, I can not believe! You better tell me how come that you are here?
- It’s a long story man…I don't believe, it's really you!
- How long I have not seen you? I can’t even remember…
Then I hared:
- Piotrek, meet my friend.-
I moved up me eyes. In front of me stood a man who was introduced to me as a Martin’s buddy from primary school. I was shocked not in the least that I finally found the opener in the middle of chaos…

Story #2 The Oceans of the connections.

Place: Tickets Booth at the Gate of National Park near Sevastopol City. California, USA.

Just a while ago we crossed Russian River, delighting in Coastal California we are approaching the next National Park - similar to other Redwood National Parks. Frankly speaking I was not a great supporter of that idea. Another Redwood Park with exactly the same trees as everywhere, described in different tourist guide books as a Place with the tallest trees in the whole State, Country or even the whole World. After these nine months looks like only California has the tallest trees. And I think that I know why? I believe that American people feel stupid taking 6$ from tourist thirsty for sensation for seeing just regular trees which are not the tallest, the oldest or simply different from others. We are approaching the place where we have to make up our minds. Do we enter to the Park or we do not? I asked others that question.
- Hello
- Hello
- How are you doing today?
- Thank you, we are fine and what about yourself?
- Silence was the answer to our question (other words: no answer as often)
- How many tickets you need?
- Actually, we don't know what we should do.
- Ohh no, you must be from Poland!(My jaw dropped down to my knees)
- How do you know?!
- You never know what you want to do? Should I stay or should I go? All the time is the same story
- You must be joking! Come on, Have you ever been in Poland?
- Yes, a few times, my daughter lives there. And food, you've got also very bad food.
- Ohh, nice, but I still can’t believe you guessed straight away where we’re from. I'm from Warsaw. But Polish cuisine is rather tasty.
- She works for some European Union Agency. She is involved in Human Trafficking (hmmm). And this place where you go skiing. Awful! I saw a lot of drunk people on the streets and all these bad things from America on each corner of the street. You know Mc Donalds and stuff like are everywhere.
(Hmmmm. I'm thinking if she works for "some European Agency in Warsaw" there is a big possibility that I know that girl.)
- Yes, I totally agree. I said after a while. Zakopane…Zakopane is not a good place to go on vacation. I'm not sure if there are even any mountaineers.
- No it isn't
(Some "European Agency" still puzzles me)
- And your Daughter. Do you know the name of This Agency where she works?
- You know that XYZ Agency?
- Hahahahahah, Please don't kidding, of course I know! What is her name?
- Then we talked about Warsaw, Berkeley, Greece and many, many things.At the end of our discussion I made small oversees travel in my minds and I thought about my friend from Latvia. That friend form Latvia who I really like. And I hope at her home Latvijas Balzams is still waiting for me…Because when I get to Warsaw I plan to visit Powisle for sure.

Stroy #3 Arround the world in 63 minutes

Place: Down Low, Berkeley, California
Time: 7:57pm, Sunday May 04

- Reggae party starts at 9pm.
- Ok, so we have an extra hour
- What are we doing?
- Come to that place up stair, we should spend that hour drinking beer.
- Ok
(a while after)
- One Heineken please
(after another while)
- Ok, lets talk
Suddenly I hear well known tones in the speakers.
- You know, this is polish song
- How do you know after two tones?
- trust me, I know this song

After a while we have no doubts.
“Zróbmy więc imprezę jakiej nie widział nikt, niech sąsiedzi walą, walą do drzwi, sztuczne ognie niech się palą, palą a Ty....Tancz i wino pij...Niech cały wiruje świat”.

What?! It is impossible!
I seat in Indian Restaurant and drink Danish beer listening to the polish song. Ok, it would not be as strange in Poland, but I’m on the west coast of the America!
I’m looking around the table. All Poles are shocked. On my right side seats a guy from America, Ping is from China, girl next to her is from Turkey, Martin, Ania and Beata, we all are from Poland. I don’t understand anything “A Ty tańcz I wino pij…”

After third polish song I go to the bar and asking for one more beer. “Let the world spining!” before I go crazy.

* tytuł zaczerpnięty z drugiej plyty K44 – mojej ulubionej.

Story #4 There is something in the air – it sometimes happens on Apple projects

Place: Bohlin, Cywinski, Jackson Architects’ Office in San Francisco
Time; Tuesday, early morning 9.05 am. We are 5 minutes late.

