Tuesday, October 16, 2007

Big fish weekend...

Ten weekend spędzamy na Oceanie. Po piątkowym, nieco kameralnym bryantowaniu (rozmowy w kliamcie służby specjalne i organiazja blackwater), wyruszamy wypożyczonym Pontiaciem Grand Sportem do Monterey. Rano chodzą za mną jeszcze wczorajsze tematy. Ronin ma sporo wiedzy w tym temacie i jakieś jeszcze niezbadane przeze mnie związki z kilkoma fajnymi instytucjami. Dojeżdzamy na miejsce. Szybkie przywitanie na prakingu w Marinie z naszym Kapitanem. Wrzucamy ciuchy i „wyroby lakiernicze” pod pokład, gromadzimy i konfigurujemy sprzęt – wypływamy. Zaraz po wpłynieciu na zatokę obieramy azymut na Ocean , stwaimy szmaty i ruszamy w kierunku horyzontu.







Wiatr w żaglach


Zabawa z łodziami zaczyna się dopiero wtedy, gdy wypłyniesz na tyle daleko, że nie widac już lądu a pod sobą i dookoła masz tylko wodę. Nam się to udaje. Za burty wyrzucamy wędki i czekamy na nasz darmowy obiad. W związku z niesamowitym lenistwem ryb, zmieniamy kilka razy miejsce naszych połowów. Cholera, wciąż nic nie bierze. Piotrek opowiada o swojej pierwszej morskiej, nieco szalonej wyprawie z Adrianem podczas ktorej przeprawiają się razem przez deszcze, sztorm i różnorodne przeciwności. Mi serce mocniej zabiło, Adrian to kolega Piotrka z warszawskiej Pragi mieszkający obecnie w NY. Zapowiada się bardzo miła historia, wiadomo....Na Pradze Panie, mieszkają weseli ludzie. Sytuacja przedtsawiała się tak. Chłopaki nie mając żadnego pojęcia o żeglowaniu wpadli na pomysł zakupienia łodzi i wybrania się nią na Ocean. Według relacji Piotrka od pomysłu do realizacji upłynęlo tak mało czasu, ze na Otwarte wody wypłyneli w t-shirtach i krótkich spodenkach...szczerze wspołczuję ;-). Trudno Nam sobie wyobrazic co się tam mogło dziac, ale z opowieści wynika, ze wtedy zadzialaly wszytskie prawa Murphy’ego. Czyli to co się mialo złamac po prostu sie złamało, to co miało odpaśc - odpadlo a to co mialo działac...nie działało. Ostatecznie chłopaki spedzili dwa dni na Oceanie nie do konca wiedząc co się dookoła nich dzieje. Tego mi własnie trochę w życiu ostatnio brakuje – wariactwa.. Nawet jesli po latach mamy tendencje do lekkiego podkolorowania to i tak jest co wspominac...Dzięki mojemu niespokojnemu usposobieniu do dzis z kumplami z kaltki mamy o czym rozmawiac przy rożnych okazjach.



Decydujemy się popłynąc w kierunku skalistego brzegu i tam szukamy swojej szansy na darmowe sea foodsy. Po kilku godzinach plywania po Oceanie i bezradnej obserwacji łatwosci z jaką na sasiedniej lodzi ludzie wyciagaja kolejne rock fishe decydujemy się wypłynąc jeszcze dalej. Cumujemy nieco bliżej brzegu, rozpoczynamy połowy. Menu kolacji otwiera Dorota małym rock fishem. Marcin jakby od niechcenia chwilę pózniej raz za razem wyciąga 4 piękne rybki, w tym jedną dwukrotnie (po udanej dla ryby próbie ucieczki z pokładu)!. Praktycznie zapewniamy sobie kolację w ostatnim momencie. Słońce zaczyna się powoli chowac za widnokręgiem.




Zaliczamy kapitalny zachód Slońca- ja mam okazję po raz pierwszy w zyciu doswiadczy tego zjawiska na Oceanie. Powoli robi się ciemno – ktoś rzuca wracajmy. Szybko orientujemy się, że coś jest nie tak....Tutaj powinna byc zaraz zatoka, a nie ma...i nawet jej nie widac. Sytuację pogarsza dodatkowo szybko zapadający zmrok. Na głowach lądują latrki czolowe a my lądujemy w kelpie (to pływające zielsko wodne- brunatnice – pamietacie ?). Jest ciemno i zupelnie nie widac gdzie płyniemy a jest to o tyle istotne, ze jestesmy bardzo blisko skalistego brzegu, wokół którego rosną całe ławice kelpu. Jest on o tyle niebezpieczny, ze wpływając w niego błyskawicznie wkręca się w śrubę silnika i podnosi stery. Możesz stracic dwie rzeczy na raz, ciąg i kontrolę nad łodzią. Marcin z latarką staje na burcie i staramy się manewrowac łodzią tak, aby omijac te wodne przeszkody. Niestety nie udaje sie to zbyt dobrze. Jest go po prostu dookola zbyt dużo i zauważamy go dopiero w ostatnim momencie, gdy jest już tuż tuż przed dziobem. Kilka razy musimy opuszczac podniesione stery, silnik mieli nieprzerwanie brunatne wodorosty. Mimo panującej ciemności staramy się za wszelką cenę wypłynąc w Ocean. Kiedy w końcu nam się to udaje i pozostawiamy za sobą cąłe hektary pomielonego kelpu zaczyna się kolejan walka. Tym razem ze swellem, który uderzając w burty łodzi wprowadza delikatne zaniepokojenie wśród załogi. Nie wiemy gdzie jesteśmy. Jest ciemno i do tego zagraża nam Ocean. Walka jest nierówna. Musicie wiedziec, że ze swellem da się walczyc efektywnie tylko jeśli go widzisz i jesteś w stanie w miarę wcześnie ocenic jego kierunek i siłę. Nie mamy tej możliwosci, ale mamy kapitana, który wie co mamy robic. Musicie po prostu brac swell tyłem, zawsze wtedy gdy jest to możliwe. Nam sie to na szczęście udaje, czasem jeszcze silnik zduszony wysilkiem daje znac, ze wpływamy w kelp. Myślę sobie, że nie możemy starcic silnika w tym miejscu. Swell miałby przewagę. Decydujemy się na szersze rozeznanie sytuacji. Skoro zawodzi nas intuicja podroznicza, czas odpalic GiePeeSy. Niestety nie możemy potwierdzic naszej pozycji drugim urządzeniem, wiec zdajemy sie na to co pokazuje glowfish. Na szczescie Marcin notorycznie aktualizuje pozycje satelit, więc bierzemy malutki zielony punkcik na niebieskim tle jako naszą aktualną pozycje na Oceanie. Od tego momentu sytuacja wydaje sie byc opanowana. Wiemy gdzie jesteśmy i gdzie mamy płynąc. Jest dobrze, nie ma kelpu, swell traci na sile, my mamy tylko trzymac się z dala od brzegu, żeby nie rozbic się o skały. Udaje się nam to z resztą z powodzeniem. Zapowiadal się mały Stalingrad, ale w tym momencie dochodzi do mnie , że emocji starczyło tylko na te pierwsze 20 minut naszej powrotnej podróży ;-) Siadamy na burcie i gadamy o tym, w którym momencie będzie bezpiecznie obrac kierunek na zatokę. W nocy jest jeszcze fajniej niż w dzień. Wiesz, że łodzią rzuca fala, ale nie wiesz jak duża ona jest i nie wiesz jaka fala podąża zaraz za ta, na którą właśnie złorzeczysz. Nie masz żadnej szansy na równą walkę z Oceanem. Na szczęście tej nocy Pacyfik był dla Nas łaskawy. Mam wrażenie, że nawet gdybyśmy szli na dno, z Piotrkiem jakoś bym to zniósł. Gośc wie co ma robic, a nawet jak nie wie to i tak coś robi – to bardzo dużo. Szczęśliwie nie ma już tej nocy szans na żaden capsize...zapamietajcie to słowo jeśli chcecie...To jest po prostu postawienie łódki do góry dnem. Sytuacja została opanowana - płyniemy prosto na Monterey, wchodzimy do zatoki....i tracimy światła obrysowe. Stoję więc na dziobie z latarką czołową świecącą na czerwono. Wierzycie w prawa Murpheyego? Ja wierzę, brak świateł to jedyne co świadczy o naszej walce z siłami natury, ale przecież padły nie z powodu kelpu czy swella. Jak coś się ma zepsuc to sie zapesuje, przekonuje się o tym kolejny raz, poza tym humory dopisują. Zaraz zjemy złowiony diner.



