Wednesday, November 14, 2007

The streets of San Francisco part 1.

Ostatnio trochę przykatowałem Was swoimi opowieściami, więc teraz daję w zamian kilka fotek miasta, o którym tu rzekomo mialem pisać ;-) Wiem, że każde zdjęcie jest dla Was wielką przygodą i dalece bardziej niż setki zapisanych tu przez mnie zdań pomaga Wam w odkrywaniu tego miasta.
Aż dziwne, że dopiero teraz na to wpadłem...

Zapraszam na spacer...

ulicami, ulicami...

miasta...

Chinatown

Ferry's Building interior

Powell street

Ten budynek z pewnością tez znajduje sie przy jakiejś ulicy... (chyba w bok od Powell)
Mission...

i 5th street...
Union square...
( pomiar światła jest wazny)
Hobart building (teraz zupełnie inaczej)

Transamerica Tower

Kurde zazwyczaj jak jest dobre swiatło...ja siedzę w biurze ;-( Tu Market street.

Co rano z przystanku oserwuję...Geary street i ten kosciół.

Prawie jak NYC


Zupełnie jak San Fran...widok z Twin Peaks

Zuruck mi tu kommen bitte!! :-(

To be continued... ;-)

Tuesday, November 13, 2007

Uchodźcy...tytuł alternatywny "cały czas rodzimy się na nowo" hmm

- Jest! Mam! Coś mam!
- To chyba coś dużego, ale się wyrywa franca jedna!
- Ricardo, możesz mi pomóc?
- Spokojnie, trzymaj ją, nie pozwól jej uciec, to na pewno będzie ładna sztuka, ale się pięknie rzuca. No dawaj, dawaj, podciągaj ją! Spokojnie, spokojnie, powoli, powoli, dawaj ją tutaj
- no, no!
- fiu, fiu, ale okaz!
- teraz uważaj, musimy ją dobrze chwycić, podprowadź ją pod burtę, ok.?
- ok.! No maleńka wskakuj do siateczki, no come on, come on!
- Bardzo ładny fish!
- No, no, no, uważaj! Ostrożnie! Got you!
- Piękna faktycznie, jedna z ładniejszych jakie kiedykolwiek złowiłem! Uff, ale emocji, przypomniała mi się pierwsza ryba jaką w życiu złowiłem. To było na Pacyfiku, koło Monterey.
- Pierre, jak Ty w ogóle znalazłeś sie tutaj?
- jak to jak?
- od roku nie mogli znaleźć nikogo chętnego na twoje miejsce.
- hehe, naprawdę, nie było nikogo?
- no tak! Trafiło się co prawda kilku nietrafionych poszukiwaczy przygódy, ale oni nawet butów nie potrafiliby sobie zawiązać…
- hehe, naprawdę chcesz o tym słuchać?
- dawaj, mamy kawałek drogi przed sobą. Chcesz wina?
- dawaj, mamy kawałek drogi przed sobą,
- hehehe, dawno nie piłem wina…A wiesz, że wina nie można psuć złym towarzystwem?
- no to może nie ryzykuj?
- come on, normalny człowiek by tu nie trafił.
- no ładnie, dzięki! A jaką wersje chcesz usłyszeć? Krótką czy nudną
- nudną, wiesz mamy czas…
- właściwie to historia jest prosta, wszystko zaczęło się od wycieczki szkolnej do Krakowa. Mieszkałem wtedy w Polsce. Nie pamiętam, chyba w drugiej klasie szkoły średniej. Pojechaliśmy tam z klasą. Podczas jednej z hotelowych imprez przypadkowo poznaliśmy francuzów, którzy przyjechali do Polski. Dla nas to było coś! Powiew zachodu. Wtedy to byli dla nas zupełnie inni, lepsi ludzie. Oni mieli wszystko czego my nawet nie mogliśmy zobaczyć w telewizji. Wiesz mieszkaliśmy w komunie, za żelazną kurtyną. You know what I’am saiyng Ricardo?
- yes, yes iron courtain I remember.
- no więc ciekawi byliśmy świata i ludzi. Łamaną angielszczyzną zaprosiliśmy ich do nas na piętro, na imprezę. Zgodzili się bez wahania. Też byli ciekawi ludzi i świata. Jak się szybko okazało, przyjechali tu robić wywiad o socjalistycznym państwie. Zaczytani byli socjalizmem, strasznie chcieli zobaczyć jak to działa w praktyce. Zachwycali się szczytnymi ideami i hasłami. Tylko że to inaczej działa w gazetach, inaczej na ulicy, inaczej w sklepie, w pracy, w codziennym życiu. Wiesz w ogóle czym był socjalizm?
- Wiem, tu w Gwinei też mieliśmy socjalizm. Straszne czasy, ale z drugiej strony, porządek był i pracę też miałem w fabryce, nie musiałem uciekać z miasta. Co prawda to prawda, gwardia czasem sobie pozwalała, ale jakoś to było, socjalizm znam.
- no dobrze, no i oni twierdzili, że Europa zachodnia gnije w szponach kapitalizmu i jedyne czym tą gangrenę można uleczyć to jest właśnie socjalizm… Nie mogliśmy uwierzyć! Jak to?! Ktoś kto ma wszystko o czym my marzymy, świadomie chciał się wyrzec wszystkich swoich przywilejów dla tego komunistycznego bełkotu, socjalistycznej nędzy, dla tej policyjnej pały i sklepowej degrengolady.
No to powiedzieliśmy im , że pokażemy im tą ich socjalistyczną bajkę. Następnego wieczora uciekliśmy z Krakowa i z tymi dwoma francuzami pojechaliśmy do Gdańska. Był rok 83, chcieliśmy im pokazać jak faktycznie w Polsce robotnicza władza, traktuje polskich robotników. Trafiliśmy w sam środek zamieszek na ulicach Gdańska. Mało nie wsadzili nas wtedy do aresztu. Musieliśmy francuzów ukryć na jakiś czas u znajomych na mieście, jeden dostał pałą i o mało nie wsadzili go do suki. Mieliśmy pewność, że żabusie ostatecznie przekonali się czym jest socjalizm. Poczuliśmy z kumplami satysfakcję, wierzyliśmy wtedy, że może to coś zmieni w ich głowach. Nie zmieniło wiele, ale przynajmniej dało im do myślenia. No i w ten sposób poznałem Michella - to jeden z francuzów. On też siedział na radiu więc przez najbliższe lata mieliśmy ze sobą kontakt. Maile, smsy, komórkowe telefony?? O tym nikt wtedy nawet nie słyszał! Dzisiaj to już nie jest wyzwanie… Kiedyś krótkie fale- to była wolność! Słuchasz mnie jeszcze Ricardo?
- Tak, tak, opowiadaj.
No i potem zdałem maturę…o ironio. Wiesz Ricardo jaki miałem temat? Samo życie, dostałem takie motto do zinterpretowania. Ten cytat potem prześladował mnie przez całe życie…do dziś dnia…
Wtedy nie do końca rozumiałem w czym jest rzecz, ale to było mniej więcej rozwinięcie tematu „Chodzi o to jedynie, by naprzód wciąż iść śmiało, bo zawsze się dochodzi gdzie indziej niż się chciało”. Rozumiesz?
Dzisiaj po prostu napisałbym na trzech stronach historię swojego życia, ale wtedy musiałem improwizować i zmyślać. Potem dostałem się na studia, pierwszy rok, pierwszy paszport i nieodparta chęć zobaczenia świata.
W poszukiwaniu przygody... wyplywaj tylko na szerokie wody

