Tuesday, December 4, 2007

To dla Ciebie Mamo :-)

Z okazji imienin życzę Ci wszystkiego Najlepszego!!!
Zdrowia, uśmiechu i w końcu wyjechania na odkładane od wieków wakacje...
Dziękuję i bądź zawsze zdrowa !


To dla Ciebie Mamo !


A tu oto San Franowe kwiatki (świeże) do wazonów Wszystkich Baś. Tych wszystkich Baś warszawskich, poznańskich, piotrkowskich i kieleckich ;-)

Monday, December 3, 2007

Death Valley - Podsumowanie

Podczas tych pięciu dni przemierzyliśmy ponad 1400 mil po drogach asfaltowych, szutrze i kamiennych górskich szlakach. Zrobiliśmy czterema aparatami blisko 2000 zdjęć, nagraliśmy kilkadziesiąt minut materiału video, wystrzelaliśmy kilkaset sztuk amunicji, spaliliśmy kilkadziesiąt galonów paliwa. Przemierzylismy w pionie różnice poziomów rzędu 3000 metrów, odwiedzilismy siódme na świecie najniżej położone miejsce. W tym samym czasie znajdujemy się cały czas w miejscu, gdzie odnotowano drugą na świecie co do wielkości temperature powietrza (+57 st C). Spędzamy kilkadziesiąt godzin w samochodach, tam też spędzamy większośc nocy.
Śniadania, obiady i kolacje znajdują się w bagażnikach naszych samochodów, używamy do komunikacji radii krótkofalowych, zapomnijcie o komórkach...

Oto kilka rad, które po tej podrózy i wszystkich, które do tej pory odbyłem, odważę się skromnie zaproponować.

- w poznawaniu bądź dzieckiem. Jesli ktoś mowi, że czegoś nie warto zobaczyć, musisz koniecznie tam pójść i się o tym naocznie przekonać...

- unikaj cynizmu i zgorzknienia , którym zawsze ktoś może Cię zarazic,

- do zrobienia zdjecia potrzeba czasu, nie rób ich w pospiechu! Od tej reguły możesz odstąpić jedynie jeśli uznasz, że mają mieć one jedynie formę dokumentu.

- miej do kogo się odezywać, nawet jesli podróżujesz sam...(dopiero w tym roku poznałem smak wspólnych podróży)

- miej ze sobą wszelki potrzebne ładowarki, nie wahaj się przed dublowaniem ważnego sprzętu (podstawa to zapasowe baterie urządzeń elektrycznych takich jak np. gps). Dlaczego? O to odpowiedź?

"Stara blaga o tym, że mech rośnie po północnej stronie drzew, wydawała mi się kłamstwem, jeszcze kiedy byłem skautem. Mech rośnie po stronie ocienionej, która może być kazdą stroną."

John Steinbeck "podróze z Charleyem"

- polegaj na własnej intuicji, często trzeba się zgubić by poznać nowe rzeczy...tak własnie poznalem większość miejsc.

Dzień po napisaniu tej rady, dotarłem we wpsomnianej wyżej książce do fragmentu, który doskonale oddaje to co chciałbym Wam powiedzieć:

"W jezyku hiszpanskim jest słowo, dla którego nie mogę znaleźć odpowiednika. jest to czasownik Vacilar, imiesłów czasu teraźniejszeo: Vacilando. Nie znaczy to bynajmniej "wahać się". Ktoś kto jest vacilando, udaje sie dokądś, ale nie bardzo dba o to , czy tam dotrze czy nie, jakkolwiek ma kierunek. Mój przyjaciel, jack Wagner, często przybieral w Meksyku taką postawę. Powiedzmy, ze mieliśmy ochote pospacerować po ulicach Mexico City, ale nie bez celu. Wybieraliśmy wtedy jakiś artykuł, którego niemal na pewno tam nie było, a potem pilnie usiłowaliśmy go znaleźć"

J. Steinbeck

Czy teraz rozumiecie, o czym mowię?