Na nabrzezu mariny Ronin z Piotrkiem oprawiają złowione okazy i po chwili rzucamy je na ruszt. Fiu , fiu po okolicy niesie się niezly zapach. To znów była udana kolacja (Dorota jest kolejną osobą ekipy na odpowiednim miejscu). Po szkle do gardła spływa Seagrams extra dry...rozmawiamy, śmiejemy się, ja głównie słucham. Znów mam okazję uczyc się od satrszych – korzystam. Pokladam sie ze smiechu, gdy slysze opowiesci z cyklu "podaj tasmę" (nie chodzi o film, ale tez nie za bardzo wiem jak wytlumaczyc niewtajemniczonym o co chodzi). Zasypiam i jest to jedna z najlepiej przespanych nocy w ostatnim czasie.
Rano chłopaki wypływają dinghy na połowy ryb, domyślam się, ze mają tam świetne widoki i dobrą zabawę. Mamy ze sobą kontakt radiowy. Ja wstaję nieco później i siadam sobie na nabrzeżu. Słońce, ciepło, morze, zapowiada się naprawdę miły dzień. Lato w pełni...a to przecież pora zimowa u bram!


na Oceanie zawsze dmucha

Wypływamy łodzią w poszukiwaniu halibuta, rzucamy przynęty, ale tym razem Ocean spycha nas do Mooringu .Gwałtowne zachmurzenie i wiatr dają mi do myślenia jak łatwo sytuacja z miłego leżakowania na łodzi może zmienic się w mało atrakcyjną walkę z przeciwnosciami i siłami natury .

Nóż w wodzie


Ten weekend upłynął pod znakiem niezrozumiałych do końca relacji. Na łodzi każdy miał swój jakiś problem do załatwienia, od rana w sobotę widac bylo że Kerownik źle zaczął dzień, na łodzi toczyły się też jeszcze inne rozgrywki. W niedzielę atmosfera gęstniała z każdą godziną. Na szczęście Ocean i wiatr w żaglach odcięły mnie od tego zupełnie. Z resztą kto miał się cieszyc tą wyprawą na pewno nie był zawiedziony. Na koniec Piotrek opowiada na łodzi o życiu i przygodach w Californii, mam podobny mindset, w życiu musi się coś dziac, też nie lubię wiedziec co czeka mnie jutro. Znow milo posluchac. W końcu decydujemy sie na powrót do San francisco, Piotrek odstawia nas pojedyńczo za pomocą dinghy na nabrzeże. W trakcie tej krótkiej podróży dziekuję mu za kolejny weekend, było warto...wyjechac z kraju by poznac nowych ludzi.

Kerownik at work, czyli nasz „Kaowiec” (animator kulturalno-oświatowy)

P.s. Własnie się dowiedzialem! Szok! Trzymam kciuki za pewien projekt "w klimacie"! Trzymam tak, aż do krwi.

16.10.2007

Respekt dozgonny dla G i WP za najmniej oczekiwany prezent w moim życiu ;-) Total !

Monday, October 15, 2007

Ulica Śreniawitów

Tak się właściwie wszystko zaczęło. Urodzilem się w polowie...Gdzieś tak w polowie miesiąca, gdzieś tak w polowie drogi do szpitala...Mój dzień urodzin - druga rocznica wyboru Papieża Polaka.
Ponoć tego samego dnia pękła gdzieś szyna na trasie Warszawa - Otwock, a ja mam z wrzeszczącą mordą zaraz przywitać świat. Ale teraz jeszcze nie wiem nic o urokach podróży koleją, pękniętych szynach, Papieżu Polaku...to ostatnie chwile gdy ktoś o takie rzeczy martwi się za mnie...

Tak bylo 27 lat temu ;-) Urodzilem sie na Pradze.

Update 9.35pm:

Dzień dobiega konca...Czas na refleksje.
Respekt dozgonny dla G i WP za najmniej oczekiwany prezent w moim życiu ;-) Total ! Wbito mnie w podlogę tą przesyłką.

Cygro

Prawdziwe, ręcznie skręcane. Kto mnie zna wie, że mam slabosc do takich detali. Lubię i czasem pozwalam sobie, jednak tylko w trakcie specjalnych okazji. Do tego belgijskie czekoladki i stylowa obcinarka. Mam nadzieję, że bedzie moim dozgonnym towarzyszem w kazdej takiej specjalnej okazji. Wszystko podane w bardzo ładnej formie.

i Rum...
czyli prezent, ktory sam sobie zrobilem. Prawdziwie wloskie rzemiosło na najwyzszym poziomie. Buty w kolorze capalbio rum. Po miesiącu chodzenia, podziwiania i przymierzania...

Dziekuję jeszcze raz Wszystkim, którzy się tu wpisali, wysłali maila lub zlozyli zyczenia osobiscie. G, WP, KERO, EjDablju, Kejt, Kordian K, Baśka B, EG & reszta rodziny, GieeN, Affan i KZ ;-) Thanks to all !!!

A po pokoju roznosi się właśnie zapach czekolady Kirklanda...ajjj. W tle 17sty Pitbull-Klasyka!

Friday, October 12, 2007

Manual of freediving...

Mam swoje dwa światy, dziejące się równolegle. W jednym jestem, w drugim chciałbym być… Nie mam odpowiedzialności przed nikim za lawirowanie miedzy ich brzegami, nie do końca tam , nie w pełni tu. Mam za to konsekwencje wynikające z tych słabości. Jacques Mayol w pogoni za swoją arkadią. Jestem tutaj - kogo to obchodzi??

Fragment "Opowiadań z Warszawą w tle" autor Piotr Balas

"That's true..It's much better down there..It's a better place.."

W San Franie nurkowie nie mają latwo...Ocean jest zimny, zatoka niezbyt atrakcyjna a poza Bay Area najblizsze jezioro z bazą nurkową w okolicy to chyba Lake Tahoe. Czyli nurasy maja tutaj pod przyslowiową "nurkową górkę".

Jesli jednak będziecie juz w San Franie i jestescie zdeterminowani by ponurkować to polecam sprawdzić te adresy.

Najblizsze downtown centrum nurkowe, które znajduje sie w Sausalito (na pólnoc od miasta), po drugiej stronie Golden Gate'a to harbordive.

http://www.harbordive.com/

Tutaj z kolei macie centrum nurkowe na poludnie od San Francisco, jeszcze na pólwyspie, niedaleko San Jose,

http://www.diverdans.com/

a tu kolejne w Monterey...i ono wlasnie wyglada najrozsądniej ;-)
Tam chcę ponurkować.

http://www.mbdcscuba.com/

Mozecie tez odwiedzic stronę

http://www.sanctuarycharters.com/

i sprobowac nurów w National Marine Sanctuary...

no to glebokosci i zapasu w butli (płucach) ;-)