We are going down the street talking about life and stuffs like this, suddenly John turns right and I try to be follow him. Directly from the sunny sidewalk, through the glazed doors we get into the dark and tall lobby. John pushes the floor button in the lift and after few seconds we are in extremely nice and roomy - industrial looking office.
We walk very quickly towards the meetings area. In a meantime I admire the interior. After few steps we pass a blond women who seats at the desk in wide communication aisle.
- Hi Sylwia – says John with his excellent British manner.
- Hi John – she replays
- How are you doing today Sylwia?
- Thank you, I’m fine and you?
- Thank you, not too bad. Do you know Sylwia where is Apple Store meeting?
- Oh yes. Please sit down at that table and wait a moment. We will be here in a while.
- Ok, thank you Sylwia, nice to know that in whole week there is one moment to take a breath…
- Would you like something to drink?
- Oh yes, please.
- Please wait a moment I’ll bring you a glass of water
- Oh, by the way Sylwia. Did you have an opportunity to meet your fellow-citizen Piotrek? John says it completely naturally with his excellent British manner.

Looks like I know the answer for my question, why I like people from Blightie. :-)

Do you know right now, why I feel like I’m getting tangled in the global village web?

Monday, May 5, 2008

Pro Arte et Studio - Dziękuję moim MC...

Właśnie dziś jadąc w autobusie zorientowalem sie, że w tym tygodniu mijają cztery lata odkąd zaczęła się moja przygoda z Arupem. To było dokładnie cztery lata temu, ale nie zamierzam się tu rozpisywać ile przypadków doprowdziło mnie do tego, że finalnie znalazłem się na Zachodnim Wybrzeżu Ameryki.

Kiedyś już raz opowiedzialem w skrócie historię swojego życia pewnej koleżance, ale po wysłuchaniu mojej opowieści, pełna przekonania i niezrozumienia powiedziała mi iż nie wierzy w ani jedno słowo, które jej powiedziałem. Więc nie będę mówił tutaj o przypadkach mojego życia.

Tym razem inny jest powód tego nieplanowanego posta. Otóż dziś w mailroomie każdy z pracowników biura w San Francisco znalazł w skrytce ze swoim nazwiskiem styczniowe wydanie The Arup Journal. Nie było by w tym nic dziwnego, bo przecież z grubsza co kwartał dzieje się podobnie, ale tym razem było inaczej. Około dwustu egzemplarzy magazynu firmowego przykuło moją uwagę z zupełnie innego powodu. Otóż na okładce tego numeru pojawiła się znana mi dobrze kopuła pewnej budowli...Szedłem akurat do kuchni, ale ten szczegół zauważyłem w jednej chwili... Zraza, zaraz, robię dwa kroki wstecz, otwieram, czytam, no proszę! Jak miło! Cały numer zdominowany przez projekt, który w duzej mierze pochodzi z warszawskiego biura! Złote Tarasy - Warsaw - Poland. Brzmi Dumnie! Nie napisałbym tego posta gdybym nie miał swoich wspomnień związanych z tym projektem.

Nigdy co prawda nie brałem w nim udziału, ale pamiętam doskonale jak własnie cztery lata temu zacząłem pracować w warszawskim biurze Arupa. Jako nieetatowy pracownik zacząłem swoją przygodę z projektowaniem od "zwiedzania" biura. Wiadomo, znaczyło to mniej więcej tyle, ze jako nowicjusz z niejasną przyszłością w branży nie mogłem liczyć na swoje biurko ani komputer. Siedziałem więc tam, gdzie akurat było wolne miejsce. Dzięki temu zupełnie przypadkowo trafiłem na długi czas do zespołu projektowego "Złote Tarasy". Tam tez przesiedziałem 4 miesiące z ludźmi, dzięki którym dziś z dumą przechadzam się po San Franowym biurze z firmowym magazynem w ręku. I jestem naprawdę z Was dumny! Dziękuję!



A przedtem był Materopolitan i Port Hotel (nie sposób przecenić roli tamtych trzech inżynierów). Potem było R1 oraz koledzy i koleżanki z którymi naprawdę bawiliśmy się w budynki. Tak mijało nam tysiące godzin spędzanych na budowie i w biurze, potem ja wróciłem a oni zostali. Teraz jestem tu i od niedawna znów znalazłem jakiś poziom odniesienia (BL6) do którego chciałbym w przyszłości dorównać...I nie wiem czy się mylę, ale chyba nic nie dzieje się przypadkiem...Tylko jak opowiedzieć historię swojego życia by wydala Wam się choć trochę prawdopodobna? Nie wiem sam...Nie wiem co będzie za rok...



