Wednesday, February 20, 2008

San Diego - American Anchor - Sobota

Wyprawa do San Diego była wyjątkowa z trzech powodów:

- Po pierwsze, to właśnie tym razem miał miesce debiut krajowych podróży lotniczych,
- po drugie na pokładzie obok mnie i Beaty zasiadła po raz pierwszy także moja amerykańska koleżanka z biura - Kathryn Lee (debiut obcokrajowca),
- po trzecie, na tym samym pokładzie zabrakło po raz pierwszy Marcina, który zwykła planować z najdrobniejszymi szczegółami wszystkie nasze wyprawy. Tym razem musielismy radzić sobie sami....(no ok, prawie sami... Martin przysłał obszerną listę places to visit).

Od rana sobota jest spokojna, ale po czwartkowej imprezie urodzinowej Johna to nie dziwne (znów odpisywałem jakieś głupoty ludziom na maile, ehhh) póki co emocjonalnośc po resecie przez chwilę jest na zero. South West odrywa sie od ziemi, ipod nie zdąża się rozkręcić a my już po chwili jesteśmy w San Diego. Wszystko idzie super sprawnie. Bagaż bez kłopotów, szybko złapany shuttle bus do biura, w którym zarezerwowaliśmy samochód i trafiony w dziesiątkę upgrade. Na parkingu stoi czarne cabrio, któremu po prostu nie możemy odpuścić! Zrozumcie, ja czuję się w Kalifornii jak turysta. Mieszkając w San Franie nie poczujecie tego klimatu, tych plaż, kobiet, serfurów i...Słońca.
Tomek ląduje na szybie a zaraz po nim my lądujemy na La Jolla Beach! Podjechać na kalifornijską plażę cabrioletem i nie wyskoczyć przez zamknięte drzwi wprost na nią to grzech, więc po chwili wszyscy jesteśmy w komplecie nad Oceanem. Zdjęcia, głebszy oddesch, po prostu relaks, chyba jestem w jakiś sposob spokrewniony z wodą, czuję się jak w domu. Potem spontaniczna podróz w poszukiwaniu jedzenia i znleziona za pierwsyzm rogiem super klimatyczna restauracja Bamboo! To właśnie tu odnajduję najlepszy interior jaki widzialem do tej pory w Kalifornii!! Czuję się tam świetnie, dokładnie tak samo jak czułem się w Beverly Hills - lubię ten styl i to tempo lub chwilowy jego brak...:-)). W restauracji zamawiam najlepsze sushi jakie kiedykolwiek jadłem! Tym samym niepobite dotąd sushi wrocławskie zostaje zepchnięte na drugie miejsce. Wychodzimy z Bamboo, w którym wydaje mi się, ze i tak spędziliśmy ciut za dużo czasu, spokojny spacer bulwarem z widokiem na Ocean. Wskakujemy do samochodu i udajemy się na zachód słońca w kierunku North Grove (Guy Fleming Trail). Jest bardzo miło, znów udziela mi się spokój Oceanu...relaks...Mógłbym w tym stanie trwać do samego końca....
Ale my mamy jeszcze w planie na dziś odwiedzenie naszej wspólnej znajomej z San Dego, więc gdy Słońce znika za horyzontem na ekraniku przewodniku pojawia sie nowy adres...Odwiedzamy Anne (Anna Liu-dla Arupowych czytaczy i intranetowych szperaczy). Mieszkania chinczyków maja zawsze ten sam charakterystyczny zapach i jak mi sie wydaje charkterystyczny dla tej ancji nieład, tym razem po raz pierwszy odnotowuję porządek - a jednak da się... Tutaj poznajemy całą rodzinę Anny i tutaj także za pomoca internetu rezerwujemy mocno przebrane juz pokoje hotelowe (jakoś sie udało, chociaż Beata zaczęła się juz denerwować ;-). W międzyczasie w drzwiach pojawia sie tajemnicza postać, która oznajmia, swoje przybycie na miejsce wprost z LA. Ok, tak poznajemy Toma, który pracuje w przemyśle filmowym Hollywood. Po chwili wszyscy razem udajemy się na miasto. Okazuje się, że amerykanie mogą bez końca przesiadywać w restauracjach. Mocno zaczyna mnie to denerwować. Od zapłacenia rachunku minęło juz pół godziny, Beata siedzi ubrana w płaszczu i szalu gotowa do wyjścia delikatnie swoją gotowościa opuszczenia miejsca dając do zrozumienia, że restauracja to nie to po co tu przyjechaliśmy. Wydaje mi sie, że teraz moja kolej. W trakcie najlepszej rozmowy rzucam szorstkie "Excauseme". Wszyscy z uśmiechem zwracają oczy na moją osobę (przyznam, że chciałem załatwić to grzecznie). Czuję, że musze coś powiedzieć...(no i powiedziałem...) "Could we go out?" Po czym wstaje i kieruje się w stronę drzwi....) Początkowe zdziwienie na twarzach towarzyszy, znów zastępuje uśmiech. "Yes, of course Piołtreak". W samochodzie mam wrażenie dokonuje się jakiś wewnętrzny rozłam, my Polacy i oni oderwani od rutyny spedzania wolnego czasu tubylcy... My chcemy zwiedzac a oni wcale nie sa tym zainteresowani. Jednak to my dopinamy swego. Odwozimy Anę do domu i w przyjaznej atmosferze rozstawjemy się, umawiając jednocześnie na poniedziałek. Ok, mówię do pozostałej grup "Ja chcę jeszcze coś zobaczyć na mieście". Kathryn proponuje drinka na tarasie widokowym hotelu Hillton (co za nuda myślę), ale mówię "ok"! W gpsa wpisuję i tak swoje koordynaty... Martin sugerował to miejsce a ja bardziej wierzę Martoniwi. Pokazuję Beacie następny cel naszej podróży a ona ze zrozumieniem kiwa głową (chyba też mu wierzy)...Tak oto znajdujemy się w największej melinie jaką do tej pory w Ameryce odwiedziłem! Kentucky Bar! Amerykanie w ogóle nie są zainteresowani. Ja z Beatą robimy sobie okolicznościowe zdjęcia, poznajemy piajnego jegomoćsia, który deklaruje przyjaźń do narodu polskiego za 44. i za Irak...Po niedopiciu ochydnego Budwisera (którego zamówilem po raz pierwszy w życiu, przez wzgląd na charakter i legendę miejsca, w którym się znajdowaliśmy) wsakakuejmy do samochodu, dach ląduje nam za plecammi i jedziemy na Old Town District. W glośnikach delikatnie sączy się muzyka...Amerykanie nieco zdezorienotwani jeżdżą za nami, a my bez sensu kluczymy ulicami E, G, F, H, G i Alejami 5. , 6. , 7. Amerykanie tego nie rozumieją, jeździć w kółko, tylko po to, żeby jeździć...i tak włąśnie było: E, D , E, D, E, H, D, C, A....jakbyście zagrali to na fortepianie, przekonalibyście się, że jednak jakiś w tym sens jest ;-).