Z Michellem cały czas byłem w kontakcie. Powiedziałem Matce, że jadę na wczasy właśnie do niego i że wszystko mam pozałatwiane, że potrzebuję tylko trochę pieniędzy i że wszystko będzie dobrze. Ja nie wiedziałem jak to wszystko się ułoży, ale miałem poważniejsze problemy. Potrzebowałem gotówki na wyjazd, a nie wiedziałem skąd ją wziąć. Nie wiedziałem też jak i którędy jechać, na końcu wreszcie otwartym pozostawało najważniejsze pytanie - gdzie jechać? Czułem tylko, że muszę to zrobić. Muszę wyjechać. Umówiliśmy się z kumplem, który też tak kombinował jak ja, że pojedziemy przez Czechy, Niemcy Zachodnie do Francji.
Wsiedliśmy do Pociągu we Wrocławiu i ruszyliśmy za granicę. W trakcie drogi czulismy podekscytowanie. Nie wiedziałem jeszcze wtedy gdzie i po co właściwie jadę. Rozmawialiśmy z Piotrkiem w pociągu o komunie nie kryjąc naszych poglądów. Wiesz trochę wypiliśmy dla kurażu, więc poczuliśmy zapach wolności jeszcze w Polsce. Czesi na nasze zachowanie nie reagowali, odwracali głowy lub przesiadali się w inne części wagonu. Rozumiesz, my byliśmy nadal w tym samym syfie, ale już czuliśmy się wolni! To było coś…Pierwsza odprawa paszportowa w życiu zakończyła się utratą wszystkich zebranych po całej rodzinie pieniędzy. To znaczy nie wszystkich. Część zapobiegawczo Matka zaszyła mi w nogawce spodni, ale i tak sytuacja wydawał się dramatyczna. 200 dolarów! tyle zdołałem zebrać po całej rodzinie. Dziś to tylko 200 dolarów, ale wtedy to była fortuna. Straciliśmy na granicy dobry humor. Miałem plecak, połowę mniej oszczędności i brak pewności siebie. Nie widziałem co będzie dalej. Celniczka po prostu wyjęła mi wszystkie pieniądze z portfela i kazała zrobić to samo Piotrkowi.
On powiedział, że nie ma pieniędzy, więc zabrano go na rewizję osobistą i po 15 minutach wrócił zszokowany i równie jak ja, doszczętnie ograbiony z pieniędzy. Nawet nie powiedzieli dziękuję.
Tak nas pożegnała komuna. Srał ich pies! Pomyśleliśmy i do momentu, gdy nie wysiedliśmy po niemieckiej stronie nie odzywaliśmy się już do siebie, nie mieliśmy o czym gadać. Co tu dużo mówić skoro nie ma o czym…W malej niemieckiej przygranicznej miejscowości wyjęliśmy z mojego plecaka ukrytą polską wódkę i popijaliśmy ją do białego rana leżąc na trawniku przed dworcem.
To było coś! Myśleliśmy że to nie jest możliwe, że nas tu nie ma, że tego nienaturalnie kolorowego i poukładanego miasteczka też nie ma. Nie wierzyliśmy w to co widzimy. Jak to możliwe, że parę kilometrów dalej jest taki syf a tu jest tak pięknie?
Potem trafiliśmy autostopem pod granicę Francji. Tam się rozstaliśmy z Piotrkiem. On miał rodzinę w Marsylii a ja kolegę w Paryżu. Tylko, że ten kolega nic nie wiedział o moim przyjeździe. Na szczęście po dwóch dniach podróży znalazłem się w środku nocy pod jego drzwiami na Rue du Bac. Otworzył. Owszem był zdziwiony, ale na moje „jestem” odpowiedział „wchodź”.
Pomieszkałem u niego, nie powiem całkiem długo i kolorowo. Po trzech miesiącach wiedziałem, że nie mam już po co wracać, dostałem bez problemu prawo pobytu i pracę. Musiałem zadzwonić do domu, i powiedzieć matce, że już nie wrócę. Nie wiem czemu matki zawsze tak reagują, ale ostatecznie musiała się z tym pogodzić. Nigdy już nie wróciłem. Uczyłem się języka, stylu życia francuzów, tego jak przetrwać w pracy i poza nią. Było cięzko, czasem nawet bardzo, ale jakoś dalem radę i po trzech latach pobytu miałem nawet już swoją francuską narzeczoną. Izabelle, fajna była babeczka. Uczyła dzieci języków w szkołach.
Dasz wiarę? Prawie się wtedy chajtnąłem…Ehh, ale nadal mnie nosiło. Wiedziałem, że nie chcę spędzić reszty życia na obiadach u teściów. Choć nie powiem. Nie wiem czy dobrze wtedy zrobiłem. Ale wtedy chciałem zagrać va banque, trochę pomogło mi w tym życie. Firma, w której pracowałem otwierała siedzibę w Ameryce. Ja znałem angielski i już całkiem nieźle francuski, a do tego szukałem pretekstu, żeby wyjechać. Wziąłem to z miejsca.

