Wednesday, October 10, 2007
Technikalia - część kolejna
- W związku z nowym softem, ktoś zauważyl, że moj komputer jest już stary ( p4 3.0Ghz, 1GB ramu-stary!!??), ktoś napisał maila do działu IT, ktoś zamówił nowy komputer, informatyk zapytał sie tylko, kiedy moze mi go podłąćzyć....heh...a jednak da się! Revit, ABS i inne ekstremalnie drogie narzędzia pojawiają się w moim komputerze natychmiast po wypelnieniu internetowego formularza...Po kilku latach zawodowej przygody, wreszcie nie musze walczyć z informatykami. Wydaje mi się to prawie nierealne.
- Głównym problemem, który nie daje mi spokoju jest język angielski. Nie przypuszczalem, że w tej kwestii będzie aż tak pod górkę. Znam zbyt wiele osób, ktore posługują się świetnie tym językiem, żeby pozwolić sobie na niegramatyczne dukanie. Aby wreszcie poczuć wiatr w żaglach muszę mieć zupełną swobodę w komunikacji, dawałem sobie na to trzy miesiące, ale praca w słuchawkach na uszach i wgapianie się w monitor nie służą rozwojowi w tej materii. Do tego dochodzą częste kontakty z polish community. Tracę koncepcję co robić, żeby nie wrócic językowo tak jak przyjechałem...angielski poza tym nie jest moim ulubionym językiem, on mnie po prostu nie lubi...mści się na mnie za to, że przez 23 lata swojego zycia zwyczajnie go olewałem.
Aber das ist doch nicht ethisch! Come on…
- Dzisiaj byliśmy z Roninem w nowym mieszkaniu, moja obecna sytuacja lokalowa ulegnie drastycznej zmianie z dniem 15.10. 2007. Mieszkanie mojego kolegi z pracy to okolo 70-80 metrów. Dennis jest inzynierem z Hong Kongu - pracujemy w jednym dziale. Bedziemy prawdopodobnie mieszkać jakiś czas we troje. Słabo...trzeba sie przyzwyczaic do współdzielenia przestrzeni życiowej, chodzenia po routerach, switchach, kablach, papierach, gazetach i innych duperealch. Dowiedziałem się o sobie podczas wyjazdu, że nie lubię przesadnego bałaganiarstwa. Podczas wyjazdu staram się mieć wszystko poukładane na swoim miejscu. Dziwne w Warszawie nie zawsze mi się to udawało.
-Po Beale street a tym bardziej Bryancie zastanawiam się czy nie opuścić San Francisco i czy nie zamieszkac gdzieś na przedmieściach. Tam można w podobnej cenie wynając cały dom z garażem, jacuzzi, basenem, siłownią czy czym tam jeszcze...mam też pewne inne plany, które wymagają większej przestrzeni życiowej. Lubie też mieć dużo gosci...
- Prasowanie nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Tutejsze deski do prasowania i dotychczasowe żelazka to jednak badziew ostatni. Żaluję, że nie mam tutaj warszawskiego Azura i jakiejś stabilnej dechy. Koszule niedoprasowane ;-( (nie lubię), ale za to pachnące i wyprane.... Nauczyłem się obsługi pralki i suszarki wraz z cąlym tym ceremoniałem dodawania płynanów i zapachów w odpowiednim czasie i proporcji.
Umiem wyprać zarówno rzeczy kolorowe jak i białe. Nie jest to takie oczywiste tym bardziej, że na poczatku myliłem plyn do płukania z płynem do prania. Okazuje się, że jak trzeba można się wszytskiego nauczyć.
- W Warszawie zaczyna się ciekawa inwestycja w miejscu dawnego kina Skarpa. Nie mogę się doczekać kiedy zobaczę pierwsze rendery i efekt końcowy. O miasto trzeba dbać (szczegolnie swoje wlasne). Wydaje mi się, że to może być (po dluższym okresie posuchy) wreszcie jakiś dobry / ciekawy projekt.
- Dzisiaj rocznica śmierci Andrzeja Zauchy
Był jednym z największych talentów wokalnych i muzycznych w historii polskiej muzyki. Prawdziwy talent, człowiek obdarzony wielką skalą głosu, feelingiem i estradową charyzmą. Zginął zastrzelony 10 października 1991 roku, Miał 42 lata.
Z zawodu zecer i muzyczny samouk. Debiutował jako perkusista w amatorskim zespole Czarty. Później został solistą grupy Telstar. W latach 1968 - 1972 był wokalistą jazzrockowej grupy Dżamble. Wystąpił z nią m.in. na SFJ Jazz nad Odrą 69 we Wrocławiu. W 1971 roku związał się z zespołem Anawa, z którym nagrał LP „Anawa”.
W latach 1973-1979 śpiewał i grał w zespołach rozrywkowych za granicą. Współpracował z ../wiki/Jazzm.in. z Jarosławem Śmietaną, Michałem Urbaniakiem i Janem Ptaszynem Wróblewskim, oraz z zespołami jazzu tradycyjnego Old Metropolitan Band jako perkusista i Beale Street Band jako wokalista.
Zginął zastrzelony.
(info za serwisem internetowym jazzgazeta)
Pamiętam doskonale ten dzień, nie wiedziałem tylko, że to juz 16 lat…
Informacja ta pojawia się na skutek sentymentu do szalonych lat 90tych, Andrzeja w ogóle i nazwy Beale Street Band. Nigdy bym nie przypuszczał, ze sam bede na niej mieszkał ;-)
- Z rana dostałem maila z wywaidem, w ktorym czytam, że aktorka ktorą miałem okazję poznać opowiada o życiu, teatrze i nowym filmie. Główną rolę obok S, będzie grała (moja!) warszawska Praga. Smutno mi się zrobiło, gdy pomyślałem o ulicy naczelnikowskiej, ziemowita, siennickiej, szwedzkiej. Zdecydowalem się to napisać w mailu.
„To nie o to chodzi... ale z tylu rzeczy zrezygnowalem w Warszawie, ze nie ma juz co sie zastanawiac czy to mialo sens, czy nie..(...)
Narazie musze poznawac ludzi, ale absolutnie nie wiem gdzie....nie lubie glosnych miejsc.
Nawet moja Praga musi pozostac w cieniu tego co jest tu i teraz....ciezko mi wpsominac stare, czasy, gdy tu jeszcze zycie sie nie zaczelo na dobre.(...) Musze chyba calkowicie przewartosciowac swoje zycie , zeby nie wracac do warszawskich czasow, coraz czesciej dochodzi do mnie przykra refleksja, ze te sentymentalne podroze w czasie niczemu nie sluza...
mam ochote na nowe zycie...”.
Chociaż cieszę sie, ze dostaje jeszcze maile z Warszawy. Dziekuję
Wiem, ze ludzie wolą zajmować się swoimi sprawami, zwłaszcza, gdy siedząc w Polsce oglądają zdjęcia i czytają o życiu w Kalifornii.