Na szczęście ostatnio dowiaduję się o życiu, mniej więcej tyle, że Ona też ma podobnie ;-)



Szczególne pozdrowienia dla Maćka Lewonowskiego i Davida Killiona.

Co by nie było tylko ja wiem za co :-)




Wsyzstkim moim MC. Także tym z TKT i MEP.

Pozdr.

Friday, May 2, 2008

Prosto z mostu, po prostu w oczy...

But we still send the e-mails, because we are addicted to each other...

Monday, April 28, 2008

California 2.0 - Generation next

No doubts...
Around two months ago the new era of my Californication started.
There is one thing which is significantly different from the first stage of my transfer time.
I'm not running away from the City, I'm staying here and I feel nowadays like the social live of San Francisco has absorbed me totally.
I promised to myself that I spend at least three months enjoying city life style and this decision has brought me a lot of benefits.
Pub Crawling Night, Vodka Tasting Party, International Day Festival, Riding around the City listening her songs, hanging out above the bridges talking with her and taking part in parties like this one in the Union City that’s only few of them... That all has gone to the past, but I still remember it as it were today and I know that these moments were really wothwhile.
This weekend provided me with high level of satisfaction too.
Starting fun at Stinson Beach we ably transferred to San Jose Birthday Party. There was a lot of nice people and palpable proofs that the world is surprisingly small - how typical ;-). We have spent so many hours dancing on the dance floor. No! Say it again! "So many hours, hours, hours..." (Dance so long until your feet get sore!) Then we have sung the songs in the car and promptly changed our minds on the Bay Bridge. This time our friend Raccoon visited us again (Some moments should take for eternity). A few hours later we saw this while when Kimi cross the line as a winner and we have been enjoying Yoko's Japanese live comments. We completely did not understand what she was saying but it was so cool ;-). I look through the window; Sun is rising above the San Francisco. Does it make sense if I go to sleep? Forgive me, but I feel like a teenager today. I felt several times like that and the first one (as I well remember) has taken place when I was a... teenager.



** PHOTO GALLERY**

Friday, April 25, 2008

Technikalia - Garść wieści z Polski (updated)


A dzialo się tego miesiąca w Polsce wiele:

Nie muszę mówić Czytaczom NSC czym jest Voice Band, ale czuję sie w obowiazku podania do publicznej wiadomości iż Grupa posiada nową "elegancką" stronkie i zaczyna wokół siebie robić szum i skupiać (jak donoszą mi tajni informatorzy) grono licznych fanek.

Z Dumą obwieszczam! http://www.voiceband.art.pl/ klikajcie

- Nie musze również mówić, że eteatowi czytacze NSC byli jednymi z pierwszych osób na całym Bożym świecie, które o Voice Bandzie w ogóle uslyszały... Donoszę o tym fakcie (jak juz zazanaczyłem przed chwilą) z Dumą i satysfakcją poniewaz moja skromna osoba obserwowala mniej lub bardziej z boku wszystkie zwroty akcji i kamienie milowe na całej drodze rozwoju Grupy. Poza tym wytrawni czytacze powiążą kilka postów z osobą pewnego Pana, który tajemniczo wypowiada się o swoich watykańskich koneksjach na antenie TVN-u... fiu...fiu Co WP to WP...

http://dziendobrytvn.onet.pl/1482508,gwiazdy.html

A po wszystkim ukazał się dobry materiał w Tvn24. Zwróćcię uwagę, ze oprócz wspaniałych głosów chłopaków na pierwszym planie pojawiają się w tle zdjęcia znakomitej Fotograf Anny Włoch. Wśród tych zdjęć mozecie odnaleźć jedno zrobione przeze mnie w Studio Nagraniowym w Sulejowku rok AD 2007.

http://www.tvn24.pl/-1,1547649,wiadomosc.html

Jest to dla mnie nie lada zaszczyt pnieważ drugi raz od momentu, gdy zarzucano mi rozrzutność i głupie wydawanie pieniędzy na apraty mogę powiedzieć "zostawcie mi te parę głupot w glowie". Po publikacji mojego zdjęcia w Gazecie Wyborczej i na Wystawie Mosty orgazniowanej przez miasto Stołeczne Warszawę drugi raz mam powód ku temu, zeby prosić aby nie wytrącać młodym amatorom aparatu z ręki. Strach pomyśleć coby było, gdybym słuchał "dobrych rad". Ważne, żeby iść swoją drogą, nawet jesli wrócę na tarczy. Pozdrawaim VB Gang jeszcze raz.