Podsumowanie pierwszego dnia.

Plan na osbotę został zrealizowany, La Jolla, North Grove, Słońce, palmy, kobiety i kabriolety to prawdziwa California! Dzień skończył się o drugiej w nocy, Kathryn na skutek niejasnych planów co do noclegu, została na lodzie i musieliśmy wozić ją po nocy w poszukiwaniu wolnego pokoju.... Co innego, że chwilę wcześniej przez mój błąd o mało nie wszczeliśmy karczemnej awantury w hotelu, który tweirdził, że nie ma nas na liście gości mimo naszego przekonania o posiadanej rezerwacji...Po chwili uprzejmie przeprosiliśmy i z uśmiechem wycofaliśmy się z recepcji....Tym razem w tomkatomka wpisałem poprawny adres hotelu... :-) A i jeszcze jedno....To miejsce, które rekomendował Martin...to tam nakręcono parę scen barowych na potrzeby legendy epoki Vhaesu....Top Guna! Kiedyś oglądałem ten hit z zapartym tchem jako mały dzieciak, nie wierząc nawet, że ten świat naprawdę istnieje... z reszta nie wierzyłem do 18. Sierpnia tamtego roku...Pozdrawiam Czytaczy!


** GALERIA FOTEK**

Monday, February 18, 2008

Kalifornia 0.33 "Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna"

Dzis mija pół roku odkąd wylądowalem na "przedsionku raju". Podsumowanie wkrótce. pozdrowienia z San Diego.

