Monday, January 14, 2008

9ta Aleja – Jakby jutra miało nie być...

Powrót do serii z adresem w tytule.
Tyle tylko, że czas zmienic ten warszawski na coś co ma jakiekolwiek znamiona aktualnosci.
Chociaż z drugiej strony tak naprawdę mnie tu nie ma...
Moj podpis nie figuruje na żadnym list of agreements, więc nie jestem tutaj w zadnym wypadku oficjalnym lokatorem. Poza tym nikt nie przysyła mi korespondencji na ten adres ani nikt nie szuka mnie pod tym adresem...a mimo wszystko jakoś blizej mi tu niz tam.

Moje nowe Tarcho...

Czyżby zyskały na aktualności słowa poety „Na całe życie bez adresu (i dalej bla bla bla)?”

Wierzę w nas! Czas w coś uwierzyć
żyjmy tak jakby jutra miało nie być!
Choćby coś złego spotkało nas kiedyś
trzeba to przeżyć jakby jutra miało nie być!

Ej, to kawałek najważniejszy na tej płycie,
Pisze go najfajniejszym długopisem
Ty i ja wiemy skąd go mam
A temat się pojawił sam
Takie życie
Będzie dobrze teraz się odpręż
Myśl o wszystkim tym, co jest dobre
Całe zło pozostaw tym złym
Jakby tylko dzień pozostał nam by żyć
Co byś zrobiła gdyby jutro czar prysnął?
Skończył się świat, szlag trafił wszystko
Nie wybiegam myślą tak daleko w przyszłość
Ty wiesz to, ja chciałbym wiedzieć, że wyszło
Na nas się skupmy, dalej tak róbmy
Świat wokół nas jest okrutny
Ty to wiesz
Jest brudny, zniszczony, spocony
I pełno obłudnych wokół mnie

Wierzę w nas! Czas w coś uwierzyć
żyjmy tak jakby jutra miało nie być!
Choćby coś złego spotkało nas kiedyś
trzeba to przeżyć jakby jutra miało nie być!

Kochanie prawda o życiu jest smutna,
nikt nie jest w stanie przewidzieć jutra.
Więc, żyjmy tak jakby jutra nie było,
pozostaje absolutna wiara w miłość!
Możemy nie mieć czasu by się żegnać...
Nie mamy czasu by życie przegrać.
Czasu nie trać! Weź mnie za rękę,
przeżyjmy życie jak najpiękniej!
Żyjmy pełniej, żyjmy bardziej, mocniej
razem płyńmy w nasze emocje.
Wszystko, co takie skomplikowane,
na dobrą sprawę jest takie proste.
Wystarczy spojrzeć, jest tak dobrze,
spojrzeć z boku, niepokój odszedł.
Znamy się krótko,
ale ja myślę, że świat może jutro nie istnieć!

Wierzę w nas! Czas w coś uwierzyć
żyjmy tak jakby jutra miało nie być!
Choćby coś złego spotkało nas kiedyś
trzeba to przeżyć jakby jutra miało nie być!

Pomyśl, jutro może nie być rana! Kochana!
Dziś świat jest dla nas!
Co będzie jutro tego nikt nie wie
Przecież my nawet nie mieliśmy siebie w planach!
Oto film pod tytułem Ja i Ty,
Tylko teraz, tylko tu, tylko my!
Esende mylffon (SLZ RPG’02*) to tylko styl
Ja tylko żyje i tylko tym
A Ty? Dziewczynko tylko się przytul
Tymczasem bądźmy razem do bitu
Los tak chciał, los nas połączył,
żyjmy jakby świat miał się zaraz skończyć!
Ty! to nie jest o miłości kawałek
To kawałek o tym ze mam wiarę
Życie ma dla mnie mnóstwo zagadek
Kochanie ja już tą rozwiązałem

Wierzę w nas! Czas w coś uwierzyć
żyjmy tak jakby jutra miało nie być!
Choćby coś złego spotkało nas kiedyś
trzeba to przeżyć jakby jutra miało nie być


txt by Jacek Graniecki vel Tede „Jakby jutra mialo nie byc”

Tak! Coraz częsciej myślę, że wiara to już jedyne co może mnie uratowac.
Ludzie często w coś wierzą, ja potrzebuje uwierzyc, że życie ma w ogóle jakiś sens.
Bo sie rodzisz, umierasz i co ponad to?

Każda podpowiedź mile widziana.

p.s. Dodałem jeszcze jeden ważny cytat do poprzedniego postu.

* RPG'02 kończy właśnie 6 lat. A RPG to SLZ i DCW, więc zamieszczam logo na burcie by nadać tej chwili odpowiednia rangę.

Friday, January 11, 2008

Technikalia - co Cie nie zabije, może Cie tylko wzmocnić...

Wydaje mi sie, że te wszystkie posty, które zamieściłem na n-s-c nie mają większego sensu. Sorry, skoro straciłem tyle czasu na ich napisanie i opublikowanie a okazuje się, że wystarczyło znaleźć, przepisać i zamieścić artykuły z kilku różnych źródeł. Ludzie to jednak potrafią powiedzieć co czują i co wiedzą o świecie w dwóch zdaniach...a ja gadam, gadam, gadam...no może tylko życie mógłbym podsumować w dwóch słowach, ale o tym w krótce...

Ekstrakcje i kwintesencje z różnych źródeł:

"Emigracja, tak jak i choroba, jest w gruncie rzeczy opowieścią o separacji, izolacji i utracie. Ale także o przemianie, w której jak wąż zrzuca się skórę, by stac się innym, lepszym. Każda strata, której doświadczamy, jest jak zluszczający się plasterek cebuli, ktory pomalutku odsłania sedno, to kim naprawdę jesteśmy. To co w nas jest prawdziwe zostaje a to co fałszywe, udawane, musi odejśc”. Pisze lekarz, dobrowolny emigrant."

"Związek między czasem i samotnością"

"Posiadanie towarzystwa ustawia nas w czasie, a mianowicie w teraźniejszości, ale kiedy przychodzi uczucie osamotnienia, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się w jedno. Wspomnienie, wydarzenia bieżące i przewidywane są równie obecne."

John Steinbeck "Podróże z Charleyem".
To dziwne kilka lat temu napisałem coś podobnego i jestem dziś z tego dumny, bo słowa te wydają mi się mega ważne i bardzo mądre.


"-Po wyjeździe z kraju na dłużej doznajemy szoku kulturowego. Jest to psychologiczna reakcja no nowośc świata i jego odmiennośc kulturową. Ma ona różne fazy:

Pierwsza - miesiąc miodowy – to fascynacja nowością. Odczuwamy ciekawośc, a jednocześnie mentalnie tak naprawdę jeszcze nie wyjechaliśmy z domu. Posługujemy się dotychczasowymi nawykami. Kupujemy chleb i dziwimy się, że smakuje inaczej.