Tak znalazłem się w Nowym Jorku. Miesiąc po mnie przyjechała do mnie Izabelle. Nawet dobrze nam się układało. Znalazła tu pracę - uczyła dzieci tym razem francuskiego. Wiesz, że całkiem nieźle zarabiała, były miesiące, że nawet lepiej niż ja. Mieszkaliśmy razem i jakoś z każdym miesiącem traciliśmy do siebie zapał… po roku wyjechała z powrotem do Francji. Ja zostałem sam, ale chyba wszystkim to dobrze zrobiło. Ona teraz ma całkiem udane życie rodzinne i domek gdzieś na południu Francji.
Chce Ci się tego słuchać?
-tak, tak mów.
No dobra a o czym mówiłem?
- A kochałeś w ogóle tą Izabelle?
- ok. widzę, że słuchasz.

No więc po trzech latach przeniosłem się do Californii, wiesz nie lubię zim. Chociaż musze powiedzieć, że Nowy Jork to jest to! Cały świat w jednym miejscu. Kalifornia niby też, ale na początku nie było lekko. Chociaż w porównaniu z pierwszymi miesiącami w Paryżu to już była zwykła zabawa.
Trochę się wtedy powłuczyłem po Stanach. Dosyć szybko się zaaklimatyzowałem. Wiesz ludzie, znajomi, imprezy, kobieta. Jakoś to wszystko się tak szybko potoczyło...
Tak, Sonia...Poznałem ją w Los Angeles, wtedy wydawalo mi sie, że w życiu wsyzstko dzieje się za sprawą jakichś totalnych przypadków. Rozumiesz - im mniej planujesz tym więcej zyskujesz, ale chyba tak nie jest… Nie jestem w każdym bądź razie tego do końca pewien. Układało nam się swietnie, mieszkaliśmy w domu na wzgórzach Beverlly Hills, ja pracowałem jako wolny strzelec wyrabiając sobie przy tym całkiem niezłą opinię w branży, ale potem to się wszystko w ciągu jednego dnia tak szybko zmieniło i musiałem wyjechac z Ameryki.

- O mam coś! mam! mam! Dawaj maleńka, chodź tutaj do nas na pokład, bedziesz gwiazdą wieczoru
- keep pressure, keep pressure
- Rysiek, ty nie pressure , tylko dawaj podbierak.
- Kurde! Kręcę tym kołowrotkiem jak oszalały, na pewno jest pressure. Zobacz! Widzisz? Wędka cały czas jest naprężona. Nie ma rady, nie wypuszczę zdobyczy.
- Cholera! Zerwała się! W mordę, dobrze że chociaż zostawiła przynętę. Skubana, dała nogę spod noża. Ehhh, choler, dwie to już jakaś kolacja by była przynajmniej, a tak to nadal nie ma co dzielić.
- Słabo ją zaciąłeś, musisz mocniej szarpnąć gdy czujesz, że bierze.
- dobra, dobra. Nie cwaniaku tylko sam coś zlów.
A jak było z ta Sonią Pierre?

- Z tą Sonią…? Miło było…ale wszystko się zawaliło w ciągu jednego dnia. To był wypadek, właściwie splot nieszczęśliwych wypadków. Musiałem opuścic Stany, wisiały nade mną spore problemy. Właściwie to nie miałem wyjścia, musiałem uciekać. Kupiłem od znajomych 26. stopową łódź pod amerykańską banderą i z portu w Santa Cruz wyjechałem do Meksyku. To jedyny sposób, żeby nie mieć żadnych nieprzyjemności na granicach.

- O mam! Znowu! skubana, znowu chwycila haczyk!
- dawaj Ricardo, help me, łap żyłkę i wyciągaj! Tylko ostrożnie!
- keep pressure, keep pressure
- Ricardo możesz mi pomóc?
- No a co robię?
- Skończ mówić pressure i dawaj tu siatkę!
- No chodź maleńka do tatusia, zaraz Cię sobie usmażymy… Tym razem się nie wymkniesz!
No ostrożnie. Tak, tak, masz jeszcze chęci uciec co? Nie tym razem!
- masz ją?
- mam!
- dawaj ją tutaj, trzymaj mocno!
- uwazaj, żeby nie wyskoczyła za poklada, szybko dawaja siatkę,
- siatka, siatka, gdzie jest siatka?
- ale się rzuca skubana, przytrzymaj ją mocno, ja wyjmę haczyk.
- no dawaj pyszczek ślicznotko, chodź do wujka, oooo tak
- a teraz do siateczki, no siup
26 stóp i nowa bandera na Mac Gregorze - Diving boat!
Tam na horyzoncie...czyli Wieczni podróznicy czy notoryczni uchodźcy? Wiele dróg tej samej myśli...

- A co było potem?
- kiedy potem?
- no jak już dotarłeś do Meksyku.

W Meksyku sprzedalem łódź i po trzech miesiacach samolotem udałem się do Europy. Tak właśnie znalazlem się w Mediolanie. Szybko znalazłem zajęcie w jednej z włoskich firm, pomógł mi w tym trochę pewien znajomy Makaron z Brooklynu. Znasz jakiechś Włochów z Brooklynu? Najtwardsze skurczybyki jakich kiedykolwiek widziałem.

- tak znam jednego, ma na imię Pauli i będzie naszym przewodnikiem po dżungli. Mieszkał w Nowym Jorku kilka lat. Jest Włochem, mówilem Ci o nim wczoraj. Powinniśmy poznać go dzisiaj wieczorem jak tylko dopłyniemy ....
- Tak pamietam, ale nie wiedziałem, że mieszkał w Nowym Jorku. Słuchaj, jedną rzeczą jakiej musisz spróbować w życiu to Nowy Jork. Mieszkałeś tam kiedyś?
- nie
- pamiętaj, musisz tam zamieszkać, nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem takiego miasta....Tak, definitywnie musisz zamieszkać w Nowym Jorku. Noowy Joork, hmmm przedtem Paryż, San Francisco, Los Angeles, potem Mediolan, trochę Rzym, no i tak jestem tu…Kurcze, od razu mogłem Ci opowiedzieć wersję skróconą.
- hehe, dobra , dobra Pete, nie ma tak łatwo.
- No nie ma, teraz Włosi chcą tu budować ten nieszczęsny rurociąg a jak sam twierdzisz, nikt inny nie chciał tu przyjechać. Ja tez się jakoś szczególnie nie śpieszyłem. Zaczęło mi się bardzo dobrze układać na półwyspie. W końcu żeby zrezygnowali ze mnie podciagnąłem kwotę kontraktu tak wysoko jak się dało, ale oni nie mieli wyjścia, musieli kogoś wziąć, więc się zgodzili na moje stawki. Mi nie pozostało nic innego jak spakować walizkę i przekląć na nieszczęsny tułaczy los. Wiesz miałem miły domek we Włoszech…
- Masz jeszcze trochę tego wina?
- mam, weź stoi tam, nalej sobie,
- ok, dobre to wino.
No tak…no miałem ten dom, od domu godzinę drogi samochodem nad Morze Środziemne, spokojną pracę, a tu znów powrót do tego co już i tak za dobrze znam. Chyba jestem skazany na wieczne życie w hotelach i na walizkach. Tak...właśnie tak znalazłem się tutaj.
Dziwne, ale w tym całym galimatjasie spraw nic już poźniej nie wydawało mi się tak trudne jak zdobycie paszportu i przejechanie Polskiej granicy dwadzieścia parę lat temu...
- Ricardo, czy Ty w ogóle wiesz o czym ja mówię?
- tak, ale...nie rozumiem właściwie, czemu tak bardzo chciałeś opuścic Polskę...
- no tak…nie rozumiesz...nevermind...