Musisz być szaleńcem lub pozbawionym wyobraźni i odpowiedzialności wariatem a może zagubionym emocjonalnie czlowiekiem skoro zdecydowałeś się zmienić jak ja całe swoje dotychczasowe życie. Musisz mieć nieźle poukładane skoro tak jak ja szukasz nie wiadomo czego a skoro nie wiesz czego to łatwo wywnioskować, że na dodatek nie wiesz też gdzie! Nie wydaje mi sie dzis, że to był łatwy czas, ale szczerze mówiąc mogło być znacznie gorzej. Skoro zmieniasz półkulę, kontynent, kraj, język, kulturę, wybierasz do pracy miejsce, w którym cała twoja zawodowa wiedza zostaje zdewaluowana a dotychczasowe w miare spokojne życie zmienia się o 180 stopni...musisz być wariatem, albo niepoprawnym optymistą (czyli wariatem). Może jesteś podróżnikiem (ja nie jestem, ale takich znam), albo czlowiekiem, ktoremu na niczym już nie zależy? Możesz też być jakimś wysoko kwalifkowanym specjalistą, na którym z kolei zależy wszystkim pracodawcom (i takich też znam)....Sam nie wiem gdzie w tym wszystkim jestem ja? Ja się zdecdowałem na wyjazd, ale właściwie nie wiem dlaczego (o tym na samym końcu). Nie będzie to próba podzielenia kartki na pół i wypisania wszystkich za i przeciw. Będzie to próba zadania pytania i znalezienia na nie odpowiedzi.
Nim do tego jednak dojdę postukam sobie trochę w klawisze po próżnicy coby zobaczyć co mi „na wolno” do głowy przychodzi.
W naszej kulturze ponoć najważniejsi są ludzie...No i w tym wypadku tak jest, najlepsze co mnie tu spotkało to właśnie ludzie. Tych najbliższych nie jest znowu jakoś sporo, ale za to z grupą tą przeżylismy już dosyć dużo i całkiem intensywnie.
Nie da się przeliczyć na pieniądze także tego co przez te pół roku zobaczyłem i doświadczyłem (warto ryzykować, choć wcale nie wiem czy Audaces fortuna juvat).
Na pewno też pod względem kulturowo poznawczym, jest to nieoceniona przygoda.
Znam, bywam i jadam w domach i restauracjach azjatów, amerykanów, filipińczyków, japonek, hindusów, pakistańczyków, francuzów, chińczyków (a z jednym z nich nawet mieszkam). Wiem już co i czym się je i nie mówie tutaj o dosłownościach (chociaż np. od wczoraj wiem jak sprawnie zjeść Homara i wiem także czemu służą parujące ręczniczki w misce). Zdążyłem poznać główne różnice i relacje kulturowe i już tak łatwo „nie łyknę” wszystkiego co kiedyś sprzedalibyście mi za pewnik powołując sie tylko i wyłącznie na swój autorytet. Niestety różnice kulturowe czasem potrafią być znaczne, niezrozumiałe, powodujące złośc (agresję?) czasem rozczarowanie. Może mówię zbyt ogólnie, dam Wam zatem przykład. Japonkę, z którą pracuję z łatwością możecie zaprosić na piwo. Mniej więcej w połowie pierwszej butelki zaczynasz rozumieć, że powoli tracisz rozmówcę, a po całej butelce jest jasne, że straciłeś także towarzystwo. Ona jest pijana (biedni są oni) a ja rozczarowany. Teraz rozumiecie?
O swojej „karierze” nie bedę tu dużo mówił (bo ona jednak nadal trwa), ale już dziś mogę powiedziec, że jest (skąd to znam?) pełna paradoksów. Generalnie chciałbym mieć bardziej intensywny kontakt z zawodem... Potrzebuje w życiu emocji, ale nie zrozumie o czym ja przędę ten kto nie uruchamiał (nie mając przy tym o tym zielonego pojęcia) wartego milion złotych chillera, ten kto nie robił nocnych testów pożarowych, czy ten kto nie uczestniczyl w zalaniu wodą hydrantową połowy wykończonego hotelowego pietra ( zalaniu po kostki). Nadal jestem dzieckiem, potrzebuję spaść z drzewa i rozwalić sobie kolano (co finalnie mi się udało) czy uciekać przed właścicielem ograbionej z truskawek działki. Samo życie na „przemawiającej” od czasu do czasu ziemi nie wystarcza....Chciałbym zintensyfikowac swój zawodowy wysiłek, ale czy mogę to zrobić siedząc wyłącznie przed panelem LCD ze sluchawkami w uszach? Póki co tępię swoje temperamenty na podróżniczych szlakach.
Poza tym spotykam ludzi od siebie mądrzejszych i bardziej doświadczonych (o czym zaraz) i zaczynam bać się jednego. Dużo rozmawiam z ludźmi i Ci, którzy są tu dłużej mowią, że Tam się już nie wraca. Ci, którzy są ode mnie mądrzejsi (Ci o których było przed chwilą) też mówią, że Tam się juz nie wraca. Z kolei Ci ode mnie bardziej doswiadczeni mowią...że Tam nie ma po co wracać...
A Ci, którzy jednak Tam wracali, zaraz potem i tak pojawiali sie ponownie tutaj...
Tak ponoć jest i tak na pewno było...
Czterdzieści lat temu (czemu nie jestem 40 lat starszy?) też nikt nie wracał. Owszem wszyscy mowili, że chcieli i nawet niektórzy próbowali....Jeden wrócił by tu zakończyc melodię swojego zycia („ Bo w Polsce jednak umierało się za darmo, a w Kalifoni trzeba było płacić”), drugi przyjechał żeby na fali rozczarowani zaraz wyjechać z powrotem, trzeci nawet i chciał wrócić bo tam zostawił swoją legendę i swoje całe życie o którym pisal, ale okrężną drogą przez Izrael dotarł najdalej do Wiessbaden. Tam swoją podróż zakończył, aby po latach finalnie jednak dojechać...od razu na Powązki. Był też taki, który szukał szczęścia z biletem w ręku dookola świata – ale nie znalazł...Za to znaleziono jego, wiecie tak jak w tej piosence Perfektu „nie zapukał nikt na czas…”. Potem jego spopielone szczątki rozsypano po Oceanie Spokojnym w okolicach San Pedro, za to Frykowskiego nigdzie nie rozsypywano, znleziono go na trawniku przy Cielo Drive wśród czterech innych ofiar. Stamtąd po prokuratorskich oględzinach w trumnie przetransportowano go do Polski. Właściwie znam jedną udaną próbę wyjazdu z Kalifornii, ale trudno mówić tu o wyborze...W przeciwnym razie Oscar zostałby odebrany osobiście a dwa odciski prawdopodobnie byłyby jednak złożone - odcisk numer jeden to dłoń w Alei Gwiazd, numer dwa natomiast to palce na komisariacie policji (ale nie wykluczone, ze odcisk numer dwa mógłby się obejść bez poprzedzającej go jedynki). We Francji jednak jest bezpieczniej i przyjemniej niż w więzieniu stanowym.
Być może i są przypadki, które sa dowodem na to, że można wrócić, tak jak ja dowiodłem, że jednak z Warszawy da się wyjechac i to na sam koniec świata...Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jedno...Nigdy nie zadałem sobie właściwie pytania „po co?” Czułem po prostu przymus wyjechania. Mam koleżankę tutaj w CA, która najprawdopodobniej normalną koleją rzeczy musiała tutaj trafić. To dobre miejsce na rozwój kariery doktoranckiej (a może nawet i profesorskiej). Współpraca z noblistami, robienie rzeczy ważnych dla Świata i wielomilionowe budżety na badania to na pewno jej dobre odpowiedzi na pytanie, którego ja sobie nawet nie zadałem...Dopiero wczoraj w hotelu Bahia w San Diego przyszło mi ono do glowy (autentyk). Na biurku leży ksiązka, a na jej ostatniej stronie krótka notka „Czy gdziekolwiek można znaleźć upragniony azyl? Czy też trzeba go szukać w sztuce?”

Nadzieje:

Ja jednak chciałbym wrócić, czuję jednak jakiś obowiązek zrobienia czegoś ważnego dla swojego Miasta. Potrzeba mi tylko wiedzy i grupy dobrych ludzi...Jeśli wiesz co chcę powiedziec...

Ob(y)awy:

Chociaż z drugiej strony z każdym dniem, z każdym nowo poznanym słowem może byc juz tylko lepiej, gdzies jest w końcu to dno, od którego można się odbić. W każdym razie nie wierzcie ludziom, ktorzy na pytanie „how are you” , zawsze odpowiadają „I’m fine..”. No chyba , że są to amerykanie lub niepoprawni optymiści (czytaj wariaci, ale i m też nie wierzcie)...I tak oto wyeliminowąlem siebie z jednej grupy podejrzanych o uciekinierstwo. Nie jestem wariatem ponieważ u mnie nie zawsze świeci słońce bo ludziom na obczyźnie takim jak ja też czasem (lub nawet często) pada na głowę...a znam takich co mówią, że tak nie jest. Niektórzy mówią też, że najgorsze już za mna...oby.

"Czasem ma juz dość...

Ale znowu się nakręcam..."
A tu nakręciłem zegarek, ale nie wiem dla kogo...

http://www.timeanddate.com/counters/customcounter.html?month=2&day=20&year=2009&hour=5.3pm&min=00&sec=00&p0=224

Tuesday, February 12, 2008

Pro Arte et Studio - A jednak szkiełko i oko...