- W dowód na to, że nie zawsze jest kolorowo i z cukrem pozwolę sobie przytoczyć maila od mojego Project Managera z Ronda 1. Traktujcie to jako absolutny almanch, gdy wyjedziecie na dlużej z kraju... Są to prawdziewie święte słowa...Okazuje, się że budowy to poligony, na których kształtują się długotrwałe i wartościowe znajomości. Moja największa zawodowa przygoda zaczęła się właśnie dzięki Rafałowi! On nawet nie wie ile mu zawdzięczam ;-)
„Pierwsze miesiace sa zawsze straszne. Naprawde okropne. Zwlaszcza jak mija pierwsza euforia i zaczynasz wszystko widziec w czarnych kolorach. Ja siedzialem sam. Nikt nie rozumial co mowie a ja nie rozumialem innych. Gubilem sie w miescie. Rozbilem 3 samochody i nic nie bylem w stanie zalatwic z Arabami. Zasypialem na spotkaniach bo do domu wracam po 21 a mam tylko 1 dzien wolny w tygodniu. Dopiero po trzech miesiacach troche mi sie polepszylo. Ale poczatek zawsze jest okropny. Zwlaszcza jak mija pierwsza euforia i zaczynasz sie porownywac do innych. Zacisnij zeby i wytrzymaj ten pierszy okres. Po pol roku bedziesz sie smial.
Musisz tylko oderwac sie od myslenia o tym co zostawiles w Polsce i wspominania jakie wspaniale miales mozliwosci i cudownych ludzi. Jestes teraz TAM i naprawde masz SUPER MOZLIWOSCI. Ludzie by duzo dali zeby byc na Twoim miejscu. Piotr, zacisnij piesci i nie dopuszczaj do siebie mysli ze jest ciezko. I duzo ogladaj. Nie daj sie wpedzic w cztery sciany. Nawet jak jestes zmeczony to idz na spotkanie z innymi ludzmi. Nawet jesli ich nie rozumiesz. Nawet jesli sa glupkami i prostakami. Zaciskaj zeby i idz.”
- I będę szedł...
Zrozumiałem, że muszę korzystać z życia tutaj na tyle ile tylko mogę i na tyle na ile jestem w stanie...szczegóły może już wkrótce, a może wcale nie tak prędko, ale na pewno będą...
(Nie lubię, gdy słowa wyprzedzają czyny. Mam wrażenie, ze ubieganie faktów przeszkadza w późniejszej ich realizacji - to moja schizofreniczna natura).
Pozdrowienia dla G i RT
Monday, October 8, 2007
Los Padres National Forrest czyli bum bęc tratatata
Weekend zaczął się od wprowadzenia do nowego mieszkania, choć w tym przypadku powinienem powiedzieć otwarcie - od wprowadzania do nowego apratemantu (ponad 100m2). Z legendarnym Beale street nie miałem nawet zbyt duzo czasu, zeby sie pozegnać. Po prostu wyszedłem rano do pracy tak jak zazwyczaj. Zostawiłem tylko swoje spakowane rzeczy w korytarzu, klucze położyłem na blacie w kuchni. Popatrzyłem ostatni raz na chatkę i zatrzasnąłem drzwi. Prawdopodobnie nie prędko będę miał tak łatwy dostęp do jacuzzi i basenu ;-( Szkoda, móglbym miec takie miejsce do zycia w Warszawie ;-). Po pracy okazuje się, że nowy apartament jest bardzo duży i ekskluzywny, ale niezbyt pasujący do mojego kawalerskiego sposobu życia.
Tuz za oknem mym...
Zatoka o poranku...bez wychodzenia z domu...
Nie ma to jak San Franowy poranek...
Szybkie rozeznanie w układzie pomieszczeń, sprawdzenie listy obecności mojego bagażu i...okazuje się, że muszę w trybie awaryjnym pojawić się w swoim dawnym lokum. Firma przeprowadzkowa uznała moje ksiazki, dokumenty i gazety za śmieci. Ktoś postanowił wyrzucić przygotowane przeze mnie brown bagi zamiast je za mną przeprowadzic. Po szybkiej interwencji udaje mi sie ocalic większość rzeczy. Dostaję jeszcze na jedną noc klucze do mojej starej miejscówki, idę więc ja odwiedzić. Otwieram drzwi i okazuje się, ze obraz zastany w beale chacie jest przygnębiający. Puste ściany, zero mebli i wykładzin, w kącie wystaje tylko kabel od internetu i kablówki. Na podłodze znajduję w torbie foliowej dwie pary butów, które w sposób symboliczny zakończyły swój żywot właśnie w tym legendarnym miejscu.
Last Tango on Beale street
Legendarnym…ale to juz niestey koniec. Cieszę się ze tak wiele osób mogło cieszyć sie z gościnnych czterech kątów Bayside village ;-). Ktoś zauważa analogię rostania się z dotychczasowym adresem do rozstania się z Bravolotem i ma bardzo wiele racji. Sudden death.
Wracamy na 38 Bryant street (czyli przeprowadzka na druga stronę ulicy) ;-)
Czekamy z Roninem na gości- dzis impreza z polskimi san frnaowiczami.
Pierwszy przyjeżdza na rowerze Marcin - Informatyk i podróżnik polskiego pochodzenia z kanadyjskim paszportem. Rozmawiamy o podrożach, życiu, san franie, formule 1 (Marcin jest w temacie dłuzej niz wiekszosc polskich kibicow ;-) ). Dowiaduję się jak i gdzie można ściągnąć całe wyścigi z sieci. Rozmowy o literaturze ( w tym rosyjskiej o ktorej niewiele wiem), polskiej muzycem, Kanadzie i Indiach (o których także niewiele mi wiadomo). Przychodzą Piotrek z Dorotą - zaczyna się prawdziwie polska impreza ;-) W międzyczasie przynosimy do domu przygotowane na zaplanowany wcześniej wyjazd tobołki, upewniając się tym samym, że pewne bardzo wartościowe przedmioty nie zmienią wlaścicieli tej nocy. Wnosząc futerały z karabinami do naszego aprtamentu, starsze panie przy windzie pytają się, czy będziemy głośno grać na instrumentach, bo one nie za bardzo lubią słuchać głośnej muzyki. Mówimy, żeby się nie obawiały, bo w futeralach nie ma instrumantów tylko wędki na ryby. Zapewniamy sąsiadki, że na pewno będzie cicho ;-) Jest to pierwszy sygnał, że Bryant street to nestorowania w najlepszym wydaniu ;-).
Whisky z colą i lodem, opowieści podróżnicze Piotrka oraz rozmowy o broni i życiu urozmaicają nam czas do piątej nad ranem. W tle leci legendarny Miś Stanislawa Barei. Było bardzo wesoło i w kliamcie ;-) Trudno…co robić ?? ;-)
Sobota
Dzień zaczynamy o 8. rano. Pogoda jest totalna. Słońce i ciepło od rana, ale bez przesady, tak powinna mi się zawsze kojarzyć Kalifornia. Niestety San Fran nie oferuje takich atrakcji codziennie. Jest raczej wilgotny, czasem wietrzny i na pewno też chłodniejszy niż kontynent. O 9. jesteśmy juz w drodze do...Los Padres National Forrest.
My wybieramy miejsce totalnego odosobnienia w środku ogromnego lasu, do ktorego dojeżdza się przez poligon wojskowy US Navy, oraz niesamowicie kręte górskie drogi. Nie ma żartow, mijamy tabliczką "Be prepared to meet your God, no gas and water 100 miles".
Widok z pokoju dziennego...
Widok z sypialni
big blueJesteśmy na miejscu około pierwszej po południu. Widoki zapierają dech w piersiach. Rozkładamy się na szczycie góry, rozmawiamy o życiu i rozmaitych przygodach, zaczynamy zabierać sie do tego co wlaściwie nas tutaj przyciągnęło. Strzelanie z ostrej broni – chodziło to za mną od czasu przylotu do SF. Myślałem chociaż o prostej „siedemnastce” a tutaj jest naprawdę milo ;-) Arek byłby pewnie zachwycony i zapewne miałby najlepsze wyniki, ale niestety...oto dlaczego żałuję braku kilku osób tutaj w Kalifornii.