- rób to co masz w planie, albo co chciałbyś zrobić a boisz sie o tym głośno powiedzieć. Jeśli masz wątpliwości to odrzuć je na bok. Słowo „potem” zazwyczaj nie działa. Czasem warto przejechać 200 mil więcej by osiągnąć cel, który potem już nigdy może nie być tak blisko. Tak właśnie zwiedziłem Las Vegas.

- jesli znalazłeś/aś miejsce z jedzeniem godne regularnego odwiedzania, dawaj w tym miejscu solidne napiwki kelnerom, poznasz prawdziwą kuchnię regionu i jej trunki

- mimo wszystko nie unikaj próbowania różnych miejsc z jedzeniem, poznasz wtedy miejsca gdzie chciałbyś zjeśc kolejną kolację i takie, których nigdy dobrowolnie już nie odwiedzisz.

- uśmiechaj się do ludzi i zadawaj pytania jeśli tylko takie masz (tak poznałem dziesiątki ludzi, którzy szczerze mówiąc...sami mnie zaczepiali)

- poznawaj tubylców, jest szansa, że zostaniesz zaproszony na typową regionalną kolację lub zwiedzisz czyjeś obejście i poznasz prawdziwe życie okolicy (Cres)

- kiedy jesz w terenie miej zawsze styropianowe lub blaszane kubki na gorącą wodę (wiem tylko tyle). Jesli macie więcej wątpliwości lub pytań co trzeba wziąć do jedzenia na outdoor zapytajcie Doroty.

W poznawaniu bądź zawsze dzieckiem...Feel the Rythm! Your Heartbeat never stop!

Pozdrawiam

Sunday, December 2, 2007

Death Valley - In the middle of nowhere

Dzień 5ty - Ostatni


Death Valley (Furnace Creek, Scottys Castle, Ubehebe Crater, Racetrack Valley, Teakettle Junction, The Racetrack, Hidden Valley) - Olancha Dunes - San Francisco