- mimo odebrania mi przez wyżej wspomnianych licznej rzeszy Not So Close-owych fanek z pełnym uznaniem składam VB życzenia dalszych sukcesów i transatlantyckiej trasy koncertowej... I'm Waiting for you again :-)

Dziekuję GRK i Glamourous G w iminiu swej Rodzicielki Baśki za skuteczne do Kultury (przez duze K) zachęcanie,

- Ameryka już niedługo przestanie być tylko "moim" dzikim kontynenetem, ale to w sumie dobrze. W końcu nie ma to jak dobra i darmowa melinka w NYC. Czekamy!

- Polish Film Fetsival takes place in LA!

Zarówno program Festiwalu, goście jak i prezentowane filmy zapowiadają naprawdę sporo rozrywki. Ja jednak chyba nie pojawię się tym razem w swoim ulubionym miescie zachodniego wybrzeża.

Information: www.polishfilmLA.org , 818/982-8827
All films with English subtitles.

- Przetrwałem ostre dwa tygodnie w pracy i muszę powiedzieć, że wkraczam w nową fazę rozwoju zawodowego. Nie wiem czy nie pomiesza mi to w głowie, ale ryzyko jest spore. Przecież po burzy ma się ochotę na więcej...

- Tak G, masz rację. Pionierzy powinni mieć prawo do głupiej satysfakcji chociażby tylko dla samego faktu bycia pionierami, chociażby tylko raz na rok. I mniej więcej tak mam, ale sama wiesz najlepiej ile mnie to zdrowia kosztuje. Bessosy 4 all.

- Zagadka dla NSC-holików (hmmm).

Są osoby mi znane w samej Warszawie jak i poza nią, które narzkają na syndrom tzw. "swędzącej stopy" i brak pomysłu zaradzenia tej sytuacji za jednym razem. Słowem są chęci by gdzieś się ruszyć, są aparaty w dłoniach, ale czasem nie ma tematu... No to ja Wam ten temat teraz dam...

Ale słuchajcie uważnie.

" Nikt nic o nich nie wie, nie ma ich w atlasach, w przewodnikach ani w książkach o architekturze. Gdyby stały kilkaset kilometrów bardziej na zachód, ich zdjęcia ilustrowałyby kolorowe pocztówki i foldery. Gdyby trafiły np. do Persji, stałyby się ulubionymi typowymi domami. Niestety, Kopulaki stoją sobie spokojnie na ulicy ..... w Warszawie, nieodkryte od 1966 r.
Mieszkańcy określają je dostojniej, jako „okrąglaki“, „ule“, „kulki“ lub, przez ich daszki pierścieniowe wokół kopuł, jako „grzybki”. Na całe osiedle mówi się również „Zakątek”.



Ten Kto mi pokaże zdjęcia z tego miejsca zrobione przez ten dokładnie weekend dostaje prawo umieszczenia swoich fotek na eksluzywnej przestrzeni dyskowej serwera NSC

Z zadania weekendowego tym razem wzorowo wywiązała się Monika J. jej zdjęcie ponizej. Pozdrawiam i Dziekuję za dobrą pracę!


- P.s. Po zarchiwizowaniu NSC (trwalo to kilka miesiecy) okazało się, że od czasu pierwszego posta zawartość bloga rozrosla się do niebagatalnych rozmiarów (534. stronnicowego) pliku w formacie Word.

- ostatnio kliknąłem z ciekawości na soj profil...Zobaczcie co zobaczyłem...


Musi jakaś szatanska moc w tym nsc siedzi...

- Out of Focus i Life After Disaster tez przyspieszyły!
To tyle i basta

Pozdrowinia dla Wszystkich obecnych na imprezie w Pingwinie 2007 i dla Lu, której wtedy jeszcze nie znałem za dobrze ;-) .