Druga faza, to konforntacja z odmiennością śiwata, w ktorym przyszło nam życ. Czujemy się zagrożeni, odkrywając, że nasz sposób reagowania przestał byc adekawatny. Czujemy się źle zrozumiani, jak wtedy gdy zatrzymani przez policję na amerykanskiej autostradzie próbujemy uprzejmie wysiąśc z samochodu, co zostaje odczytane
jako zamiar ataku.

W trzeciej fazie za nieporozumienia obwiniamy kulturę, w której przyszło nam życ. Nic nam się nie podoba.

W czwartej fazie odzyskujemy dystans, potrafimy dostrzec dobre jak i złe strony zarówno naszej jaki i nowej kultury.

W ostatniej piętej fazie, uzyskujemy pełne kompetencje potrzebne do życia w nowej kulturze. Biegle posługujemy się językiem.

Od niedawna mowi się o szóstej fazie, przeżywanej przez tych którzy wracają do kraju.Błędnie zakładając, że tu nic się nie zmieniło. Na dodatek oni wracają też nie tacy sami. Bliscy próbuja wtłoczyc ich w dawne role. Rodzice usiłuja ich traktowac znowu jako dziecko. Czują sie obco, nierozumiani. Bo zrozumiec może ich tylko ktoś, kto przeżył coś podobnego."


Pismo Charaktery, artykuł o emigracji, całkiem na czasie

„Można ich wyprawy traktować jako wielką przygodę, ale może jest w tym również idea wielkiej ucieczki w poszukiwaniu - czego? Może sensu życia, może ludzkiej życzliwości, z którą się spotkali tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał; może takich ludzi, jak ten spotkany w Pakistanie rowerzysta z Austrii, który jechał, nie wiedzieć czemu, do Chin, a przecież mógł siedzieć bezpiecznie w kraju i w telewizji oglądać wyczyny innych. Albo jak poznany w Mauretanii Australijczyk, który przeprowadził się tutaj, hoduje wielbłądy, ale powiedział im, że tak naprawdę odkrył w sobie coś czego nigdy nie chciałby odkryć, że ma wstręt do siebie o to, że pokierował swoim życiem tak, a nie inaczej.”

„- Polecacie innym taki sposób na życie? - pytam.
- Jeśli ktoś jest silny, wiele potrafi poświęcić, jest naprawdę bardzo wytrzymały psychicznie i fizycznie, to tak – mówi Jola (…)
-Czy to jest sposób na życie? - zastanawia się Dominik. – Na pewno polecamy podróżowanie. Na pewno trzeba znać siebie, bo w trudach podróży można się rozczarować samym sobą, nie tylko innymi. Poznać siebie można tylko w sytuacjach ekstremalnych, z tym, że niektórzy próbują siebie zmienić, a inni popadają w tak wielkie rozczarowanie, że z optymisty robi się nagle strasznie zamknięty człowiek. „Czasami lepiej pewnych rzeczy w sobie nie odkrywać” – przywołuje słowa spotkanego w Mauretanii hodowcy wielbłądów.”

„ pomysły rodza się i umierają, ponieważ ich realizację odkłada się często na rok, na dwa, na bliżej nieokreślone „jutro”, aby któregoś dnia stwierdzić, że na wszystko jest za późno…”
Pamiętacie co pisałem po Death Valley?

Fragmenty wywiadu z Auto-podróżnikami (kibicuję im odkąd się o nich dowiedziałem). Artykuł pochodzi z gazety Fiat wokół Nas. Lipiec 2007.


W ogóle podróże mają jakąś moc wyciągania z ludzi prawdziwych emocji. Jest taka książka Stephena Kinga „Stand by me”. Czwórka młodych przyjaciół wyrusza na poszukiwanie ciała kolegi, potrąconego przez pociąg. Mają przed sobą długą i trudną drogę do przebycia. Po drodze dowiadują się sporo o sobie, swoich lękach i marzeniach. Pod polskim tytułem „Stań przy mnie” możecie obejrzeć jedną z najlepszych adaptacji dzieł Stephena Kinga. Wspaniały film o dorastaniu z doskonałą obsadą pisze witryna filmweb.pl.

- Dla mnie życie okazało się być filmem napisze zaQty przed ekranem laptopa…10000km od dawnego domu. Ale sam nie wiem jak skończę. Ja dotknę dna a potem nieba…a może najpierw nieba a potem dna??

Póki co nie bardzo chce mi się pisać, więc może poczytajcie kilka razy tego posta i zrozumcie o czym tak naprawdę pisałem przez te kilka miesięcy... Nie wiem kiedy wrócę :-[

Thursday, January 10, 2008

San Franowo by Night

Coś co może ucieszy parę osób...W końu odległe światy zawsze stanowią dobry powód by dać się ponieść wyobraźni i deklaracjom w stylu "Chciałbym tam kiedyś pojechać..." *
No właśnie...Chciałbym tam kiedyś pojechać...

Zapraszam do obejrzenia plonów ostatniej zeszłorocznej, a do tego nocnej wyprawy po Koluszkach...

Widok z Twin Peaks
Widok z Treasure Island I alternatywny z Bay Bridge'em

Znakomitą większość zdjęć zrobił i posklejał Marcin (mi akurat padła bateria, ale udało się ją pod koniec resuscytować i też mam jako taki w tą galerię wkład).

GALERIA ZDJĘĆ

No ok, jeszcze jadna dzienna paranoja (tym razem widok z Alamedy-USS Hornet)

* A ja bym na przyklad zdjęcia Grochowskiej z checią zobaczył...

Monday, January 7, 2008

Szósty zmysł - Talkin Bout me and you...Święta w Polsce

Finalnie nie czytane = kardynalnie nie sprawdzane. Dajce mi sie przespać to coś tam popoprawiam. Thx ;-)
In progresso, git diagonal!

Przekręcam kluczyk w stacyjce, na ścianie garażu pojawia się świetlna poświata skupiona wokół dwóch jasnych punktów.
- pieknie ustawione! Myślę sobie, rzucając okiem w przelocie na wzajemne względem siebie położenie wiązek światła rzucanych przez soczewkowe reflektory.
Prawa ręka odruchowo szuka schowka, otwiera go i maca jego zawartośc w poszukiwaniu panelu radia.
Jest. No to siup. Panel na miejsce, klik, klik. Power.
Niebieskie światło wyświetlacza rozświetla wnętrze kabiny. Power, Play, reading cd.
„Talking bout my baby” – Fatboy Slim.
No to zaczynajmy te nocne rajdy po mieście.
Lubię ten klimat. Przypomina mi legendarną wyprawę do Death Valley, natomiast sama jazda samochodem zawsze mocno mnie relaksuje. Zwłaszcza nocą...Ajjj. Może nawet dzisiaj jest trochę chłodno? Na "oko" (co za dziwne powiedzenie) jakieś dwanaście stopni. Podnoszę kołnierz skórzanej kurtki. Po co prowokować choróbska?
Wyjeżdżam z bramy na 9tą Aleję, po chwili wrzucam kierunek w prawo i już jestem na Geary.
Delikatnie podkręcam silnik do 5ciu tysięcy obrotów, dalej sie nie da. Trzeba hamować. Na skrzyżowaniu z szóstą czerwone światło. Kurcze. Trzeba by coś napisac o pobycie w Polsce na not-so-close’a...Heh, czas pozbierać myśli. Czas wrócić na chwilę do Polski

“I want to go out on a picnic with you baby” niesie się Fatboy po okolicy…”I want to go out…”. No dobrze, to zacznijmy. Jak to tam wszystko po kolei było?

