Tuesday, December 11, 2007

Grand Prix San Francisco (głupcy wierzą w drugie miejsca lub *)

Lewa noga muska hamulec, prawa chłoszcze gaz, powietrze przesycone zapachem paliwa prostuje nozdrza. Niebieski kombinezon przypominający strój kierowców fabrycznych teamu Subaru serii WRC tym razem został ubrany przez kierowcę z Polski. Gdyby nie rękawiczki pewnie zobaczyłbym dłonie, których mięśnie zasilane adrenaliną ignorują sygnały z mózgu i oplatają kierownice w niemiłosiernie mocnym uścisku. Sześciopunktowe pasy opinają mnie całkiem szczelnie, na głowie biało-czerwony kask. Odbieram tylko ograniczona ilość informacji o świecie zewnętrznym. Liczy się tylko to co przede mną. Bolid numer 28 i ja. techniczny dolewa paliwo i ustawia gokarty. Podchodzi do mnie gestem reki odganiam go! Nie, nie , nie! (W przypływie emocji krzyczę po polsku). Nie dotykaj się do fotela, ma być w tej właśnie pozycji. Ok?
Ok. – odpowiada i odchodzi!
Komenda opuszczenia przyłbicy, pobieżna kontrola zapięcia pasów, na szyi kołnierz przypominający system HANS znany z torów f1 i moto GP. Ruszamy, zaczyna się 5cio minutowa sesja kwalifikacyjna podczas której poznaję tor. Nie obawiajcie się, nie oznacza to bynajmniej, że zdejmuję nogę z gazu przed którymkolwiek zakrętem. Wydaje mi się, że w mózgu zakodowałem charakterystykę trasy i specyfikę każdego kolejnego łuku. Powoli szukam optymalnej trasy, staram się zbadać granicę przy której gokart wchodzi w zakręt jeszcze bez uślizgu….Trasa ma podjazd pod górę i tu okazuje się, że będę tracił. Masa ciała na pewno ujmie mi tutaj 0.2 sekundy! idę o zakład! Muszę w ten zakręt przed hopą za każdym razem wchodzić perfekcyjnie, za każdym razem jak najszybciej. Udaje mi się zrobić parę kółek. Techniczni zatrzymują całą sesję machając flagami. Powoli wskazują kolejność, w której mamy ustawić się na linii startowej. Palec meksykanina pokazuje na mnie, podjeżdżam na linię , jestem czwarty. Okazuje się, że nie jest źle! Na torze jest 12 zawodników a jeden z nich na pewno kipi sportową złością. Ten jeden z nich to ja! Jeździmy po torze o nazwie Monza i faktycznie zaraz po starcie ostra szykana w prawo, następnie w lewo. Stoję po zewnętrznej stronie toru, wydaje mi się, że atak na moją pozycje jest niezmiernie łatwy. Wystarczy dobry start, krótkie wejście w zakręt i to ja muszę się pocić nad tym jak wrócić na tor. Próbuję zapomnieć o tym co za mną, skupiam się na ataku na trzecią pozycję! Tu! Teraz! Na tym pierwszym zakręcie!
Koncentracja i oczekiwanie… Start!!!!
Szybko na środek toru, podjazd pod zderzak trójki, musimy wejść w ten zakręt równo, potem ja przyciskam, lekko kontruję w jego kierunku, tnę zakręt w lewo, nie ma rady musi wyhamować. Jeśli nawet nie on, zrobią to za niego opony ustawione na poboczu. Na tym pierwszym zakręcie ja muszę zahamować ostatni! Przez chwile jest dobrze, jestem blisko, na bokach nie widzę ataku na mnie, staram się zacieśnić kontakt do przysłowiowej paczki zapałek. Na chwile się zbliżyłem, następna lewa, ehhh nie udaje się! Długi łuk i szybki prawy pokazują, że sytuacja na torze jest na chwilę wyjaśniona. Za sobą mam względny spokój, na 4-5 metry do tyłu czysto. No to atakujemy trójkę! Dystans niebezpiecznie się wydłużył do jakichś siedmiu, ośmiu, potem dziesięciu metrów. Wydaje mi się, że mam duże straty na podjeździe pod górę i w szykanie zaraz za zjazdem. Nad tą szykaną pracuję przez najbliższe okrążenia. Ustanawiam sobie