Monday, April 21, 2008

Bridges in Colooshkee

Hi All,

Bridges are engineering touch of art. (Who does not agree with me, may stop reading this post). They represent for me much more than ordinary structure built in order to span physical obstacles. I think one of the reasons why I fell in love with California during my maiden landing on SFO Airport was fact that I saw the King. Yes, it's true! First thing which impressed me when I took a look through the airplane's window from above The City was The King...And his full name is Golden Gate - The King of the Bridges...This masterpiece of structure work is widely considered as one of the most beautiful examples of bridge engineering and I totally agree. Then I realized that on the opposite side of the Bay is located his Silver (much bigger) Brother. I had even this luck to live next to this Giant for a couple of weeks. The name of this bigger brother is Bay Bridge. He was designed by a Polish -born American engineer Ralph Modjeski. However it is not only tale about places and impressive structures built by human here in San Francisco. First of all this is my personal attempt to say this simple story when you realize that unusual things become an element of our usual life...My life as well... These unordinary structures are also important not only because of their communication role in our daily life. They are also good place to meet somebody and sometimes this person is much more important than view underneath your feet....


C'est Moi (Photo by Escha)
Again. Meeting above the suspension Bridge (Photo by Escha)

And this time too, place was not the most important... (Ghosts were!) (Photo by Escha)

** PHOTO GALLERY **
Brydżesy
Google photos link
This is my personal tribute to all Bridges I have seen so far and to those I still plan to pass.

Friday, April 18, 2008

American Beauty - Kilka słów o poprawności językowej

Osobiście uważam, że kultura językowa to bardzo ważny element pobytu za granicą. Ma to swoj głęboki sens. Po pierwsze tubylcy odbierają zawsze z należytym szacunkiem osoby sprawnie poslugujące się ich ojczystym językiem, po drugie ma to jak najbardziej oczywisty wymiar praktyczny. Znając język i jego rozmaite dialekty jesteś w stanie rozumieć, przyswajać, analizować i wykorzystywac więcej informacji. Proste. Tyczy się to zarówno języka ulicy, języka urzędowego jak rownież języka specjalistycznego, takiego jak na przykład język motoryzacji. Trudno jest bowiem rozmawiać o samochodach, nie znając podstawowych słów, które są zarezerwowane tylko i wyłącznie dla tego mikro światka. Tak właśnie szybko zorientowalem się, że rozmowa u Fordzie Mustangu często doprowadzała moich amerykańskich współozmowców do niezręcznego grymasu twarzy.
- What?
- Mustang
- Hmmm.
Musicie bowiem wiedzieć, że amerykanie sa leniwi i pozbawieni jakiejkolwiek inwencji czy chęci domyślania się. Musicie być zatem bardzo precyzyjni w wyrażaniu swoich opini podczas rozmowy z Amerykanami. I ja coraz bardziej precyzyjny też staram się być.
Dziś w rozmowie o legendarnym Fordzie powiem raczej
- Mastenk,
- O yeah, it's a great car (usłyszycie zapewne w odpowiedzi)
Zaufajcie mi. Amerkanin zapewne od razu się ożywi.
Jego podniecenie będzie tym większe im większy akcent położycie na pierwszą sylabę (takie mam wrażenie). Oni są po prostu dumni ze swoich legend. A Mastenkiem robicie uklon w kierunku ich prózności (I to jest raz).
To samo tyczy się na przykład nazwy ulicy, która ostatnio szczególnie często pojawia sie w rozmowach z tubylcami. Euclid. Nie wiem jak byście wypowiedzieli tą nazwę, gdybyści musieli o nią spytać np. taksówkarza. Gwarantuję Wam, że moglibyście mieć spory problem ze znalezieniem właściwego miejsca jeśli nie wiecie, że nazwę tej ulicy trzeba wypowiadać dokładnie tak jak tutaj napisałem "Juklid" . Życzę powodzenia w szukaniu jeśli nie przyswoicie sobie tej rady. Tutaj bowiem nikt nie zrozumie tego, że dla nas Euklides jest "Euklidem" a nie Juklidem.
Dokładnie z takim samym zdziwieniem możecie podziwiać zdezorientowane twarze Amerykanów, gdy na przykład podczas rozmow o samochodach wejdziecie na temat (niezwykle tu rzadkich) świateł ksenonowych. Xenon, Ksenon, you know this type of lights. Aaaa Zenon! Yeah, zenon!
Do tego z akcentem na "Z" (pozdrowienia dla Dareczka) - to jedyne co mogę Wam doradzić. Nic innego nie trafi do ich głów. A ponieważ zasada z "x" czytanym jako "z" na początku słowa tyczy sie wielu przypadków, wiedza ta może też okazać się Wam przydatna takze w biurze. Oszczędźcie sobie zatem tej przykrej lekcji i od razu mówcie zerox. To może być "Dobra Rada" (dziękujemy Ci Wuju! - slychać okrzyk radości za wielką wodą ;-) ). Co się natomiast tyczy skrzyni biegów macie tutaj sporą dowolność. Jeśli chcecie by pomyślano o Was "Co za dziwny gość" możecie mówić Manual gearbox (co często robię dla zabawy). Jesli chcecie natomiast być bardziej techniczni w amerykanskim rozumieniu rzeczy możecie powiedzieć "manual transmission" i to jest też jak najbardziej ok. Jeśli natomiast zaczniecie rozmowę o samochodach z właścicielem amerykańskiego krążownika przy krawęzniku ulicy i chcecie językowi tej właśnie ulicy dać radę, to najpierw posłuchajcie mojej rady, którą Wam tu teraz wyłożę. Manual Transmission wśród automobilowych fachów to po protu stick shift i tutaj już sprawa jest ostatecznie pozamiatana. Ponieważ gościu rzucający fachowym pojęciem w stylu stick shift nie da sie już nabrać na cheap shit. Tym samym macie w oczach amerykanina-automaniaka zapewniony pełen szacun. Uważajcie natomiast jeśli np. wasz współrozomówca jest właścicielem Pontiaca Firebirda 350. Oczywistym jest fakt, że żeby nie paść w rozmowie trupem od pierwszego samobójczego strzału trzeba zacząć dyskusję w ten sposób.
- What a nice looking Pontiac! (ale nie Pontiak tylko Ponjak).
- Yeah, Pontiac rules man!
- O yeah, this "Ponjak" is cool.
Niestety w mojej opini jest to marka, która chyba najbardziej upadła ze wszystkich amerykańskich marek...Chociaż jak widać na załączoncyh zdjęciach miała swoje dawne lata świetności! ( I to jest dwa) I tą lekcję zapamietajcie, bo życie stawia przed nami coraz to nowe wyzwania. ;-)