Sobota 22.12
Piekna pogoda budzi całe Bay Area. Ogólnie rzecz biorąc od rana byłem gotowy do wylotu. Na samo lotnisko za pomoca shuttle busa dostaję się z dużym wyprzedzeniem. Luzik - kawa, ciastko, gazeta, muzyka. W koszulce Bay Area, jestem życzliwe przyjmowany przez lotniskowy personel. Spokojnie czekam na boarding. To co miało miejsce dwie godziny póżniej z pewnością należało do jednej z najbardziej nieprzyjemnych sytuacji w moim życiu. Cholernie nieprzyjemny incydent na SFO, ale o tym nie ma co teraz pisać (o tym wiedzą tylko dwie osoby i lepiej niech tak zostanie). Upewniajcie się tylko zawsze u przewoźnika czy na pewno w dniu odlotu będziecie mieli boarding pass. Oczywiscie on tego nie zagwarantuje, ale czasem można za dopłatą wykupić specjalną opcję zapewniającą bezwzgledną rezerwację miejsca. Jeśli to nie zadziała to check in’ujcie się on-line z dużym wyprzedzeniem lub podstawiajcie nogi szybszym współpasażerom na schodach. Nie wiem jak to działa i jak przed tym się bronić? Ja w każdym razie miałem gigantyczny problemy z dostaniem się na poklad samolotu, na który bilet miałem od dwóch miesięcy. W atmosferze skandalu (który sam wywoałałem), zostałem skierowany na zastępczy lot przez Frankfurt. Na lotnisku w dość zabawnych okolicznościach poznałem Sergieja (nie przeklinajcie – zwłaszcza po polsku- zbyt głośno w miejscach tak zwanych publicznych, w których myślicie , ze jesteście sami ;-)). Siergiej to bardzo rozsądny Ukrainiec, specjalista z branży IT, z którym bardzo szybko złapalem wspólny język. Nie lubię górnolotnych wstępów i gadania o niczym w chwili, gdy mam swiadomosc, ze będę znał gościa przez najwyżej najblizsze trzy godziny. Więc po dziesięciu minutach pierwszy test. Oczywiście, że załapał! Na hasło AK47 sam dalej prowadzi dyskusję snując opowieści na temat zasadności użycia takiego sprzętu po tym jak jeden z amerykańskich podwykonawców zawalił dla niego robotę.
- Czasem brakuje im Powera!, rozumiesz?
- Rozumiem, znam ten ich styl pracy za dobrze.
Potem pojawiają się hasła XC7, RAV4, rodzina, dzieci (!!) rozmowa się rozwija. Ja stoję na tym lotnisku już szóstą godzinę. Robię się zmęczony i cokolwiek obojętny, ale rozmowa z Siergiejem ratuje te chwile niepewności w oczekiwaniu na wyrok. Będzie dla mnie miejsce czy nie? Nagle spiker prosi mnie o podejście do kontuaru. Tak! Najlepsza wiadomośc dnia! Lecę do Frankfurtu, lecę do Polski! Nie mam już sił na złe wiadomości dzisiaj. Siadam w samolocie i czekam na moment startu. Lubię to przyspieszanie, po oderwaniu sie od pasa ostatecznie się uspokajam. Frankfurt to już prawie jak dom, na Okęciu czuję się jak u siebie w mieszkaniu.
Z lotniska odbiera mnie Cypis, bagaż oczywiście zaginał, ale nie martwi mnie to już za bardzo. W drodze na Tarcho szybko dowiaduję się co, jak, gdzie i u kogo. Wiadomo - z różnych względów informacje od Cypka są zawsze najświeższe ;-) Potem wszedłem do domu i nie mogłem otrząsnąć się z mikro-szoku, w końcu kiedyś tu mieszkałem a dziś jest tu nieskazitelnie czysto. Są też pierwsi goście ;-) ajjjj

No jakoś tak bym to chyba musiał opisać na n-s-c. Zgrzyt przekładni zębatych. Kurcze! Cały czas mam problem z manualną skrzynią biegów. Po kilku miesiącach w Stanach, lewa noga leniwie leży na podnóżku. Skandal!

Ślicznotka - Italian Beauty


Tymczasem wjeżdżam w tunel pod Fillmore. Przeskakuję z prawego pasa na lewy, mijam po warszawsku - szybko, sprawnie, nieco agresywnie zmęczonych amerykanów, którzy mocno zamulają za kółkiem. Rzucam kątem oka na wyprzedzanego kierowcę, azjata…aha ok. Oni nigdy się nie budzą...śpią za kierownicami tych swoich samochodów. Przenoszę wzrok na konsolę środkową. To jest to! lubię sposób w jaki śwaitło kladzie się na stylizowanym napisie Pininfarina. Żółte blinki ulicznych latarni przeskakują po jego błyszczącej powierzchni. Wyjeżdżam z tunelu. Żnów zatrzymuje mnie czerwień na skrzyżowaniu z Laguna Street.

W głośnikach T.Love i Muniek śpiewający
„Nocą ulice są złe, samotność gnębi mocno tak”.

Samotność…Lepiej o niej nie myśleć.
Potem była Wigilia. Włączam TV i okazuje się, że pokazują na jakimś kanale turystycznym Moss Landing Marinę (heheh, jakby to powiedzieć, prawie mój drugi dom). Potem poszedłem odebrać obraz z oprawy i znów nie mogę się powstrzymać od komentarza. Największe zdjęcie w pracowni to budynek na rogu Market i O'Farell. California mnie prześladuje!
Potem jest już kolacja Wigilijna, wykonuję telefon na lotnisko, odbieram znaleziony bagaż, jadę z Kero do Socho i wreszcie w drodze powrotnej czuje ten luuz…Jestem w Polsce! Come on! Można głębiej pooddychać!

Zajeżdżam na Krochmal, potem odwiedzam Kościół Świętej Anny i biore udial w Świątecznej Pasterce. Ciekawa sprawa, gościu od kazań ma niewątpliwie oratorski talent, choć nie ustrzega się kilku za bardzo wyszukanych „przeginek”. Po mszy lądujemy na ABSOLUTnie powitalnej imprezie. Rozmowy kończą się kulturalnie wraz z zawartością pierwszej butelki. Zmykamy do domów, jest szósta rano.