Potem złowilismy jeszcze parę ryb, wypilismy parę butelek chardonnaya, zjedliśmy zdobycze, doprawiliśmy się whisky, poszlismy na miasto jak za starych dobrych warsawskich lat. Odbijajac sie od drzwi kolejnych knajp w końcu znaleźlismy dla siebie miejsce w lokalu niedaleko mariny, gdzie personel nie mial zastreżen co do stanu naszego wyglądu oraz naszej trzeźwości i bez problemu sprzedał nam kolejne porcje alkoholu. Tuatj poznajemy gościa, który twierdzi, że wrócił niedawno z Iraku i poznał tam paru polskich chłopaków, którzy jak mówił „are tought”. Widac Jankes wie jak z polakami under influence zaczynać rozmowę...Obrazy są coraz bardziej poucinane, pamiętam, że gość przemawia do nas po rosyjsku z bardzo poważną miną i dziwnym akcentem. Wygląda jak gadająca głowa z telewizji. Trochę zabawnie. Ja w między czasie rozmawiam z barmanką po francusku (oczywiście Je ne comprendes pas -teraz mówią na mnie francuz ;-) ). Ona po chwili na barze kładzie książkę w tymże języku i od tej pory, zaczyna się mój inny-kolorowy świat. Potem jest już niedzielna pobudka i poranne reminescencje....piwo to najlepsze lekarstwo na choroby nocy. Siadamy, opowiadamy, śmiejemy się i wspominamy...najważniejsze to mieć co w życiu wpsominać.

Tak może wyglądać Monterey nocą...wystarczy przyjąć zaproszenie do "mego świata". Mozesz tutaj wpaść...

Przypomnijcie mi jak dożyję starości (i o wszystkim co tu napisałem zapomnę) sposób w jaki zostałem poinstruowany jak łowić ryby. Wystarczy rzucić i wyjąć - mówi Piotrek i po chwili wyciaga dwie piękne rybki. Teraz Ty spróbuj mister. Ok, rzucam wędkę i wyjmuję!
Na haczyku wiszą dwie okazałe rybeczki, z czego jedna z Krabem w pysku!! „Profesor Piotrek” jest pod sporym wrażeniem… ja z resztą (zieloniutki w tym fachu adept) nie mniejszym. Tak po krótkim instruktarzu złowiłem swoje pierwsze ryby! to było na Pacyfiku, koło Monterey.

Sea foods czyli Krabs, a ty jak w ogóle się tu znalazłeś?

jak to jak? płynąłem sobie...

Isabelle, Sonia, o kim tym razem? Relaks przed Niedzielnym free, czyli nurkowanie, które się nie odbyło (swell)

Saturday, November 10, 2007

Technika-na-lia czyli halelele

- Cały czas dorastają we mnie przemyślenia, które nie narodziłyby się w mojej cefalji, gdybym nadal siedział w Warszawie. Cieszę się że tak wielu rzeczy, ktore wypada lub nie wypada robic w Warszawie - tu robic nie muszę.

- Dziś pierwszy raz widziałem Arup Chairman w osobie Terrego Hilla...Fiu, fiu do tej pory widywałem go tylko i wyłącznie na pierwszej stronie comiesięcznego Arup Bulletin. Terry Hill wydaje się człowiekiem miłym, wesołym, naturlany przy tym pozbawionym niepotrzebnego zadęcia (o dziwo). Na spotkaniu, na którym omawiano globalną działalnośc firmy przedstawiono także warszawski projekt Złotych Tarasów. Choc sam projekt jest doskonałym przykładem niezrównoważenia nakladów pracy w stosunku do końcowego efektu - jestem dumny, że mogłem poznac osobiście inzynierow pracujących na tym projekcie. Nie forma tego budynku jest ważna (choc kopuły wymykają się ogólnemu średniactwu reszty). Najwazniejsze w tym wypadku wydaje się to co często pozostaje niezauważalne dla oka - praca i trud konstruktorów niepotrzebnie im zafundowany z powodu braku wyobraźni architektów. Niech z nieba spadają gromy i kolejne doszywane na siłę teorie o inspiracjach towarzyszących architektom podczas tworzenia tego projektu. Ja twierdzę swoje - rzeczy wielkie nie konicznie muszą byc gigantyczne (i aluminiowe).

- Telefon, który kupiłem w zeszłym tygodniu jest najlapeszym telefonem na świecie.
Nie ważne co ma, a czego nie ma. Po prostu bateria naladowana w niedzielę 04.11.2007 do dziś pokazuje pełny stan naładowania (14.11.2007). Nigdy nie miałem tak dobrego telefonu i wcale nie jest tak, że go nie używam....Używam, używam ponieważ zaczynam życ zyciem californijskim, więc mam też znajomych, problemy i sprawy do załatwienia...

- Cieszę się, że nie mam problemów z klimatyzacją w biurze...Nie wiem czemu, ale tutaj ona po prostu działa. W Polsce nie pamiętam dobrze działającej instalacji AC. Może to nasze podejście do projektowania? może specyfika klimatu? Zaczynam się nad tym poważnie zastanawiac. Zawsze byłem zwolennikiem rozwiązań prostych i czerpiących z natury...Czy to czas na przewartościowanie myślenia o klimatyzacji? Czy to czas na natural / hybrid ventilation? Dajcie mi tylko architektów odważnych myślec w ten sposób! Chcę współtworzyc budynki egzystujące w zgodzie z otoczeniem a nie na siłę się im przeciwstawiające. Czas wrócic do korzeni a nie nadal tkwic mentalnie na wykładowych salach. Odrzuccie teleskop, wyrzuccie mikroskop!