punkt kontrolny, na którym co okrążenie sprawdzam dystans między nami. Jedziemy niesamowicie równo, sportowa złość to jedyne co mną teraz powoduje. Odgrażam się spod czerwonego kasku swojemu oponentowi. Przybliżam ciało do kierownicy, pedał gazu wyginam nogą w ósemkę. Metal ugniatam jak plastelinę, złośc jest teraz kowalem a moja noga jego reką! Tu jest adrenalina, tu są emocje, tu nie ma praw fizyki! Przepustnica osiąga maksymalne położenie, paliwo nim w procesie spalania wypracuje maksymalną liczbę koni nie napotyka z jej strony na żaden opór. Maks! Przez zaciśnięte zęby obiecuję trójce, że nie po to tu pół świata przyjechałem, żeby oglądać jego plecy. Sam do siebie gadam. Obiecuję mu i odgrażam się, że jak go „łyknę” zmiażdżę jego gokart jak kartkę papieru i odrzucę na bok jak niepotrzebny śmieć. O nim i jego gokarcie zapomnę w jednej chwili! Przegrani się nie liczą, zaraz odpadasz dzieciaku! Tak sobie dodaję szybkosci! Jadę po ciebie maleńki! Pierwsze duble…flagi powiewają w powietrzu, to nakaz dla maruderów do puszczenia nas przodem. Trójka bardzo sprawnie mija dwa bolidy, ja z jednym nie mam najmniejszego problemu, drugi mnie trochę przytrzymuje. Whats the heck man?! Spadaj stąd gościu! Krzyczę niesłyszany przez nikogo, mój głos zapada się jak w toń, tutaj się rodzi i umiera, tutaj jest jego mikroświat ograniczonym szybką i kaskiem. Kierownica wyginana w złości przybiera eliptyczne kształty (tak zapewne relacjonowałbym to zdarzenie, gdybym mógł przez chwile popatrzeć na to wszystko z boku). Mijam gościa tuż przed podjazdem, ale manewr który wykonałem niestety spowodował straty na podjeździe, znów jestem bezpośrednio za trójką, ale tracę jakieś 15 metrów! Szok! Na kolejnych odcinakach dystans minimalnie niweluję, oceniam go na jakieś 12 metrów. 14 okrążenie, kolejny manewr wyprzedzania, trójka znów mija sprawanie, dochodzę gościa który zdezorientowany jedzie środkiem. Decyduję się go brać z prawej w tym samym momencie on zauważa flagę „nakaz zjazdu do boku”…i w tej samej chwili zjeżdża…na moje nieszczęście… do prawej…!!! K..wa men! Klinuje mnie między oponami a swoim zderzakiem. Mijają mnie dwa bolidy!! Skandla! podnoszę przyłbicę mijam gościa, zabijam go wzrokiem, do technicznych krzyczę po angielsku. Kto to jest? Wziąć mi go z oczu! What da fcuk man!? Macham ręką w geście złości, widzę kontem oka, że techniczni mają niezły ubaw! Zamykam przyłbicę i kończę z klepaniem się po ramieniu, zabawa się skończyła! Z moich ust nieprzerwanie przez trzy najbliższe okrążnenia wysypuje się lawina, potok, strumien, nawałnica, gradobicie najbardziej wymyślnych, plugawych, obelżywych i nienadjących się do powtórzenia przekleństw. Gdyby Władysław Kopaliński wpadł na pomysł napisania słownika przekleństw z pewnością zapełniłby moim monologiem trzy pierwsze tomy owego zbioru. Obiecuję sobię wrócić na swoja pozycję i muszę to po prostu zrobić! Poprawiam się w fotelu i zacieśniam maksymalnie zakręty, ocieram się niemal o każdą bandę, zostawiając na nich kawałki dymiącje gumy. Przejeżdżam trzy niebywale szybie okrążenia, zauważam że guma nie tylko nie przestaje się tlić, ona zaczyna się palić! Jazdą na krawędzi podtrzymuję ten płomień, w głowie znów wraca „you are my flame”. Pedał gazu niemal dotyka asfaltu, lewituje milimetr nad jego powierzchnią wgnieciony stalowym wdepnięciem napiętych do granic możliwości mięśni mojej prawej nogi. Z tyłu słyszę nieprzerwany ryk