A jeśli budynki sa nosnikami wartości...To co zostawimy po sobie?
Wydaje mi się, że kalifornijska przygoda skłania mnie do przykrych refleksji.
Przelatujac te 10 tysięcy kilometrów nad lądami i Oceanem młody inżynier z Polski wyląduje w kraju, w którym na pewno dozna szoku...Szoku, na który nikt go w kraju nie przygotował.
Bo żadna polska Uczelnia czy biuro projektowe nie jest w stanie wyprodukować pełnowartościowego projektanta, ktory da sobie od razu radę za Oceanem. I tak niestety jest. Nie ma się co dziwić, nie jesteśmy najlepsi na świecie! Niestety nie jesteśmy...My mamy za sobą 50 lat gołoledzi i kilka lat 20% bezrobocia. Jak w takich warunkach można myśleć o wykonywanej pracy w kategoriach niepatologicznych?
U nas każdy musi sobie radzić sam ze wszystkim. Inżynier (ale nie tylko) to bycie jednocześnie specem od rurek i kanałów, konstrukcji i architektury, Panem /Panią planistą i urbanistą w jednej osobie...Nikogo u nas w kraju nie stać na zaangażowanie poważnych narzędzi typu CAD, CFD czy AIS lub eQUEST. A któż z drugiej strony by to wszystko opanował? Nikt...Nasza polska gospodarska zaradność, była dobra do naprawienia płotu czy dachu przy użyciu niczego i za pomocą niczego, ale postęp wymaga od nas rozwoju. Kiedyś usłyszałem na jednej z budów rzecz, z którą się zuepłnie wtedy nie zgadzałem. Pewien niemiecki inżynier powiedział ze spokojem i pewnością w głosie "Nie ma specjalistów od wszystkiego", ale dopiero dziś powoli zaczynam to rozumieć. A my? My jeszcze nie doroślismy do tego, żeby zatrudniać trzech inżynierów w miejsce jednego przepracowanego "speca od wszystkiego". To jest właśnie nasze "cywilizacyjne piętno".


Widok spod Sezamu - Digit czyli postęp jest nieunikniony (mimo, że przez pierwsze 3 lata kontaktu z programami CAD bylem ich najgorliwszym przeciwnikiem).

Wydaje mi się, że środowisko 3d CAD to nie jest (jak wiele osób w Polsce uważa) fajerwerk. Nie chodzi tu tylko o pokazanie rysunków w trzecim (czy nawet czwartym) wymiarze. Doskonale mozżna sie bez tego obejść. Od tysiącleci do zbudowania spektakularnych rzeczy wystarczą dwie osie i jedna rzutnia. Nie potrzeba wiele by oddać na papierze przyszłą rzeczywistość. Zdecydowanie trzeci wymiar nie wnióslby wiele nowego w dziedzinie usprawnienia procesu budowy, gdyby...No własnie, gdyby problem środowisk przestrzennych był tylko sposobem prezentacji. Środowisko 3d to także zaoszczędzony czas na międzybranżowe koordynacje a przede wszystkim (i przez wielu jest to zupełnie niedoceniana cecha) powstająca zupełnie "przy okazji" baza danych o elementach użytych do stworzenia wirtuanego budynku. Co to dla nas znaczy? Może pełną kompatybilność przyszłych środowisk projektowych? Może jedno źródło danych dla wszystkich zainteresowanych branż? Może jeden rodzaj wyjściowego pliku? Bo samo 3d proszę Państwa dziś już nie wystracza (znacie tą dziurę pokoleniową jaką były palmtopy? Coś pomiedzy laptopem a iphonem?). Dziś nie ma po co kupować palmtopa. Dlaczego? Bo jest Revit! Ale niestety, przechodzi on swoje wszystkie najpowazniejsze problemy wieku dziecięcego. Niektóre zorientowane osoby ryzykują stwerdzenie, że może wersja 2010 będzie tym co dziś od Revita oczekujemy. Ale ja bardziej powściągliwie czekałbym na wersję 2012 a może, to już będzie tylko ta sama nazwa? A może wcale to nie będzie już Revit??

Next Gen Software - mój punkt widzenia...Pełna kompatybilnośc rzutów, przekrojów i elewacji jednego wspólnego modelu. Każda branża pracuje, nie jak obecnie na wielu powielanych rysunkach, ale nad jednym wspólnym wirtualnym budynkiem, którego przeliczony konstrukcyjnie geometryczny model i stworzona po drodze baza danych materiałowych stanowi źródło dla innych programów modelujących (np. typu CFD czy Energy Modeling). W skrócie - model budynku znajduje się na mocnym i dobrze zabezpieczonym serwerze, a stacje robocze inżynierow stanowią to co kiedyś było rapitografami, linijkami, skalówkami, cyrklami i kreślarskimi deskami...Nazwę tą ideę "Wspólnym lepieniem babki w piaskownicy". (Albo jeszcze zabawniej "Wspólnym klapaniem babki w piaskownicy :-)) (Ciekawe jakby to było po angielsku?)

A może czucie i wiara?

Jeśli budynki są nośnikiem wartości czasów ,w których powstawały...to czym są kobiety, które w życiu faceta stanowią pewną klamrę. Definiują czas od –do, stanowia form i anti-form tego co na co dzień. Sranie w banie, a jednak takie kobiety istnieją... Tak kiedyś komuś napisałem. Dziś jestem starszy i wydaje mi się, że umiem już odcedzić pracę od emocji (o zgrozo!). Mam jednak nadzieję, że wrócę do swojej bajki, w której "Spersonifikowane Budynki" znów będą nadawać mi rytm. Czuję głupią potrzebę podjęcia walki o przenoszone przez nie wartości i o zachowanie pamięci o cywilizacji, które je zbudowały. Niestety w Warszawie mogę z dumą pokazać turystom z zagranicy jedynie BUW na Powiślu (projekt wbrew wszystkim i wszystiemu pierwszorzędny i po pierwsze całkowicie polski). Reszta wartościowych rzeczy to już myśl anglosaska zafundowana nam na Placu Piłsudskiego przez Sir Norman Foster'a oraz Amerykanów i Brytyjczyków pod szyldem Skidmore Owings & Merill przy Rondzie ONZ. Oczywiście nie jestem sprawiedliwy a do tego kierują mną niskie pobudki, gdyż w obu tych angielskich projektach brałem udział i mogę Wam ze szczegółami o nich godzinami zueplnie nieobiektywnie opowiadać. Oczywście, że istnieje wiele mniejszych polskich projektów, które warto pokazać ludziom, ale one niestety pokazują nasze miejsce w szeregu...Czy nie stać nas na rzeczy wielkie, dumne i pierwszorzędne? Chowamy dobrą polską architekturę w zakamarkach nierównych ulic i za drzewami brudnych parków, może Architektura to jednak nośnik minionych czasów? Kompleksy mamy przecież od stuleci...
P.s. Proszę o podawaniu w komentarzach przykładów dobrych polskich realizacji...Jak w przypadku motoryzacji, tracę kontakt z rzeczywistoością, gdy mówię o rzeczach mi najbliższych a jednak chwilowo niedostępnych....(vide konkluzja)
A konkluzja jest taka:
"Sine Cura tego typu warta jest siusiaka"


Pozdrowienia z miejsca, do którego wysyłacie wszystkie Error Raporty AutoCada...18 mil od mojego domu :-) tu zaczęła się moja przygoda z trzecim i czwartym wymiarem. What will be next?