Precyzja
Brutalna sila
Brutalna sila i precyzja
czyli bum bęc....
tratatata
Tres Delinquentes...Po strzelaninie oglądamy kapitalny zachód Słońca nad spokojną powierzchnią majestatycznego oceanu oraz przyrzadzamy na „zakazanym ognisku” ekstra rybkę. W tle znow pojawia się seagrams, rozmowy i śmiech. 1200 metrow nad poziomem oceanu zapada zmierzch. Zaczyna się robić chłodno. Piotrek i Dorota nocują w samochodzie, ja z Roninem okupujemy namiot. Zapowiada się noc pełna mocnych wrażen. Uposażeni w noktowizor, lornetki, latarki czołowe rozmawiamy do późna i koło północy idziemy spać. Piotrek przestzrega nas przed pumami, kojotami i niedzwiedziami. Ładnie…po filmach z Yosemite ( o których pisała Gosia) wiem, że nie ma żartow. Zasypiam z shotgunem przy boku, cztery naboje leżą pod ręką. I naprawdę nie są to żarty. Na szczęście tej nocy zimna krew i szybka, trzeźwa reakcja się nie przydały.
Pompka 12 gauge ammo czyli...nie zapukam a i tak wejdę ;-)To tez jedyna ochrona przed atakującym niedźwiedziem...
Budzi mnie o 2.20 ogromny hałas trzepoczącego na wietrze tropiku od namiotu. Niestety na szczycie góry zerwała się ogromna wichura, która nie pozwala nam usnąć. Własciwie leżymy w spiworach, pod sprawsowanym ogromną siłą wiatru namiotem. Czuję się jak na wyprawie ekspedycyjnej National geographic. Leżymy w milczeniu z Roninem starając się zasnąć. Około 4 nad ranem do namiotu przychodzi Piotrek, wspólnie zastanawiamy się co dalej robic? Okazuje się, że siła wiatru jest tak ogromna, że nawet w samochodzie trudno spokojnie zmróżyc oko. Decydujemy się przeczekać ten kataklizm i ewetualnie o świcie uciec gdzieś w niższe partie gór. Na zewnątrz szalej wichura, tumany piasku przelatuja z kazdej strony namiotu. Przeżywamy najgorsze chwile. Przestawiamy samochód i osłaniamy choć trochę namiot. Czasami włącza się alarm i migają lampy awryjne. Wiatr, spadające szyszki czy może jakiś nieproszony gość? Na szczescie okolo 5tej zawierucha ustaje i udaje nam sie przespać jednym ciągiem do 9tej nad ranem.
Nedziela.
Zaraz po pobudce, siadamy na pniu drzewa, aby wygrzać się trochę i nacieszyć widokiem w dole. Słońce grzeje dosyć mocno i po nocnej zadymie nie pozostał żaden ślad. Przed naszymi oczami, (a wlasciwie pod stopami) Ocean nadal zachwyca ogromnym spokojem. Piotrek opowiada o swoim hobby krótkofalarstwie-czyli łączności radiowej z całym światem i o tym jak dzięki temu zainteresowaniu spędził kilka tygodni na Karaibach i w Australii.
Pogadajmy...Dowiadujemy się z jego opowiesci o bardzo ciekawych ludziach, ktorzy mieszkają na wszystkich lądach i ocenach. Można ich bardzo łatwo poznać i spotkać, wystarczy pasja, trochę chęci i prosty nadajnik. Piotrek opowiada o swoich początkach za granicami kraju, o Francji, Nowym Jorku, Kalifornii.
Jestem pod wrażeniem jego opowieści o Polaku, który podróżował kiedyś samotnie jachtem po Morzach i Oceanach świata. Właśnie dzięki krótkim falom, poznaje na odległość i po pewnym czasie spotyka się z Piotrkiem w Nowym Jorku. Zaprzyjaźniają się, odbywają podróż po Australii, spotykają się ponownie po pewnym czasie na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Tam podróżnik poznaje swoja przyszła żonę...pielęgniarkę z Polski, która porzuca pracę i udaje się jachtem ze swoim jeszcze niedoszłym mężem do Australii.
Niezłe! Okazuje się, że można żyć inaczej…i da się.
Znów robimy sobie małą ucztę. Śniadanie i strzelanina. Pierwszy raz zdejmuję z 70 metrów cel, ktorym jest mała butelka po heinekenie. Okazuje sie, ze z moim strzelaniem nie jest tak źle jak myślałem ;-) 100 metrów to naprawdę niewiele więcej.
Wracamy na szczyt góry delektować się widokami Big Sura. W dole majestat i potęga natury!


Big Sur (ale ponoć nie Ser)Obserwujemy wieloryby i piękno krajobrazu.
Piotrek znów opowiada, tym razem o polskich czasach; o stanie wojennym, o jego partyznatckiej walce z zomo i o młodych wrocławskich latach. Bardzo lubię słuchać tego gościa. Widać, choć nie od razu, ze jest bardzo nieszablonową postacią. Odważny i nie bojący się ryzyka człowiek, aż milo poznać...Ja posypuję sobie głowę popiołem, moje dotychczasowe doświadczenia to naprawdę niewiele. Piotrek spędza poza krajem 20. rok swojego zycia, zdobywając po drodze kupę znajomości, doświadczeń i umiejętności (sprawnie posługuje się językiem polskim, angielskim, francuskim, rosyjskim). Weekend jednak upływa nam pod znamkiem Deutsch Kali sprechen ;-) dlaczego nie verstejen?? ;-) Ja dowiaduje się, że upływający czas i kolejne wyzwania uczą zycia. Siedzimy na skarpie, bawimy się dalmierzem i lornetkami, decydujemy sie na zjazd na legendarną trasę widokową numer jeden. Jedziemy w kierunku Monterey. Znów zachwyca mnie piekno wybrzeża Big Sur. Kapitalny klimat, pełne Słońce i spokój oceanu. Zatrzymujemy sie na jednym z licznych punktów widokowych, obserwujemy przez lornetke pływające delfiny. Ajjjj. Czemu weekend nie może trwać wiecznie?
Gdy mamy juz jechac, na plac zajeżdża dosyć osobliwa grupa posiadaczy samochodów marki PT Cruiser. Jest to fan klub tych maszyn. Średnia wieku 50+ lat. Doskonale wiem jak to wygląda u nas na cargo i w borkach, stąd moje nie małe zdziwienie. Wniosek: Tutaj ludzie potrafią się cieszyć życiem znacznie dłużej.
W Monterey czas na bardzo dobrego Clam chowdera, niestety ogromna porcja psuje ogólne bardzo dobre wrażenia. Nie możne tak przeginać z rozmiarami ;-)
Poznajemy trójkę Polaków, od których bierzemy jacht należący do Piotrka i wyruszamy na połów ryb.
Wyruszamy
Człowiek i morze, nie masz się co kłócić...jesteś tutaj gościem. Natura dyktuje warunki...
Spokój i potęga Oceanu oraz siła wiatru dają do myślenia. Chyba najbardziej ekscytująca podróż! Przyprawiona niedawnymi wspomnieniami pamiętnych urodzin i legendarnej kolacji u Estebana ;-) G. Sto lat niesie się jeszcze po zatoce ;-). Popijamy, poławiamy, rozmawiamy i znów dowcipkujemy. W drodze towarzyszą nam foki i kormorany. Foki wyskakują z wody zupełnie w ten sam sposób co delfiny. Choć wiadomo delfiny to zupełnie inna bajka.