silnika. Tak to ma być! Jeździec bez głowy! Opony osiągają temperature topnienia! (Tak to wtedy w złości widziałem) Dochodzę tą dwójkę, która miała ten zaszczyt wyprzedzić mnie podczas kolizji! Patrzę z pogarda na pierwszy mijany bolid i wyrzucam wzrokiem w czeluści zapomnienia wraz z jego kierowcą. Przegrani się nie liczą, oni nawet nie istnieją! Mija jedno okrążenie i siedzę na zderzaku drugiego z delikwentów. Nie zawracam sobie nawet głowy patrzeniem w jego kierunku. W myślach wyrzucam jego obraz wraz ze swoim bolidem do koszyka z napisem „zapomniane historie’ wciskam shift+del – nie istniejesz. Oboje lądują w koszu niebytu tak jak co rano ląduje tam zmięta kartka z kalendarza. Znów mogę skupić się na trójce. Znów dzieli nas jakieś 15 metrów. Adrenalin, która na chwilę odpuściła i ustąpiła miejsca praktycznej kalkulacji, znów uderzyła do głowy. No to kolego, teraz z Tobą zatańczę! Pedał gazu dzielą od toru mikrony, nanometry, atomy! Silnik rozgrzany do czerwoności, przestaje być jedną zwartą masą, sam chce gnać do przodu! wyprzedzać! dojechać do mety! tylko po to, żebym mu na chwilę odpuścił! Nie odpuszczam, na torze widzę mokry ślad wyglądający jakby zostawiony przez bolid. Paliwo, olej? Nie, Nie tym razem! O nie! To Złość! Nienawiść! Zemsta! Wykrzykiwana bezgłośną mową ciała! To zaciśnięte mięsnie rąk, to stalowy uścisk dłoni na kierownicy , to adrenalina którą toczę przez usta zupełnie w ten sam sposób w jaki dziki zwierz toczy ślinę z pyska. Chłopina się pogubił, na chwile odpuścił! Dojechałem go na 4-5 metrów. Zamieniamy zimne spojrzenia. Mam Wrażenie, że za oknem widzę jak pada śnieg. California przykryta śniegiem?! Chyba tak! Tyle chłodu było w tym spojrzeniu, problem topniejacych lodowców, global warming, wszystkie komisje sejmowe 3 RP, wzrost cen baryłki ropy naftowej- to wszystko przestaje miec sens, cały kontynent jest teraz w lodzie! Ale tu Nie ma czasu na śniegi, krachy i IPeeNy. Zaraz Cię dopadnę bratku. Trójka mija sprawnie (znowu! Fcuk! nie lubię goscia!) kolejnego marudera. Stawiam wszystko va banquue! Dubluję bardzo ryzykownie, wchodzę niewyobrażalnie szybko w zakręt tuż przed hopą. Mam wrażenie, że potrzebuję pół okrążenia żeby dopaść trójkę, mijamy linie mety, w powietrzu widzę białą flagę, wydaje mi się, że trójka zawolniła. Koniec? Na chwilę zdejmuje nogę z gazu…nie!! On jedzie dalej, o żesz w mordę! Czemu nie słuchałem odprawy przed sesją kwalifikacyjną! Dociskam gaz, klnę sam na siebie, wchodzimy w serię szybkich zakrętów, ostatnia prosta tuż przed metą, robię to co zrobił Kubica na Monzie. Tuz przed szykaną na końcu prostej start-meta zacieśniam zakręt, opóźniam hamowanie (lub tez w ogólę nie hamuję), wbijam się w mikro lukę między gokartem a bandą, na ostatnia prostą wychodzimy razem…On ma korzystniejszy tor na wyjściu. Widzę jak świat spowalnia, zegary atomowe staja na jedna nanosekundę, czas staje w ogóle, magma bulgocząca we wnętrzu kuli ziemskiej na chwile zastyga, łańcuch kwasu dezoksyrybonukleinowego w tej właśnie chwili wydaje mi się niesamowicie prostą układanką dwuelementowych puzzli. Przed oczami widzę cykl życia rusałki admirała i ocenaiczny szlak migracji pływacza szarego. Mijamy linię mety, on miał korzystniejszy tor na wyjściu…dla niego świat stanął na jedną dziesiąta sekundy dłużej…mimo wszystko czuję satysfakcję, dałem z siebie wszystko. Jeszcze nie wiem, że tak oto zacząłem mój najgorszy tydzień na obczyźnie…