Czerwon fala. Na Van Nes’ie znów zatrzymuje mnie ulubiony aparat wykonawczy naczelnego inżyniera ruchu. Spoglądam w prawo czy w British Motors nie stoi jakieś nowe italiańskie cacko. Chyba wstawili nowe Ferrari? Tak! Zdecydowanie nie było go tutaj przed moim wylotem. Ciekawe dlaczego ZBritish?? hmmm

„Daleko tak daleko, daleko tak...” Muniek wprowadza mnie w odpowiedni nastrój.
A właśnie! Tak na marginesie. Szalona G i WP kupili mi w ramach prezentu Książkę, na pierwszej stronie której widnieje wpis „Piotrkowi z Rock’n Roll pozdro Muniek. T.Love.Wawa. gwiazdka 2007”.
Wyciągnęli go specjalnie z domu, żeby zdobyć ten podpis!! Oni są szaleni, ale to publicznie wiadomo. ;-p Dziękuję!

Przez przejście dla pieszych przechodzi grupka młodzieniaszków. Jak dalece posunął się proces dewaluacji męskości widać doskonale właśnie na ich przykładzie. Nie mam jednak czasu na ratowanie świata. Odwracam wzrok w poszukiwaniu innych inspiracji…A może by tak dać tu w lewo? A może na Embarcadero? Oczywiście! Dobry pomysł, kierunkowskaz już miga.

Pierwszy dzień Świąt. Co tam wtedy się działo?? Aaaaa… Spotkania z rodziną, obiad w gronie (wiadomo) a potem podróż do Warki. Tak jest! Wreszcie działeczka! Wreszcie się wyśpię! Na działce pełen skład. Oprócz gospodarzy jest także PG i gościnnie wprost z Londynu Lu+Chris. Mówcie co chcecie, ale myślę, że Lu to fajna babeczka (to chyba rodzinne ;-) ). Z Chrisem też się od razu polubiliśmy.

Wareczka-miejsce legendaarnych spotkań

Przy kominku, ożywionych rozmowach, czarnym Jasiu i Porto z Napy gramy w Monopoly. Wydaje mi się, że w życiu czasem trzeba zagrać Va banque, teraz to rozumiem.
Drugi dzień mija pod znakiem sesji fotograficznej Caucasian Beauty i basenu w Warca (przez kolano dwie małe sesje free niestety na samych rękach). Magda potwierdza Sylwestra. Z jej relacji jasno wynika, że zapowiada się ciekawa impreza! Wydaje mi się, że w jednym miejscu i czasie będzie więcej „dziewiątek” niż w niejednym sklepie z bronią czy na niejednej strzelnica. Wiadomo- tak się bawią ludzie z „branży” ;-).

Caucasian Beauty-The sesion

Następnego dnia wyjeżdżamy do Łodzi. Piątkowe popołudnie upływa pod znakiem wizyta u dentysty. Stomatolog pyta się mnie z niedowierzaniem.
- Naprawdę specjalnie przyjechał Pan z Warszawy, żeby się u mnie leczyć?
Odpowiedziałem
- Jak się Pan dowie skąd przyjechałem do Pana to i tak mi Pan nie uwierzy.
Uwierzył.
Potem jest owiany legendą Hotel Savoy (klimat to on ma, nie ma co ;-) ), wieczorne spotkanie z Sebkiem w żydowskiej restauracji Anatewka, która jednak nas nieco rozczarowuje. Nie ten poziom dań jak na lokal tej klasy (przez chwilę w lokalu był człowiek, który kiedyś zatrzymał Anglię, niestety menu nie zatrzymało na dłużej dawnego bohatera). Po kolacji wspólnie decydujemy się na wypad na Piotrkowską. Gin z Tonikiem skutecznie doprawia i tak miłą atmosferę ;-)

Hotel Savoy - Legenda wciąż żywa


Pobudka nie takaż znowu poranna. Niemiła wiadomość od Magdy. Nie wnikając w szczegóły, Sylwester musi być odwołany. No nic, zbieramy się i opuszczamy Łódź. Kocham polskie drogi trzeciej kategorii, polska klasy B ma swoje uroki. Ciekawe jak to będzie z tym Euro 2012?
W trakcie podróży odbywam bardzo miłą rozmowę z Ejjjdablju. Zajeżdżam do Socho, Żelazowej Woli, w końcu wracam do Warszawy. Od początku tygodnia ta noc zarezerwowana jest na imprezę w Ryni. Z „moimi ludźmi” nie ma żartów, więc jedzie się do końca, tym razem było podobnie. Budzę się w Niedzielę ;-) Pod wieczór spotkanie z Anią i Jarkiem. Trzeba wiedzieć co słychać w branży. Informacje jak zwykle z centrum wydarzeń, jak zwykle z pola walki. Miło sobie rozmawiamy, interesujące opowieści o życiu kończy ochrona, która w pośpiechu zamyka centrum. Żegnamy się. Coupe’ta wcale nie wygląda gorzej niż granatowe Lambo Gallardo zaparkowane pod Cienema City. Z dumą wsiadam do Włoskiej Ślicznotki. Zajeżdżam na basen spotkać się z Waldkiem i Jolcią. Ponad godzinę gadamy o free! Waldek robi już na jednym oddechu 48.2 metra w dół, Jola ponad 30-ści. Szacunek! Żegnamy się. Powoli zaczyna się Poniedziałek.

Kurcze. Bezsensownie długi będzie ten opis, ale chyba inaczej nie umiem. Coś może wytnę finalnie. Jakoś to tam może bez wiekszego bólu da się przeczytać.
Skręcam w North Point Street, czuję pod skórą Ocean!
Ajjjjj, a co było potem?

Nieśmiertelny "Patyk"


Sylwester w Pałacu Kultury zapamiętam ze względu na ludzi, których tam spotkałem oraz ze względu na wszystko co się tej nocy wydarzyło „Zostawcie mi tych parę głupot w głowie” oraz „California też szczeka” można było pod koniec roku usłyszeć ze sceny na szóstym piętrze Pekinu. Ja w każdym razie słyszałem ;-) . Dla mnie to drugi Sylwester z Grupą Rafała Kmity i muszę powiedzieć, że już czekam na trzeci ;-p . Potem na skutek pewnej znajomości, zbiegu zdarzeń i magicznej wejściówki lądujemy pod sceną na placu Defilad. Hiszpańską Cavą witamy Nowy Rok, tuż obok Muniek schodzi ze sceny :-)! Potem nocny Spacer po mieście i mamy na wyświetlaczach telefonów dwojkę , dwa zera i nowe zupełnie osiem. Ciekawe co Nam ono przyniesie? Zastanawiamy się wspólnie „Taking bout me and you babe”. Kero w tym czasie z Maciasem odbywają awangardową podróż do knajpy Hydrozagadka na imprezę pod tytułem „weź to wyłącz”. Według relacji Drewbud jednak zawiódł oczekiwania. Lubię bezpośredniość Maćka ;-)