Monte Carlo czy Monterey ??
Podłapuję kilka nowych żeglarskich doświadczeń, poznaję trzy nowe żeglarskie słowa. Dinghy- czyli bączek, tzw. mała łódka motorowa służąca do schodzenia z jachtu na brzeg, Kelp to z kolei brunatnice żyjące w wodzie, Swell-tzw. rozbujana fala martwa na Oceania, niebezpieczna, gdy stoi sie do niej bokiem.

Po godzinie 19stej wracamy na marinę, dokujemy jacht i ową naprawdę małą łódeczka motorową dobijamy na nabrzeże. W drodze powrotnej Piotrek znów opowiada, tym razem o tym jak sprawnie życ w Stanach i jak sie tu „nie dac”, znów powraca do czasów francuskich. Rozmawiamy o geo-polityce, kulturze europejskiej, o słabości jej polityki zagranicznej mającej swoje źródło w katolicyzmie i nie przygotowaniu Europy na siłę rozprzestrzeniania się Islamu. Okazuje się, ze USA to wciąż kraj wielu uprzedzen i nietolerancji ;-. Każda rasa ma tu odpowiedni status społeczny, narzucony przez lata doświadczeń, z którym ciężko walczyć tym, którzy się na to nie godzą. W San Jose okazuje, się ęe uciekł nam ostatni pociag do SF. Piotrek podwozi nas do Frisco. Wielkie dzięki Piotrek! Za cały weekend, inspiracje, opowieści i poświęcenie (Piotrek, nie lubi za bardzo frisco).
Piotrek - czyli if you don't risk anything, you risk even more... tez tak myślę
p.s. Znam swoją Mateczkę na tyle dobrze, ze jestem niemal pewien jej zaniepokojenia z powodu braku ode mnie jakiego kolwiek znaku życia. Wbiegam do mieszkaania, sprawdzam wyświetlacz telefonu. O dziwo zero smsa z Warszawy
Thursday, October 4, 2007
Kalifornia-10 lat później...czyli nasza Kalifornijska przygoda oczami G.
Impossible is nothing, i tak 10 lat później udaje mi się wrócić do Esefa i stwierdzić ze to najwspanialsze miasto w jakim kiedykolwiek byłam. Owszem, Dubrownik i Wenecja są pięknymi perełkami w których nie śpią bezdomni na ulicach, ale są to miasta w których mieszkańcami są głównie turyści i w związku z tym należą do zupełnie innej bajki. Jak dotąd moim ulubionym miastem w USA był Boston, ale SF bije je z kretesem. Jest pełne uroku, fantazji, niesamowitych widoków, krętych i stromych uliczek, kolorowego tłumu na ulicach, atmosfery liberalizmu, swobody i tolerancji. Czuję się tu prawie od razu jak w domu i nawet w biedniejszych dzielnicach ani razu nie odczuwam żadnego zagrożenia i lęku, co kilkakrotnie zdarzyło mi się w przytłaczającym i trudnym dla przybysza z zewnątrz Nowym Jorku.
Oczywiście wracając tu po 10 latach trudno obyć się bez porównań... Kalifornia 2007 a Kalifornia 1997 to niebo a ziemia.... Przede wszystkim towarzystwo-jestem tu z mężczyzną mojego życia, Arkiem i Piotrkiem, przyjacielem i prawdziwą bratnią duszą. W 1997 byłam w najdziwniejszej relacji z zupełnie nieodpowiednim facetem-wybacz Chris, ale byłeś niezłym psycholem, choć niepozbawionym dużej dozy uroku. Ale przez takie związki każdy kiedyś przechodzi, ważne żeby w nich nie utknąć na całe życie. Teraz towarzyszą mi dwie osoby przy których odczuwam prawdziwą bliskość i szczerość, co jest dla mnie największą wartością której nie sposób przecenić.
W 97 podróży towarzyszył pośpiech, większość rzeczy podziwiałam zza szyby samochodu (dziennie robiliśmy 500-800km). Teraz mam czas smakować to co widzę, powoli przyswajać to co mnie otacza. Zamiast cannabis jest czerwone wino, zamiast Marleya Herbalizer. Oprócz wspomnień mam teraz mnóstwo świetnych zdjęć, Piotrek i Arek to naprawdę wyjątkowo uzdolnieni fotografowie. 10 lat temu robiłam kiepskie zdjęcia swoim foto-idioto, Chris miał dobrej jakości lustrzankę i robił nią dużo zdjęć, ale nigdy mi ich nie przysłał pomimo obietnic- jak sądzę obraził się na mnie, ponieważ nie chciałam spędzić z nim reszty życia na paleniu trawki.
USA, 1997
W 97 spałam głównie w Fordzie który miał tylko kanapę z przodu (opanowałam co prawda do perfekcji spanie z nogami na kierownicy, ale trudno nazwać tę pozycję wygodną), w namiocie na kempingach ubrana w 3 swetry, żywiąc się głownie hot dogami na stacjach benzynowych no i będąc w stanie non stop upalenia trawką. Była to w sumie niezła przygoda, ale przyznaję że wolę spać w komfortowych warunkach mieszkania Piotrka na Beale street, po wygrzaniu się w jacuzzi i pływaniu w basenie, pić dobre czerwone wino i próbować codziennie innej kuchni świata. Chociaż nie ukrywam że z naszej trójki to chyba ja miałam największą ochotę na nocleg w nieogrzewanym namiocie w Yosemite przy –2stopniach, otoczona atakującymi niedźwiedziami... Szkoda tylko że za tę przyjemność żądano 100$.
Ponieważ Piotrek opisał już bardzo szczegółowo, barwnie i trafnie nasze wspólne podróżowanie, ja odniosę się do nazbieranych drobiazgów z którymi kojarzy mi się wizyta w Kalifornii.
Od lewej:
-Przewodnik po SF z mapą której używaliśmy do przemieszczania się po mieście. Niekiedy trochę zawodził, tak jak przy wycieczce do Golden Gate Parku. Jako rasowi Europejczycy chcieliśmy zaparkować przed parkiem i dojść do niego na piechotę. Niestety centymetr na mapie okazał się być 2 milami, a w parku okazało się że można się po nim swobodnie przemieszczać samochodem... Nieco zrezygnowani, z bolącymi nogami doczłapaliśmy do Japanese Tea Garden, a resztę parku zwiedziliśmy po kilku dniach naszą kochaną Toyą.
-Bilet do Cable Carsa, dojechaliśmy nim do Fisherman’s Wharf na samym początku naszego pobytu. Podróż zabytkowym wagonikiem po pagórkowatej ulicy Powell dostarcza niezłych widoków i wrażeń, zwłaszcza jak się stoi na zewnętrznej platformie.
-Bilety lotnicze... Podróż mieliśmy z dwoma przesiadkami, opóźnieniami, turbulencjami-ale dla San Francisco warto przejść przez te trudy, włącznie z odciskami palców zbieranymi po przylocie do Stanów. Ech, przed 2001 zdecydowanie przyjemniej wyglądały podróże samolotem.
-Bilet na wycieczkę do Alcatraz, która zwieńczyła naszą podróż. Udzielił mi się klimat izolacji w jakiej przebywali kiedyś więźniowie, smutne i depresyjne to miejsce... A może i świadomość że już jutro pożegnamy się z Piotrusiem i SF?