Ostatni dzień wyprawy rozpoczynamy bardzo wcześnie. Każdy w swoim tempie, każdy na swój sposób. Zbieramy się w końcu i ustalamy plan dzisiejszej podróży (dziś jestem tylko słuchaczem). Od dawna dzień ten był zarezerwowany na zwiedzanie mniej popularnych turystycznie północnych rejonów parku. Na początek nasz podróżniczy paluch pokazuje na mapie punkt oznaczony jako szkocki zamek zbudowany kiedyś przez ekscentrycznego milionera. Ok, brzmi dobrze! Co dalej? Dalej na północy znajduje się krater po wulkanie Ubehebe, ktory zrobił kiedyś niezłą zadymę w tej okolicy(jej ślady mozna zobaczyc do dziś). Krater jest imponujący, ma średnicę 1 kilometra i głębokość 237 metrów. Postawiony na dnie Palac Kultruy i Nauki nadal byłby niewidoczny z powierzchni terenu (no chyba, ze na iglicy postawilibyśmy piramidę złozoną z trzech cyrkowców z Julinka). Ok, a potem?
Potem Racetrack Valley i poszukiwanie złota za pomocą wykrywacza metali...(niestety moje sny o dożywotnich wakacjach i małej fortunce na koncie nie spełniły się tym razem). Ruszamy dalej! Po drodze mijamy najbardziej osobliwy drogowskaz jaki kiedykolwiek widzialem. Teakettel Junction, czyli kierunkowskaz obwieszony czajnikami i róznymi innymi dziwnymi rzeczmi opatrzonymi podpisami turystów, którzy nie wiedzieć w jaki sposób dotarli az tu z najrózniejszych części świata. Wśród napisów często pojawiają się dziwne hasła "Be naked". (hmmmm) ;-)
Od dawna znajdujemy się na drodze, po której według map powinny sie poruszac samochody z napedem na cztery koła, ale póki co jedna oś wystarcza.
Po sesji zdjeciowej udajemy się w kierunku Racetrack Playa. Jest to bardzo ciekawe miejsce wyglądające jak ogromna plaża, po której środku znajduje się wielki skalny "kupopodobny" twór. Wygląda to wszystko tak, jakby jakiś przypadek (z sobie tylko znanej przyczyny) miliony lat temu sprawił, ze skała ta spadła z samego kosmosu właśnie w tym miejscu. Zawracamy! Według mapy, dalej nie ma drogi (a ponoć była). Wjezdzamy w trudniejszy teren, kontrola trakcji coraz częściej daje o sobie znać. Przemieszczamy się w terenie, w którym nie spodziewam sie spotkać drugiego czlowieka. Zdaje sobie powoli sprawę, że najważniejsze dla mnie to wydostać się na asfalt. Jesli utkniemy w górach z powodu nieprzejezdnej drogi, zakopania się w piachu, czy awarii samochodu, nie ma szans żebym jutro poszedł do pracy. Tereny dookoła wygladają zupełnie dziewiczo. Myślę sobie, ze zdani jestesmy tu tylko na siebie (i w sumie mam rację). Po drodze mijamy opuszczone "miasteczko" (czyli dwa domy i szyb kopalniany), dzielnie przmierzamy kolejne metry i dojezdzamy do...końca drogi...gpsy głupieją...Hmmm, dziwne...Okazuje sie, ze droga ta prowadzila do kolejnej opuszczonej kopalni. Jest tu pozostalość ludzkiej egzystencji w postaci ruin dwóch domów, zardzewiałej cięzarówki oraz lodówki. Ja się trochę zaczynam niepokoić, ale ostatecznie nie ma co płakać, otwieramy bagażniki , wyjmujemy zabawki i urządzamy sobie strzelanie. Okazuje się, ze niewiele rzeczy stanowi przeszkodę dla kalibru 7.62. i lepiej zapamietajcie to sobie - na filmach często pokazują bzdury! No nic, czas wracać powoli do San Frana. Zawracamy do drogi, skręcamy w lewo i przeciskamy się górskimi serpentynami do doliny, w której według relacji Marcina jest wiecej joshua trees niz w samym parku narodowym o tej właśnnie nazwie. Sama droga przez góry, to notorycznie świecąca się kontrolka TCS i pierwsze doświadczenie braku widoku za oknem. Kilka razy odwracam się przez prawe ramię i widzę tylko niebo, pół metra od kół - pół kilometra w dół...Miło, nie ma co, ale nie ma to tamto...trzeba cisnąć-asfaltu wciąż nie widać. Żeby nie myśleć o tym co moze być za kolejnym zakrętem, urozmaicamy sobie podróz rozmowami o slużbach Navy Seals (dziś dla równowagi mówi głównie Marcin). Ja wczoraj podczas podrózy po Titus Valley snułem monologi o charkterze peanów sławiących wielkie place budów i naprawdę się wtedy rozmarzyłem. W końcu udaje się nam dobić do drogi, która przypomina asfaltówkę, podążamy nią w kierunku stanówki, która z kolei prowadzi nas do Olancha Dunes. Tam nasza ekipa planuje zjeść ostatnią wspólną kolacje, tam rozpalamy ognisko, tam wypijamy ostatnie dziękczynne piwo. Wsiadamy do samochodu, chyba już czas. 600 mil do domu, a na dworze juz ciemno....Kilka razy podczas podrózy powrotnej walczylem na zmianę z Marcinem ze snem, korkami i kolizjami na drodze, ale ostatecznie osiagamy granice miast około godziny 1am. Wybebeszamy samochód z naszych rzeczy i koło godziny drugiej leżę już w łózku. Za 5 godzin pobudka...za sześć godzin śmierć...



Powoli wstaje ostatni Dziękczynny dzień...

I my razem z nim...

Pierwszy punkt dzisiejszej podrózy. Szkocki zamek w Kaliforni ?

a moze w Bagdadzie?

HmmmA jednak...

Overall view...
Fosa
Front view...
Fontanna


Zegar słoneczny
Brama

Komin...

Oaza
Gas station
Ok, koniec z zamkami, fontannami, zegarami slonecznymi. komu w drogę, temu czas...

Krater Ubehebe - Panoramka


Ubehebe wita podróżnych takim oto drogowskazem...Popiół wulkaniczny lezy tu do dziś

Krater Ubehebe jest naprawdę imponujący


Z gorki na pazurki ;-)


Mały Ubehebe
Nikt nie wie o co chodzi w tym zdjęciu, ale z drugiej strony po co komu ta wiedza??

