Tuesday, June 3, 2008

East Coast - Dzień 4. Green Point, Manhattan, Philadelphia, okolice Washington DC.

Noc spędzilismy na Queensie, poranek na Green Point-cie, potem posiadówk na schodach w Art Museum w Phili. Patrzę na panoramę misata w dole z miejsca gdzie Rocky Balboa podskoczyl po wbiegnieciu na szczyt schodow i ...nie mam nic do powiedzenia. Mysle o zyciu, nie wiem co powiedziec, milczę...Sam na sam, jestem z nią ;-)
Wiele osób, ktore w jakis blizszy sposob mnie znają z zaniepokojeniem pytają mnie co sie aktualnie dzieje w moim zyciu. Szczerze mówiąc...sam nie wiem.
Wlasnie z powodu malego wyskoku zmieniamy motel ;-p Cu tomorrow.

** FOTOSY **

Monday, June 2, 2008

East Coast - Dzien 3. NY - the City

Muszę powiedzieć, ze naprawdę lubię sposób w jaki uzywa się w tym miescie samochodów. jest szybko, dynamicznie i sprawnie. Samo miasto poniewiera ogromem i lubię je coraz bardziej z kazdą godziną.
Jak spiewali Beastie Boys.

"Brooklyn, Bronx, Queens and Staten
From the Battery to the top of Manhattan
Asian, Middle-Eastern and Latin
Black, White, New York you make it happen"

Czy juz wiecie dlaczego je lubie coraz bardziej?

** GALERIA FOTO **
(ZDJĘCIA MARCINA)
(Zdjęcia Eve)

Sunday, June 1, 2008

East Coast - Dzień 2. Providence, New Heaven and at last - New York!!!

Manhattan, Brooklyn, Harlem, Green Point rządzą! Duzo się dzi dzialo. Najwazniejsze rzeczy jednak miały miejsce na lotnisku Newark. Tam dzis kolo godziny 19.30 odebralismy Ewę - trzecią uczestniczkę podrózy :-)

Pozdrawiamy z New Jersey! Jest trzecia w nocy. pozdr dla Mlodej.

Dzień numer dwa zaczynamy w pięknym słońcu w przepięknej dzielnicy, przepieknego miasta Providence.
Nie mam wątpliwości, mogłbym tam zamieszkać na jakiś niezadługi czas.
Uroki tegoż miasteczka możecie podziwiać na zdjęciach, które dla Was poniżej zamieściłem. Naprawdę zachęcam do klikania. Tym bardziej, że u mnie jest bardzo rano a dodatkowo w zasięgu ręki nie ma kawy, której i tak nie zwykłem pijać. Ogólnie rzecz biorąc zmęczenie oraz psycho-ruchowa poranna niedyspozycja powodują pewne trudności ze znalezieniem w moim ograniczonym słowniku języka polskiego słowa oddające trafnie klimat miasteczka. Ok, przyznam się otwarcie. Oddam to miasto ocenie waszych oczu, bez zbędnego wstępu.



** GALERIA FOTO **
Niesamowity w Providence był tego dnia klimat (a może nie tylko tego dnia?). Przy miejskim bulwarze zaczepił mnie człowiek, który stwierdził, że powinienem zobaczyć pomnik swoich przodków znajdujący się po drugiej stronie rzeki. Hmmm, tak a dlaczego Pan sądzi, że to moi przodkowie? Ja też, jestem po ojcu Irlandczykiem – odpowiedzial ;-).
No nic, byłem już Irlandczykiem, więc nie zdziwilo mnie to bardziej niż bycie Francuzem, Szwajcarem czy ...Brazylijczykiem (które to obywatelstwa tez mi przypisywano przy rożnych okazjach). Sami przyznacie, że Irlandczyk w całym tym zestawie ma największy sens.
W Providence rozkoszujemy się czymś co Wlosi zwykli nazywac „dolce far niente”, zmierzamy leniwie z miejsca na miejsce podziwiając uroki miasta. Po drodze zagadują mnie starsze Panie z przejęciem opowiadające mi historię swojego brata/ojca, który w czasie wojny będąc lotnikiem swoją odwagą i poświęceniem dorobił się miejsca na pobliskim skwerku wśrod setek innych wojennych bohaterów. Własnie w Providence na miejskim monumencie, do ktorego Panie niesmiało mnie podprowadzają po dziś dzień spoczywa wyryta w granicie wieczna o nim pamięc.
Robię na ich (i rzekomo samego zainteresowanego) prośbę zdjęcie nazwiska, które zostało mi z należytą dystynkcją wskazane. W nostalgicznycm zamyśleniu obiecuję publikację zdjecia w internecie.
Żegnamy się serdecznie, odchodzimy...kazdy w swoją stronę. Raczej się już nigdy nie zobaczymy, ale pamięć o lotniku, ktorego niespodziewałem się tego dnia na swojej drodze spotkac na jakiś czas zostanie wzbudzona nie tylko w mojej głowie.