Thursday, October 11, 2007

Pro Arte et Studio -Nieznośna Czystość Rzutu-

Od najmłodszych lat wykazywałem uzdolnienia plastyczne. Udalo się, (nie tylko mi) zauwazyc ten talent w miare wczesnie i juz zupelnie samodzielnie postanowilem rozwijać te umiejętności na różnych etapach swojego zycia. Przedzszkole i szkoła podstawowa to zdecydowanie czasy, w których miałem okazję porównywać swoje prace z pracami rówieśników. Stąd też źródło bierze moja świadoma decyzja o wyborze drogi życiowej. Szkoła średnia czyli Technikum Architektoniczno – Budowlane to pierwszy znaczący krok w rozwoju technik rysunkowych. Setki zarysowanych arkuszy papieru rysunkowego i technicznej kalki. Dziesiatki zużytych rapitografów i litry tuszu przeniesione na papier. Zdecydowanie bardzo dobra szkoła dla młodego chłopaka marzącego o budowaniu budynków. Potem pierwsze kontakty z programami typu CAD (wtedy jeszcze Mega Cad), ale też wielka antypatia do tego typu rysowania. Zawsze ceniłem sobie perfekcje rzemiosła. Mieć szansę zrobić coś tylko raz i nie zepsuć tego, ba zrobić to idealnie - to jest wyzwanie! Takim właśnie wyzwaniom starałem się podołać przez 7 swoich pierwszych lat w zawodzie. WAT czyli przygoda z piekielnie drogim, ale wyszukanym i dosyć hermetycznym Allplanem niemieckiej firmy Nemetschek. Jestem w 90% samoukiem. Wiedzę techniczną, która zdobyłem i umiejetności zawdzięczam w głównej mierze swoim chęcią, szkole średniej i pracom na budowie. Po wielu latach semi-profesjonalnego zadawania się z branżą budowlaną w 2003 roku stanąlem oko w oko z moim największym w tamtych czasch marzeniem. Metropolitan. Wielu znajomych (i także kobiety z tamtych lat) zadawało sobie pytanie czemu zawsze spotykamy się w okolicach Teatru Wielkiego – zawsze przy tej głośnej budowie? Wiadomo pierwsza miłość ;-). Mało tego, o wyborze szkoły językowej zadecydowało wlasnie sąsiedztwo tej głośnej budowy. To były dobre czasy. Po wielu przygodach i oddaniu budynku Inwestorowi trafiam do warszawskiego oddzialu miedzynarodwoej firmy projektowej Ove Arup & Partners. Oznacza to, że stałem się (nieformalnym jeszcze) członkiem biura, w którym pracował Peter Rice. Nie wiecie jak wielki to dla mnie zaszczyt. Ten bardzo zdolny człowiek bezpośrednio współpracował z Renzo Piano na wielu projektach, stając sie niemal jego nadwornym konstruktorem. Po kilku miesiącach przygody w biurze, w atmosferze niezbyt jasno sprecyzowanych planów co do mojej osoby podejmuję wszelkie możliwe starania, aby znaleźć się na budowie Ronda 1. W końcu po bardzo rzeczowej rozmowie z Rafałem ląduję na kolejnym moim wielkim projekcie. Rondo – czyli jak dotąd największa przygoda zawodowa i moje wielki pragnienie tamtych lat. Mam do dziś zdjęcia pustego wykopu, którym się mocno ekscytowałem i chciałem uczynić swoim udziałem wypełnienie go tym spektakularnym budynkiem. Evviva L’arte!! R1 to dla mnie najlepszy (nie tylko zawodowy) okres...i znów jestem w grze! Najbardziej prestiżowa budowa tej części Europy w owym czasie wznaoszona na podstawie rysunków opatrzonych moimi podpisami! Są to miesiące, gdy z GNem wypracowujemy GMP Standard i prześcigamy się wraz z kolejnymi wydaniami w osiąganiu coraz to wyższej jakości. Wtedy myślałem, że miażdżymy całą resztę branży i rzeczywiście było w tym trochę racji. Na polskim rynku nie widziałem do tej pory zbyt wielu schludnie i rzeczowo opracowanych dokumentacji. My jednak wtedy posługiwaliśmy się zbyt prostymi narzędziami, aby móc być na szczycie listy. Jest wiele dobrych biur. Jedno z nich, od którego wszystko się zaczęło, to dla mnie - dziś już legendarne TKT, którego rysunki kiedyś przyprawiały mnie o zawrót głowy. W końcu po 16 miesiacach wytężonej pracy przy realizacji tego najbardziej prestizowego biurowca, trafiam z powrotem do warszawskiego biura Arupa. Moja przygoda trwa w nim 18 miesiecy i przez ten czas do najwiekszych przeżyc zaliczyłbym międzynarodowy projekt, w który zaangażowane były biura projektowe na linii Sheffield -Londyn –Moskwa- Paryż-Warszawa. Byla to (dla mnie) 370 metrowa wieża w Jekatrinburgu, na którą za przyzwoleniem swojego Kierownika Zespołu, dostaję wyłączność w materii graficznego opracowania projektu. Duże znaczenie w tamtym okresie dla podjęcia starań nad dopieszczaniem dokumentacji miał wybór zaproponowanego właśnie przez warszawskie biuro (czyli przez mnie) sposobu prezentacji graficznej dokumentacji rysunkowej. Jest to kapitalna szansa bycia w projekcie na 100%, która to okazja nigdy wczesniej niestety mi się w Warszawie nie zdarzyła. Niestety na skutek transferowych spraw związanych z wyjazdem do San Francisco nie mogłem się juz zupełnie poświęcić projektowi w ostatnim tygodniu wydawania dokumentacji. W atmosferze jeszcze odczuwalnego pośpiechu projektowego związanego z wydaniem schematic design, znajduje się jedną nogą (dosłownie) na pierwszym podwodnym projekcie Arupa we Wrocławiu (jako jeden z jego pomysłodawców). Ledwo zdążyłem wyschnąć a już wsiadam do samolotu, aby po czternastu godzinach lotu znaleźć się w zupełnie sobie obcym miejscu - San Francisco. Od razu zauważam inną jakość modelu. Jest czysty schludny i zazwyczaj robiony jedną ręką, bardzo podobnie i powtarzalnie. Wśród amerykańskich biur architektonicznych jak do tej pory największe moje uznanie wzbudza Heller Manus, który wydaje projekty najbliższe ideałowi poczucia mojej estetyki. Lubię ich. Poza tym to profesjonaliści bez zadęcia. Byłem na spotkaniu projektowym-wiem co mówię. Drażni mnie brak dbałości o obszar modelu w projektowaniu komputerowym. Oni dbają nie tylko o model. Właściwie w Warszawie poznałem tylko jedną osobę, która w profesjonalny sposób podchodzi do rysowania (choć nie twierdzę, ze nie ma ich więcej). Poza tym Okres warszawskiego Arupa to czas , w którym robię ciągle postępy w dziedzinie rysowania. Wprowadzam nowe standardy cadtoolsowe na projekcie rosyjskim, uczę się juz od dosyć dawna cad ducta (pierwsze profesjonalne rysunki 3d) oraz bardzo ładnego od strony graficznej, choć nadal prostego programu Cad Vent. Wciąż za sprawą Kordiana poznaję nowe funkcje Autocada. Pamietajcie! Nigdy nie możemy powiedzieć, ze znamy ten program w stu procentach. On jest ograniczony tylko ludzką wyobraźnią, wiec można w nim robić praktycznie wszystko i uczyć się go praktycznie przez cale życie. Na tym etapie rozwoju równie ważną osobą, która zawsze mi imponowala w dziedzinie kreślenia rysunków staje się Konrad M. - kolega z Technikum, pracownik Biura Architektonicznego w Warszawie. Co ciekawe nie tak dawno dostaje od niego propozycję zajęcia się architekturą, bardzo kusząca propozycją….
Ale jednak jestem tu – w San Francisco
Jak bardzo amatorsko posługiwalem sie do tej pory Cadem, mogę właśnie z tego miejsca ocenić. Niedawno zacząłem swoją wielką (mam nadzieję) przygodę z programami ABS i Revit. Pracując na najnowszych wersjach tych programów mam wreszcie przekonanie, że mam doczynienia z najbardziej zaawansowanymi na swiecie narzędziami do opracowywania dokumentacji graficznej. O to mi cale życie chodziło...Chcę robić to na światowym poziomie...a potem ten poziom przeskoczyć...


Epilog: Oczywiście prawda jest brutalna....Za rok, pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat okaże się na jak pierwotnym poziomie dzisiaj posługuję się cadem, ale droga jaką przebyłem, żeby być w tym miejscu, ilość upokorzeń, porażek, upadków mniejszych i większych, kilka znacznych sukcesów sprawia, ze wierzę w to co napisałem...”Chcę stanąc obok swoich bohaterów… Mimo, ze do końca wcale nie jest blisko…około coś jak stąd do San Francisco ;-) „

CA z widokiem na Bay Brigde, rok 2007

Pozdr dla GNa - jedynego inzyniera z tych ktorych znam, ktory twierdzi podobnie jak ja, ze inzynieria to sztuka...Evviva L'arte!

Wednesday, October 10, 2007

Technikalia - część kolejna

- W pracy wreszcie zacząłem posługiwać się nowym dla mnie softem. Autocad Building System w wersji 2007.1. Nowe wyzwania i nabywanie kolejnych umiejętności sprawiło, że przynajmniej na jakiś czas przestałem marudzić w pracy i po pracy. Okazalo się, że pierwsze profesjonalne rysunki 3d robiłem już w Warszawie. Tutaj mi dodatkowo za to płacą. Miło...