- Zbieram nowe umiejętnosci. Na skutek zmagania się z życiem odkrywam coraz to nowe obszary bankowych transakcji (unikajcie HSBC łukiem tak dużym jak tylko możecie). Umiem zapisac sie do dentysty i poradzic sobie na nowej mega pedalskiej* siłowni, której nie lubię. Wolę kameralną salę bokserską na którą można wejśc wprost z ulicy Clemente. Tam chyba będę nawalał w worek od nowego roku. Na mojej nowej siłowni możesz spotkac podstarzałych i calkiem młodych gei, ktorzy w swej trosce o wygląd zewnętrzny wyglądają cokolwiek żalośnie. Możesz spotkac tez zniszczonych życiem staruchów** (Przypuszczam, że też nie są hetero), którzy za wszelka cenę starają się utrzymac dobrą formę. Oprócz ładnych azjatek i czasem też ponętnych latynosek (których mimo rad Antka, wystrzegam się jak ognia***) wsyzstko wydaje mi się tam karykaturalne. Setki ustawionych w rzędzie bieżni, setki ustawionych w rzędzie rowerków, setki wystylizowanych panienek i metroseksualnych palantów. Wszyscy z ipodami w uszach szukają swojej szansy. Po wygaśnięciu mojej karty zmywam się stamtąd. W moim dystrykcie są bardziej kameralne miejsca, gdzie spotykają się i rozmawiają o życiu lokalni „twardziele”. Wolę już to, nawet jeśli jedyny temat na jaki można z nimi pogadac to kuracje omadrenowo-sterydowe.

- Wszystko tu odbywa sie on-line...zaczynam przypuszczac, ze własnie w sieci można „na serio” spotkac te wszystkie azjatyckie pięknosci. No bo jak inaczej? Skoro wczoraj wracając z Van Ness jedna taka siedząca na przeciw mnie w autobusie cały czas speszona wgapiała się w podłogę.Chyba napiszę sobie na butach „could you look into my eyes?”. A może jestem bezczelny? Często nie spuszczam wzroku, czasem to pomaga, czasem też powoduje problemy. Tak jak ostatnio na Tendelroin (taki san frnaowy bronx), gdzie niggerska dziewczyna na cały głos skarżyła się w autobusie swojemu niggerskiemu kochankowi, że się na nią wgapiam...Non-sens...Po prostu chciałaby poczuc czyjeś oczy na swojej "nigerskiej dupie"****, poza tym jakoś trzeba odreagowac ten życiowy dół - tak myślę. Skomentowałem jej uwagi uśmiechem pełnym ironi. Obojętne mi było jak zareaguje jej równie obojętny na te uwagi niggerski lovelas...Czasem myślę, że ludzie boją się bezpośredniej konfrontacji...

- W Bay Bridge'a przywalił tankowiec. Ropa rozlała się po zatoce...wiecej szczegółów nie znam.

- na weekend zostawiam Was z przmysleniami na temat co chodzi mi ostatnio po głowie...





* ale homofobem nie jestem, na swój sposób niektórych nawet lubię, poza tym znam paru nie od dziś. Wy też znacie, każdy kogoś tam przecież zna...

** ale nie staruszków, staruszków szanuję. Ci tutaj to przypadki, które w jakiś sposób przetrwały po dziś dzień czas hippisowsko-seksualno-rewolucyjnej rozpusty.

*** gdyż wydają mi się wredne


****rasistą tez nie jestem, oni sami tak o sobie mówią


p.s. Pozdro dla Kero i Łysego, Kryśki (alter ego Loli) i Dżungara (vel Krępaka) yo soho yo. Kto powie, że mam równo pod czapką niech pierwszy rzuci kamień.

Wednesday, November 7, 2007

Ova Fest 2007 (better later than never)

Nieco spóźniona relacja z Ovafestu, ale chyba nie bylo na nią wczesniej miejsca.
Publikowane tu zdjęcia (i wiele więcej) można znaleźc także w firmowym intranecie. Trzeba kliknąc na homepage i poszukac w archiwach newsów (to dla arupowych czytaczy).
Ova fest odbył się 15.09.2007 w Golden Gate Parku.
Pogoda wyjątkowo sprzyjała, piwo chłodziło się w pojemnikach z lodem a mięsiwo wygrzewało sie na rusztach.
Ja przede wszystkim przybyłem tam, żeby móc poznac lepiej kolegów i koleżanki z pracy.
Zapamiętam ten dzień ponieważ właśnie wtedy pierwszy raz skorzystałem z autobusowej koMUNIkacji miejskiej, zwiedziłem północną częśc miasta, stanąłem oko w oko z Oceanem.
Poza tym był to już okres, gdy odliczałem dni do przybycia gości z Warszawy.
Świat nabierał kolorów ;-)


Przede wszystkim postanowiłem, ze firmowe spotkanie uczynię dla siebie samego wyzwaniem. W końcu chciałem zmierzyc sie z robieniem zdjęć ludziom, bo jak wiecie niestety nie do końca umiem fotografowac żywe obiekty. Na szczescie od niedawna Marcin stopniowo wprowadza mnie w tajniki portretu i cos tam zaczynam nawet chwytać....

Arup fest czyli...

Pogoda, południe, zapowiada się cudnie...Oto goscie

Carlos - umie powiedzieć po polsku "Na zdrowie", gest ręką jaki przy tym automatycznie wykonuje świadczy, że uczył się języka w praktyce i to od najlepszych nativ'ów.

Afaan - był w raz Polsce...jak twierdzi "po piwo" ;-)

Afaan's Mother

Brian Lake - Londyn everywhere :-) Razem z Johnem, Timem i kilkoma osobami z zarządu tworzą tu silną wyspiarską reprezentację.

Natali - Białoruś, od 14. lat w USA

od 12. jako Cad operator czyli przedstawicielka Grupy Trzymającej (w tajemnicy) Wiedzę w CAD materii ;-)

Chłopcze, co Ty wiesz o QA??

Procedury, taaa...
Nieśmiertelna czapeczka i okulary, bez nich często nie potrafię go rozpoznać. QA Menago czyli San Franowy Maciek L ...