Tu sie zatrzymalismy, żeby poszukać złota wykrywaczem metali...ja znalazlem łuskę od magnum 357 i klucz do świec zapłonowych...(i nie mialem wykrywacza!)
Kompaktem też można zrobić dobre zdjęcia...(lustrzanka przed chwilą padla)

Kwadratowa skała
Teakettel Junction

Polska Misja Ekspedyzyjna 2007 też zostawiła swój znak

na puszce po mielonce ;-)
- Zawracamy czy jedziemy dalej?
- sam nie wiem...(pamiętajcie, mapy czasem kłamią)
Racetrack Valley
The Racetrack
- Może byśmy coś postrzelaly ?
- No...zasadniczo...czmu nie...
Hidden Valley - tu zaczyna się offraoad. Parę razy było ciepło...

Chyba trzeba będzie furę umyć przed oddaniem.

Pif, Paf...
Joshua trees
Miejsce ostatniej kolacji...Olancha Dunes

Jak myślicie, na co się patrzę??

Friday, November 30, 2007

Death Valley - Off Road

Dzień 4.

Death Valley (Death Valley Junction, Zabriskie point, Furnace Creek, Badwater, Artist Palette, Titus Canyon)

Jak się domyślacie po wypadzie do Vegas nie zdążylem sie dostatecznie wyspać, ale sam fakt spania w łóżku zdaje sie zapewniac spokojniejszy i bardziej efektywny sen, pozbawiony pobudek na otwieranie okien, włączania i wyłączanie silnika. Zdaje się, że czuję się zupełnie dobrze. Szybko zabieramy się z hotelu. Okzauje się, że pod hotelem stoi ogromny pomnik ...Krowy. Proszę Państwa...o co tu właściwie chodzi? Krowa jaka jest kazdy widzi, ale czemu stawiac jej pomnik. My robimy z niej atrakcje turystyczna i fundujemy sobie sesję zdjęciową. Po ostrzelaniu krowy obiektywami aparatów ładujemy się do samochodów i ruszamy w dalszą drogę. No nie! kilkaset metrów od hotelu mijamy znak welcome in California. Hmmm, cały czas byliśmy tak blisko state line??
No cóż, znów pstrykamy (w moim aparacie słabnie bateria, nokia od dawna juz nie dycha, co mnie natomiast dziwi, motorola po tygodniu też zbliża się ku końcowi.) Ruszamy w kierunku srodkowej części Death Valley. Nie zdążyłem się dobrze rozpędzic a juz widzę, że pierwszy nasz samochód skręca z trasy...w radiu słyszymy coś o strzelaniu.
Hmmm...no to jedźmy zobaczyc o co tam właściwie chodzi.
Okazuje się, że niedaleko hotelu grupa entuzjastów strzelectwa z czasów dzikiego zachodu urzadziła sobie mały turniej. Makiety domków, profesjonalnie urządzone punkty strzeleckie i całkiem imponujące zaplecze tworzy niesamowity klimat tego miejsca. Wszyscy poubierani sa w stroje z epoki. Przy skórzanych pasach pobłyskują colty i winchestery. Ludzie zrzeszeni w tej organizacji okazują się bardzo uprzejmi i życzliwi. Podają nam stopery do uszu, zachęcaja do oglądania ich zmagań, opowiadają, dzielą się ulotkami i ciekawymi opowieściami. Zostaje nam przedstawiony osobiści regionalny Champion tego fachu. Wszyscy zdają się byc usatysfakcjonowani. Oni cieszą się widownią z Polski, my niecodziennym widowiskiem osadzonym w realiach czasów dzikiego zachodu. Sceneria doskonale pasuje do tego klimatu. Kto mówi, że podróże w czasie są niemożliwe? Są, wystarczy przejechac granice stanu Nevada. Podczas zawodów można także usłyszeć melodie wygrywane pociskami o stalowe tarcze – ubaw po pachy.
Żegnamy osobliwych gospodarzy imprezy i udajemy się ku turystycznym szlagierom Doliny.
Znajdujemy miejsce w oazie Furnace Creek, którą to wybieramy na miejsce noclegu (troche przypadkiem miejsce campingowe zostało nam w prezencie podarowane). Tutaj jemy śniadanie, zostawiamy Piotrka i zmykamy do Bad Water (jest tylko 6. niżej połozonych miejsc na Świecie). W samochodzie dochodzi do małego nieporozumienia, ale w dwóch zdaniach wyjaśniamy sobie całą sytuację, Dorota dodaje „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” i jakoś noże nie zostają wyciągnięte ;-). Następnie wracamy do Furnace przez Dolijnę Artysty. Tam jest sansa powdrapywac się na totalnie osobliwe skały w przeróżnych barwach. Pstrykamy fotki i wracamy do Furnace. Zabieramy Piotrka i udajemy się do Titus Valley. Odpał. Czysta forma, deilkatny off-road, pierwszy raz od bardzo dawna mogę powiedzie, że emocjonalnie jestem „na zero”. Totalna frajda i zupełny relaks. Nie będę się rozpisywał o pieknie krajobrazu, opuszczonych kopalniach po drodze, pozostałościach indjańskich napisów, tonach kurzu, kamienistych drogach, podjazdach, zjazdach, łukach 360 stopni, bo i po co? Zdjęcia lepiej oddadzą kliamt. Potem jest ognisko i rozmowy o wszystkim. Wracamy pamięcią do wczorajszego strzelania. Piotrek twierdzi, że ustrzelenie butelki z tej odległości można przeliczyc na 500metrów, gdy celem byłby obiekt wielkości człowieka (no, no ładnie). Nawet jesli trochę nas poniosło w ocenie na skutek wypitego alkoholu to i tak brzmi to całkiem dobrze i lepiej niech tak zostanie...Pół kilometra...prawie jak snajper ;-) (Tyle, że snajper ma jedną próbę ;-) )