A amerykańska motoryzacja o czym się często przekonuję ma tradycję...i to jest coś extra!

Pozdrawiam


** GALERIA FOTEK **

Tuesday, April 15, 2008

Perfekcyjnie niezaplanowany perfekcyjny weekend.

Sobota zaczyna się nieco później niż każdy powszedni dzień. Słońce nieprzyzwoicie daje do zrozumienia, że faktycznie zapowiadany od połowy tygodnia najgorętszy weekend roku właśnie puka do San Franowych drzwi.

** GALERIA FOTEK **
Linki do Zdjęć Ewy Sz.



Choć od jakiegoś czasu wiedziałem, że właśnie tą sobotę spędzę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley kilka minut po północy jeszcze nie wiedziałem jak się tam dostanę. Klikając web site Enterprise'a w poszukiwaniu samochodu w przystepnej cenie po wstukaniu wszystkich niezbędnych danych cena 18.99$ za dobę daje mi odpowiedź na dręczące mnie do tej pory pytanie. Parę godzin snu, odbieram samochód, mówię Kimi Have a nice weekend i wsaidam do samochodu. Kimi jest w porządku, Kimi chyba mnie lubi. Macha mi ręką na pożegnanie. Znikam. Za godzinę minę Bay Bridga i udam się w kierunku University Avenue. Dzisiaj mam pomóc dziewczynom w organizacji polskiego stoiska na corocznej imprezie "Festival of Cultures at UC Berkeley".


International Festival- czyli cukierki Kopiko z polskimi napisami. Indonezyjczycy byli zdziwieni.