Zmierzamy w kierunku czegoś co w Polsce zwykło być Ratuszem. Amerykanie opanowali do perfekcji sztukę podrabiania neoklasycyzmu (nie wiem skąd te aspiracje, ale wydaje mi się że każde (aspirujace) mocarstwo czerpało z klasyków). Ja na pewno byłem pod wrażeniem Koloseum, które na skutek pewnych (choć nie wiem jakich) okoliczności zrobiło na mnie nawet korzystniejsze wrazenie niz to Waszyngtonskie.
Potem odwiedzilismy Yale University, którego to Uniwersytetu nikomu nie trzeba przedstawiać. Jednym ze znanych absolwentów ostatnich lat jest chociażby Bill Clinton.
Na skutek tegoż właśnie absolwenta wdaje się w dyskusję z Marcinem o obecnej, poprzedniej i przyszłej amerykańskiej prezydenturze. Głównie słucham.
Z New Haven udajemy się na inny znany Uniwersytet, tym razem wojskowy West Point. Dla mnie jest to tym bardziej ciekawe doświadczenie, gdyż sam jestem absolwentem jego polskiego odpowiednika. Niestety na sam Campus docieramy na dziesięć minut przed jego zamknięciem, robimy więc pamiątkowe zdjęcia, kręcimy się po okolicy, po chwili wskakujemy do maszyny i popędzamy ku lotnisku. Newark – tam spotykamy Ewę, której to od dłuższego czasu wyczekiwałem. Tym samym do Ekipy podrózników dołącza trzeci jej uczestnik. Muszę powiedzieć, że wszystko przebiegło bezproblemowo. Czy oznacza to, że im większe lotnisko tym większy na nim panuje porządek? (Przypomina mi się jednak nieśmiertelne Heathrow i chyba jedna nie wierzę w tą teorię). Wskakujemy do samochodów i ruszmy na podbój Manhattanu!
Jest to niesamowite miejsce, z którym od dłuższego czasu planowałem się zmierzyć. Dziś się to w końcu udaje. Na Time Square witamy się z Eve. Znowu razem - w końcu!

Świetnie się jeździ po Manhattanie samochodem – w SF Office wszyscy twierdzą, że jestem masochistą! Nie jestem - lubię tą emocjonalność na drodze. Ze znanych mi miast chyba tylko Rzym mógłby zapewnić mocniejsze wrażenia. Warszawa jest podobna w tej kwestii do NYC. Czy już wiecie dlaczego czuje się tu dobrze?
Kręcimy się po Queensie , Brooklynie, żeby na koniec znaleźć się na Greenpoint’cie. Tam spotykamy znajomych Ewy i do drugiej w nocy przesiadujemy w knajpce, w której po polsku zamówisz Okocimia, Żywca, Lecha, Tyskie. Po wszystkich moich przejawach zdziwienia każdym polskim akcentem ( a jest ich sporo) Artur ze spokojem w głosie zdobywa się na komentarz „Daj spokój, jesteś w Polsce”. I tak faktycznie jest. Green Point to polska kolonia w USA. Na każdym rogu ulicy słychać język polski, dookoła polskie sklepy, punkty usługowe i polski life style sprzed kilku / kilkunastu lat. Czuję się śmiesznie. W Kalifornii nie uświadczycie takiego klimatu (no chyba, że dwa razy do roku w Union City ;-) ). Po długiej posiadówce na greenpointcie środkiem Manhattanu udajemy się na nocleg, którego jeszcze nie mamy i o ktorym nic jeszcze nie wiemy
:-) pozdrawiam

Saturday, May 31, 2008

East Coast - Day 1: Boston, Plymouth, Cape Cod

Skoro jeden rozdział został zamknięty, czas otworzyc drugi...
Przezucamy się w czasie i przestrzeni. Jesteśmy 4000km i 3 godziny blizej Polski (dt=6h przez najblizszy tydzien)

Szczegóły z dnia numer 1 pojawia się na pewno, ale nie tak znowu wrótce...