Muuuuu Muuuuuu Muuuuuuu....wściekła chyba jakas Panie!

Juz przykurzona, ale dopiero przed prawdziwą próbą...

Polityczna poprawność, ekologiczna przyjazność, ideologiczna niestrawność..czyli pij mleko odtłuszczone, oszczędzaj wodę, nie pluj na chodnik...Stolica światowego Bla, bla,bla

a krok dalej seks i kasyna.... ;-)

Tam cuś wisi... czyli Cowboy action shooting!

Pani Grazynka....

obiad ugotuje, obejścia przypilnuje...

Zawsze jakieś argumanta ma na podorędziu...

A tu Pani Krysia...

Proszę Państwa...nadchodzi Czempion!

Strażniczka domowego ogniska-Hestia?






Po czym poznać udany wypad??

Indiańskie napisy skalne...

Tablica informacyjna

Zabirski point

Zabirski cd.


Gosciu robiący zdjęcie twierdził, że był kiedyś w Gdańsku...pewnie z alinatami ;-)
Jaką temperaturkie Pan Szanowny życzy??

Bialy punkcik na skałach to Sea Level...

Bad Water

Not

sooo

close! Mann!

De trójka pokazalaby tutaj 85,5 metra. Dlaczego nikt nie zalał tego wodą??!!

Tabliczka za to pokazuje "na sucho"...

A tu Pan nas zagadał i pokazywał wysokościomierz, który był wymontował tuż przed emeryturą z jakiegoś samolotu, na którym pracował...chyba musiał mieć coś wspólnego z naszymi krajanmi...

Matrix

Kujawiak...

Polka...


blogosławienstwo...


Stać, bo strzelam!

oldschoolowo wygarniam z pistolówki

A tak se strzeliliym fotkie...

Dolina Artysty












No to zaczynamy...Titus Valley

Się zaczyna...


Ford T...?
Nie ma to tamto...sie jedzie dopóki koła nie odpadną

Wygląda dumnie...





I daje radę...



Always wear you seatbelts...before you get into your car! Takie są skutki wszędobylskiego bip, bip, bip, bip...Who the heck needs this beeeping crap!? naszczęście Mazda daje mozliwość odłączenia tego całego piszczącego balaganu w serwisie.








We made it !
:-)
"Rodzinna kolacja"
długie rozmowy


Zapraszam Cię do mego swiata...