-Ulotka ostrzegająca przed niedźwiedziami z Housekeeping Camp w Yosemite, gdzie za namiot bez pościeli i kocy żądano 89$, i jest to najtańsza opcja noclegu w tym parku narodowym. My w końcu zanocowaliśmy w legendarnym Muir Lodge „Extra Blanket”, 30 mil za parkiem.
-Przewodnik po Yosemite i bilet wstępu. Park jest olbrzymi i niestety brak nam czasu żeby pojechać na jego południowy kraniec gdzie rosną sekwoje. Rekompensujemy sobie to kilka dni później wizytą w Muir Woods gdzie rosną Redwoods, gatunek drzew osiąga do 370 stóp wysokości (123 metry).
-Ulotka z knajpy Heidi’s gdzie jedliśmy typowe amerykańskie śniadanie (omlety i naleśniki wielkości młyńskiego koła, tosty, kanapki) po noclegu nad Lake Tahoe. Piotr, który ma zwyczaj jeść na śniadanie kubeczek jogurtu jest zbulwersowany wielkością porcji-myślę, że raz na rok takie śniadanie nikomu nie zaszkodzi. Jedzone natomiast na co dzień powoduje że wygląda się jak Amerykanie którzy siedzieli przy stoliku obok-jak monstrualne wieloryby.
Po powrocie z Yosemite i lake Tahoe musimy zrobić pranie. Na Beale street pralki nie ma, wyruszamy więc na poszukiwanie pralni na żeton. Nasze zaufanie wzbudza jedna w gejowskiej dzielnicy Castro, są wolne miejsca parkingowe, a naprzeciwko jest przytulna kawiarenka, w której przy pysznej kawie przeczekujemy kolejne fazy prania, wirowania i suszenia. W kawiarni każdy siedzi z nosem wtopionym w laptopa-muszę przyznać że ten znak czasów nie za bardzo mi się podoba. Ja rozglądam się dookoła, czytam darmowe gazety z ciekawymi ogłoszeniami (new boy in town... 8.5 inches, thick). Zabieram też ulotkę o Klubie dla Lesbijek-Businesswomen. Chociaż jestem absolwentką Gender Studies, przyznaję że koncept takiego klubu nigdy by mi nie przyszedł do głowy. Odwiedzamy też zabytkowe kino z początku XX wieku gdzie obok klasyków takich jak „2001-Odyseja Kosmiczna” ma się odbyć konkurs amatorskich filmów erotycznych. Szkoda że odbędzie się już po naszym wyjeździe. Pornografii nie znoszę, erotykę-uwielbiam.
Kolejnego dnia wyruszamy na zwiedzanie winnic w Sonomie, niestety bez Piotrka który musi być w pracy. Jest piękny, upalny dzień. Doliny, w których znajdują się winnice wyglądają jak Toskania, zatrzymujemy się przy pierwszej winnicy, płacimy 10$ za degustację i przeżywamy rozczarowanie. Wina są zdecydowanie zbyt kwasowe, bukiet też nie zachwyca. Decydujemy się na bardziej przemyślany wybór winnic i ruszamy szlakiem polecanym przez przewodnik Lonely Planet. Winnica Preston Vineyards ma dużo uroku, wina w niej jednak też nie zachwycają, może oprócz Barbery-ale nie na tyle żeby płacić za nią 30$ za butelkę... Kolejna winnica, z tasting roomem w jaskini—Bella, ma lepsze zinfandele niż poprzednie, a totalnie zachwyca nas Late Harvest Zinfandel, o wspaniałym, zrównoważonym i głębokim bukiecie z wyraźną nutą rodzynek. Będzie znakomitym deserowym dodatkiem do deski serów na kalifornijską kolację, którą chcemy urządzić w najbliższym czasie dla najbliższych (Piotrek, dasz radę???)
Ponieważ jest bardzo gorąco, decydujemy się odwiedzić pobliskie jezioro Sonoma. Jezioro jest czyste, przyjemnie chłodzi, jednak po wyjściu wiemy już czemu nikt oprócz nas się nie kąpie. Nasze stopy pokryte są małymi, czerwonymi pijawkami...udaje nam się na szczęście ich szybko pozbyć i wyruszamy do miasteczka Geyserville gdzie chcemy zjeść lancz. Niestety włoska knajpa Santi polecana przez Lonely Planet kończy serwować lancz o 14, przyjeżdżamy za późno. Na pocieszenie odwiedzamy pobliski tasting room gdzie można degustować wina z kilku najlepszych winnic. Próbujemy 3 różnych sangiovese, aż 6 zinfandeli i 3 merloty. Kupujemy dwa pyszne zinfandele, jeden jest tak rewelacyjny, że decydujemy przeleżakowac go do naszej następnej rocznicy ślubu.
Jak nietrudno się domyślić jesteśmy już mocno pijani, koniecznie musimy coś zjeść. Kupujemy w pobliskim deli kanapkę z pieczoną wołowiną, sałatkę ziemniaczaną i pyszne marynowane oliwki. Arek ostatkiem sił dojeżdża do winnicy Stryker Sonoma, gdzie w pięknym ogrodzie z widokiem na winne pola jemy późny lancz i usiłujemy wytrzeźwieć. Decydujemy się na ostatnią degustację, ale szczerze mówiąc nasze kubki smakowe odmawiają już współpracy-wszystko smakuje tak samo. Trochę zmęczeni i bardzo rozanieleni wracamy do SF, Arek co prawda po drodze narzeka na swoje spowolnione reakcje, ale na szczęście prawo stanu Kalifornia zezwala na aż 0.8 promila.
Tutaj przedmioty najcenniejsze, z wyprawy na Big Sur i Monterey, w którym obchodzę swoje urodziny. Big Sur robi na mnie jeszcze większe wrażenie niż 10 lat temu, im człowiek starszy i bogatszy w doświadczenia tym więcej zauważa i docenia. Dlatego wcale nie tęsknię do czasów kiedy miałam 22 lata (może tylko za tymi kilkoma kilogramami mniej;), najlepszy czas w moim życiu zaczął się przed trzydziestką i tfu żeby nie zapeszyć, trwa do dzisiaj. Niebieską wstążką obwiązany był prezent od P i A-wspaniały album ze zdjęciami SF-„Mystical San Francisco” wydawnictwa San Francisco Chronicle. Moje zdrowie pijemy Margaritą w rewelacyjnej meksykańskiej knajpie (okładka menu na dole po lewej), ale o jedzeniu będzie szerzej w kolejnym wątku. Po kolacji robię sobie zdjęcie na tle pomnika Johna Steinbecka, jednego z moich ulubionych pisarzy, na Cannery Row (od tej ulicy wzięła nazwę jedna z jego powieści, okładka na górze po prawej). Po kolacji relaks w jacuzzi w tonach atakującej nas piany o zapachu granata, i niestety powoli skrada się smutek, bo przypominamy sobie że już niedługo czas wracać....
Chciałam tu złożyć olbrzymie i gorące podziękowania dla Piotrka za to że zaprosił nas i ugościł w San Francisco. You rule man, and are very, very best!!! Była to najlepsza podróż w moim życiu, i to dzięki Tobie. DZIĘKUJĘ!!!
A na koniec coś dla łasuchów i małe preludium do następnego wątku-łakocie, które przywieźliśmy do Polski.