Przegrani się nie liczą...czekam, aż pozbieram swoje myśli...niedługo wracam...wracam do gry!


p.s. Chcialem porozmawiac z numerem 3, ale okazało sie, że pierwsza trójka szybko się gdzieś zmyła...poklepali sie po ramioniach z obsługą toru i umówili się na wspólną wieczorną imprezę...czyżby stali bywalcy?

* "Chcę wygrywać ze wszystkimi" Robert Kubica - mimo że nie jest moim idolem, polubiłem go za te słowa...na pewno jest wielkim kierowcą i...urodzonym sportowcem.





Zwycięzca jest tylko jeden...



Yoko po godzinach interesuje się wyścigami...


a przez pięć dni w tygodniu tak jak ja wystepuje w roli Arup Mechanical Engineer in SF office. Japończycy nie są tacy sztywni jak myślałem :-)

Tez mam taką balaklawę :-) i plastik Racing License :-)

Czerwony peak to feralne 14ste okrązenie...Na 5tym, 11stym, 25tym kółu kręce lepsze czasy od zwycięzcy wyscigu.

To jest naprawde profesjonalny tor...Race results to w zasadzie dogłębna analiza całego wyścigu i czasów każdego okrążenia...

Gorąco polecam http://www.gokartracer.com/ jest tylko jedno "ale". Jeśli twierdzicie, że w Polsce gokarty są drogie to tutaj zmienicie zdanie 45$/20 minut... hmmm, hmmm

Thursday, December 6, 2007

Technikalia - czyli niby jest fajnie, ale...

co tydzień umieram pięć razy...bezsilność zabija powoli, na początku wykrzywia palce...
A tu zaległe ogloszenia z zeszlego tygodnia.
- Not – So- Close z dumą prezentuje Nowe Logo.

Symbolika tego znaku nawiązuje do kuli ziemskiej zamieszczonej w kopercie.
Jako, że logo przeszło proces akceptacji przez jednoosobowe Żuri ;-) zostaje od dziś oficjalnym logiem tego bloga. Jest to mój trzeci „ometkowany” projekt po RPG’02 & GMP, o których to projektach byc moze będziecie się stopniowo dowiadywac


- czwarty (siostrzany do NSC) projekt kiełkuje mi w głowie. Jest to N-2-S czyli Not-Too-Close i być może zamieszczę tam kilka krótkich opowiadań. Jednak streafa N2S to juz czysta proza (być mozże tezż trochę liryki). Nie będzie tam pięknych słów, politycznej poprawności i niwypowiedzianych w obawie przed opinią publiczną myśli (z resztą n-s-c tez jest otwartą formą bez autocenzury). Natomiast na N-2-S chciałbym, aby była trudna miłość, twarde życie, ciepła wódka, zapach tanich papierosów w popielniczce, zmęczone zyciem i alkoholem twarze, problemy, radości i te krótkie chwile, w ktorych życie nabiera kolorów, gdy spędzasz noc z kobietami rownie jak Ty sam pogubionymi. Niestety nie wiem jeszcze jak limitowac dostęp do tego mikro świata. Ktoś z Was hostuje jakiś serwer lub wie co, jak i gdzie?


- Znów zakupy nurkowe (i nie tylko, ale nie o wszystkim mogę pisac). Pozwólcie, że nie będę mówił po próznicy, tylko posłuże się fragmentem znakomitej książki „podróze z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki” Johna Steinbecka. Nigdy nie przypuszczałem, że Monterey satnie się moim trzecim miastem a sam będę tak mentalnie blisko tego wielkiego gościa co był ksiązki pisał i nawet nagrodę jakąś odebral za to.


"Istnieją obyczaje, postawy, mity , kierunki i przemiany, które wydają sie nalezeć do samej struktury Ameryki. i mam zamiar przedyskutować je tak, jak mi się nasunęły po raz pierwszy. podczas owych dyskucji musicie wyobrazić mnie sobie jadącego po jakiejś wąskiej drodze albo stojcego przy moście czy też gotującego duzy garnek fasoli z soloną wieprzowiną. pierwsza z tych spraw łączy się z polowaniem. nie mogłem pominąć polowania nawet gdybym chciał, bo otwarcie sezonu jest ozdobą jesieni. odziedziczylismy wiele różnych zapatrywań po anszych niedawnych przodkach, ktorzy zmagai sie z tym kontynentem niczym Jakub z aniołem, przy czym wygrywali pionierzy. Od nich przyjęliśmy miemanie, że kazdy Amerykanin jest urodzonym mysliwym. I każdej jesieni ogromna liczba mężczyzn wyrusza, aby idowodnić, że bez uzdolnień, treningu, wiedzy czy praktyki są niezawdonymi strzelcamikulą czy srutem.(...) To mi z pewnością wyrobi złą opinię jako mysliwemu, ale muszę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt. przypuszczam, że coś musi je zabijać. Za mlodu często pelzałem całe mile na brzuchu, w mroźnym wietrze, dla czystej chwały strzelenia łyski, która, nawet wymoczona w słonej wodzie była kiepskim jedzeniem. (...)Gdybym był głodny, polowałbym z radoscią na wszystko, co biega, pełza czy fruwa, nawet na własnych krewnych i rozwalalbym to zębami. Ale bynajmniej nie głód wypędza każdej jesieni miliony zbrojnych amerykańskich mężczyzn w lasy i góry, jak tego dowodzi wysoka częstotliwość zawałów serca wśród mysliwych, W jakiś sposób proceder polowania łączy sie z męskością, tylko nie bardzo wiem jak..."