Światła miasta

Wjeżdżam na Emabrcadero. Herbaliser snuje na tracku leniwe dywagacje w temacie „If you close your eyes”. Yeah man! Po lewej czuć wyraźnie obecność Oceanu. Powietrze w kabinie wypełnia się orzeźwiającą wilgocią. „If you close your eyes…” na pewno wrócisz pamięcią…

No właśnie. Potem była poranna przejażdżka o 4 nad ranem po Pradze. Szmulki, Wschodniak, Stara i Nowa Praga, nie powiem Wam gdzie jeszcze bo mi wykupicie, albo spowodujecie , że zdrożeje dwukrotni ;-). Pod wieczór odbyło się spotkanie z kolegą z Technikum, które to spotkanie miało co najmniej dziwny przebieg. Po pierwsze: godzinne, niezbyt wiarygodnie wytłumaczone spóźnienie zaczęło mnie trochę niepokoić. Po drugie nagła zmiana trasy zasiała wątpliwości. W końcu po trzecie zupełna zmiana planów i dosyć enigmatyczne zapewnienie Sieńka, że na pewno nie będę żałował totalnie mnie zaskoczyło. Miał rację, w sumie nie żałowałem.
Następnego dnia odwiedzamy posiadłość Magdy i Bartka. Jestem pod wrażeniem ambitnych planów zorganizowania ośrodka szkoleniowego przeznaczonego dla służb specjalnych. To jest to! Myślę, że Bartkowi spodobał się pomysł Water Tower – może kiedyś wspólnie się uda. Ślicznotka robi nam kaprys, ale pięknym kobietom takie rzeczy się wybacza ;-)
Na tylnym siedzeniu wiozę dwie niewinnie wyglądające młode niewiasty. Z ich plecaków wystają drewniane kolby...karabinów.

Tymczasem zatrzymało mnie czerwone światło przy Ferry Building na Emabrcadero. Podjeżdżam powoli, w głośnikach Muniek śpiewa o Warszawie. Lubię ten song...ajjjjj.
Bębnię rytmicznie palcami w kierownicę tak jakbym grał na perkusji. Śpiewam sobie pod nosem.
Ostatnie takty T.love milkną w głośniku. Chwila ciszy, odwracam się w lewo patrzę na sąsaidkę w samochodzie obok i odruchowo intonuję
„Cześć maleńka jak masz na imię? Zgubiłaś się w tym tłumie?”
Dziewczyna uśmiecha się lub wręcz się śmieje i odjeżdża z dosyć mocnym rykiem silnika. Sportowy leksus nie chce dać mi szans na poznanie pięknej pani za kierownicą.
Olewam to, Ialian beauty nie będzie się starać o względy jakiegoś nieokrzesanego japończyka.
W głośnikach faktycznie znów pojawia się Muniek, tym razem powtórka...

„Nocą ulice są złe
Samotnośc gnębi mocno tak”

Next track, czasem tryb random wydaje się być złośliwy.

Ostatni dzień to już głównie spotkania ze znajomymi. Czerwony Wieprz zachwyca mnie po raz kolejny, tym razem Pierogami z Różyka. W sali obok dogaduje szczegóły teledysku ktoś o kim poniekąd na n-s-c będzie niedługo. Potem szybkie spotkanie na R1 z Jarkiem i Jackiem. Rondo Royal okazuje się obecnie chyba najdroższą knajpą w Warszawie. Potem szalone spotkanie w ostatniej chwili z EjDablju. W drodze na ostatni nocleg odwiedzam jeszcze nadwiślański brzeg ;-) tam „Otwieram wino ze swoją dziewczyną”.
Na SFO wracam w koszulce z anpisem Warszawa. Yeah! To jest dopiero szykowna szata!

Ehhh, szkoda, ze czas tak szybko mija. Dojeżdżam do Bay Bridge’a
W tle lecą znajome rytmy, niemal jak Eric Serra w Big Blue.

„Późną nocą na bulwarze, na falochronie siedzę sam,
Trochę wspominam, trochę marzę, całą noc dla siebie mam..."

Dostalem tą plytę od Eweliny. Myslę sobie pod wplywem impulsu, że coś ze mną jednak jest nie tak. Wszystkie kobiety, z ktorymi los mnie kiedyś połączył opuszczają ten kraj.
Ewelina jest na Jersey, Aneta w Londynie a Ilona (thx for contact) w Italce. Ciekawe co z Agnieszką lub Anką?

FFWD- nie mam dzis ochoty na sentymenty, niebezpiecznie jest myślec o przeszłości z dala od miejsc, w których miała ona miejsce...niebezpiecznie jest myśleć o osobach, które znałem z dala od miejsc, w których je poznałem...
Wilgotne powietrze znad Oceanu orzeźwia oddech i myśli, wdziera sie do samochodu, powoduje przyjemne uczucie świeżości...puszczam przycisk FFWD, falochron juz powinien sie skonczyć i faktycznie dobiega do końca...

„Tyle razy stąd uciekałem i powracałem razy sto...
Pytam się sam czy rację maiłem? Choc dobrze wiem, że to był...” STOP
Koniec muzyki na dziś...silnik basowym taktem wkręca sie pod czerwone pole...

P.s. Dziękuję Kero za pożyczenie „Ślicznotki” na te dwa tygodnie.
Wydaje mi się, że w środku zimy, w środku Polski, można poczuć się w niej jak… w Kalifornii!
Ja w każdym razie chciałbym ją tutaj mieć!!



Droga powrotna do domu...Ostatni look na miasto...z góry żegnam CEN Natolin i R1 ;-) moje klimaty


sposób na transatlantycką nudę? Gdzieś nad Godthab

Saturday, January 5, 2008

Pierwsze małe Podsumowanie

Rok 2007 okazał się dla mnie rokiem przełomowym, ale sam nie wiem co ten przełom przyniósł / przyniesie? Ba, sam nie wiem czy ten przełom to efekt życiowej odwagi, niespokoju ducha czy raczej przejaw outsiderstwa a może nawet i tchórzostwa. Nie wnikając w szczegóły, na skutek różnych przemyśleń warszawskich przyjechałem do San Francisco. Ten pierwszy wyjazd przyszedł mi z łatwością, witałem nowe życie z nadzieją i z głębokim oddechem. Koniec życia w świecie 30 letnich kredytów i szczęśliwych rodzin z naręczami dorastających pociech. Wydaje mi się, że te pierwsze miesiące były czasem ważnym, zaskakującym, czasem wesołym, czasem przykrym, ale na pewno nie takim jakim sobie przed wylotem wyobrażałem :-)

Chyba czas na pierwsze rozliczenie się zdobywcy - laika z tym krajem.