- W związku z nowym softem, ktoś zauważyl, że moj komputer jest już stary ( p4 3.0Ghz, 1GB ramu-stary!!??), ktoś napisał maila do działu IT, ktoś zamówił nowy komputer, informatyk zapytał sie tylko, kiedy moze mi go podłąćzyć....heh...a jednak da się! Revit, ABS i inne ekstremalnie drogie narzędzia pojawiają się w moim komputerze natychmiast po wypelnieniu internetowego formularza...Po kilku latach zawodowej przygody, wreszcie nie musze walczyć z informatykami. Wydaje mi się to prawie nierealne.

- Głównym problemem, który nie daje mi spokoju jest język angielski. Nie przypuszczalem, że w tej kwestii będzie aż tak pod górkę. Znam zbyt wiele osób, ktore posługują się świetnie tym językiem, żeby pozwolić sobie na niegramatyczne dukanie. Aby wreszcie poczuć wiatr w żaglach muszę mieć zupełną swobodę w komunikacji, dawałem sobie na to trzy miesiące, ale praca w słuchawkach na uszach i wgapianie się w monitor nie służą rozwojowi w tej materii. Do tego dochodzą częste kontakty z polish community. Tracę koncepcję co robić, żeby nie wrócic językowo tak jak przyjechałem...angielski poza tym nie jest moim ulubionym językiem, on mnie po prostu nie lubi...mści się na mnie za to, że przez 23 lata swojego zycia zwyczajnie go olewałem.
Aber das ist doch nicht ethisch! Come on…

- Dzisiaj byliśmy z Roninem w nowym mieszkaniu, moja obecna sytuacja lokalowa ulegnie drastycznej zmianie z dniem 15.10. 2007. Mieszkanie mojego kolegi z pracy to okolo 70-80 metrów. Dennis jest inzynierem z Hong Kongu - pracujemy w jednym dziale. Bedziemy prawdopodobnie mieszkać jakiś czas we troje. Słabo...trzeba sie przyzwyczaic do współdzielenia przestrzeni życiowej, chodzenia po routerach, switchach, kablach, papierach, gazetach i innych duperealch. Dowiedziałem się o sobie podczas wyjazdu, że nie lubię przesadnego bałaganiarstwa. Podczas wyjazdu staram się mieć wszystko poukładane na swoim miejscu. Dziwne w Warszawie nie zawsze mi się to udawało.

-Po Beale street a tym bardziej Bryancie zastanawiam się czy nie opuścić San Francisco i czy nie zamieszkac gdzieś na przedmieściach. Tam można w podobnej cenie wynając cały dom z garażem, jacuzzi, basenem, siłownią czy czym tam jeszcze...mam też pewne inne plany, które wymagają większej przestrzeni życiowej. Lubie też mieć dużo gosci...

- Prasowanie nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Tutejsze deski do prasowania i dotychczasowe żelazka to jednak badziew ostatni. Żaluję, że nie mam tutaj warszawskiego Azura i jakiejś stabilnej dechy. Koszule niedoprasowane ;-( (nie lubię), ale za to pachnące i wyprane.... Nauczyłem się obsługi pralki i suszarki wraz z cąlym tym ceremoniałem dodawania płynanów i zapachów w odpowiednim czasie i proporcji.
Umiem wyprać zarówno rzeczy kolorowe jak i białe. Nie jest to takie oczywiste tym bardziej, że na poczatku myliłem plyn do płukania z płynem do prania. Okazuje się, że jak trzeba można się wszytskiego nauczyć.

- W Warszawie zaczyna się ciekawa inwestycja w miejscu dawnego kina Skarpa. Nie mogę się doczekać kiedy zobaczę pierwsze rendery i efekt końcowy. O miasto trzeba dbać (szczegolnie swoje wlasne). Wydaje mi się, że to może być (po dluższym okresie posuchy) wreszcie jakiś dobry / ciekawy projekt.

- Dzisiaj rocznica śmierci Andrzeja Zauchy

Był jednym z największych talentów wokalnych i muzycznych w historii polskiej muzyki. Prawdziwy talent, człowiek obdarzony wielką skalą głosu, feelingiem i estradową charyzmą. Zginął zastrzelony 10 października 1991 roku, Miał 42 lata.
Z zawodu zecer i muzyczny samouk. Debiutował jako perkusista w amatorskim zespole
Czarty. Później został solistą grupy Telstar. W latach 1968 - 1972 był wokalistą jazzrockowej grupy Dżamble. Wystąpił z nią m.in. na SFJ Jazz nad Odrą 69 we Wrocławiu. W 1971 roku związał się z zespołem Anawa, z którym nagrał LP „Anawa”.
W latach 1973-1979 śpiewał i grał w zespołach rozrywkowych za granicą. Współpracował z ../wiki/Jazzm.in. z
Jarosławem Śmietaną, Michałem Urbaniakiem i Janem Ptaszynem Wróblewskim, oraz z zespołami jazzu tradycyjnego Old Metropolitan Band jako perkusista i Beale Street Band jako wokalista.
Zginął zastrzelony.

(info za serwisem internetowym jazzgazeta)

Pamiętam doskonale ten dzień, nie wiedziałem tylko, że to juz 16 lat…
Informacja ta pojawia się na skutek sentymentu do szalonych lat 90tych, Andrzeja w ogóle i nazwy Beale Street Band. Nigdy bym nie przypuszczał, ze sam bede na niej mieszkał ;-)

- Z rana dostałem maila z wywaidem, w ktorym czytam, że aktorka ktorą miałem okazję poznać opowiada o życiu, teatrze i nowym filmie. Główną rolę obok S, będzie grała (moja!) warszawska Praga. Smutno mi się zrobiło, gdy pomyślałem o ulicy naczelnikowskiej, ziemowita, siennickiej, szwedzkiej. Zdecydowalem się to napisać w mailu.

„To nie o to chodzi... ale z tylu rzeczy zrezygnowalem w Warszawie, ze nie ma juz co sie zastanawiac czy to mialo sens, czy nie..(...)

Narazie musze poznawac ludzi, ale absolutnie nie wiem gdzie....nie lubie glosnych miejsc.
Nawet moja Praga musi pozostac w cieniu tego co jest tu i teraz....ciezko mi wpsominac stare, czasy, gdy tu jeszcze zycie sie nie zaczelo na dobre.(...) Musze chyba calkowicie przewartosciowac swoje zycie , zeby nie wracac do warszawskich czasow, coraz czesciej dochodzi do mnie przykra refleksja, ze te sentymentalne podroze w czasie niczemu nie sluza...
mam ochote na nowe zycie...”.

Chociaż cieszę sie, ze dostaje jeszcze maile z Warszawy. Dziekuję

Wiem, ze ludzie wolą zajmować się swoimi sprawami, zwłaszcza, gdy siedząc w Polsce oglądają zdjęcia i czytają o życiu w Kalifornii.


- W dowód na to, że nie zawsze jest kolorowo i z cukrem pozwolę sobie przytoczyć maila od mojego Project Managera z Ronda 1. Traktujcie to jako absolutny almanch, gdy wyjedziecie na dlużej z kraju... Są to prawdziewie święte słowa...Okazuje, się że budowy to poligony, na których kształtują się długotrwałe i wartościowe znajomości. Moja największa zawodowa przygoda zaczęła się właśnie dzięki Rafałowi! On nawet nie wie ile mu zawdzięczam ;-)

„Pierwsze miesiace sa zawsze straszne. Naprawde okropne. Zwlaszcza jak mija pierwsza euforia i zaczynasz wszystko widziec w czarnych kolorach. Ja siedzialem sam. Nikt nie rozumial co mowie a ja nie rozumialem innych. Gubilem sie w miescie. Rozbilem 3 samochody i nic nie bylem w stanie zalatwic z Arabami. Zasypialem na spotkaniach bo do domu wracam po 21 a mam tylko 1 dzien wolny w tygodniu. Dopiero po trzech miesiacach troche mi sie polepszylo. Ale poczatek zawsze jest okropny. Zwlaszcza jak mija pierwsza euforia i zaczynasz sie porownywac do innych. Zacisnij zeby i wytrzymaj ten pierszy okres. Po pol roku bedziesz sie smial.
Musisz tylko oderwac sie od myslenia o tym co zostawiles w Polsce i wspominania jakie wspaniale miales mozliwosci i cudownych ludzi. Jestes teraz TAM i naprawde masz SUPER MOZLIWOSCI. Ludzie by duzo dali zeby byc na Twoim miejscu. Piotr, zacisnij piesci i nie dopuszczaj do siebie mysli ze jest ciezko. I duzo ogladaj. Nie daj sie wpedzic w cztery sciany. Nawet jak jestes zmeczony to idz na spotkanie z innymi ludzmi. Nawet jesli ich nie rozumiesz. Nawet jesli sa glupkami i prostakami. Zaciskaj zeby i idz.”