Nie wiem któż zacz niestety...
Przy niej dentyści straciliby zajęcie...a absztyfikanci głowę.

Były też dzieci, bo dzieci to ponoć przyszłość narodów...

przdłużenie gatunku i takie tam inne slogany...

Tomi jest ok!

James Woods - solidny inżynier, do tego dobry alpinista...

Lelet Serrano, tutaj pokazuje "Trzy proszę..."

Bo wiecie, elektryka prąd nie tyka...

Choziaż czasem jak pierdyknie...
Michell i Kier - sporo im zawdzięczam! Thx Michelle!

Ten Pan ostatnio zmienił fryzurę...

a ten nie...


Ja: Jak dlugo mieszkasz w Stanach?
Azjatycka Ona: hmm. Prawie dwadzieścia lat
Ja: To niemozliwe...

Azjatycka Ona: Dlaczego?
Ja: Nie mozliwe, że mieszkasz dłużej w Stanach niż masz lat w ogóle...


Azjatycka Ona: jak to...a na ile wyglądam?
Ja: Osiemnascie

Azjatycka ona: Youa are so nice Piotrek ;-)

Bajer był tak tani, że jak się domyslacie nie kupiła tego. Nadal nie rozmawiamy ze sobą w windzie czy na korytarzu, ciągle jeszcze nie chodzimy razem na kawę nie mowiąc już o wspólnych lunchach... Baaa od tamtej pory, nie widzieliśmy się nawet na oczy ;-]
W mordę...

Monday, November 5, 2007

Les Enfants Terribles

**under construction**

Weekend jak zwykle zaczyna się w piątek po pracy…

Tym razem ubijamy uczciwy interes z Enterpisem. Bierzemy zamiast zarezerwowanej Kii, samochód o prawdziwie amerykańskim rodowodzie. Biały pick-up dodge Dakota z silnikiem V8. Czyli mnożymy rozmiar samochodu razy dwa a cena na fakturze pozostaje nadal ta sama. Okazuje się, że rozwijam się na niwie motoryzacyjnej tu w Kaliforni. To co było europejską rutyną, czyli: cztery cylindry, przedni napęd, szesnaście zaworów doprawiam tutaj w ciągu kilku zaledwie miesięcy szczyptą emocji w postaci: napędu na dwie osie, automatyczną skrzynią biegów, rzędową szóstką, następnie tą samą szóstką w systemie v a na koniec bulgoczącymi ośmioma cylindrami (znów rozwartymi względem siebie w ukladzie V). Nadal jednak czekam i marzeniem dla mnie wciąż pozostaje 12 piekielnie mocnych, wyrywających się do startu włoskich rumaków z Maranello.
Odbieramy samochód i od razu udajemy się do Ikei na małe zakupy, które pozwolą nam przetrwać, które pozwolą mi powiedzieć o sobie - posiadacz pierwszego swojego biurka, pierwszej swojej deski do prasowania, sztućcy, talerzy...Pakujemy graty na pick-up'a i
odwiedzamy „Naszych” w San Hose. Piotrek i Marcin są mocno nakręceni „Szeregowcem Ryan’em”, więc włączamy TV, płyta ląduje w odtwarzaczu, kanały lewe, prawe, centrum, sub, wsyztsko gra! No to siadamy, oglądamy i komentujemy. Gadamy o życiu, wojsku, zyciu, wojsku czym tam jeszcze nie pamiętam. Wiem już, że chłopakom głowy gotują się na samo wspomnienie tytułu tego filmu. jednak czas nagli, z trudem opuszczamy mieszkanie Piotrka, tam zawsze czuję się dobrze…

Sobota.
Wreszcie jest czas odespać nieprzespane weekendy. Pobudka około dziewiątej! Na dziś plan przewiduje odwiedzenie: Sacramento (stolicy stanu California), więzienia w Folsome (dając tym samym upust mojemu zboczeniu i dziwnej satysfakcji wynikającej z obcowania z zakaldami penitencjarnymi) oraz winnic w Sonomie i Napie.
Czuję luz słonecznego poranka…pierwszy raz widzę swoją okolicę, w której mieszkam przy świetle słonecznym.
Ciekawi mnie tu bardzo wiele rzeczy. Domki wiktoriańskie, niszowe sklepy orientalnych mniejszości narodowych (także polski) i miejsca spotkań wyznawców różnych wierzeń. Myślę sobie, że największą głupotą ludzkości jest marnowanie czasu na walki miedzy religiami. Wszyscy modlicie się do tego samego Boga…nienawiść, pieniądze, miłość. Po co komplikować? Wyjeżdżamy z miasta.

W dordze do Sacramento mijamy siedzibę Autodeska, ktora niespodziewanie wyrasta zza zakrętu autotrady na wysokości San Rafael. Wyobrażacie to sobie?! Tam wysyłałem wszystkie error raporty przez te wszystkie lata nie wiedząc nawet, ileż one po całym swiecie się muszą natułac nim dotrą w to niepozorne miejsce na zachodzie Kalifornii! Czuję deliaktną satysfakcję. Tak, widziałem Autodeska! Po drodze zmieniamy plany. Nasze zaciekawieni budzi baza wojskowa Travis i znajdujące się w niej muzeum lotnictwa. Oczywiście jednogłośnie godzimy się na wrzucenie prawego kierunkowskazu i zjechanie w kierunku bazy US Army.
Procedura jest prosta, ale wymagająca. Zdjęcie, prawo jazdy, umowa wypożyczenia samochodu / dowód, social security number. Czy masz to wszystko by poczuć satysfakcję z przebywania w amerykańskiej bazie wojskowej? Z trudem nam się to udaej….hmm, muszę nauczyć się swojego sociala, bo widzę że to faktycznie bardzo ważny numer.
Dostajemy permit. Pierwszy raz w swoim zyciu jestem na terenie należącym do armii obcego państwa…Podekscytowanie? Nie, raczej ciekawość…P.s. Przypomnijcie mi za kilka lat jeśli zapomnę -> W bazie wojskowej można spotkać niesamowicie eterycznej urody azjatki i mulatki…Dajcie mi mundur! Chcę zobaczyć ten sznur!