Czucie i Wiara niech będą z Wszystkimi Wami, kręujących rzeczywistość AutoCadami.

Sunday, February 10, 2008

The weekend I fell in Love...with CA

Highway, Me and She (Rossaly too) in the way to nowhere

- You know Sonia…I love you…
(Smile on her face)
- And I can’t believe that I had to go 6 thousand miles to meet you…
- Sometimes I wonder how many girls heard these words before me?
- Many
- So, how I can believe I’m the only one?
- You can’t
- So if...What’s the name of this lucky girl? Or maybe even these lucky girls?
- One...but she has a lot of names…
- I’m harking you
- Hmmm, let me think… Her first name is Pacific Ocean, the second one is Highways, the Surname is Californian Summer in February, I used to call she also these Beautiful Hills and Palm trees...Cabriolets is a Nickname, yeah cabriolets like this one I love too.
(after a while)
- You wanted to know all the names of my Lovers…now you know
- Not too many…you disappointed me (calm smile on her face)
- And the way The Sun shines here…
- The way Sun shines here…hmmm, interesting
- Aaaa, there is also one more name
- Yes?
- Rosally, I really love Rosally even so she is elder than me...
(She looks at me with confusion in her eyes)
-You are crazy Peter
- Yes I know, but it only helps me loving you stronger….
(Highway before us)

**GALERIA ZDJĘĆ**

I love CA
Google photos link
THE PLANS FOR THE WEEKEND HAVE RAPIDLY CHANGED - RESULTS ARE BELOW

Abyss Freediving is a a state of your mind...


How deep you can go on a single breath??

freediving D3 profile...brings the answer.

25m this year would be nice, but it wont be easy...

Friday, February 8, 2008

Jak się poruszać po mieście?

„Tramwaj, autobus, metro i w domu…” śpiewało kiedyś Stare Miasto…Eh, dziś chce mi się śmiać, bo po latach wygrzebałem tą płytę z czeluści dysku twardego kolegi…i to tu w Kalifornii. A czemu śmiać? Nim przejdę do sedna tematu pozwólcie, że wytłumaczę. No tak…Wszystko dziwnie się jakoś w życiu układa. Dziś mogę już sobie parę rzeczy łatwo wytłumaczyć, ale kiedyś te rzeczy nie dawały mi (i pewnie wielu innym) spać po nocach. Artyści proszę Państwa! Tak jest! Oni w sobie mają coś, co nie pozwala spać po nocach kobietom. A jeśli kobiety te pozostają z Tobą w jakichś relacjach (lub chciałbyś żeby tak było, albo tak Ci się zdaje) to oczywiście bezsenność ta od razu przenosi się na Ciebie …Jakiś magnes mają w sobie artyści – tak chyba jest, w taki właśnie sposób historia ta z tą piosenką mi się kojarzy. Aż strach czasem pomyśleć, że tak naprawdę było i nadal tak jest.
Może z dziesięć lat temu, w szczycie damsko-męskich młodzieńczych uniesień wszystkie najlepsze laski z mojej klasy nie zwracały na nas (równolatków) w ogóle uwagi. Dlaczego? Ano właśnie dlatego – słowo klucz - starsi faceci, a jeśli równolatkowi to najlepiej artyści…. Po tym jak te nasze Karoliny, Kasie, Sylwie i Eweliny przypadkowo w knajpie weszły w jakieś tajemnicze układy towarzyskie czy inne zażyłości z chłopakami ze Starego Miasta już nic nie było takie jak dawniej. Nie ważne, co byśmy dla nich zrobili i tak wtedy z urzędu staliśmy na straconej pozycji (i tu jest cały dramat chłopaka z podstawówki czy szkoły średniej). Dziewczyny zawsze oglądają się za starszymi! Mimo, że przez 6 godzin siedzisz obok niej i starasz się coś z tego dla siebie mieć, nie masz szans. Wiadomo Panie! Ci artyści (ech) Cóż zrobić? Jakby nie było to magia tego słowa robi swoje,…bo artysta to już jest ktoś, a my? No nic – my tylko prowadziliśmy swoje życie tak jak tam wtedy umieliśmy. Były, więc papierosy na skarpie, piłka na WOSie, winka na gdańszczaku i bumele nad Wisłą. Prowadziliśmy się może nawet i bardziej artystycznie niż chłopaki ze Starego Miasta, ale to ostatecznie oni występowali w telewizji i na nich spłynął splendor gwiazd i wszelkie z tego tytułu płynące profity. Oni śpiewali o metrze - ja nim czasem jeździłem. Oni śpiewali, że wszystko, co osiągnęli zawdzięczają sami sobie i ja też tak czasem o sobie myślę. Oni jeździli tramwajami a my w tym czasie na hakach tramwajów przemierzaliśmy dolny poziom gdańszczanka, oni jeździli autobusem a my wskakiwaliśmy na wagony pociągów towarowych tuz obok… No cóż… Ryzykowaliśmy, bawiliśmy się, uczyliśmy się, jeździliśmy codziennie do szkoły i z powrotem wracaliśmy do domów. Nawet coś tam swojego tworzyliśmy, bo wtedy w Wwa zaczynało się nowofalowe graffiti a my przecież byliśmy z TABu. A nawet, jeśli nie graffiti to mieliśmy w szkole zajęcia z rysunku – słowem było się gdzie twórczo wyżyć. Ale był jeden mankament. Niestety nie nazywano nas artystami, więc i (co dziś sobie w ten sposób tłumaczę) kobiet wokół nie było za dużo…a co za tym idzie większość czasu spędzałem w męskim towarzystwie: na klatkach, w bramach, pociągach, barach i innych takich …Jest to dobry dowód na to, że jeśli prowadzicie swoje życie bardzo artystycznie nie będąc jednocześnie odbieranym przez ogół jako artysta nic z tego nie będziecie mieli oprócz pewnego odwyku, załamania relacji rodzinnych i kilku rejestrów w kartotece (lub pobytów w innych miłych pensjonatach). Nie ma co! Jeśli zabieracie się za życie rozrywkowe, lepiej od razu postarajcie się zapewnić sobie status Artysty, lub przynajmniej dokonajcie niezbędnych manewrów by nazywano Was nimi ( to wystarczy w niektórych kręgach). Jeśli natomiast nie zależy Wam na takiej sławie, to lepiej nie zabierajcie swoich dziewczyn na spotkania z artystami. W przeciwnym razie na własne życzenie ściągacie na siebie nieszczęścia i inne sercowe dolegliwości. Szkoda gadać, zaraz się zakochują, ciągle gadają „a jaki on fajny”, „a jaki szarmancki”, „a kiedy się znów do niego na imprezę wybierzemy?” I tak dalej i tak w kółko. Ale mnie nie pytajcie skąd o tym wszystkim wiem? I tak Wam nie powiem. Istnieją, bowiem liczne przypadki tak w Warszawie jak i na całym świecie, dające jaskrawy dowód na to, że sukces towarzyski jest w czeluściach kobiecego słownika bezpośrednio powiązany z definicją artysty. A to wszystko tylko, dlatego, że artysta to osobnik niepospolity i nietuzinkowy. Nawet jak nieogolony i napity to nadal jest to artysta. Właśnie…To tyle tytułem wstępu. I tak trochę się rozpisałem, miało być krótko i na temat…Dzisiaj trzeba Wam coś napisać o poruszaniu się po The City (jak tutaj się mówi o SF w ulicznym slangu)…Czas się ruszyć na Miacho, więc łapcie Muni, Barta, Caltraina i z buta!