J. Steinbeck


Ryby to najgłupszy przeciwnik jakiego kiedykolwiek w życiu spotkałem, ale tego własnie teraz od zycia oczekuję....sam mam ochotę zacząć wszystko od początku...nie chcę za duzo myśleć, kalkulować, przewidywać. Wolałbym być "rybą", wolałbym zwariować...

-umieściłem diving profile moich pierwszych Oceanicznych nurków. Enjoy the clicking! W ogóle N-S-C cały czas żyje. Zmieniają się niektóre posty (niektórych nie czytam przed publikacja (!) ze względu na brak czasu i to się czasem odbija na jakości), pojawiają się ku mojemu zaskoczeniu komentarze w archiwalnych publikacjach, czasem tez jakies zdjecie niespodziewanie przybędzie.

-Zastanawiam się jak człowiek może życ bez podrózy? Mija trzeci dzien (w momencie publikacji drugi tydzien ;-) ) odkąd wrócilismy z wyprawy a instynkt i wszystkie wewnętrzen siły podpowiadają mi nieprzerwanie „jedź gdzieś, zobacz coś, zrób coś” Adreanlina jest dobrym doradcą, słyszę ją jak szepcze za uchem ;-). Dziekuję wsyzstykim członkom ekipy (Dotota, Piotrek, Marcin) za to, że dzielą się ze mną swoimi podróżniczymi doświadczeniami. Nie wiem czy będę mógł bez tego przy zdrowiu psychicznym dalej przeżyc. 10 lat temu, gdy miałem pierwszy kontakt z zawodem psadzono mnie za biurkiem i stosem papierów. Po dwóch dniach pracy w takich warunkach powiedziałem jasno. Chcę latac po budowie a nie tu liczyc metry bieżące krawęznika, który i tak już jest zamówiony. Moja pierwsza Kierowniczka Budowy (Pani Zosiu serdecznie pozdrawiam) klasnęła w dłonie i powiedziała „będą z Ciebie ludzie”. To co zapamiętam jeszcze z tamtych kolorowych lat to jej nieśmiertelne powiedzenie „życie to nie je bajka”. I faktycznie można byłoby w to wtedy uwierzyc, ale ja proszę Państwa zastanawiałem się czemu tego życia w bajkę nie zamienic...Najważniejsze to byc niepoprawnym wizjonerem, najważniejsze to bujac w obłokach. Nie wierzcie ludziom, którzy nadużywają słów „może później, nie da się, zapomnij”...Chcę życ tak, żeby nie zapomniec!!!

- Konkurs dla Wszystkich...Nocarzy i Renegatów!



Czy na odprawie, Stróże Prawa i Władcy Ciemności nie dostaliby zawrotu głowy, gdyby dostali battle packi wypełnione takimi pociskami ? Czy „Naczelna od Wampirów” może podac skład reprezentacji od lewej? ;->. Poza tym jesli ktoś czuje się na siłach, też może podjąc wyzwanie.

Wednesday, December 5, 2007

The streets of San Francisco - Part 3

Ok, wracamy do konkretów...


Atrakcja dla turystów...ale nie dla mieszkańców :-)

Kiedyś codzienna droga do i z pracy...dziś tylko wspomnienia i zdjęcia w aparacie...

Gdzieś w okolicy jedliśmy bagle z G i WP ;-)



Zadziwiające instalacje elektryczne - okolice Chinatown

i samo Chinatown...



Trakcja...

Tramwaj

"Legendarny" tramwaj (spójrzcie na jego trasę)

Market w godzinach...
i pod Słońce...

Okna


Powell przy Cable Carsach...

Civic Center

Zabawa dla spostrzegawczych :-)

Alamo square

Alamo cd.

Wszystkie pocztówki mają ten obrazek...znacie ten widok?