Piątek!
Uwielbiam SFO.
Pod wieloma względami jest to dla mnie wzorcowy port lotniczy.
Architektrua, Infrastruktura, Logika organizacji ruchu po prostu mnie rozwalają.
Za kazdym razem kiedy sie tam pojawiam wiaze sie to dla mnie z jakims waznym momentem. Powitania, pozegnania, odloty, przyloty. Wspolny mianownik - SFO.
Tym razem krotko przed północą pojawiamy sie w hali odpraw United Airlines, przechodzimy odprawe i udajemy sie do pobliskiego food court’u.
Zamawiamy Corony, siadamy w rogu i odpalamy lapsa. Na ekranie pojawia się mega dziwny (rekomendowany przez Marcina) film pod tytulem „Człowiek pogryzl psa”. Film jest faktycznie dziwny, ale wraz z upłynniajaca sie zawartoscia butelek i spływajacym po szklance czasem film zamiast przerazażać zaczyna mnie coraz bardziej...smieszyc. Nie wiem o co chodzi, ale od czasu wizyty na grobie Brucea Lee reaguje na sytuacje powazne i wymagajace od nas skupienia czy chociazby cienia refleksji zupełnie nieadekwatnie. Film mniej wiecej po dwudziestu minutach zczyna mnie zupełnie skutecznie rozbawiac. Skanujemy oczami pasek postepu filmu upppsss, chyba juz czas odlatywac. Tak, to juz czas!
Zakupujemy mały zapasik Cabernet Sauvignon’a i ładujemy się do "Benka". Wszystko bez problemów – how untypical!
Nocne loty bywaja nudne, ludzi po prostu licza na zalapanie odrobiny snu. My sie raczej wyglupiamy i nie myslimy o tym co jutro. Dwa laptopy rozswietlaja wnętrze kabiny, w której wszyscy poszli spać. Cabernet, muzyka i smiech - lot nie nalezy do nudnych. Nie wszystkim sie to podoba...trudno, co zrobic? Łapię dobra nutę z obsługa kabiny, załapuję się na darmówke ;-) Mija kilka krótkich chwil, po ktorych zmeczony darmowkami zasypiam...Obudzę się dopiero nad Bostonem... Witamy na Wschodnim Wybrzezu! Odpalam telefon. „Ja juz pozegnałam Warszawę, teraz jadę do rodziców. Jutro sie widzimy”. Ajjjjjj! No to Zaczynamy!

Boston jest miejscem, w którym wszystko się zaczęło. Anglicy zalozyli to miasto w roku 1630.
To tutaj mialy miejsce takie wazne wydarzenia jak American Revolution czy Boston Tea Party, podczas której na znak protestu wysypano w portowym doku herbatę, która przyslano z Wielkiej Brytani. I choc wedlug zapewnien Marcina był to malo istotny fakt w historii USA, nie poddaje on w wątpliwośc rangi miasta i jego waznego miejsca w historii Ameryki na drodze do osiagniecia pelnej niepodleglosci. Wyjmujemy aparaty z plecaków, prze ladowujemy czyste karty pamieci , zamykamy samochód ( nowiutki Ford Taurus – fully loaded – tzw. wypas) i maszerujemy po miescie, ktore czaruje n kazdym kroku wiktorianskimi domkami, ale nie drenianymi czy tekturowymi, ktore znamy z Californii. Tutaj mamy do czynienia z najprawdziwszym budownictwem – Tu ściany sa scianami! Cegła jest wszędzie, piekna, solidna, czerwona. Zupełnie taka sama jak w...Londynie. Nie unikniecie takich porównań. To miasto nierozerwalnie musi kojarzyc sie z Londynem. To własnie Brytyjczycy budowali zręby Amerykanskiej cywilizacji... i tutaj zostawili swoją cywilizacyjną spuściznę. Jendka na moje pytanie „jak mogliście stracic ten kraj?” zarówno ja jak i Anglicy, którym zadaję to pytanie wzruszamy tylko ramionami...Ameryka zrodziła się nie tyle z buntu co ze zbiegow okoliczności i sprzyjających wypadków rzeczy. Lubicie Boston? Ja lubię. Zapamiętam „wyspiarską” architekturę, słabą fryzjerkę z Portugalii, kapitalny sea food w Long warf, harvard University i kuźnię talentów czyli Massachusetts Institute of Technology (MIT).
Potem udajemy się do Plimoth, w ktorym to Pilmoth oprócz repliki statku, na którym przybyli pirwsi zdobywcy nie znajdziecie nic więcej. Robimy parę zdjec, zamykamy drzwi samochodu i ruszamy w kierunku Cape Cod. Uwielbiam to miejsce. Mroczno - wietrzno- mglisty klimat tworzy atmosferę tego przedziwnego miejsca. Amerykański Hel. To właśnie tutaj przywitałem się ze swoim drugim Oceanem. Witam cię Atlantyku! Na koniec dnia pierwszego dowiaduje sie, że nad Wyszogrodzką Wisłą komary nadal gryzą. Uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Ktoż nie chciałby tam teraz być...komarem ;-) ? GoYA!