- W Połowie Sierpnia przyjechałem na Zachodnie Wybrzeże kontynentu Amerykańskiego, kraju jak się zwykło myśleć wielkich możliwości i legendarnego amerykańskiego stylu życia owianego duchem (jakżeby inaczej) amerykańskiej wolności – fałsz!

Nie wydaje mi się, żeby ludzie owładnięcie hasłami i trendami w stylu „be green”, „be health”, „be the best” mieli jeszcze szansę na poczucie radości z wypicia puszki czerwonej coli i zjedzenia niezdrowego kawałka pizzy. Niestety amerykanie, których poznaję mają jakieś dwie natury. Jedna oficjalna – fasadowa, druga – prawdziwa, stłamszona, mająca ochotę pokazać środkowy palec. Niestety, oni tu żyją i pewnie nie zamierzają zmieniać nic w tym swoim życiu, więc muszą przyjąć te zasady gry. Więc walczą o statut społeczny, o dobre ubezpieczenie medyczne i tani kredyt na dobry uniwersytet dla dziecka. Szkoda mi ich czasem...

- Kalifornijski styl życia, o którym przez pierwsze dwa miesiące mogłem mówić, że mi się podoba, odszedł czas jakiś temu w zapomnienie. W pełni wyposażone mieszkanie z jacuzzi i basenem to nie jest standard (jak myślałem) życia klasy średniej. Zamiast tego mam mleczne szyby w oknach, trochę niedogrzany pokój i średni (czyli tarchomiński) metraż.

- Nie przyjechałem tu z nadzieją zarobienia pieniędzy, więc ominęło mnie uczucie rozczarowania. Chociaż z drugiej strony przyjemnie byłoby mieć z tego coś dla siebie…Niestety tutaj nie ma pieniędzy, które pozwalają myśleć o tych 40 metrach z widokiem na Praskie kamienice…a może ja po prostu żyję jak amerykanie - ponad stan?

- Przyjechałem do kraju, który symbolizuje potęgę gospodarki wolnorynkowej i swobody rozwoju myśli (nie tylko) technicznej. Jednak zauważcie, że w momencie mojego lądowania na SFO, największe samoloty i najszybsze pociągi buduje się w…Europie. Amerykański dolar w mojej kieszeni jest wart 2.72 pln i nie stanowi już takiej wartości jak dwadzieścia lat temu. Galon benzyny kosztuje około 2.80 dolara – to stan z sierpnia 2007. A co się zmieniło dziś?
Po niespełna połowie roku dolar w mojej kieszeni wart jest 2.45 plna a galon paliwa podrożał średnio o pół dolara. Niezbyt pocieszające wskaźniki…Zmartwicie się jeszcze bardziej jeśli umiecie analizować sygnały dochodzące z Wall Street, FED, Departamentu Pracy i z różnych innych fachowych źródeł. Ja nie umiem, więc mogę podać przykład, który w swej prostocie rozumiem.

Amerykanie muszą zacząć oszczędzać, gdyż nie stać ich na życie ponad stan. Ok., zobaczmy zatem jak oni to robią.

Japoński samochód hybrydowy (symbol nowoczesności i bycia w zgodzie z ostatnimi trendami) skierowany na rynek amerykański - Toyota Prius 1.5 przejeżdza na jednym galonie benzyny 54 mile emitując przy tym 0.369 lb CO2 na każdą milę. Brzmi ok., szczególnie gdy porównamy go do amerykańskich monster pick-up’ów. Sprawdźmy co na to europejska konkurencja. VW Polo model 2007 z silnikiem 1.4 turbo diesla na jednym galonie ropy przejeżdża…74.3 mile emitując przy tym 0.351 lb. Dwutlenku węgla na milę. Nokaut! A przecież nie mówimy tutaj o silniku spełniającym najsurowsze norny EURO5 (takim jak chociażby silniki Fiata 500). Czy Amerykanie zatem są nauczeni oszczędności? Chyba nie, ale jestem przekonany, że z kryzysem jednak jak zwykle dadzą sobie jakoś radę. Zapewne zatrudnią azjatyckich inzynierów, zakupią technologie europejskich potentatów lub po prostu uajwnią swoje wojskowe technologie i rzucą na rynek konsumencki coś co przyniesie rozwiązanie przynajmniej części paliwowych problemów.

- Krajobrazy Kalifornii. Nie wiązałem z nimi żadnych nadziei, ale okazuje się, że to one najbardziej mnie zaskoczyły! Yosemite Park, Lake Tahoe, Napa Valley, Berkeley, Monterey, Big Sur to na pewno klasyki ukazujące różnorodność krajobrazu zachodniego Wybrzeża. Z pewnością podróże do Death Valley i Los Angeles zapisały się na trwałe na szczycie listy wypadów tzw. Niezapomnianych! Kalifornia nie ma poza tym tak drastycznych zim jak w Polsce, dla mnie to tez na pewno zaleta ;-)

- Na pewno zweryfikowałem swój pogląd na wiele zawodowych spraw a także na kwestie językowe (jest to najpoważniejsze moje rozczarowanie). Mam nadzieję, że niedługo jakoś się to wszystko ułoży. Początkowe zachwyty po kontakcie z programami 3d ustąpiły zwątpieniu. Niestety jestem inżynierem i rysowanie to ponoć nie moja działka ;-( Ehhh…Ale z perspektywy czasu wiem coraz bardziej co chcę robić, a czego na pewno wolę unikać. Jeszcze rok, jeszcze dwa, wszystko się odmieni... tak śpiewał poeta.

- Nareszcie uciekłem z domu tzw. Rodzinnego, który w pewnym momencie staje się niebezpiecznym bagażem. Mieszkam sam, nie muszę być uwikłany w żadne toksyczne relacje i wiem, że cieszę się bardzo gdy mogę kogoś gościć. Tak jak gościłem Magdę i Tomka, G i WP (ajj), Jarka i Monikę, Marcina, Człowieka Wódkę i Sławka. Wydaje mi się, że jakoś się wreszcie usamodzielniłem co odbija się na tzw. Komforcie psychicznym. Jednak tak naprawdę wersja San Francisco to scenariusz zastępczy pewnej polskiej wizji usamodzielnienia. Stoi gdzieś na Pradze mieszkanie, w którym chciałbym kiedyś zamieszkać, ale nie powiem Wam gdzie bo mi je wykupicie, albo zrobicie tak, że jego cena wzrośnie. Sio! ;-)

- Nurkowanie. Niestety musiałem zrezygnować z regularnych treningów freedivingowych, które stanowiły podstawę mojej stabilności emocjonalnej…Niestety nie pojadę na następny obóz nad Hańczą. Jestem za daleko by móc na wakacje wyskoczyć do Chorwacji czy do Dahab. Za to mam niedaleko Monterey i możliwość nurkowania w Oceanie. Są też palny wyjazdu do Meksyku i na Florydę, ale tam nie jeździ się samemu a tutaj nie ma zbyt wielu chętnych. W Warszawie po wykonaniu dwóch telefonów skompletowałbym ekipę na Dahab, Chorwację, Libię czy nawet bardziej odjechane klimaty…No cóż wydaje mi się, że Meksyk jest paradoksalnie coraz bardziej nieosiągalny…

- Pewne braki w nurkowaniu mam mozliwość rekompensować sobie w całkiem przyjemny sposób. Coś co w Polsce jest trudno osiągalne, nieco dla ludzi z tzw. "ulicy" niedostępne i na pewno dla każdego z nas drogie, tutaj mogę robić niemal co weekend i to w bardzo miłych okolicznościach! Pamietajcie jednak! Broń ostra to nie grabie - zawsze bądźcie ostrożni i przestrzegajcie zasad bezpieczeństwa!