Od lewej od góry: syrop klonowy, uwielbiam ten smak, do naleśników, tostów francuskich, lodów. Kiedyś dostałam od byłego chłopaka Billa na Gwiazdkę pół galona (prawie 2 l!) syropu z Vermont, moim zdaniem lepszego od kanadyjskiego. San Franowy Safeway posiadał jednak tylko taki-na pewno też będzie pyszny. Dalej mix masła orzechowego i galaretki winogronowej, kultowe amerykańskie smarowidło do pieczywa, dalej kalifornijska marmolada pomarańczowa-przysmak Arka, niżej od lewej flan-przepyszny meksykański deser, jedliśmy go w Monterey. Dalej kultowe dla mnie cukierki Jelly Belly w nieziemskich smakach (arbuz, pina colada, cappuccino, mus czekoladowy, popcorn z masłem i inne szaleństwa). I na koniec coś, od czego Arek dostaje obłędu i co kupiłby za każde pieniądze-cajeta, czyli meksykański wynalazek-karmel z koziego mleka. Gucio też pokochał ten smak!
Tuesday, October 2, 2007
Muzyka Miasta
"Muzyka miasta - to oddech miasta...
... Nie dla wszystkich dostęna, jak najwyższa kasta...
...To pot ludzi ciężko pracujacych...
...To choroby ludzi od nich konajacych...
...Muzyka miasta i jej proste założenie...
...Stopa to grzech, a werbel wybaczenie...
... Ilustruje natchnienie tych co chcieli pisać...
...Odrzucili opcję o nich na ulicy słychać....
...w radiu odpoczywa, przekaz w sobie kryje...
...Miasta muzyka gorycz zycia przełyka, probemów dotyka, nie boi się rozglosu...
...To jest nowa droga wyjścia z chaosu. Muzyka w miście tak jak my w rzeczytwistości...

...Trzeba nabrać ostrości w patrzeniu i pisaniu...
Sunday, September 30, 2007
Szukając siebie..czyli wizyta Arka i Gosi
Dwa tygodnie minęły jak jeden dzień...dwa tygodnie a wrażeniami można by obdzielić przynajmniej pół roku mojego warszawskiego życia. Od czasu, gdy odebrałem Arka i Gosię z lotniska SFO nasz wspólny pobyt w tym mieście stał się przedziwną podróżą w czasie i przestrzeni. Każdy dzien był trochę inny, coraz bardziej emocjonalny, każdy dostarczał coraz to nowych wrażeń. Zbyt dużo tego wszystkiego, by móc o tym dzisiaj w jednym podejściu do
klawiatury napisać. Na szczęście umówiliśmy się, że wszyscy opublikujemy swoje wrażenia na blogu niezależnie i tym samym damy jakiś szerszy obraz tego co się przez ten czas działo...
Ja zaczynam...
Pracy już dawno nie traktuje jako sposobu na odmierzanie czasu. Odkąd pracuje w biurze, strasznie wieje nudą, każdy dzień z grubsza wygląda tak samo. Każdy, ale nie tamten!18.09.2007-dzień, w którym odwiedziła mnie Gosia z Arkiem. Pamiętam te momenty podekscytowania i radości, gdy jechalem BARTem na lotnisko. Znów będę mógł się cieszyć osobami, które stanowiły o kształcie mojego minionego zycia, znów będę miał dla siebie pierwiastek warszawski, znów będzie z kim pogadać o czymś więcej niż o pospolitym bla bla bla, ale czy znowu będzie tak jak dawniej?

W drodze na lotnisko...to juz tylko chwila ;-)
Lotnisko 18.09.2007 godzina ok.22
Rzuciliśmy się sobie w ramiona, dotarli! Są w San Francisco! Cali i zdrowi, choć nieco zmęczeni ;-) Pierwsze trzy dni pobytu to raczej walka z jet-lagiem i zwiedznie miasta. Kiedy ja siedzę w biurze Gosia z Arkiem zliczają tzw.kanon San Franowy, czyli cable carsy, fishermans wharf, union square, no i Yerba buenę w porze moich lanczy ;-) Wszyscy tak naprawdę czekamy na piątek, wtedy odbieramy wynajęty samochód i wyruszamy w podróż za miasto. Niepokoje się trochę trzecim dniem Jet laga u Arka i Gosi, ja nie znosilem tego tak źle...Na szczęście trzeci dzien byl ostatnim "przespanym"...Ruszamy ;-) Z tego okresu naszego wspólnego pobytu zapamiętam radość pierwszych dni i kolację w Chinatown "u Wampira". Tak nazwaliśmy naprawdę legendarne miejsce, pod którym nocami ustawiają się kolejki gości chcących sprobować najlepszej chińskiej kuchni w okolicy. Bardzo dobra knajpka z charakterem - niewielu kelnerow decyduje się na zabranie menu klientowi sprzed nosa, gdy dowiaduje się, ze jest on w tym miejscu pierwszy raz. Zaufaliśmy i sie opłacilo! Tuż obok znajduje się bardzo ciekawy budynek, we wnętrzach którego kręcono "Wywiad z Wampirem". W tym okresie pojawialy się też liczne problemy i dylematy na skutek telefonów z Warszawy, bałem się że to może zepsuć radość naszych kilku wspólnyh dni.
21.09- 24.09.2007 Yosemite park, Lake Tahoe
Dostaję smsa "zgadnij jaki mamy samochód? Nam się podoba, Chociaż ty możesz
być zawiedziony ;-)". Nie trafiłem z odpowiedzią. Myślałem, że bedzie to jakiś amerykanski klasyk, lub bmw. Na rogu mission i 5tej stoi...Toyota rav4.Faktycznie, trochę się zawiodlem. Po pracy wsiadamy w nasze nowe wozidełko i ruszamy w kierunku Point Reyes. Pierwsza probka kalifornii! Kręte górskie serpentyny, Ocean w dole, zachod Słońca na horyzoncie. Dojeżdżamy do Stinson beach i decydujemy się na powrót z powodu migającej rezerwy. Mistyczne widoki Kalifornijskiego wybrzeża były dla mnie pierwszą zapowiedzią niezapomnianych przeżyć.
First touch of California...
Bo życie nasze...
sklada się z...
cudownych chwil...
i pięknych momentów...
Wracamy na Beale street, po dordze robimy zakupy jakich do tej pory jeszcze tutaj nie robiłem ;-) Przekonuję Gosię i Arka do obejrzenia Pitbulla, serial bardzo nam się podoba i decydujemy się na download dalszych odcinków. Ekipie towarzyszy ostatnio spory rozgłos, dlatego w okienku "wyszukaj" wpisujemy także ten tytuł. Mija noc, budzimy się i wyruszamy na zachód do Yosemite National Park. Co prawda ten temat wymaga osobnego posta, ale ja postaram sie tylko powiedzieć na szybkości to co warto zapamiętać i co chcialbym sobie powspominać jeśli za kilka lat wpadnę na pomysł przecztania jeszcze raz not-so-close'a. Sam Park jest ogromnie wielki i zróżnicowany jeśli chodzi o atrakcje, ktore zafundowała turystom natura! Są ogromne drzewa, góry, majestatyczne widoki, wodospady, osuwiska, jeziora, ośniezone szczyty. Wszystko to podane jest w takiej formie, że ja jako czlowiek pozbawiony kompleksu bycia fizycznym ułomkiem czułem sie wobec potęgi natury malutki jak ziarenko piasku targane najmniejszym nawet podmuchem wiatru. Obrazy ktore tam widzialem, są tym co możesz zobaczyc czasem w Polsce, tylko jest jedna rzecz. Tutaj wszystko musisz pomnozyc razy dwa, lub pięć.




G claims that this is perfect place to dive...she's always right...