** GALERIA FOTO **



(Portland i Seattle też jeszcze czekają w kolejce)

pozdr!

Saturday, May 24, 2008

Północ - Memorial Day long weekend

Obecnie zamykamy pewien duzy rozdział.
Wkrótce szczegóły...

-Nim opadnie po ostatniej wyprawie kurz... Wyrusz w dalszą drogę-
Z rozmyślań przy wieczornej herbacie

Minęły dokładnie trzy miesiące odkąd zacząłem weekendowanie w San Franie i muszę powiedzieć, że z perspektywy tych kilku miesięcy był to okres o znaczeniu dla mnie kluczowym. Okazało się bowiem, że od życia nie ma co uciekać… tym bardziej jeśli jest to życie nocne. Chwilowo jednak, wszystko co jest ważne dla mnie tutaj, ma miejsce… w Warszawie. Wieczory spędzam sam, miasto straciło smak i trochę wyblakło…Nie ma w tym nic dziwnego. Poza tym obiecany okres San Franowych szaleństw miał trwać dokładnie trzy miesiące… i jakby nie liczyć, tyle też dokładnie trwał. Czas więc spakować plecak, załadować rentala sprzętem i ruszyć z kopyta tak, aby dotrzeć jak najdalej nim dopadnie sen.. Tym razem ruszamy zdobyć ostatni brakujący element układanki pod tytułem Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych Ameryki. I choć jedziemy w kierunku północnym, podczas całej podróży często spoglądać będę na wschód i tam też skieruję swoje myśli.

cdn.

To była wyprawa, ktora zamknęła od północy rozdział zachodniego wybrzeza.
Portland i Seattle zupełnie mnie zdziwiły.
Dodam do tego, ze oba miasta zdziwiły mnie in plus. Musze w tym miejscu powiedziec, ze zarowno Oregona jak i Washington to zupełnie rozne od Californii stany. To kluczowe stwierdzenie dla lepszego zrouzmienia płonocnej częsci zachodniego wybrrzeża. Czesto jezdzac highwayami okaze sie, ze wroca wspomnienia z Austriackich autostrad i mazowieckich równin (ale te drugie za sprawą smsów ;-p). Widoki za oknem sa na wskorś Europejskie, autostrady solidne i dobrze utrzymane - to od razu rzuca się w oczy...Takie spostrzezenia muszą urodzic się w glowie przybysza z Californi lub Środkowej Europy.
Udało nam sie podczas tych dwóch dni wyczarować dobrą pogode na trasie całego naszego przejazdu, choc dając wiarę mapom pogodowym wydawało sie to prawie niemozliwe.
Portland wydaje mi się miastem bardziej europejskim niz wszystki inne, które do tej pory widziałem (piszę z punktu widzenia Piotrka B sprzed podrozy do Bostonu). Co ciekawe, miasto to ma ładnie utrzymaną i zupełnie nowocześnie wyglądającą komunikację miejską (Co za odmiana !Po San franie to spory przeskok, ale jeszcze daleko jej do warszawskiego mzk'a ;-).
Do tej pory Garwolin wydawał mi się miastem ładnych kobiet, dzis musze powiedziec, ze Portland mogłoby zostac na tej niwie miastem partnerskim grodu nad Wilgą. (ale dla mnei dzis liczy się tylko jedno małe miasteczko nad Wisłą). Abstrachując od przyjemnosci.
W Portland czuję się jak w europejskim mieście, są chodniki, place zabaw, zieleń, ciekawa architektura. Moze tylko mosty psują ogólnie dobre wrazenie. Moze tylko te brudno-szare mosty... Przechodzimy spokojnie przez miasto, sunąc przez niewytlumaczlanie spokojne China Town. Nic nie poprawia mojego chumoru jak naturalnosc tego miasta. Czuc, ze toczy się w nim naturalne życie, bez morza turystow. Na ulicach widac prawdziwe zycie i prawdziwy punk rock a nie poprzebierane kukły manifestujące Ideologiczne NIC znane tak dobrze z San franowka. Z Portland zegnamy sie w sposób niecodzienny. Obserwujemy popisy grupy chłopaków grajacych w Zoskę. Jak się okazuje jeden z performerow jest byłym tancerzem baletowym. Grają w tym miejscu od 13 lat. Taaak...To wiele tłumaczy.