Od razu po przybyciu bez trudu odnajduję naszą "Ambasadę". Stosiko pod patronatem Honorowego Konsula RP robi na mnie dobre wrażenie. Wiadomo, polskie dziewczyny stanęły na wysokości zadania. Beata i Ewa promienieją radością i ja tez od razu się uśmiecham. Na ścianie z flagą wiszą zdjęcia z zeszłotygodniowej Vodka Tasting Party- hahah Reminescencje. Witam się z każdym i zapominam dosyć szybko o prawie godzinnym poszukiwaniu miejsca parkingowego. W trakcie imprezy spotykamy naszego nigeryjskiego kolegę z Polski. Emmy - nasz warszawski chłopak Praski, także organizuje stanowisko podczas fetiwalu. Nawet jesli nie spodziewalibyście się jak mały jest świat, nie powtarzajcie tego frazesu przy mnie. Ja o tym po prostu wiem ;-) Tego dnia przekonam się o tym jeszcze raz...chociaż w zasadzie to będzie już dzień następny. Czas mija naprawdę miło, ale to nie powinno nikogo dziwić ponieważ zawsze tak jest, gdy dookoła jest pełno wesołych ludzi. Naprawdę trudno opisać co z kim i gdzie sobie opowiadaliśmy, ale był to pierwsze polskie spotkanie, które mnie ucieszyło. Poza tym za chwilę spotykamy miłą parę doktorantów z Koźmińskiego i od razu dogadujemy się co będziemy robić za dwa tygodnie. Ustalamy z Konsulem nasze poglądy co do polskiej społeczności Bay Area i okazuje się, że są chęci by coś z tym potencjałem zrobić - nie tylko ja mówię "Zróbmy!", wszyscy myślimy raczej podobnie. W trakcie Festiwalu dochodzi do mej świadomości jak wążną rolę w polskiej kulturze pełni alkohol. Widziałem na scenie występ polskiego zespołu Łowiczanie i naprawdę do nieczego nie mogę się przyczepić (Sam starałem się klaskać jak najgłosniej).

Łowiczanie na scenie! Festiwal trwa!
A po Festiwalu... Mamo, poznaj swoją nową synową.

Zespół zrobił kawał dobrej roboty, ale jeśli ktoś widział tańce ludowe czy to w bacówce czy tez w remizie strażackiej wypełnionej zapachem alkoholu (wydaje mi sie, że kiedyś widziałem) w naturalny sposób zrozumie czemu podłogi w karczmach i podbicia góralskich/łowickich/kaszubskich czy mazowieckich butów muszą być solidne. Po festiwalu składamy stoisko i po chwili znajdujemy się na dolnym poziomie legendarnego juz domu przy Hilgard Avenue. Siedząc na kanapie z wyciągnietymi nogami gadamy o życiu i nie dbamy o etykitę. Życie wydaje mi się często niesłychanie proste (Tego dnia przekonam się o tym jeszcze raz...chociaz w zasadzie to będzie już dzień następny). Rozjeżdzamy się do domów, ja odwiedzam swoje San Franowe korzenie. Z zamyślenia wyrywa mnie błękitna poświata rozświetlonego ekranu telefonu komórkowego. Rysiek na chwilę musi ściszyć swą opowieść o wehikule czasu. Wiadomo sa priorytety i one mają zazwyczaj kobiece imiona. Na Beale Street słychać pisk opon - to ja przed chwila powiedziałem do słuchawki "zaraz tam będę" i naprawdę zamierzam zaraz tam być.
Spotkanie nad wiszącym mostem, ale tym razem to nie miejsce było wazne...


Gdybym miał napisać Wam opowiadanie, w którym młodzi ludzie w wieku około lat trzydziestu umawiiają się na randkę zrobiłbym to właśnie tak jak miało to miejsce w sobotę (ale wszystko tak naprawdę zaczęło się w piątek). Jednak nie ma co pisać o rzeczach, które zaprogramowane odgórnie są tylko dla dwojga. Więc pozostawię to tylko w mojej głowie i w sferze Waszych domysłów. Chciałbym mieć nadzieję, że także w jej głowie pozostaną jakieś z tą nocą zwiazane skojarzenia. Najwazżniejsze, żebym to wszystko zapamietał, choć z drugiej strony zapamiętam na pewno ponieważ pod wieloma względami jest to "moja" najważniejsza Kobieta na całym Zachodnim Wybrzezu. Jak do tej pory spotykamy sie zawsze wtedy kiedy trzeba, ani mniej ani wiecęj, po prostu narożniki budynków zza których na siebie wpadamy usatwia na naszej drodze jakaś nieprzypadkowa ręka. Myślę, ze to może mieć jakiś głebszy sens.Chyba po porstu potrzebuję kobiet do życia. Może tak być także dlatego, ze od 14stego roku zycia w domu zostałem wychowywany wyłącznie przez kobiety. O trzeciej nad ranem żegnamy się na parkingu domu przy 9tej Alei. Lubię rześkie poranki, można do rana gadać, pić alkohol i wcale nie wiedzieć kiedy za plecami wstaje poranek.