Niegrzeczni chłopcy noszą proce w kieszeni…

Samo muzeum przypomina mi dwie moje ostatnie wizyty w Szkole Orląt w Dęblinie.
Jedna z nich była niezwykle przyjemna i tak naprawdę miała miejsce podczas mojej jedynej (jak dotąd) ucieczki z domu, podczas której wujek Edek zabrał mnie do Dęblina, Maciejowic (kto pamięta ten niedzielny odpust pod kościołem, no kto?) i Kozienic (mistrzowska przeprawa promowa)…Chyba bylo warto ;-)
Druga eskapada to zimowa wycieczka do Kazimierz z „Dziwną Anią”. Wtedy myślałem, że moje życie się uspokoiło ;-) Zawsze w takich momentach jestem w cholernym błędzie ;-)
Jednak samo muzeum jest o wiele ciekawsze niż to, które zapamiętałem z Dęblina.
Jest tu naprawdę dużo ciekawych eksponatów, do których można wsiąść, które można zwiedzić i które można podotykać.
Na mnie duże wrażenie robi bombowiec B52. Tak zapamiętajmy tą nazwę B52.


MD ?


B52 - czyli panie pilocie, została dziura w ziemi po pana samolocie...

Jak to było na tym kursie??

Niebieska potem czerwona czy czerwona a potem niebieska??

4000m n.p.n. , B52, ale ja już Panstwu dziękuję...

Prawie jak Chrcynna...

Panie Kaziu, Pan mje łaskawie podjedzie tu tem wózeczkiem...baby missile

baby nuke...
Proszę mi podać taśmę...

W tym momencie chciałbym pozdrowić wujka Ediego, który naprawdę byłby zachwycony tym co tutaj można zobaczyć. Pomyślałem też o nim podczas tej wcale niekrótkiej a zupełnie ciekawej wizyty. Wujek jest w sumie ok., ciekawy osobnik w skali całej mojej rodziny. Ma swoje zainteresowania, pasje ale i trochę niepotrzebnych stresów. Pozdrawiam z CA i życzę więcej spokoju!

Ruszamy dalej, chyba oboje z Marcinem czujemy że plany uległy nieznacznej zmianie.
Kierunek Sacramento. Kierunek wschód a jednak Wild, Wild West.
Podczas pobytu w Sacramento przezywam załamanie Stanami. Rozmyślam nad tym co tu widzę i nie jest mi zbyt wesoło, nawet zdjęcia mi nie wychodzą.
Ja po prostu nie czuję klimatu dzikiego zachodu i pierwszych lat zdobywania Ameryki.
A tu chodzę po miasteczku, które ma klimat i wygląd, który przypomina mi westerny oglądane dawno, dawno temu na czarno-białych telewizorach Junost.

Wild...

Wild... West...
Odwiedzamy muzeum kolejnictwa (pozdrowienia dla Krzyśka Pogłóda), które powoli przekonuje mnie do tego miejsca. Jest tu naprawdę dużo eksponatów, ale nadal czuję ten dziwny klimat „American dream”, czyli peanu na temat "zobaczcie jak amerykanie budowali swoją potęgę!". Najgorsze, że ten pean śpiewają sami sobie chłopcy w kowbojskich kapeluszach. Po wyjściu z muzeum jest już tylko lepiej.


Może umówilibysmy się gdzieś na mieście ??

Miasteczko poza tym historycznym kawałkiem ma też swoje „moje” klimaty,
Znów wiem, że jestem w tej Kalifornii, którą lubię. Klimatyczne domki, podmiejska zabudowa, równo przystrzyżone trawniki i charakterystyczne palmy.

Zdroje uliczne czyli to czym jest dla mnie Kalifornia


Zdobywamy Koloseum, pod którym poznajemy grupkę Niemców, długa sesja zdjeciowa budynku, słońce przypomina, że znów czas wracać. Światłomierze aparatów nie radzą sobie ze zmrokiem – the session is over. Pierwszy raz od dłuższego czasu sobotnią noc spędzę w San Franie – dziwne uczucie.
Ostatni puunkt naszej sobotniej podrózy, dla niektorych ostatni punkt zyciowej podrózy...
Folsom - legendarny penitencjał, winnice Napy i Sonomy nie tym razem.

Wsiadamy do samochodu i udajemy się w kierunku Koluszek.
W głośnikach słychać „If you go to San Francisco” a my akurat dojeżdżamy do Sausalito. Dziwne (śmiejemy się z Marcinem) ta piosenka nigdy nie miała w sobie tyle na aktualności ile ma jej teraz. Po drodze zjeżdżamy na punkt widokowy, uzbrajamy nasze oczy w obiektywy aparatów i po raz kolejny oddajemy hołd Goldasowi…Skurczybyk ma w sobie moc.


...A grzeczni zawsze mówią „dziękuję”

Niedziele od połowy tygodnia mamy zaklepaną na zwiedznie Berkeley University of California. Za sprawą pewnej miłej doktorantki z Polski mamy okazję poznać od środka jeden z prężniej działających na świecie ośrodków naukowych. Sprawdźcie tablice Mendelejewa jak nie wierzycie. To tutaj aktywnie działali fizycy pracujący nad pierwszą bombą atomową, to tutaj odkryto pierwiastki takie jak pluton, berkel, lorens i kaliforn. To tutaj trafia co roku jakaś część pieniędzy z ogólnej puli nagrody ufundowanej przez Alfreda Nobla, to tutaj wreszcie przez długie lata wykładał Miłosz.

Taras

Nim jednak wyruszymy w tą niesamowita podróż udaje mi się na dobre odzyskać wiarę w Kalifornię. Na tarasie z widokiem na San Francisco popijamy kawę, herbatę, zagryzamy ciastkiem, dyskutujemy. Wreszcie wiem czym jest Kalifornia.
To są moje klimaty, ale nie poczujesz tego w pełni siedząc tylko i wyłącznie w San Francisco. Żeby poczuć się jak na południu koniecznie musisz zamieszkać poza miastem. Wtedy masz balkony z widokiem, palmy za oknem, słońce w salonie. Idealnie jest jeśli śniadanie możesz zjeść na drewnianym tarasie zawieszonym kilka metrów nad poziomem ogrodu, potem wypada już tylko popić posiłek winem z pobliskiej winnicy a po wszystkim pozostaje juz tylko spokojnie udać się spacerkiem do pracy. Autentycznie czuję się tu jak na wzgórzach Fiesole we Florencji. Dodatkowo uczucie to pogłębia wieża Uniwersytecka, która dominuje nad widokiem z tarasu. Czy nie przypomina Ci to Instytutu Florenckiego? Zadaję sobie pytanie.
Ajjjj – College of Europe w Natolinie – tam się wszystko zaczęło: podróże, przyjaźnie, mój inny świat. Często też wracam pamiecią na WAT. Dopiero po latach okazuje się co tak na prawdę ma wartośc. Politechnika musi jeszcze chwilę poczekac.