Autobusy i tramwaje (tak spiewal T.Love :-))

Samochód raczej zostawcie w garażu, a jeśli takowego nie posiadacie to zapomnijcie o jego posiadaniu. Każdy cal ulicy to pole bitwy między kierowcami o ostatnie wolne miejsce parkingowe. Nawet, jeśli uda Ci się upolować jakiś bezpieczny skrawek asfaltu do zaparkowania, to bądź uważny! Na znakach, bowiem czają się ukryte informacje o zakazach, nakazach, przyzwoleniach i obostrzeniach. Uważajcie tez na kolor krawężnika ( stawajcie najlepiej tam gdzie nie jest on pomalowany) i na informacje dotyczące czyszczenia ulic. Ignorując je, tak jak ja to do tej pory robiłem dostaniecie za każdym razem pozdrowienia od urzędu miasta San Francisco w postaci mandatu w wysokości 40$. Są skuteczniejsi w egzekucji nawet niż Wapark i Urząd Skarbowy Warszawa Targówek razem wzięte!! Don’t mess with them!
Ok. Skoro przekonałem Was do zostawienia kluczyków na biurku czas się zastanowić jak się dostać do Downtown? Muni? Jeśli mieszkasz w City (tak jak ja;-)) to jest to najlepsza opcja.
Bilet (oficjalnie) zawsze kosztuje 1.5$. Kupuje się go u kierowcy i ważny jest zazwyczaj kilka godzin (kiedyś marzyłem o byciu kierowcą Ikarusa - w wieku 4 lat uciekłem nawet z domu, żeby pójść na pętlę podziwiać autobusy!) Przy czym od razu zastrzegam, że żadne reguły tutaj nie obowiązują. Bilet możesz dostać na godzinę, ale równie dobrze na dziesięć. System jest chyba uznaniowy i to kierowca dzierży w tym systemie niepodzielną władzę. Wyrywa z bloczków (jak kiedyś w PKSach) kawałek biletu i to on decyduje jak dużo Ci go oderwie. Nie ma tu żadnych przepisów. Bilet oficjalnie ma swoją cenę i bez niego teoretycznie nigdzie nie pojedziesz, ale zdarzyło mi się przejść „kontrolę” również za dolara i za przysłowiowy„ładny uśmiech”. Doprawdy, nie wiem jak to działa? Nie wiem też, co/kto rządzi miejską komunikacją w SF, chyba właśnie sami kierowcy. Niedługo jednak pojawi się obecnie testowany elektroniczny system kontroli biletów i tak samo jak w Warszawie żółte kasowniki Monetela, tak tutaj w SF Trans Link ograbi z resztek autorytetu poczciwych szoferów. Można będzie zainstalować drzwi z tabliczką „Rozmowa z kierowcą w czasie jazdy zabroniona!”. Wszystko załatwisz przy elektronicznej skrzyneczce z migającą diodą…Kierowcę, jeśli w ogóle zauważysz to chyba tylko wtedy, gdy ktoś zajedzie mu drogę.
Trans Link is currently being tested
W ogóle system Muni bardzo przypomina komunikację włoską. Też wsiada się przednimi drzwiami, wysiada tylnymi. Też kierowca jest najważniejszą postacią w pojeździe (do czasu Trans linka) i często prowadzi ożywione dyskusje z pasażerami. We Florencji widziałem scenę, w której cały autobus bawił się z dzieckiem a na koniec kierowca wziął malca na kolana i dał mu „poprowadzić maszynę”!Ach Ci południowcy;-) A może to wina tego słabego przyrost naturalnego?? Prawdziwi Włosi siedzą już przecież na Manhattanie). Wracając do tematu. Marcin na swoim blogu napisał, że Autobusy raczej nie trzymają się rozkładu. Ja pójdę o krok dalej i zaryzykuję stwierdzenie…przez pół roku nie widziałem na przystanku ani jednego rozkładu!! Poważnie! Jest to system całkowicie samoregulujący się! Nie ma planu, obowiązku zabierania pasażerów, pobierania opłat. Wszystko to wygląda jak ostatni filar hippisowskiej san franowej komuny? Ale chyba jednak tak nie jest, może (choć nie jestem pewien) trochę mnie poniosło.
American Freedom

Litigious
and hospitality...