- I będę szedł...
Zrozumiałem, że muszę korzystać z życia tutaj na tyle ile tylko mogę i na tyle na ile jestem w stanie...szczegóły może już wkrótce, a może wcale nie tak prędko, ale na pewno będą...
(Nie lubię, gdy słowa wyprzedzają czyny. Mam wrażenie, ze ubieganie faktów przeszkadza w późniejszej ich realizacji - to moja schizofreniczna natura).

Pozdrowienia dla G i RT

Monday, October 8, 2007

Los Padres National Forrest czyli bum bęc tratatata

Piątek / Sobota

Weekend zaczął się od wprowadzenia do nowego mieszkania, choć w tym przypadku powinienem powiedzieć otwarcie - od wprowadzania do nowego apratemantu (ponad 100m2). Z legendarnym Beale street nie miałem nawet zbyt duzo czasu, zeby sie pozegnać. Po prostu wyszedłem rano do pracy tak jak zazwyczaj. Zostawiłem tylko swoje spakowane rzeczy w korytarzu, klucze położyłem na blacie w kuchni. Popatrzyłem ostatni raz na chatkę i zatrzasnąłem drzwi. Prawdopodobnie nie prędko będę miał tak łatwy dostęp do jacuzzi i basenu ;-( Szkoda, móglbym miec takie miejsce do zycia w Warszawie ;-). Po pracy okazuje się, że nowy apartament jest bardzo duży i ekskluzywny, ale niezbyt pasujący do mojego kawalerskiego sposobu życia.


Kiedyś przechodzilem tędy obok, dziś tu mieszkam...i od razu godzinę po wprowadzeniu zaczyna się polska parapetówka

Tuz za oknem mym...

Zatoka o poranku...bez wychodzenia z domu...


Nie ma to jak San Franowy poranek...

Szybkie rozeznanie w układzie pomieszczeń, sprawdzenie listy obecności mojego bagażu i...okazuje się, że muszę w trybie awaryjnym pojawić się w swoim dawnym lokum. Firma przeprowadzkowa uznała moje ksiazki, dokumenty i gazety za śmieci. Ktoś postanowił wyrzucić przygotowane przeze mnie brown bagi zamiast je za mną przeprowadzic. Po szybkiej interwencji udaje mi sie ocalic większość rzeczy. Dostaję jeszcze na jedną noc klucze do mojej starej miejscówki, idę więc ja odwiedzić. Otwieram drzwi i okazuje się, ze obraz zastany w beale chacie jest przygnębiający. Puste ściany, zero mebli i wykładzin, w kącie wystaje tylko kabel od internetu i kablówki. Na podłodze znajduję w torbie foliowej dwie pary butów, które w sposób symboliczny zakończyły swój żywot właśnie w tym legendarnym miejscu.

Last Tango on Beale street


Legendarnym…ale to juz niestey koniec. Cieszę się ze tak wiele osób mogło cieszyć sie z gościnnych czterech kątów Bayside village ;-). Ktoś zauważa analogię rostania się z dotychczasowym adresem do rozstania się z Bravolotem i ma bardzo wiele racji. Sudden death.

Wracamy na 38 Bryant street (czyli przeprowadzka na druga stronę ulicy) ;-)
Czekamy z Roninem na gości- dzis impreza z polskimi san frnaowiczami.
Pierwszy przyjeżdza na rowerze Marcin - Informatyk i podróżnik polskiego pochodzenia z kanadyjskim paszportem. Rozmawiamy o podrożach, życiu, san franie, formule 1 (Marcin jest w temacie dłuzej niz wiekszosc polskich kibicow ;-) ). Dowiaduję się jak i gdzie można ściągnąć całe wyścigi z sieci. Rozmowy o literaturze ( w tym rosyjskiej o ktorej niewiele wiem), polskiej muzycem, Kanadzie i Indiach (o których także niewiele mi wiadomo). Przychodzą Piotrek z Dorotą - zaczyna się prawdziwie polska impreza ;-) W międzyczasie przynosimy do domu przygotowane na zaplanowany wcześniej wyjazd tobołki, upewniając się tym samym, że pewne bardzo wartościowe przedmioty nie zmienią wlaścicieli tej nocy. Wnosząc futerały z karabinami do naszego aprtamentu, starsze panie przy windzie pytają się, czy będziemy głośno grać na instrumentach, bo one nie za bardzo lubią słuchać głośnej muzyki. Mówimy, żeby się nie obawiały, bo w futeralach nie ma instrumantów tylko wędki na ryby. Zapewniamy sąsiadki, że na pewno będzie cicho ;-) Jest to pierwszy sygnał, że Bryant street to nestorowania w najlepszym wydaniu ;-).

Whisky z colą i lodem, opowieści podróżnicze Piotrka oraz rozmowy o broni i życiu urozmaicają nam czas do piątej nad ranem. W tle leci legendarny Miś Stanislawa Barei. Było bardzo wesoło i w kliamcie ;-) Trudno…co robić ?? ;-)

Sobota

Dzień zaczynamy o 8. rano. Pogoda jest totalna. Słońce i ciepło od rana, ale bez przesady, tak powinna mi się zawsze kojarzyć Kalifornia. Niestety San Fran nie oferuje takich atrakcji codziennie. Jest raczej wilgotny, czasem wietrzny i na pewno też chłodniejszy niż kontynent. O 9. jesteśmy juz w drodze do...Los Padres National Forrest.
My wybieramy miejsce totalnego odosobnienia w środku ogromnego lasu, do ktorego dojeżdza się przez poligon wojskowy US Navy, oraz niesamowicie kręte górskie drogi. Nie ma żartow, mijamy tabliczką "Be prepared to meet your God, no gas and water 100 miles".

Widok z pokoju dziennego...

Widok z sypialni

big blue

Jesteśmy na miejscu około pierwszej po południu. Widoki zapierają dech w piersiach. Rozkładamy się na szczycie góry, rozmawiamy o życiu i rozmaitych przygodach, zaczynamy zabierać sie do tego co wlaściwie nas tutaj przyciągnęło. Strzelanie z ostrej broni – chodziło to za mną od czasu przylotu do SF. Myślałem chociaż o prostej „siedemnastce” a tutaj jest naprawdę milo ;-) Arek byłby pewnie zachwycony i zapewne miałby najlepsze wyniki, ale niestety...oto dlaczego żałuję braku kilku osób tutaj w Kalifornii.

Precyzja

Brutalna sila

Brutalna sila i precyzja

czyli bum bęc....
tratatata

Tres Delinquentes...

Po strzelaninie oglądamy kapitalny zachód Słońca nad spokojną powierzchnią majestatycznego oceanu oraz przyrzadzamy na „zakazanym ognisku” ekstra rybkę. W tle znow pojawia się seagrams, rozmowy i śmiech. 1200 metrow nad poziomem oceanu zapada zmierzch. Zaczyna się robić chłodno. Piotrek i Dorota nocują w samochodzie, ja z Roninem okupujemy namiot. Zapowiada się noc pełna mocnych wrażen. Uposażeni w noktowizor, lornetki, latarki czołowe rozmawiamy do późna i koło północy idziemy spać. Piotrek przestzrega nas przed pumami, kojotami i niedzwiedziami. Ładnie…po filmach z Yosemite ( o których pisała Gosia) wiem, że nie ma żartow. Zasypiam z shotgunem przy boku, cztery naboje leżą pod ręką. I naprawdę nie są to żarty. Na szczęście tej nocy zimna krew i szybka, trzeźwa reakcja się nie przydały.

Pompka 12 gauge ammo czyli...nie zapukam a i tak wejdę ;-)
To tez jedyna ochrona przed atakującym niedźwiedziem...