Tutaj kształtuje się myśl, tutaj myśli się o kształtowaniu swiata...


Fiat Lux - lub po pogańsku Let them be light...


Wieża Uniwersytecka.


Przepraszam, za czym ta kolejka? Graffitti przedstawiające zamieszki z roku 64.

Campus jak Campus...

Póki co wchodzimy na teren University of California, Campus wygląda naprawdę miło. Dzięki pewnym znajomosciom udaje nam sie odwiedzic także niedostępne dla wszystkich budynki labolatoriów chemicznych. Pierwszy raz widzę tutaj owalne kanały wentylacyjne, ale przecież nie tym powinienem się zachwycać, nawet specjalistyczne instalacje technologiczne ustępują miejsca złożonym układom chemiczny prezentowanym nam przez Beatę. Ciekły azot? Nie ma problemu, skomplikowane aparaty do przeprowadzania spektrometrii w podczerwienie? Proszę, stoją tutaj. Mam proszę Państwa wrażenie (choć nie jestem w stanie tego swoim rozumem ogarnąć), że dzieją się tu rzeczy zupełnie niezwykle…fiu fu, Berkeley, Berkeley. Fiat Lux. Oglądamy też historyczne miejsca związane z zamieszkami studenckimi roku 64 tego oraz wydział architektury, który możne śmiało i z dumą stanowic ilustrację powiedzenia „szewc bez butów chodzi”. (Jakby to było po angielsku? Ktoś wie?)

Department of Architecture UCB

Po zjedzeniu obiadu na tarasie wyruszamy do pobliskiej Napy w celu odwiedzenia znanych i cenionych w świecie kalifornijskich winnic. Znów dużo tutaj klimatów europejskich. Francja, Włochy, Holandia...Jednak do samej miejscowości dojeżdżamy zbyt późno, żeby móc spróbowa lokalnych wyrobów. Robimy sobie tylko przejażdzkę widokowymi trasami tej magicznej doliny. Zbieramy ulotki i informacje o lokalnych winnicach i umawiamy się wstępnie na całodniowy wypad w te okolice. Beata mowi, że chcialaby kiedyś miec swoją winnice.
Szczerze mówiąc powodowany tą refleksją pierwszy raz od niepamietnych czasów wyobraziłem sobie siebie samego za trzydziesci lat. Do tej pory żyję z przeświadczeniem krótkości swojego zycia, od kilku lat regularnie przesuwam tylko jego końca granicę. Trzydziestka, czterdziesta, moze pięcdziesiatka...dalej nie widze sensu...
Opowiadamy sobie w czasie podrózy różne historie życia i generalnie okazuje się, że każdy z nas ma jakieś wspólne doświadczenia, kręgosłup decyzji o wyjeździe zawsze pozostaje ten sam...Dojeżdżamy do Berkeley.

taras i sf w tle
Tarasy, salon, muzyka klasyczna, woda krystaliczna...
w innej wersji wódka, konserwy i muzyka bez przerwy...

Wieczór kończy się autentycznie miłymi momentami na tarasie z widokiem San Frana i wieży Uniwersity of California w Berkeley.
W tle muzyka klasyczna, woda mineralna, książki o bauhausie, amerykańskiej poezji i rozmowy w klimatycznym salonie przy Hilgard street. Lubię to, to kawałek tego lepszego mnie ma tutaj swój azyl. Nie spodziewałem się tego, ale niedziela staje się bardzo ważnym momentem mojej podróży po świecie w poszukiwaniu siebie. Dziękujemy naszej przewodniczce i powoli wracamy do San Francisco. Coraz częściej dochodzi do mojej świadomości, że życie to tylko Twoja gra, że nie możesz poddawać się trendom, że można grać inaczej, że trzeba odnaleźć siebie i iść swoją drogą. Tylko którą? Zadam to pytanie samemu sobie jeszcze pewnie z setki razy…W głowie jak natrętne odgłosy nocnego świerszcza powracają dźwięki melodii, w której artysta intonuje treści „na całe Zycie bez adresu, ale z imieniem własnym być…Na całe życie bez adresu…”

Czasem Ameryka przypomina mi chłopca chodzącego z groźną miną i kijem po sąsiednich podwórkach miotającego przy tym kamieniami we wszystko i wszystkich co w swej złości napotka dookoła siebie. Czasem ten chłopiec zamienia się w schludnie uczesanego młodzieńca w eleganckim sweterku, który z książką pod ręką bacznie obserwujące i słucha wszystkich i wszystkiego, co w nieustannym poszukiwaniu swojego wzorca (mentora) uważa za godne wysłuchania. Czasem też, chłopiec ten siada na przystanku autobusowym i ma wszystkiego dosyć, zastanawia się nad zasadnością istnienia szyby w wiacie przystankowej. Nie dba o konsekwencje i konwenanse, czasem dochodzi do jego świadomości i nie może pozbyć się tego wrażenia, że jest tylko gorszym, ubogim krewnym. (Ileż tu rzeczy ma podtekst i rodowód europejski? Gdzie zaczyna się moja i ameryki historia? Drzewo bez korzeni, ale wciąż silne i mimo wszystko stojące na wietrze. Uczymy się życia sami, nie z filmów, nie z książek, nadrabiamy to czego nikt nas nie nauczył, odrabiamy skrócone dziecinstwo). Czasem chłopiec ten myśli, że nie będzie tak dobry jak sam chciałby być, popada w rytmy zwątpienia, by zaraz wstać i mieć chęć nauczyć się kolejnych słów, zdań, zachowań, ludzi, sytuacji, języków. Czasem myśli, że to właśnie tędy prowadzi droga do samodoskonalenia i w tym doszukuje się swoje przyszłej siły (ile Uniwersytetów Amerykańskich jest w pierwszej piątce najprężniejszych ośrodków naukowych? Cztery? Pięć? Amerykańscy studenci / naukowcy to tutaj zaledwie częśc ogółu). Stany to nie państwo, w którym żyją amerykanie, to kraj w którym żyją, pracują i uczą się ludzie różnych nacji czujący się ameryknami.
Czasem nie lubię Ameryki, czasem widzę w niej samego siebie…
Czy zatem nogę w niej żyć bez odrazy?