Piff Paff

dla youtube'owców link http://youtube.com/watch?v=mtkF4cLNwxs

- W samej Ameryce doświadczyłem sporo nieprzyjemnych sytuacji,
które dowodzą tego, że ważne rzeczy nie przychodzą łatwo. Zaczynając od początku: Zgubiono mój bagaż (odnaleziony dopiero po tygodniu), problemy z otworzeniem konta w HSBC (ciągną się do dziś), nieprzewidziana przeprowadzka (zgubione rzeczy takie jak dysk twardy i ubezpieczenie laptopa), problemy z kolanem i konieczność operacji. Na koniec problemy z United Airlines i przylotem do Polski (naprawdę jedna z najbardziej nieprzyjemnych sytuacji w moim życiu). Poza tym znów zgubiono mój bagaż w drodze do Polski (how typical…nawet już się tym nie stresowałem). W końcu wczoraj do portfela włożyłem Kalifornijskie prawo jazdy (którego nie miałem w planach, ale wydaje mi się ono dobrym lekarstwem na tzw. „punkty” i zabranie prawka w Polsce – nie potrafie tego wytłumaczyć, ale chrzanię ziemskie prawodawstwo i mam je gdzieś!! ). Gdybyście posłuchali opowieści Marcina o robieniu prawa jazdy http://marcin-sieradzki.blogspot.com/2007/11/mam-california-drive-license.html i skonfrontowali je z moimi nie uwierzylibyście, że robiliśmy prawo jazdy w tym samym czasie w tym samym kraju… Per Aspera ad Astra? Mam nadzieję…

- Siedząc w samolocie do Polski poczułem niesamowitą ulgę…Czas zweryfikować tą pierwszą rundę. Myślę, że stosując analogię do walk bokserskich można mówić o chwilowym prowadzeniu Ameryki na punkty…Na szczęście obyło się bez knock downu, ale nie wiadomo co będzie dalej…Po drugiej stronie ringu nadal stoi nikomu nieznany Polak. Pamiętacie tamta walkę? Wielu ludzi zapamiętało ją z trzech prostych powodów:

- po raz pierwszy Polak dostał szansę walki o tytuł mistrzowski w wadze super ciężkiej

- po drugie przegrał tą szansę waląc mocno poniżej pasa

- po trzecie Polak wyleczył wielkiego mistrza z boksu ( Ridick Bow po tej i nastepnej rewanżowej walce zrezygnował z dalszej kariery na ringu)


Dużo analogi a wszytko dzieje się dziesięć lat później ;-/

Eh coz zrobic??

Zawsze z radością wracam do domu, nawet jeśli chwilowo nie wiem gdzie on jest to na Okęciu czuję, że jestem blisko…

Tuesday, January 1, 2008

Szczęśliwego Nowego Roku 2008

Chcialbym żebyśmy w tym Nowym Roku Wszyscy mogli się nadal razem spotykać, romawiać, mieć marzenia i plany. Życzmy sobie nawzajem wytrwałości w dążeniu do celu, spokoju w realizacji planów i obfitych plonów naszych codziennych starań.
Chciałbym też życzyć Nam, żeby ten rok był pełen pozytywnych niespodzianek.
Niech zatem taki będzie ten Nowy 2008 Rok!




...a czas i tak za rok opowie Nam swoją historię...

Póki co Szczęśliwego i Wiary w Nowy lepszy Rok!

Friday, December 21, 2007

USS Hornet...Wstęp do pierwszego podsumowania

Miejsce: Oakland, Burger King
Czas: 16.12.2007 późne popoludnie
Okoliczności: Po wizycie na lotniskowcu USS Hornet, tuż przed nocną sesją foto z SF...
Bohaterowie: Ja, Marcin, znudzeni pracownicy Burgera, pustka sali konsumpcyjnej

-Wiesz Marcin...Nie wiem gdzie są Ci legendarni "głupi" Amerykanie...po prostu nie wiem. Po czterech miesiącach muszę powiedzieć, że Oni Wcale nie są tacy głupi, w każdym bądź razie ja jeszcze takich nie spotkałem...
-yhy (Marcin leniwie macza frytkę w ketchupie)

-No bo wiesz, głupi ludzie nie budują takich lotniskowców, takich mostów i takich miast...Kurcze, ten lotniskowiec ma 60 lat a i tak robi na mnie kolosalne wrażenie. Nie no...Oni nie są tacy głupi, oni nawet są mądrzy, w każdym razie mądrzejsi od nas...umieją jakoś wykorzystać ten potencjał.

-yhy (chwila milczenia) czasem tylko są ignorantami

-możliwe, ale wszystko co myślałem do tej pory o Stanach uleglo tu kompletnemu przewartościowaniu...Rozumiesz? To co mialo być plusem jest minusem a to co miało być negatywem jest pozytywem....Nie rozumiem tego, kurcze. Moim zyciem rządzą jakieś cholerne paradoksy...(milczenie)

Marcin spokojnie macza kolejną burger kingową frytkę w heinzowym ketchupie i nic nie odpowiada....

Ja robię to samo bo jakoś nie wiem co powiedzieć. Spoglądam na drzwi wejściowe, rzucam kontem oka za okno - nic się nie dzieje. Słyszę jak pracownicy dla zabicia nudy opowiadają sobie kawały i mam wrażenie, że z nadzieją wyczekują kolejnego klienta...Na daremno...Siedzimy tutaj sami....Ja, Marcin i Oni...W głośniku leci amerykańska kolęda a ja myślę, że nie odkryłem przed Marcinem żadnej prawdy...Właśnie z tym samym obojętnym wyrazem twarzy macza w ketchupie kolejną frytkę. Głupio mi no bo co mądrego mogę powiedzieć?