To był udany dzien. (zdalem egzamin teoretyczny na prawko, w enterprisie dostalismy Mazdę, potem przedpołudniowa sesja zdjęciowa a na koniec Monterey i nurki...Lepiej być nie mogło...

chciało się zyć...a dziś? Nie jest źle, ale prędko tak nie poskaczę ;-(

Tuesday, December 4, 2007

To dla Ciebie Mamo :-)

Z okazji imienin życzę Ci wszystkiego Najlepszego!!!
Zdrowia, uśmiechu i w końcu wyjechania na odkładane od wieków wakacje...
Dziękuję i bądź zawsze zdrowa !


To dla Ciebie Mamo !


A tu oto San Franowe kwiatki (świeże) do wazonów Wszystkich Baś. Tych wszystkich Baś warszawskich, poznańskich, piotrkowskich i kieleckich ;-)

Monday, December 3, 2007

Death Valley - Podsumowanie

Podczas tych pięciu dni przemierzyliśmy ponad 1400 mil po drogach asfaltowych, szutrze i kamiennych górskich szlakach. Zrobiliśmy czterema aparatami blisko 2000 zdjęć, nagraliśmy kilkadziesiąt minut materiału video, wystrzelaliśmy kilkaset sztuk amunicji, spaliliśmy kilkadziesiąt galonów paliwa. Przemierzylismy w pionie różnice poziomów rzędu 3000 metrów, odwiedzilismy siódme na świecie najniżej położone miejsce. W tym samym czasie znajdujemy się cały czas w miejscu, gdzie odnotowano drugą na świecie co do wielkości temperature powietrza (+57 st C). Spędzamy kilkadziesiąt godzin w samochodach, tam też spędzamy większośc nocy.
Śniadania, obiady i kolacje znajdują się w bagażnikach naszych samochodów, używamy do komunikacji radii krótkofalowych, zapomnijcie o komórkach...

Oto kilka rad, które po tej podrózy i wszystkich, które do tej pory odbyłem, odważę się skromnie zaproponować.

- w poznawaniu bądź dzieckiem. Jesli ktoś mowi, że czegoś nie warto zobaczyć, musisz koniecznie tam pójść i się o tym naocznie przekonać...

- unikaj cynizmu i zgorzknienia , którym zawsze ktoś może Cię zarazic,

- do zrobienia zdjecia potrzeba czasu, nie rób ich w pospiechu! Od tej reguły możesz odstąpić jedynie jeśli uznasz, że mają mieć one jedynie formę dokumentu.

- miej do kogo się odezywać, nawet jesli podróżujesz sam...(dopiero w tym roku poznałem smak wspólnych podróży)

- miej ze sobą wszelki potrzebne ładowarki, nie wahaj się przed dublowaniem ważnego sprzętu (podstawa to zapasowe baterie urządzeń elektrycznych takich jak np. gps). Dlaczego? O to odpowiedź?

"Stara blaga o tym, że mech rośnie po północnej stronie drzew, wydawała mi się kłamstwem, jeszcze kiedy byłem skautem. Mech rośnie po stronie ocienionej, która może być kazdą stroną."

John Steinbeck "podróze z Charleyem"

- polegaj na własnej intuicji, często trzeba się zgubić by poznać nowe rzeczy...tak własnie poznalem większość miejsc.

Dzień po napisaniu tej rady, dotarłem we wpsomnianej wyżej książce do fragmentu, który doskonale oddaje to co chciałbym Wam powiedzieć:

"W jezyku hiszpanskim jest słowo, dla którego nie mogę znaleźć odpowiednika. jest to czasownik Vacilar, imiesłów czasu teraźniejszeo: Vacilando. Nie znaczy to bynajmniej "wahać się". Ktoś kto jest vacilando, udaje sie dokądś, ale nie bardzo dba o to , czy tam dotrze czy nie, jakkolwiek ma kierunek. Mój przyjaciel, jack Wagner, często przybieral w Meksyku taką postawę. Powiedzmy, ze mieliśmy ochote pospacerować po ulicach Mexico City, ale nie bez celu. Wybieraliśmy wtedy jakiś artykuł, którego niemal na pewno tam nie było, a potem pilnie usiłowaliśmy go znaleźć"

J. Steinbeck

Czy teraz rozumiecie, o czym mowię?

- rób to co masz w planie, albo co chciałbyś zrobić a boisz sie o tym głośno powiedzieć. Jeśli masz wątpliwości to odrzuć je na bok. Słowo „potem” zazwyczaj nie działa. Czasem warto przejechać 200 mil więcej by osiągnąć cel, który potem już nigdy może nie być tak blisko. Tak właśnie zwiedziłem Las Vegas.