Mimo, że autobusami jeżdżą bezdomni, zagubieni i ci poszukujący sensu życia, to można też spotkać nielegalnych Latynosów, Czarnych – gniewnych, ale i rozwrzeszczaną młodzież szkolną, emerytów oraz takich jak ja zwykłych obywateli w spokoju, (ale nie ducha) dojeżdżających do swojego przeznaczenia, czyli…pracy. Autobusy w SF to naprawdę przedziwny środek komunikacji. Nie masz rozkładów ani tablic z informacją o trasie, wiec, jeśli jesteś tu obcy musisz być raczej uważnym pasażerem i lepiej dostosuj się do mojej rady, którą Ci teraz dam. Przed swoim przystankiem z nonszalancją pociągnij za stalową linkę, która biegnie wzdłuż całego autobusu (od razu pomyślą, że jesteś stąd). Tak tutaj działa system tak zwanego zatrzymywania „na żądanie”. Jeśli usłyszysz komunikat o podejściu do tylnych drzwi, możesz to zrobić. Po zatrzymaniu się autobusu i zaświeceniu zielonej lampki, pchnij poręcze drzwi. To jeden z dwóch sposobów na ich otworzenie. Jeśli lampka się nie zaświeci krzyknij na cały głos BACK DOOR! Uwierzą, że jesteś stąd (albo przynajmniej, że tu mieszkasz). Drugiego systemu nie będę omawiał, bo jest w pełni automatyczny i wymaga od nas tylko podejścia do drzwi. Uff jesteśmy na zewnątrz, wreszcie świeże powietrze, wygląda na to, że jesteśmy na przystanku. Znam osoby, które nie mogłyby jeździć Muni busami - niestety nie są to salonki czy chociażby przyzwoite warszawskie Many, Solarisy czy Ikarusy (Vide scena podróży przez Detroit z 8 mili, która dobrze oddaje klimaty san franowej komunikacji miejskiej).

Jest jak jest...

Ale przynajmniej podziekują...a u nas nie...i to jest róznica mentalności.
Skoro jesteśmy na powierzchni i potrzebujemy wydostać się z miasta lub do niego wrócić to pod ziemią znajdziemy odpowiedź na pytanie jak to zrobić? BART, (czyli Bay Area Rapid Transport) albo prościej - metro.

Bart means-metro-subway-tube-Bay Area Rapid Transport

I musze powiedzieć, że mam swój udział w powstawaniu kolejnych jego stacji….Diridion, Baryessa, Santa Clara, Alum Rock, San Jose Downtown. Na dokumentacji projektowej tych stacji znajdziecie także podpis Piotr Balas w okienku Designed by…Eh, Świat zwariował! Kiedyś tam o tym marzyłem a dziś to się dzieje tutaj (choć potwornym kosztem). Korzystajcie z Barta jeśli tylko macie okazję. Jest to miły i całkiem tani sposób na transport. Polecam szczególnie, gdy jedziecie do miasta z lotniska SFO. Za 5.15 Dolara w miarę sprawnie i kulturalnie znajdziecie się w centrum. Mam sentyment do tego środka transportu. To on mnie przywiózł na Embarcadero pierwszy raz w życiu i to dzięki niemu poczułem na Beale Street, że jest to od teraz moje miejsce. To nim także jechałem na SFO po znajomych i wspomnienia z Polski. Jednak jeśli chcecie liczyć na rozkład jazdy polecam zachować zdrowy rozsądek. Nie ma się co spieszyć….To jest Kalifornia i rozkład jazdy nawet jeśli jest to nikogo nie obowiązuje. Na pewno nie motorniczych Barta. Bilety, podobnie jak w Caltrain’ie kupisz z automatu. System jest prosty i logiczny. Ja jako inżynier nie miałem kłopotu z pierwszą transakcją za dolary na tym obcym i dzikim kontynencie.


SFO - Drop off zone. I'll pick you up here if u visit me.

Jeśli chcesz dojechać od drzwi do drzwi to z lotniska najlepszym układem jest tzw. Shuttle bus. Możesz go wcześniej zarezerwować w Internecie lub zupełnie przypadkowo złapać pod terminalem. Na pewno shuttle buse’m zwiedzisz kawałek miasta i poznasz ciekawych ludzi a kierowca (zapewne) z Europy południowo-wschodniej zabierze Cię pod wskazany adres szybko i w miarę sprawnie. Wszytko za jedyne 15$. Taksówka to wydatek około 40stu dolarów, więc od razu ją sobie darujcie (może tez dlatego źle mi się kojarzą, bo to nimi właśnie odwoziłem na SFO wspomnienia z Polski?)…Poza tym czasem milczenie może wydać Ci się kłopotliwe, gdy na pytanie kierowcy „where are you from?” odpowiesz…z Polski. Wiadomo na linii Polska – Rosja jedyną odpowiedzią często bywało milczenie…Mimo wszystko My Słowianie nadal rozumiemy się lepiej niż z kim innym na w tym mieście.

Żólty jak taksa - być moze zaspiewałby Rysiek...


No właśnie Caltrain…Do tej pory jechałem raz. I musze powiedzieć, że podoba mi się amerykańska kolej podmiejska. Czysto, schludnie i o czasie. Ja korzystałem z pociągu na trasie San Francisco – San Jose i muszę powiedzieć, że ogólne wrażenie bardzo pozytywne! No i te nazwy stacji (Milpitas, Palo Alto - klasyka!). Po drodze obserwowałem system mocowania szyn do podkładów i rozwiązania komunikacyjne kolejnych stacji. Muszę powiedzieć, że po naukach z Francji i Ameryki wydaje mi, się, że nasz Polski system B3S można by jeszcze chyba trochę odchudzić. Chyba warto, tym bardziej, że mówimy tu o stali wysokogatunkowej (Chińczycy wciąż podbijają jej cenę), ale oczywiście jako laik mogę być w błędzie. Wszak Caltrain i podmiejska kolej Paryża nie jeździ z prędkościami 160-250 km/h…a dla systemu B3S takie prędkości nie stanowią problemu. Co dalej? Z ciekawostek powiem, że amerykańskie pociągi towarowe przytłoczyły mnie swoją skalą. W Polsce najdłuższy skład jaki widziałem miał 44 wagony (a liczyłem je zawzięcie do 15 roku życia), tutaj pierwszy, który poddałem rewizji miał ich…127!!!