Seattle jest jeszcze większym zaskoczeniem!
Powiem szczerze. Seattle do tej pory kojarzył mis ię wyłacznie z garażowym graniem i Curtem Coabinem. To co zobaczyłem w tym portowym mieście przeroslo moje najśmielsze oczekiwania.
Jest to chyba drugie największe po LA miasto zachodniego wybrzeza. I w przeciwieństwie do lidera jest miastem bardzo poukładanym, zadbanym i schludnym. O incydencie w Sky Needle juz pisalem. (Ciekawe ile w tym Marcina czarów?). Igła jest moją pierwszą wieżą widokową, którą zaliczam jak sie okazuje z przygodami. (1h spędzone na 60 metrach nad ziemią zostąlo nam swoicie przez organizatorów wynagrodzone- przeprosiny, pamiątkowe t-shirty, woda i zwrot kosztów biletu to coś czego w Polsce na pewno bym się nie doczekał). Na pewno miasto jest bardzo ładne i ma swoje mocne strony. Ja zapamietam park z ciekawym widokiem na panoramę miasta, w którym była niegkiedyś stara gazownia a dziś grupki ludzi zbirają sie w nim by wspolnie spedzić czas przy muzyce lub freezbee. Zachowamw tez pamięc o spontanicznej wizycie w sklepie nurkowym, gdzie sobie naprawdę konkretnie porozmawialem z obsługą (wreszcie!), Rose Garden na wzgórzach jest kolejnym milym miejscem, które gorąco polecam zwiedzającym. Z tego miejsca rozciaga się wspaniały widok na panoramę miasta. Dzień powoli dobiega końca a ja wspominam sobie te wszystkie ciekawe miejsca, które dane było mi odwiedzić: Poranek z Jimim Hendrixem, zachód słońca przy grobie Bruce'a Lee, osobliwy pomnik pod wiaduktem (http://youtube.com/watch?v=bNF_P281Uu4 Matt pod wspomnianym pomnikiem) i monument Ilicza Lenina! Tak jest, dokladnie tego samego Ilicza! Trochę żałuję, ze podczas drogi zarówno tam, jak i z powortem nie mogłem w pelni rozkoszowac się widokami za oknem. Postanowiłem sobie, że jednak wypadalo by zdac ten egzamin na UC Berkeley – po samochodzie walają się materiały. Zadziwiające jest to, ze to co do tej pory wyobrazalem sobie o Seattle nie znalazlo odzwierciedlenia w rzeczywistosci! I dobrze! Miasto zaskoczyło mnie in plus!

Po czym przybysz z Kalifornii z przygotowaniem środkowo europejskim poznaje, ze swiat na połnocy nagle się zmienia i ma zupełnie inny smak? Nie ma tu morza ipodow wbitych w uszy joggerow, studentów, biznesmanow przedzierających się z plastikowymi tap water bidonikami przez obowiązki codziennego dnia. Nie ma i to mnie cieszy! California to podswiadomy, stadny bieg w kierunku trendow. Troche jednak smieszny. Poza tym są to stany z normalnymi czterema porami roku...Tu zieleń jest jednak bardziej zielona...Ciekawostki: W stanie Washington i New Jersey zabronione jest pod karą grzywny własnoręczne tankowanie pojazdu. Trzeba zawsze czekac na tzw. Gas Attendant lub „Pump boya” / „Pumpy” (choc tej drugiej nazwy nie jestem jzu dzis pewien). Dziś nas to zaskakuje, ale juz za tydzien... Za tydzien scenariusz na stacji benzynowej powtorzy się w New Jersey.