- jesli znalazłeś/aś miejsce z jedzeniem godne regularnego odwiedzania, dawaj w tym miejscu solidne napiwki kelnerom, poznasz prawdziwą kuchnię regionu i jej trunki

- mimo wszystko nie unikaj próbowania różnych miejsc z jedzeniem, poznasz wtedy miejsca gdzie chciałbyś zjeśc kolejną kolację i takie, których nigdy dobrowolnie już nie odwiedzisz.

- uśmiechaj się do ludzi i zadawaj pytania jeśli tylko takie masz (tak poznałem dziesiątki ludzi, którzy szczerze mówiąc...sami mnie zaczepiali)

- poznawaj tubylców, jest szansa, że zostaniesz zaproszony na typową regionalną kolację lub zwiedzisz czyjeś obejście i poznasz prawdziwe życie okolicy (Cres)

- kiedy jesz w terenie miej zawsze styropianowe lub blaszane kubki na gorącą wodę (wiem tylko tyle). Jesli macie więcej wątpliwości lub pytań co trzeba wziąć do jedzenia na outdoor zapytajcie Doroty.

W poznawaniu bądź zawsze dzieckiem...Feel the Rythm! Your Heartbeat never stop!

Pozdrawiam

Sunday, December 2, 2007

Death Valley - In the middle of nowhere

Dzień 5ty - Ostatni


Death Valley (Furnace Creek, Scottys Castle, Ubehebe Crater, Racetrack Valley, Teakettle Junction, The Racetrack, Hidden Valley) - Olancha Dunes - San Francisco

Ostatni dzień wyprawy rozpoczynamy bardzo wcześnie. Każdy w swoim tempie, każdy na swój sposób. Zbieramy się w końcu i ustalamy plan dzisiejszej podróży (dziś jestem tylko słuchaczem). Od dawna dzień ten był zarezerwowany na zwiedzanie mniej popularnych turystycznie północnych rejonów parku. Na początek nasz podróżniczy paluch pokazuje na mapie punkt oznaczony jako szkocki zamek zbudowany kiedyś przez ekscentrycznego milionera. Ok, brzmi dobrze! Co dalej? Dalej na północy znajduje się krater po wulkanie Ubehebe, ktory zrobił kiedyś niezłą zadymę w tej okolicy(jej ślady mozna zobaczyc do dziś). Krater jest imponujący, ma średnicę 1 kilometra i głębokość 237 metrów. Postawiony na dnie Palac Kultruy i Nauki nadal byłby niewidoczny z powierzchni terenu (no chyba, ze na iglicy postawilibyśmy piramidę złozoną z trzech cyrkowców z Julinka). Ok, a potem?
Potem Racetrack Valley i poszukiwanie złota za pomocą wykrywacza metali...(niestety moje sny o dożywotnich wakacjach i małej fortunce na koncie nie spełniły się tym razem). Ruszamy dalej! Po drodze mijamy najbardziej osobliwy drogowskaz jaki kiedykolwiek widzialem. Teakettel Junction, czyli kierunkowskaz obwieszony czajnikami i róznymi innymi dziwnymi rzeczmi opatrzonymi podpisami turystów, którzy nie wiedzieć w jaki sposób dotarli az tu z najrózniejszych części świata. Wśród napisów często pojawiają się dziwne hasła "Be naked". (hmmmm) ;-)
Od dawna znajdujemy się na drodze, po której według map powinny sie poruszac samochody z napedem na cztery koła, ale póki co jedna oś wystarcza.
Po sesji zdjeciowej udajemy się w kierunku Racetrack Playa. Jest to bardzo ciekawe miejsce wyglądające jak ogromna plaża, po której środku znajduje się wielki skalny "kupopodobny" twór. Wygląda to wszystko tak, jakby jakiś przypadek (z sobie tylko znanej przyczyny) miliony lat temu sprawił, ze skała ta spadła z samego kosmosu właśnie w tym miejscu. Zawracamy! Według mapy, dalej nie ma drogi (a ponoć była). Wjezdzamy w trudniejszy teren, kontrola trakcji coraz częściej daje o sobie znać. Przemieszczamy się w terenie, w którym nie spodziewam sie spotkać drugiego czlowieka. Zdaje sobie powoli sprawę, że najważniejsze dla mnie to wydostać się na asfalt. Jesli utkniemy w górach z powodu nieprzejezdnej drogi, zakopania się w piachu, czy awarii samochodu, nie ma szans żebym jutro poszedł do pracy. Tereny dookoła wygladają zupełnie dziewiczo. Myślę sobie, ze zdani jestesmy tu tylko na siebie (i w sumie mam rację). Po drodze mijamy opuszczone "miasteczko" (czyli dwa domy i szyb kopalniany), dzielnie przmierzamy kolejne metry i dojezdzamy do...końca drogi...gpsy głupieją...Hmmm, dziwne...Okazuje sie, ze droga ta prowadzila do kolejnej opuszczonej kopalni. Jest tu pozostalość ludzkiej egzystencji w postaci ruin dwóch domów, zardzewiałej cięzarówki oraz lodówki. Ja się trochę zaczynam niepokoić, ale ostatecznie nie ma co płakać, otwieramy bagażniki , wyjmujemy zabawki i urządzamy sobie strzelanie. Okazuje się, ze niewiele rzeczy stanowi przeszkodę dla kalibru 7.62. i lepiej zapamietajcie to sobie - na filmach często pokazują bzdury! No nic, czas wracać powoli do San Frana. Zawracamy do drogi, skręcamy w lewo i przeciskamy się górskimi serpentynami do doliny, w której według relacji Marcina jest wiecej joshua trees niz w samym parku narodowym o tej właśnnie nazwie. Sama droga przez góry, to notorycznie świecąca się kontrolka TCS i pierwsze doświadczenie braku widoku za oknem. Kilka razy odwracam się przez prawe ramię i widzę tylko niebo, pół metra od kół - pół kilometra w dół...Miło, nie ma co, ale nie ma to tamto...trzeba cisnąć-asfaltu wciąż nie widać. Żeby nie myśleć o tym co moze być za kolejnym zakrętem, urozmaicamy sobie podróz rozmowami o slużbach Navy Seals (dziś dla równowagi mówi głównie Marcin). Ja wczoraj podczas podrózy po Titus Valley snułem monologi o charkterze peanów sławiących wielkie place budów i naprawdę się wtedy rozmarzyłem. W końcu udaje się nam dobić do drogi, która przypomina asfaltówkę, podążamy nią w kierunku stanówki, która z kolei prowadzi nas do Olancha Dunes. Tam nasza ekipa planuje zjeść ostatnią wspólną kolacje, tam rozpalamy ognisko, tam wypijamy ostatnie dziękczynne piwo. Wsiadamy do samochodu, chyba już czas. 600 mil do domu, a na dworze juz ciemno....Kilka razy podczas podrózy powrotnej walczylem na zmianę z Marcinem ze snem, korkami i kolizjami na drodze, ale ostatecznie osiagamy granice miast około godziny 1am. Wybebeszamy samochód z naszych rzeczy i koło godziny drugiej leżę już w łózku. Za 5 godzin pobudka...za sześć godzin śmierć...