Choć sam park przywitał nas deszczem, brakiem rozsądnych miejsc noclegowych i filmami o niebezpieczenstwie czekającym na turystow ze strony tutejszych brunatnych niedźwiedzi wszyscy zgadzamy się razem, że była to niezapomniana przygoda! Muir Loge i wszystko co się po dordze wydarzyło zapisujemy po stronie legendarnych miejsc i sytuacji. Niezapomniane przeżycia!
Extra Blanket ;-) i od razu znajduje się w czołówce "the best of..."
Aż łza się w oku kręci, gdy człowiek konfrontuje te wspomnienia z beznadziejną perspektywą przsemijalności czasu. Wpsomnienia - to jedyne co daje nam nadzieję. Pitbull i ekipa do snu.
Lake Tahoe.
Była to pierwsza okazja do wyjechania na chwilę poza Californię.To legendarne jezioro znajduje się na granicy dwóch stanów, Nevady i Kalifornii właśnie. Miało to byc nasze pierwsze wspolne nurowisko, ale okazało się, że nie jesteśmy należycie przygotowani na tak niską temperaturę wody. Odpouszczamy.
To nie Lake Tahoe co prawda, ale rownie zimno.... ;-)
Chcemy wynająć łódź motorową, ale tą atrakcję zamieniamy na podróż dookoła jeziora. Nie żałujemy! Na parkingu w South Lake Tahoe poznajemy Polaka, który pracuje tam od roku. Ruszamy w podróż dookoła jeziora. Szczęki zbieramy z ulicy za każdym razem, gdy zatrzymujemy się na parkingu kolejnych punktów widokowych. Kulminacyjnym punktem podróży wydaje się być Dom przy Fleur Du Lac, w ktorym kręcono "Ojca Chrzestnego". Nie prawda, kulminacyjnych punktów było jeszcze wiele, rozmowy o życiu w atmosferze zrozumienia podczas drogi powrotnej do SF to nieocenione chwile. Co zapamiętamy? Wszystko co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, miało tak nieobliczalny charakter, że z latwością wpisuje się na karty legendarnych chwil, które będą wspominane wyjątkowo cieplo-zupełnie nie po fińsku ;-).
Pitbull i Ekia na zakończenie ;-)
25.09-27.09.2007 San Francisco i okolice
Zapamitam niemiły wtorek w pracy, w ktory to wtorek "wrzucono" mnie nieprzygotowanego na spotkanie z architektami. Trudno, trzeba było dać radę, zauważylem też, że takie próby juz mnie tak nie stresują. W ogóle przeżywam delikatny kryzys w pracy zawodowej. Potrzebuje więcej adrenaliny a nie kolejnych godzin w biurze (to naprawdę smutne w kontekście mojej przyszłej publikacji na blogspocie). Całe te trzy dni to w głownej mierze nasze życie "po godzinach", czyli genialny wieczór w japonskiej restauracji o nazwie "Sushi Bum" ;-) wśród rozstawionych tależy z naprawdę dobrą japońską kuchnią. Zapamietam smak zupy Misu i bardzo dobre Sushi Maki i Nigiri. Najcieplejszym momentem tych trzech dni byl wypad do Muir Woodsa, czyli parku krajobrazowego, w którym rosną najwyzsze drzewa (choć nie wiem czy swiata) tzw. Red Woodsy. Ciekawe dyskusje, duzżo smiechu i celowe zignorowanie nakazu opuszczenia parku po 19stej okazało się dobrą miksturą, by nazwać ten wypad klimatycznym. Gosia z Arkiem w tym czasie odwiedzają także winnice w regionie Sonoma i Napa. Dostaję smsa "Życie jest piękne" i mimo, że siędzę w pracy naprawdę w to wierzę. Po ich powrocie wybieramy się na Twin Peaksa i podziwiamy z jednaj strony wzgórza - zachod Slońca nad Oceanem, z drugiej zaś wieczorne życie San Francisco.
Widok z Twin Peaksa
Gosia i Arek są juz bardzo dobrze oblatani po mieście. Kanon San Franowy już dawno zdążyli rozszerzyć o dzielnicę homoseksulaitów Castro, Golden Gate Park, Richmond, Sunset i kilka etnicznych, kolorowych i oryginalnych dzielnic. Owocem tych wypraw poszukiwawczych są...owoce morza. Niezapomniane kolacja w miłym klimacie i dlatego tuz obok legendarnego wareckiego indyka trafia do pantenonu niezapomnianych wieczorów!

Kapitan na pokladzie! Czyli Kapitania noga w nowych pantsach. Prawdziwy skarb ;-)
28-29.09.2007 Big Sur, Monterey
Weekend zaczynamy od obejrzenia mojej przyszłej kwaterki. Mam możliwość zamieszkania z kolegą z pracy. Denis pochodzi z Hong-Kongu i jest pracoholikiem...Bardzo doceniam jego poświęcenie w pracy, ale na obecnym etapie zycia poszukuję rozwoju na innych plaszczyznach swojego ja.W mieszkaniu panuje niesamowity nieład. trochę mnie to zniecheca, ale odpowiedzi jeszcze nie dałem. Dziś wreszcie po miesiącu tulaczki po obu Amerykach do San Frana dojechał Ronin (ten sam Ronin z Warszawy). Co prawda nie mogę się z nim zdzwonić, ale jeśli uda mi się z nim nawiązać kontak mam nadzieję, że damy radę coś Wspólnie znleźć. Marcin jest odróżnikiem i myślę, że jest dalece ciekawszym roommatem niż zanurzony w pracy, aczkolwiek sympatyczny azjata.Arek i Gosia mają podone opinie, ale ostatecznie zgadzamy się, że jest to dobry plan ewakuacyjny. Następnego dnia rano, wyruszamy w kierunku Monterey. Niestey moje emocjonalne slabości i narastające poczucie nadchodzących chwil rozstania wprowadzają trochę niespokojny nastrój. Zamknięcie w Toyocie rav 4, przemierzając Kalifornijski szlak widokowy numer 1, poruszamy się po niebezpiecznych rejonach naszych osobowości, ale naszczęscie znamy się nie od dziś i w momentach krtytcznyh potrafimy obrocić to wszystko na swoją korzyść. W takim właśnie kryrtycznym momencie uratowalismy naszą podroż po Big Sur'ze, który jest dla mnie absolutnie mistycznym miejscem! Wielka atentyczna sztama na krawędzi urwiska. (poniżej zdjecie zastępcze) .
Wilka kalifornijska sztama!
Jest to autentycznie miejsce, które odkrywa przed turystą swoje uroki w sposób
bardzo przemyslany i z zadziwiającą konsekwencją. Powoli, bardzo stopniowo, nie
pozwalając wydobyć z siebie najmniejszego jęku zawodu. Kolejne Vista pointy kładą na łopatki poprzednie, nie można pozostać obojetnym na te widoki. Gosia wróciła tu po prawie 10. latach, to nadało także odpowiedni klimat naszej urodzinowej podróży.