Budzi mnie o 2.20 ogromny hałas trzepoczącego na wietrze tropiku od namiotu. Niestety na szczycie góry zerwała się ogromna wichura, która nie pozwala nam usnąć. Własciwie leżymy w spiworach, pod sprawsowanym ogromną siłą wiatru namiotem. Czuję się jak na wyprawie ekspedycyjnej National geographic. Leżymy w milczeniu z Roninem starając się zasnąć. Około 4 nad ranem do namiotu przychodzi Piotrek, wspólnie zastanawiamy się co dalej robic? Okazuje się, że siła wiatru jest tak ogromna, że nawet w samochodzie trudno spokojnie zmróżyc oko. Decydujemy się przeczekać ten kataklizm i ewetualnie o świcie uciec gdzieś w niższe partie gór. Na zewnątrz szalej wichura, tumany piasku przelatuja z kazdej strony namiotu. Przeżywamy najgorsze chwile. Przestawiamy samochód i osłaniamy choć trochę namiot. Czasami włącza się alarm i migają lampy awryjne. Wiatr, spadające szyszki czy może jakiś nieproszony gość? Na szczescie okolo 5tej zawierucha ustaje i udaje nam sie przespać jednym ciągiem do 9tej nad ranem.

Nedziela.

Zaraz po pobudce, siadamy na pniu drzewa, aby wygrzać się trochę i nacieszyć widokiem w dole. Słońce grzeje dosyć mocno i po nocnej zadymie nie pozostał żaden ślad. Przed naszymi oczami, (a wlasciwie pod stopami) Ocean nadal zachwyca ogromnym spokojem. Piotrek opowiada o swoim hobby krótkofalarstwie-czyli łączności radiowej z całym światem i o tym jak dzięki temu zainteresowaniu spędził kilka tygodni na Karaibach i w Australii.

Pogadajmy...

Dowiadujemy się z jego opowiesci o bardzo ciekawych ludziach, ktorzy mieszkają na wszystkich lądach i ocenach. Można ich bardzo łatwo poznać i spotkać, wystarczy pasja, trochę chęci i prosty nadajnik. Piotrek opowiada o swoich początkach za granicami kraju, o Francji, Nowym Jorku, Kalifornii.
Jestem pod wrażeniem jego opowieści o Polaku, który podróżował kiedyś samotnie jachtem po Morzach i Oceanach świata. Właśnie dzięki krótkim falom, poznaje na odległość i po pewnym czasie spotyka się z Piotrkiem w Nowym Jorku. Zaprzyjaźniają się, odbywają podróż po Australii, spotykają się ponownie po pewnym czasie na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Tam podróżnik poznaje swoja przyszła żonę...pielęgniarkę z Polski, która porzuca pracę i udaje się jachtem ze swoim jeszcze niedoszłym mężem do Australii.
Niezłe! Okazuje się, że można żyć inaczej…i da się.
Znów robimy sobie małą ucztę. Śniadanie i strzelanina. Pierwszy raz zdejmuję z 70 metrów cel, ktorym jest mała butelka po heinekenie. Okazuje sie, ze z moim strzelaniem nie jest tak źle jak myślałem ;-) 100 metrów to naprawdę niewiele więcej.
Wracamy na szczyt góry delektować się widokami Big Sura. W dole majestat i potęga natury!



Big Sur (ale ponoć nie Ser)

Obserwujemy wieloryby i piękno krajobrazu.
Piotrek znów opowiada, tym razem o polskich czasach; o stanie wojennym, o jego partyznatckiej walce z zomo i o młodych wrocławskich latach. Bardzo lubię słuchać tego gościa. Widać, choć nie od razu, ze jest bardzo nieszablonową postacią. Odważny i nie bojący się ryzyka człowiek, aż milo poznać...Ja posypuję sobie głowę popiołem, moje dotychczasowe doświadczenia to naprawdę niewiele. Piotrek spędza poza krajem 20. rok swojego zycia, zdobywając po drodze kupę znajomości, doświadczeń i umiejętności (sprawnie posługuje się językiem polskim, angielskim, francuskim, rosyjskim). Weekend jednak upływa nam pod znamkiem Deutsch Kali sprechen ;-) dlaczego nie verstejen?? ;-) Ja dowiaduje się, że upływający czas i kolejne wyzwania uczą zycia. Siedzimy na skarpie, bawimy się dalmierzem i lornetkami, decydujemy sie na zjazd na legendarną trasę widokową numer jeden. Jedziemy w kierunku Monterey. Znów zachwyca mnie piekno wybrzeża Big Sur. Kapitalny klimat, pełne Słońce i spokój oceanu. Zatrzymujemy sie na jednym z licznych punktów widokowych, obserwujemy przez lornetke pływające delfiny. Ajjjj. Czemu weekend nie może trwać wiecznie?
Gdy mamy juz jechac, na plac zajeżdża dosyć osobliwa grupa posiadaczy samochodów marki PT Cruiser. Jest to fan klub tych maszyn. Średnia wieku 50+ lat. Doskonale wiem jak to wygląda u nas na cargo i w borkach, stąd moje nie małe zdziwienie. Wniosek: Tutaj ludzie potrafią się cieszyć życiem znacznie dłużej.
W Monterey czas na bardzo dobrego Clam chowdera, niestety ogromna porcja psuje ogólne bardzo dobre wrażenia. Nie możne tak przeginać z rozmiarami ;-)
Poznajemy trójkę Polaków, od których bierzemy jacht należący do Piotrka i wyruszamy na połów ryb.


Wyruszamy

Człowiek i morze, nie masz się co kłócić...jesteś tutaj gościem. Natura dyktuje warunki...

Spokój i potęga Oceanu oraz siła wiatru dają do myślenia. Chyba najbardziej ekscytująca podróż! Przyprawiona niedawnymi wspomnieniami pamiętnych urodzin i legendarnej kolacji u Estebana ;-) G. Sto lat niesie się jeszcze po zatoce ;-). Popijamy, poławiamy, rozmawiamy i znów dowcipkujemy. W drodze towarzyszą nam foki i kormorany. Foki wyskakują z wody zupełnie w ten sam sposób co delfiny. Choć wiadomo delfiny to zupełnie inna bajka.

Monte Carlo czy Monterey ??

Podłapuję kilka nowych żeglarskich doświadczeń, poznaję trzy nowe żeglarskie słowa. Dinghy- czyli bączek, tzw. mała łódka motorowa służąca do schodzenia z jachtu na brzeg, Kelp to z kolei brunatnice żyjące w wodzie, Swell-tzw. rozbujana fala martwa na Oceania, niebezpieczna, gdy stoi sie do niej bokiem.



Po godzinie 19stej wracamy na marinę, dokujemy jacht i ową naprawdę małą łódeczka motorową dobijamy na nabrzeże. W drodze powrotnej Piotrek znów opowiada, tym razem o tym jak sprawnie życ w Stanach i jak sie tu „nie dac”, znów powraca do czasów francuskich. Rozmawiamy o geo-polityce, kulturze europejskiej, o słabości jej polityki zagranicznej mającej swoje źródło w katolicyzmie i nie przygotowaniu Europy na siłę rozprzestrzeniania się Islamu. Okazuje się, ze USA to wciąż kraj wielu uprzedzen i nietolerancji ;-. Każda rasa ma tu odpowiedni status społeczny, narzucony przez lata doświadczeń, z którym ciężko walczyć tym, którzy się na to nie godzą. W San Jose okazuje, się ęe uciekł nam ostatni pociag do SF. Piotrek podwozi nas do Frisco. Wielkie dzięki Piotrek! Za cały weekend, inspiracje, opowieści i poświęcenie (Piotrek, nie lubi za bardzo frisco).


Piotrek - czyli if you don't risk anything, you risk even more... tez tak myślę

p.s. Znam swoją Mateczkę na tyle dobrze, ze jestem niemal pewien jej zaniepokojenia z powodu braku ode mnie jakiego kolwiek znaku życia. Wbiegam do mieszkaania, sprawdzam wyświetlacz telefonu. O dziwo zero smsa z Warszawy !! Wanna, skype, gg, mail, not-so-close, zwei glasses of Turning Leaf. Zero wiadomości z Warszawy…hmmm…Zdziwiony i bardzo zmęczony zasypiam. Rano budzi mnie sms od siostrym i wiem, ze jednak mam instynkt…miałem rację ;-)

Thursday, October 4, 2007

Kalifornia-10 lat później...czyli nasza Kalifornijska przygoda oczami G.