Powoli wstaje ostatni Dziękczynny dzień...

I my razem z nim...

Pierwszy punkt dzisiejszej podrózy. Szkocki zamek w Kaliforni ?

a moze w Bagdadzie?

HmmmA jednak...

Overall view...
Fosa
Front view...
Fontanna


Zegar słoneczny
Brama

Komin...

Oaza
Gas station
Ok, koniec z zamkami, fontannami, zegarami slonecznymi. komu w drogę, temu czas...

Krater Ubehebe - Panoramka


Ubehebe wita podróżnych takim oto drogowskazem...Popiół wulkaniczny lezy tu do dziś

Krater Ubehebe jest naprawdę imponujący


Z gorki na pazurki ;-)


Mały Ubehebe
Nikt nie wie o co chodzi w tym zdjęciu, ale z drugiej strony po co komu ta wiedza??

Tu sie zatrzymalismy, żeby poszukać złota wykrywaczem metali...ja znalazlem łuskę od magnum 357 i klucz do świec zapłonowych...(i nie mialem wykrywacza!)
Kompaktem też można zrobić dobre zdjęcia...(lustrzanka przed chwilą padla)

Kwadratowa skała
Teakettel Junction

Polska Misja Ekspedyzyjna 2007 też zostawiła swój znak

na puszce po mielonce ;-)
- Zawracamy czy jedziemy dalej?
- sam nie wiem...(pamiętajcie, mapy czasem kłamią)
Racetrack Valley
The Racetrack
- Może byśmy coś postrzelaly ?
- No...zasadniczo...czmu nie...
Hidden Valley - tu zaczyna się offraoad. Parę razy było ciepło...

Chyba trzeba będzie furę umyć przed oddaniem.

Pif, Paf...
Joshua trees
Miejsce ostatniej kolacji...Olancha Dunes

Jak myślicie, na co się patrzę??