Konkluzja: Seattle jest na szczycie listy moich fajnych miast (mimo, ze nie znalazłem zadnych śladow Cobaina)



** GLERIA FOTO **

Wednesday, May 21, 2008

California 0.5

Assumption:
∞ - is a state of mind

Friday, May 16, 2008

Thursday, May 15, 2008

W poszukiwaniu ładu - w chaotycznym poście

Nigdy bym nie przypuszczał, że aż tak duża część "mnie" przykłada ucho do głosnika z muzyką klasyczną. Powiem szczerze - to czego doświadczyłem ostatniej niedzieli miało cholerną moc. I w swej (jakby nie było) prostocie potrafię to docenić. Mimo, że nikt z Was nie powie o mnie "entuzjasta muzyki poważnej" czy "muzyczny koneser" wiem, że w świecie dookólnej dodupności otarłem się w niedziele o coś naprawdę dobrego. Wiem nie od dziś, ze prawdziwe wartości nie szukają poklasku. One raczej wydają ostatni grosz na czarny winyl, by po nocach niedosypiać szukając nowych sampli lub przesiadują 14 godzin dziennie od piątego roku życia nad pianinem szukając drogi do perfekcji. Tej drogi, która pozwoli im w przyszłości zamienic cztery ściany pustego pokoju na sale konertowe Mediolanu, Moskwy czy Londynu wypełnione po brzegi entuzjastami muzyki. Dla mnie liczy się to co prosto z serca i dlatego wolę jak ktoś do bitu szczerze bluźni na życie lub z pasją wygrywa Poloneza C-dur Chopina. Matka mi mówiła całe życie, że źle skończę słuchając muzyki, której z resztą do dzś słucham. Ale co ja mam zrobić? Skoro ja wolę to właśnie niż ładnie kręcącą nóżką panią śpiewającą do rytmu swoiste bla bla bla.

Koszulę więc tego dnia wyprasowałem w kanciki ostre jak żyletki, buty pastowałem dobre dwadzieścia minut a z szafy wyjąłem smokingową marynarkę tylko po to żeby zamanifestowac to co dziś będzie miało miejsce w Herbst Theatre.


I tu dygresja:

Rozumiem punk rock i rozumiem muzykę blokowisk - to w moim wypadku jest oczywiste, ale to że zanurzę się w klasyce, (której na dodatek za dobrze nie znam) szczerze mowiąc samego mnie zdziwiło. Ja już jestem najwodoczniej poważnie zmęczony papierowymi bohaterami bigrbrothera, gwiazdami tańczącymi, spiewającymi, płaczącymi, skruszonymi, nawróconymi i tymi bywająymi. Jestem znudzony takze mimozami w białych kozaczkach machającymi do obiektywu kamery różową torebką. Patrzę na to wszystko i zastanawiam się czy wbrew Matczynej przepowiedni uda mi się w tym wszystkim nie skończyć źle?

W tle pojawia się jeszcze ujadający mały jorczek przystrzyzony według najnowszych trendów, który nie rozumie tego co Pani ma do powiedzenia milionom widzów przed telewizorami. I szczerze mówiąc nie dziwmy się jorczkowi, bo kto to jeszcze rozumie?



Dlatego dziś trzeba mieć wyjątkową odwagę by robić coś prosto z serca i do tego się w tym wszystkim nie pogubić...



A potem zrobiliśmy sobie bardzo dobrze naszym żołądkom w restauracji Panta - Rei (Litlle Italy) i gadalismy o rzeczach, których się zazwyczaj nie zapamietuje, ale tak właśnie trzeba robic przy dobrym jedzeniu, dobrym Towarzystwie i przyzwoitym winie. Po wszystkim wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy pod Coit Tower pożegnać Asię, która na drugi dzień po trzytygodniowym pobycie w Californii wyleciała do Polski - mówiła, że nie chce wracać (pierwsza, ktora tak powiedziala ;-) ).


Na koniec odebrałem maila od "Mojej Sentymentalnej Onej" (wybacz mi tą nazbytnią spoufałość, proszę) i powiem szczerze, też się cieszę, że dałem się namówić. A wszystko zaczęło się dzień wcześniej...przypomnijcie mi, żebym jutro coś na ten temat narysował ;-)

Saturday, May 10, 2008

Bodega Bay - Reminescence

One week ago we were in Bodega Bay.

We took a lot of photos and had a lot of fun!

Trust me, Italian food may be worth eating even in small surfers town lying on the west coast of America. Bodega Bay is a capital for surfers and freedivers from Nor Cali. I saw a lot of small, well equipped (free)diving stores there.
I heard so many times that I'm not a quite normal, click on links below to get proofs of that truth...

To tyle - dwa badyle


**GALERIA FOTO**


Zdjęcia Marcina
Zdjęcia Beaty

Friday, May 9, 2008

Early morning She sent me a message...


Delineated HaHaHa :-)
Three more stories I have added to the previous post...enjoy it!