Big Sur 1
Big Sur 2
Co mnie nie dziwi, coraz częsciej (czyli często) pojawiają się verbalizowane
przez Arka i Gosię uczucia tęsknoty z Guciem czyli synem. Bardzo im tego
zazdroszczę. Wreszcie przyglądam sie "normalnej", zdrowej rodzinie, cieszę się
z nimi ich szczęściem. Martwią mnie tylko momenty, w ktorych wspominaja o powrocie...widać Amsterdam wciąga nie tylko mnie :-( Mimo wszystko zgadzamy się, że Big Sur jest wielki! Po drodze zaliczamy Santa Clarę, ktora budzi w nas mieszane uczucia. Arek i Gosia są zawiedzeni, ja czuję delikatne satysfakcję. 15. lat temu decki desek skatebordowych pochodzące z tego miasta były absolutnym olimpem i czymś tak samo mistycznym jak Levisy 501 czy pierwsze nagrywki zachodniego MTV na VHSie. W sumie Santa Clara wygląda mniej więcej jak Mielno w środku martwego sezonu. Nic ciekawego, na dodatek wesole miasteczko, ktore dominuje nad krajobrazem promenady pogłębia jeszcze dziwny klimat opustoszenia i dodaje miasteczku niezbyt atrakcyjny odpustowy klimat
Santa Clara - powrót do przeszlosci...na ławki i pod bloki
Monterey, czyli hołd składamy Gosi.
Monterey i obiecany kalifornijski Księżyc, ktory dziś świecił tylko dla G.
Ten dzień jest w ogóle wyjatkowy. Dziś G. obchodzi swoje urodziny ;-) Ona jest entuzjastką Steinbecka. Kto czytał Tortilla Flat, wie o czym teraz mówię. W samym mieście spotykamy się z żyzliwością policjantów i jemy absolutnie mistyczną kolację w Meksykanskiej restauracji. (opis wkrótce ;-) ) Chcialbym przypomnieć sobie za kilka lat te wszystkie smaki, widok za oknem, nasze rozmowy i postać kelnera - Estebana. Absolutnie profesjonalna obsluga w wykonaniu bardzo doświadczonego meksykanina, wyglądającego jakby rodem z fimlow Quentina Tarantino. Zarabia dobry napiwek za niezłomność, kulturę i rzetelność. Widać po nim przynajmniej 30 lat w zawodzie. Respekcik.
Wznosimy toast za G. i popijamy Margaritę.
Meksykańska uczta!
(Na opisy jedzenia w ogóle musicie poczekać nim Warszawa upora się z powrotnym jet-lagiem ;-) ). Trochę czuję się glupio, wiem ile G włozyla starań w nasze imprezy urodzinowe, które były naprawdę gigantyczne. Mam uczucie, że cokolwiek bym zrobił nie dorosnę do jej talentu organizacyjnego. Zabraklo trochę czasu i mojej spójności emocjonlanej. targany sprzecznymi przemysleniami, narodzilem sie w tym miejscu na nowo. Twierdzę jednak, że urodzinki G będziemy pamiętać bardzo, bardzo ;-) i długo, dlugo ;-) Przepraszam i dziękuję za wszystko! Wpisalem w albumie "Wsród bliskich czas tak szybko mija, ale nie przemija". Wierzę, że zapamiętamy tamte chwile. Cale szczescie dzis juz wiem, ze Jubilatka jest zadowolona z tego kolorowego i niepowtarzalnego dnia! Ufff...Cale szczescie ;-)Zapomnialem dodać. Pitbull na zakonczenie dnia ;-)
W Monterey po cichu odliczamy już godziny do oddania naszej dzielnej Tojki. Powiem szczerze - bardzo ją polubiłem. Sprawowała się bardzo dzielnie i była naszym drugim domem. Przejechaliśmy nią ponad 2000km w ciągu zaledwie 8 dni. Chroniła nas przed deszczem i zimnem gór, nocą, brakiem ewentualnych noclegów i biletów komunikacji miejskiej. Zalatwilismy dzieki niej naprawdę sporo spraw! Wielkie Dzięki! ;-)
Chociaż z drugiej strony wiem, że w momencie jej oddania przezyliśmy największy kryzys...Trudno - żelazo chartuje się w wysokich tempreaturach. Czasem (tzn. jeszcze) nie potrafie się inaczej zachować, musiałbym sie chyba gdzie indziej wychować. Przepraszam.
Kilka chwil później jacuzzi i basen, znów wprowadzają rozluźnienie, ekstremalna radość płynie z każdej strony. Arek jest naprawdę w tym wszystkim wielką osobowością. Szacuneczek ;-).
29.09-30.09.2007 Alcatraz, Beale Street, SFO
Alcatraz to naprawdę długo wyczekiwana atrakcja, którą juz na początku wspólnych podróży
zarezerwowaliśmy sobie na sobotę. Znów tykający zegra daje znać o sobie, ale bez przesady. Mowimy po prostu szczerze o wielu trudnych kwestiach. To lubię...bez cukru i ładnych opakowań, choć wiadomo...niektóre prawdy często trudno przełknąć ;-) (Dajemy radę mimo wszystko!). Alcatraz od 1963 roku jest naprawdę dobrze zarabiającą na siebie maszynką.
Alcatraz
Wtedy to własnie najslawniejsze więzienie stało się własnością Parku Narodowego Golden Gate i otworzyło swoje mroczne cele dla licznych rzeszy turystów. Strasznie klimatyczne miejsce z wyrazistą przeszłościa i naprawdę profesjonalnym opakowaniem! Podróż po więzieniu zajmuje około 2 godzin, ale ja najbardziej zapamiętam wspolne chwile w sali jadalanianej, w której sobie na chwilę przysiedliśmy i robilismy zdjęcia stóp ;-) Ostatnia podróż z G i przewodniczką opowiadającą o próbach ucieczki z więzienia, statek, nocny spacer, chińskie jedzenie, zinfandell i jacuzzi nadają charakter tym ostatnim wspólnym godzinom.
Arek jest najlepszym portrecistą jakiego znam...Alcatraz - widok na spacerniak
Ostatnie widzenie...jadalnia Alcatraz.
Naprawdę mamy 5 minut dla siebie.
Zabawne jest, że z tego tygla emocji i odwołań do przeszlości udalo sie zrobić coś tak niesamowitego. Potwierdza się stara reguła, że piekne chwile nie przychodzą na zawołanie, one po prostu znajdują ludzi, którzy są na nie gotowi. Wspolne nurki w basenie przy wpsaniałym słońcu to już ostatnie chwile nim poczułem przygnębiający ścisk w gardle... Dziś na lotnisku czułem się tak, jakbym żegnał sie drugi raz z najbliższą mi rodziną...Żegnał, ale tak naprawdę nie wiem na jak długo. Na Beale stricie ponura cisza i nieznośny porządek...Chcialbym żeby znów było jak wczoraj, jak tydzien temu. Utrata rodziny...obliguje nas do znalezienia rodziny...Nowej rodziny. Jestem na to gotowy, chyba do tego doroslem w Monterey. Ja też się tam urodziłem na nowo. Dom musi być wypełniony smiechem. Nie zapominam o Was, zobaczmy się w Warce! :-) Jesteście moją najbliższą rodziną (for sure). Trzymajcie kierunek na Frisco!
Pozdrawiam i dziękuję!
Coraz bardziej dochodzi do mnie, ze wyprawa do San Francisco to tak naprawde podroz w poszukiwaniu siebie...
Mimo, ze Beale Chata jest juz legendarna, odczuwam lekkie podekscytowanie z powodu zbliżającej, się wyprowadzki...Tyle sie tu wydarzylo w tak krótkim czasie, ale za duzo rzeczy ma tu emocjonalny podtekst. Jacuzzi to juz nie to samo...zamiast śmiechu jest milczenie...Dobrze, ze wpadł Ronin z kolegami na male piwo.
P.s. pozdrowienia dla EjjjjDablju, która moze być w szoku i moze byc na mnie trochę zla.