Kalifornia, listopad 1997-jestem w podróży z Chrisem przez USA (Boston-LA-SF-NY). Naszym środkiem transportu, a i przez połowę trasy sypialnią jest czarny Ford pickup. Podróż jest niskobudżetowa, pośpieszna (Chris musi wrócić do pracy w NY), jest przesiąknięta zapachem cannabis i odbywa się w rytm muzyki Boba Marleya, Jamesa Browna i Grateful Dead. W mojej pamięci pozostał szum Niagary nocą, grób Presleya w Memphis, kaktusy na kempingu Santa Rosa w New Mexico, miasto Albuquerque, wyrastające jak spod ziemi, otoczone krajobrazami z filmowych westernów, Grand Canyon-milczący i wzbudzający niesamowity szacunek kolos i przepiękne wybrzeże Kalifornii Big Sur. Mój niesmak wzbudza kiczowate Las Vegas, świątynia pieniądza z ulicami zaśmieconymi ulotkami reklamującymi legalne w stanie Nevada domy publiczne. Złego wrażenia nie są w stanie załagodzić tanie motele o wysokim standardzie, darmowe drinki w kasynach i wypasione jedzenie za grosze. Wszystko to ma służyć wyciągnięciu ze mnie jak najwięcej kasy na hazard, ale ja na szczęście nie daję się porwać w wir gry. Wolę grac w pokera o szyszki, ewentualnie rozbieranego. Los Angeles również nie przypada mi do gustu-korki, kiczowate Hollywood Boulevard i nawet sławetny napis na wzgórzu nie robi na mnie wrażenia. To miasto pachnie mi plastikiem, obłudą i sztucznością. Uciekamy czym prędzej w kierunku Big Sur, nocujemy na wybrzeżu Pacyfiku na przepięknych kempingach z olbrzymimi i pachnącymi drzewami. Na San Francisco mamy tylko pół dnia, szybka fotka na tle Golden Gate i kolacja w Chinatown. Nie mam szans poczuć klimatu miasta, ale tak jak LA wzbudziło antypatię od pierwszego wejrzenia, tak SF sympatię i wiem, że chciałabym kiedyś tu wrócić i poznać je lepiej.....
Impossible is nothing, i tak 10 lat później udaje mi się wrócić do Esefa i stwierdzić ze to najwspanialsze miasto w jakim kiedykolwiek byłam. Owszem, Dubrownik i Wenecja są pięknymi perełkami w których nie śpią bezdomni na ulicach, ale są to miasta w których mieszkańcami są głównie turyści i w związku z tym należą do zupełnie innej bajki. Jak dotąd moim ulubionym miastem w USA był Boston, ale SF bije je z kretesem. Jest pełne uroku, fantazji, niesamowitych widoków, krętych i stromych uliczek, kolorowego tłumu na ulicach, atmosfery liberalizmu, swobody i tolerancji. Czuję się tu prawie od razu jak w domu i nawet w biedniejszych dzielnicach ani razu nie odczuwam żadnego zagrożenia i lęku, co kilkakrotnie zdarzyło mi się w przytłaczającym i trudnym dla przybysza z zewnątrz Nowym Jorku.
Oczywiście wracając tu po 10 latach trudno obyć się bez porównań... Kalifornia 2007 a Kalifornia 1997 to niebo a ziemia.... Przede wszystkim towarzystwo-jestem tu z mężczyzną mojego życia, Arkiem i Piotrkiem, przyjacielem i prawdziwą bratnią duszą. W 1997 byłam w najdziwniejszej relacji z zupełnie nieodpowiednim facetem-wybacz Chris, ale byłeś niezłym psycholem, choć niepozbawionym dużej dozy uroku. Ale przez takie związki każdy kiedyś przechodzi, ważne żeby w nich nie utknąć na całe życie. Teraz towarzyszą mi dwie osoby przy których odczuwam prawdziwą bliskość i szczerość, co jest dla mnie największą wartością której nie sposób przecenić.
W 97 podróży towarzyszył pośpiech, większość rzeczy podziwiałam zza szyby samochodu (dziennie robiliśmy 500-800km). Teraz mam czas smakować to co widzę, powoli przyswajać to co mnie otacza. Zamiast cannabis jest czerwone wino, zamiast Marleya Herbalizer. Oprócz wspomnień mam teraz mnóstwo świetnych zdjęć, Piotrek i Arek to naprawdę wyjątkowo uzdolnieni fotografowie. 10 lat temu robiłam kiepskie zdjęcia swoim foto-idioto, Chris miał dobrej jakości lustrzankę i robił nią dużo zdjęć, ale nigdy mi ich nie przysłał pomimo obietnic- jak sądzę obraził się na mnie, ponieważ nie chciałam spędzić z nim reszty życia na paleniu trawki.

USA, 1997

W 97 spałam głównie w Fordzie który miał tylko kanapę z przodu (opanowałam co prawda do perfekcji spanie z nogami na kierownicy, ale trudno nazwać tę pozycję wygodną), w namiocie na kempingach ubrana w 3 swetry, żywiąc się głownie hot dogami na stacjach benzynowych no i będąc w stanie non stop upalenia trawką. Była to w sumie niezła przygoda, ale przyznaję że wolę spać w komfortowych warunkach mieszkania Piotrka na Beale street, po wygrzaniu się w jacuzzi i pływaniu w basenie, pić dobre czerwone wino i próbować codziennie innej kuchni świata. Chociaż nie ukrywam że z naszej trójki to chyba ja miałam największą ochotę na nocleg w nieogrzewanym namiocie w Yosemite przy –2stopniach, otoczona atakującymi niedźwiedziami... Szkoda tylko że za tę przyjemność żądano 100$.

Ponieważ Piotrek opisał już bardzo szczegółowo, barwnie i trafnie nasze wspólne podróżowanie, ja odniosę się do nazbieranych drobiazgów z którymi kojarzy mi się wizyta w Kalifornii.



Od lewej:
-Przewodnik po SF z mapą której używaliśmy do przemieszczania się po mieście. Niekiedy trochę zawodził, tak jak przy wycieczce do Golden Gate Parku. Jako rasowi Europejczycy chcieliśmy zaparkować przed parkiem i dojść do niego na piechotę. Niestety centymetr na mapie okazał się być 2 milami, a w parku okazało się że można się po nim swobodnie przemieszczać samochodem... Nieco zrezygnowani, z bolącymi nogami doczłapaliśmy do Japanese Tea Garden, a resztę parku zwiedziliśmy po kilku dniach naszą kochaną Toyą.
-Bilet do Cable Carsa, dojechaliśmy nim do Fisherman’s Wharf na samym początku naszego pobytu. Podróż zabytkowym wagonikiem po pagórkowatej ulicy Powell dostarcza niezłych widoków i wrażeń, zwłaszcza jak się stoi na zewnętrznej platformie.
-Bilety lotnicze... Podróż mieliśmy z dwoma przesiadkami, opóźnieniami, turbulencjami-ale dla San Francisco warto przejść przez te trudy, włącznie z odciskami palców zbieranymi po przylocie do Stanów. Ech, przed 2001 zdecydowanie przyjemniej wyglądały podróże samolotem.
-Bilet na wycieczkę do Alcatraz, która zwieńczyła naszą podróż. Udzielił mi się klimat izolacji w jakiej przebywali kiedyś więźniowie, smutne i depresyjne to miejsce... A może i świadomość że już jutro pożegnamy się z Piotrusiem i SF?

-Ulotka ostrzegająca przed niedźwiedziami z Housekeeping Camp w Yosemite, gdzie za namiot bez pościeli i kocy żądano 89$, i jest to najtańsza opcja noclegu w tym parku narodowym. My w końcu zanocowaliśmy w legendarnym Muir Lodge „Extra Blanket”, 30 mil za parkiem.
-Przewodnik po Yosemite i bilet wstępu. Park jest olbrzymi i niestety brak nam czasu żeby pojechać na jego południowy kraniec gdzie rosną sekwoje. Rekompensujemy sobie to kilka dni później wizytą w Muir Woods gdzie rosną Redwoods, gatunek drzew osiąga do 370 stóp wysokości (123 metry).
-Ulotka z knajpy Heidi’s gdzie jedliśmy typowe amerykańskie śniadanie (omlety i naleśniki wielkości młyńskiego koła, tosty, kanapki) po noclegu nad Lake Tahoe. Piotr, który ma zwyczaj jeść na śniadanie kubeczek jogurtu jest zbulwersowany wielkością porcji-myślę, że raz na rok takie śniadanie nikomu nie zaszkodzi. Jedzone natomiast na co dzień powoduje że wygląda się jak Amerykanie którzy siedzieli przy stoliku obok-jak monstrualne wieloryby.