Stillwatre Cove

O 7.30 pobudka. Szybkie sklarowanie sprzętu, zajeżdżam na Sunset, delektuje sie porannym słońcem. Yoko wyskakuje z radosnym usmiechem na ulicę i od razu ruszamy w kierunku Still Water Cove. Nie ma co pisać... Jest to po prostu przepiękny resort, kawałek otwartego (nie dla wszystkich) raju na ziemi. Miejsce w którym co roku odbywaja się prestiżowe zawody najlepszych golfistów świata a zdobywcy świata doczesnego delektuja się sześciocyfrowymi kontami przypatrujac się trajektorii lotu uderzonej przed chwilą golfowej piłki. Żeby nie zanudzać opisami piękna tej okolicy powiem tylko, że my przyjechaliśmy tu pobujać sie na łodzi w naprawdę wesołej atmosferze. I tak faktycznie było, dodatkowo piękno okolicy rozpromienia nasze uśmiechy. Sześcioro uczestników tej imprezy miało niesamowity fun tego dnia. Do wody nie wchodzę, ja do niej jak wariat wskakuję! Innego przywitania sobie nie wyobrażam - to tak jakby móc powrócić do pewnego poniedziałkowego poranka na stację kolejową z wystajacym w środku lasu napisem "Grabów nad Pilicą".


Grabów nad Pilicą

W wodzie czuję się jak w domu. W końcu przetestowałem na free swoją kuszę, która dzięki niewzruszonej na rybie zycie postawie nurka i bezbłędnemu ruchowi wskazującego palca usiekła była tego dnia trzy niczego nie spodziewające się Rock Fishe.
Zaczynamy!

Śmierć jest szybka, a strzał zawsze jest zaskoczeniem. Ryby to najgłupszy przeciwnik jakiego można sobie wyobrazić, wcale mi ich nie żal. Nie wiem czy wędkarze mogą mieć jakiekolwiek powody do dumy. To wszystko to tylko kwestia, cokolwiek by nie powiedzieć, odrobiny szczęścia. Tej niedzieli naprawdę potrzebowałem wody, a zupełnie przypadkowo złożyło sie tak, że było to moje najpiękniejsze nurkowanie w życiu. Czasem zapominałem nawet, ze pływając z rybami pod wodą bez butli co pewien czas trzeba wypłynąć na powierzchnię by zaczerpnąć powietrza. Na szczęście jednak w porę sobie przypominałem. Po nurkowaniu dobra atmosfera przenosi się na łodź. ( Stąd wydaje mi się widzę wieloryby w miejscu, w którym przed chwila nurkowaliśmy - na szczęście braliśmy to pod uwagę, z nurowiska wracamy na łódź podczepieni do Dinghy. Ktoś próbował takiego nura na smyczy? Ja tak ;-) . Śmiechy nie cichną.


Liczba zalogowanych nurków uprawnia Happy Hour do nadania jej tytułu najbardziej aktywnej polskiej Łodzi nurkowej na Zachodnim Wybrzeżu. A da sie...



Happy Hour!


Gimme your gelly hand ;-) She did it!

Wystarczy tak niewiele by było naprawdę miło. Dobry humor po prostu chyba jest zaraźliwy. Tego dnia na pewno był i nie wiem co po tych wszystkich salwach niewytłumaczalnego niczym śmiechu o Polakach myśli sobie moja japońska koleżanka Yoko. Chyba jednak myśli dobrze - dziś zaprosiła mnie na kawę, na jej twarzy nadal widać usmiech. Nie chcę mówić w jakich okolicznościach utopilismy dinghy i jak do dziś część osób stara się znaleźć zastępcze telefony i suszy karty sim. Nie ma o czym mówić. Nawet wtedy mieliśmy sporo radochy. W końcu każdy z nas miał naprawdę dobry czas, czas którego przeciez nikt odgornie nie może zaplanować...Korzystajmy, szybko może się nie zdarzyć ponowna okazja. Wyskakujemy na brzeg. Z nogami w piasku wpatrzony w rajskie oblicze Stillwater Cove zapamietuję swoje najlepsze nurkowanie, swój perfekcyjnie niezaplanowany - perfekcyjny weekend.


YO !

KO !

Pozdrawiam wszystkie kobiety mojego życia. Wygwizdując sobie do rytmu "dwa po dwa" uśmiecham się sam do siebie. Gdzież one teraz mogą być? Patrzę sobie w sufit.



W życiu piekne sa tylko chwile...

i moje Kalifornijskie kobiety