Więc siedzę i milczę

Post Scriptum...Znów temat dedykuję wujkowi Ediemu...Wujek, chciałbym żebys to zobaczył na własne oczy. Myślę, że warto. Ja w każdym bądź razie jestem pod ogromnym wrażeniem...
Część zdjęć zrobiłem z myślą o Kerowniczce - siostrze mojej...Kero, chciałaś wiedzieć jak wygląda amerykańska służba zdorwia?? Na tym lotniskowcu jest kompletny szpital!! Trzy stoły operacyjne, cztery fotele dentystyczne, dwa gabinety x-ray, gabinet ortodontyczny, internista, gabinet zabiegowy...slowem Soho na wodzie...pozdro!




Alameda na tydzień przed lotem do Polski

GALERIA ZDJĘĆ

USS Hornet
Google photos link

Tuesday, December 18, 2007

Śladami Steinbecka

Trudno mi jest napisać jakikolwiek wstęp do opisu weekendu, który roboczo nazwałem „Śladami Steinbecka”. Trudno, bo cóż mogę napisać o człowieku, którego nigdy nie znałem i nigdy niemiałbym szans poznać? Obowiązkowe lektury szkolne też jakoś nie zawierały twórczości wyżej wymienionego a nadobowiązkowymi zwykle nie zawracałem sobie głowy. Teraz to się trochę zmieniło. Czasem można mnie nawet zobaczyć z książką w ręku, stąd też płyną poniższe refleksje. Pewne postacie, zdarzenia, myśli, sytuacje utrwalone na kartkach książek mimo, że odległe w czasie zdają mi sie bardzo bliskie. Wydaje mi się też, że występują we wszechświecie pewne biografie, charaktery, psychotypy, które od razu rozpoznajesz jako bliskie lub blizniacze sobie. Czy masz jak ja wrażenie, że mimo nierzadko dzielacych Cię kilometrów czy lat, różnicy doświadczeń i przeżyć miałbyś wiele wspólnych tematów do poruszenia z drugą, niznaną Ci zupełnie osobą? Wydaje mi sie, że te psychotypy to taki pozbawiony fizycznego wymiaru zestaw defaultowych ustawień każdego człowiek, ktore podrózują sobie po świecie w poszukiwaniu odpowiedniego dla siebie mieszkania. Mieszkania te zazwyczaj znajdują w ciałach rodzących się pod ziemskim nieboskłonem śmiertelników. Wybierają dla siebie takie tymczasowe domki zbudowane z naszych ciał i za cholerę nie wiem czy o wyborze decyduje przypadek, kalkulacja czy z góry zaplanowany scenariusz. Te duszki mogą prawdopodobnie kształtować nasz charakter, nadawać nam pewne umiejętności, determinować schematy naszych zachowań, określać zdolności percepcji i rozwoju. Na następnych etapach naszego życia za sprawą długich lat zbierania doświadczeń pomagają nazywać nam uczucia, reagować na pewne sytuacje, słowem określać osobowość. Ulegają one nieznacznej modyfikacji w każdym z nas, bo każdy z nas ma jakiś osobisty sposób na ulepienie takiego swojego duszka. Nie wiem tylko kto ma nad kim kontrolę i jakie są między ciałem, umysłem i duchem relacje. Domyślam się, że w momencie śmierci te ostatnie opuszają nasze ciała i wyruszają ponownie w poszukiwaniu nowego domu, nowej ofiary...Czasem wydaje mi się, że przy zachowaniu odpowiednich proporcji duch Steinbecka mógł przelatywać 27 lat temu nad Pragą...


Salinas - Dom Rodzinny

Cannery Row - Legendarna ulica

Czasem życie wydaje mi się niesłychanie proste...



Temat dedykuję Najgorliwszej Entuzjastce Steinbecka jaką znam :-) Wiele miejsc, które odwiedziłem tego weekendu mieliśmy już okazję wspólnie schodzić. Była to zatem dla mnie podróż sentymentalno - dziękczynna. Dzięki G :-)
GALERIA ZDJĘĆ

Steinbeck
Google photos link

Friday, December 14, 2007

Pismo Beach

czyli...wstęp do Pro arte et Studio

Sunday after the California Cup.
Americans just after the brakefast left San Luis Obispo and have gone to San Franciso, but we are not natives... 

Welcom to Pismo Beach!
100% of California
Martin probably would say "you cut the feet"

Blinded by the light
in Autocad this function is named Mirror

Being above...
Always look at the bright side of life?

Afaan & Micheal
Hush hush


It wasn't an accident

and this time the victim has run away...

I lkie this photo...Can you fell the California??

The wall may be interesting...
Enjoy the pismo/shell beach ! This time I shoudn't write to much...Just take a look!










Teraz po polsku:
W drodze powrotnej z Pismo Beach okazuje się, że Brad Pitt jest entuzjastą architektury i udziela się nawet zawodowo w branży. Projekty, w których bierze udział zazwyczaj oznaczone są klauzulą tajności. Jedna koleżanka z naszego biura miała okazję spotkać  Brada na spotkaniu koordynacyjnym. Przedwczoraj poszliśmy na wspólną kolację i zapytałem Shruti czy to prawda. Potwierdziła. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem sobie, że Świat proszę Państwa może sie okazać za mały nawet dla takiego kogoś jak ja…póki co staram się robić swoje, różnie może być...i w sumie różnie jest.

Wednesday, December 12, 2007

California Cup 2007

When? December 1, 2007
Where? Arroyo Grande, CA
Setting? A sport complex with two soccer fields
Weather? Clear, perfect for the match
Outcome? San Francisco defeated Los Angeles 3:1


In order to meet Yalek's expecattions I would like to announce another english post.

This time I have published several photos and a short description of this sport event. Two weeks ago took place the most important annual sport event in a whole Arup World!!! Let's visit the battle field!

Try to feel this atmosphere, sweat, winners' exualtion and losers' tears...


Lets play...come on!

LA feels good about themselves...we are few minutes before the game ;-)

We have got flexible and strong team. For example: Brian. 4 guys in 1 body... First of all - Player

Secondly...Referee...
Supporter too!
and Dad of this young player

We've got also "Lead Foot Lee" (souds better than Go Go Yubari and as good as Black Mamba!)

a lot of supporters....

and we feel good about ourselves too...

We shape a better body :-) LA office !

goal path ? (I'm not sure it does make sense)

I like winter....in California :-)

Suspended ball

group photo...

Ninjas' official soccer attire





Who's the Boss??

In the limelight


Another point of view...Sprained knee, broken heart! I should be there! (my worest week just started)

Great expectations...

I had my own game...


Neutral referee form LA :-) sounds strange :-)


British punctuality?

We fight to win on the pitch, in the same time above our heads somebody fights to survive

in a meantime goal number 1!

then 2

3
and 4

Scheize... :-) Ich kann nicht anblicken!

In the motion...


3 or 4 stripes?


Unquestionable Hero of the Match! Norm - The Rubber Man!

Two teams, one family


Football (soccer) is a a simple game. Ther is a ball and two goals...

After game... It was a great party !!

After party...



Time to go, head back to LA...As every single year Arup has won!