Po powrocie z Yosemite i lake Tahoe musimy zrobić pranie. Na Beale street pralki nie ma, wyruszamy więc na poszukiwanie pralni na żeton. Nasze zaufanie wzbudza jedna w gejowskiej dzielnicy Castro, są wolne miejsca parkingowe, a naprzeciwko jest przytulna kawiarenka, w której przy pysznej kawie przeczekujemy kolejne fazy prania, wirowania i suszenia. W kawiarni każdy siedzi z nosem wtopionym w laptopa-muszę przyznać że ten znak czasów nie za bardzo mi się podoba. Ja rozglądam się dookoła, czytam darmowe gazety z ciekawymi ogłoszeniami (new boy in town... 8.5 inches, thick). Zabieram też ulotkę o Klubie dla Lesbijek-Businesswomen. Chociaż jestem absolwentką Gender Studies, przyznaję że koncept takiego klubu nigdy by mi nie przyszedł do głowy. Odwiedzamy też zabytkowe kino z początku XX wieku gdzie obok klasyków takich jak „2001-Odyseja Kosmiczna” ma się odbyć konkurs amatorskich filmów erotycznych. Szkoda że odbędzie się już po naszym wyjeździe. Pornografii nie znoszę, erotykę-uwielbiam.


Kolejnego dnia wyruszamy na zwiedzanie winnic w Sonomie, niestety bez Piotrka który musi być w pracy. Jest piękny, upalny dzień. Doliny, w których znajdują się winnice wyglądają jak Toskania, zatrzymujemy się przy pierwszej winnicy, płacimy 10$ za degustację i przeżywamy rozczarowanie. Wina są zdecydowanie zbyt kwasowe, bukiet też nie zachwyca. Decydujemy się na bardziej przemyślany wybór winnic i ruszamy szlakiem polecanym przez przewodnik Lonely Planet. Winnica Preston Vineyards ma dużo uroku, wina w niej jednak też nie zachwycają, może oprócz Barbery-ale nie na tyle żeby płacić za nią 30$ za butelkę... Kolejna winnica, z tasting roomem w jaskini—Bella, ma lepsze zinfandele niż poprzednie, a totalnie zachwyca nas Late Harvest Zinfandel, o wspaniałym, zrównoważonym i głębokim bukiecie z wyraźną nutą rodzynek. Będzie znakomitym deserowym dodatkiem do deski serów na kalifornijską kolację, którą chcemy urządzić w najbliższym czasie dla najbliższych (Piotrek, dasz radę???)
Ponieważ jest bardzo gorąco, decydujemy się odwiedzić pobliskie jezioro Sonoma. Jezioro jest czyste, przyjemnie chłodzi, jednak po wyjściu wiemy już czemu nikt oprócz nas się nie kąpie. Nasze stopy pokryte są małymi, czerwonymi pijawkami...udaje nam się na szczęście ich szybko pozbyć i wyruszamy do miasteczka Geyserville gdzie chcemy zjeść lancz. Niestety włoska knajpa Santi polecana przez Lonely Planet kończy serwować lancz o 14, przyjeżdżamy za późno. Na pocieszenie odwiedzamy pobliski tasting room gdzie można degustować wina z kilku najlepszych winnic. Próbujemy 3 różnych sangiovese, aż 6 zinfandeli i 3 merloty. Kupujemy dwa pyszne zinfandele, jeden jest tak rewelacyjny, że decydujemy przeleżakowac go do naszej następnej rocznicy ślubu.
Jak nietrudno się domyślić jesteśmy już mocno pijani, koniecznie musimy coś zjeść. Kupujemy w pobliskim deli kanapkę z pieczoną wołowiną, sałatkę ziemniaczaną i pyszne marynowane oliwki. Arek ostatkiem sił dojeżdża do winnicy Stryker Sonoma, gdzie w pięknym ogrodzie z widokiem na winne pola jemy późny lancz i usiłujemy wytrzeźwieć. Decydujemy się na ostatnią degustację, ale szczerze mówiąc nasze kubki smakowe odmawiają już współpracy-wszystko smakuje tak samo. Trochę zmęczeni i bardzo rozanieleni wracamy do SF, Arek co prawda po drodze narzeka na swoje spowolnione reakcje, ale na szczęście prawo stanu Kalifornia zezwala na aż 0.8 promila.


Tutaj przedmioty najcenniejsze, z wyprawy na Big Sur i Monterey, w którym obchodzę swoje urodziny. Big Sur robi na mnie jeszcze większe wrażenie niż 10 lat temu, im człowiek starszy i bogatszy w doświadczenia tym więcej zauważa i docenia. Dlatego wcale nie tęsknię do czasów kiedy miałam 22 lata (może tylko za tymi kilkoma kilogramami mniej;), najlepszy czas w moim życiu zaczął się przed trzydziestką i tfu żeby nie zapeszyć, trwa do dzisiaj. Niebieską wstążką obwiązany był prezent od P i A-wspaniały album ze zdjęciami SF-„Mystical San Francisco” wydawnictwa San Francisco Chronicle. Moje zdrowie pijemy Margaritą w rewelacyjnej meksykańskiej knajpie (okładka menu na dole po lewej), ale o jedzeniu będzie szerzej w kolejnym wątku. Po kolacji robię sobie zdjęcie na tle pomnika Johna Steinbecka, jednego z moich ulubionych pisarzy, na Cannery Row (od tej ulicy wzięła nazwę jedna z jego powieści, okładka na górze po prawej). Po kolacji relaks w jacuzzi w tonach atakującej nas piany o zapachu granata, i niestety powoli skrada się smutek, bo przypominamy sobie że już niedługo czas wracać....

Chciałam tu złożyć olbrzymie i gorące podziękowania dla Piotrka za to że zaprosił nas i ugościł w San Francisco. You rule man, and are very, very best!!! Była to najlepsza podróż w moim życiu, i to dzięki Tobie. DZIĘKUJĘ!!!

A na koniec coś dla łasuchów i małe preludium do następnego wątku-łakocie, które przywieźliśmy do Polski.


Od lewej od góry: syrop klonowy, uwielbiam ten smak, do naleśników, tostów francuskich, lodów. Kiedyś dostałam od byłego chłopaka Billa na Gwiazdkę pół galona (prawie 2 l!) syropu z Vermont, moim zdaniem lepszego od kanadyjskiego. San Franowy Safeway posiadał jednak tylko taki-na pewno też będzie pyszny. Dalej mix masła orzechowego i galaretki winogronowej, kultowe amerykańskie smarowidło do pieczywa, dalej kalifornijska marmolada pomarańczowa-przysmak Arka, niżej od lewej flan-przepyszny meksykański deser, jedliśmy go w Monterey. Dalej kultowe dla mnie cukierki Jelly Belly w nieziemskich smakach (arbuz, pina colada, cappuccino, mus czekoladowy, popcorn z masłem i inne szaleństwa). I na koniec coś, od czego Arek dostaje obłędu i co kupiłby za każde pieniądze-cajeta, czyli meksykański wynalazek-karmel z koziego mleka. Gucio też pokochał ten smak!

Tuesday, October 2, 2007

Muzyka Miasta

"Muzyka miasta - to oddech miasta...


... Nie dla wszystkich dostęna, jak najwyższa kasta...


...To pot ludzi ciężko pracujacych...


...To choroby ludzi od nich konajacych...


...Muzyka miasta i jej proste założenie...


...Stopa to grzech, a werbel wybaczenie...


... Ilustruje natchnienie tych co chcieli pisać...


...Odrzucili opcję o nich na ulicy słychać....


... Miasta Muzyka w domu ona żyje...

...w radiu odpoczywa, przekaz w sobie kryje...

...Miasta muzyka gorycz zycia przełyka, probemów dotyka, nie boi się rozglosu...



...To jest nowa droga wyjścia z chaosu. Muzyka w miście tak jak my w rzeczytwistości...



...Trzeba nabrać ostrości w patrzeniu i pisaniu...


...W tej sytuacji schodzimy do drugiego planu"


Piotr Vienio Wieclawski "Muzyka Miasta" Molesta Ewenement


Tutaj muzyka miasta miesza się z oglosem tramwai, samochodów, zgiełkiem ulicy, rykiem syren policyjnych, z angielskim, hiszpanskim, rosyjskim, polskim. Tak jest zawsze na Powell street pod Cable Carsami oraz na rogu Czawrtej i Market street.