Tramwaje - znam je najsłabiej...

Co się tyczy tramwai, to nie wiem o nich nic oprócz tego, że wyglądają zjawiskowo i mają ciekawe trasy? Nigdy nie przepadałem za tramwajami. Kojarzyły mi się z hałasem, przystankami co 100 metrów i ciasnymi uliczkami…Poznania. A poza tym jak się bawić to się bawić. Na szynach dużo okazalej prezentuje się Siódemka, Dziewiątka czy…TGV i to mnie kiedyś poważnie nakręcało i każdym z tych pojazdów jechałem w kabinie! Było to moje drugie zawodowe marzenie, bo facet za nastawnikiem ma dla siebie czas, w przeciwieństwie do motorniczego w jakiejś tam chorzowskiej konserwie….Tu jesteś kimś, a tam masz tylko światła, otwieranie drzwi, pieszych i korki.

Caltrain


Tak sobie teraz myślę,…że może one wcale nie leciały na artystów? Może pociągał je w tym wszystkim motyw podróżnika – uchodźcy?? Może…A w tym temacie mam już coś do powiedzenia. No, więc Dziewczyny…jestem tu i już wiecie jak do mnie dojechać J albo inaczej…sam Was odbiorę z lotniska ;-p nawet, jeśli dziś macie dwadzieścia lat ;-p

Btw. Zdjęcia pojawią się wkrótce.

Errata: Są też Cable Cary (o których juz kiedyś było) - czyli legendarne tramwaje San Frana. Kursują one na trasach raczej "turystycznych" i prawdziwi mieszkańcy jeśli z nich korzystają to raczej dlatego, że...muszą (być może nawet i czasem dlatego, ze lubią)...Wiadomo za dużo w nich na codzień turystów i błysków fleszy :-) ja korzystam jak muszę (hehe)

Legenda San Frana

Szczęśliwego Nowego Roku….Roku Szczura ;-) Chińczycy świętują już trzeci dzień!

Than you!

Monday, February 4, 2008

Opening of an Endless Season...

Monterey Harbor + weekend = Big Blue

Do you catch my mind ?

Tribute to all people on the Ocean

Cressi Fins

Diving Boat

Lead + Belt = Freedivers' ABC

Looking for...

...depth.
and water? No man, Pacific Ocean is everywhere...

and I am in...
Big Blue (but not deep blue)

One hour later. Ok...ok...back way to marina

but still close to the water...

Looks like it was a good weekend...

Yeah, it was, but next time should be deeper...No problem man.

Time to go...

Home... ;-(

Freediving openning sezon - info form D3

Freediving profile (not too deep, but there was a bottom)
W drodze powrotnej włączyłem znalezioną na samym dnie plecaka plytę cd (nie lubię jeździć w rytm nieznanej muzyki). Do onirycznego bitu Autor tekstu wykłada co jest na rzeczy, z kontekstu wyłapuję "a do końca wcale nie jest blisko, około coś jak stąd do San Francisco". No właśnie, ile jeszcze do domu? Spogladam na jedynego kompana tej samotnej podrózy. Tomek pokazuje "distance to destination - San Fran - 37,6 miles". 10 lat temu, gdy pierwszy raz słuchałem tej płyty w ochydny zimowy wieczór, San Francisco z perspektywy Tarcho to musialo być COŚ... A ta płyta? Fiu, fiu...nie stać mnie na nią było, więc ją sobie z wielkimi wyżeczeniami pożyczaliśmy...I to dopiero było coś...i ta płyta nadal tym jest.

Obwieszczenie: Docieplacz Bare 7mm Artict (przebieg: 4 godziny w wodzie Oceanicznej, zawsze płukany słodką wodą, rozmiar L) Do sprzedania: cena 250pln. Koszt wysyłki do Polski dzielimy 50/50. pozdro

Wednesday, January 30, 2008

Symetria i Monochromatografia: Mono Lake|Lake Tahoe

Miejsce akcji: Jadalnia willi przy Hillgard Ave, Berkeley CA.
Sceneria: Ciasto, herbata, spaghetti bolognese, sea food pasta, troje ludzi przy stole.
Bohaterowie: hmm...My

Monochromatyka

- No to jak Wam się chłopaki udał tym razem weekend?
- Strasznie meczący, nawet Grand Kanion nas tak nie sponiewierał. Fatalne warunki na drodze. Śniegi, deszcze, brak widoczności, napęd na jedną oś, letnie opony i wszędzie ten cholerny śnieg. Cholera, to jest Kalifornia??
- No, ale z drugiej strony, nikt nie mówił, że będzie lekko.
- No i gdzie w końcu dojechaliście?
- nocowaliśmy nad samym Mono Lake, ale ani ja ani Piotrek nie widzieliśmy jeziora. Po prostu ściana śniegu…bardzo śmieszne.
- Ale na przykład fajna pogoda była przez całą sobotę i później w niedzielę w Reno też miło przygrzewało. Dopiero w drodze powrotnej przez Sierra Nevadę uderzyło.
- A właśnie, byliście w Reno?
- byliśmy, fajne miejsce. Strasznie dziwne, myśleliśmy, że jest dużo mniejsze.
- My tam zawsze robimy sobie nocleg jak jedziemy nad Tahoe, faktycznie czasem są tam problemy z pogodą.
- ponoć w Polsce szaleją jakieś wichury?
- no tak, też coś słyszałam…
- Tak, no u nas wszystko było pięknie, ładnie, ale jak wjechaliśmy w Sierra Nevadę była już masakra. Ostrzeżenia o nakazie używania łańcuchów wyświetlane co milę, punkty kontrolne, nawet telewizja transmitowała relacje na żywo z centrum snow stormu…Wszędzie biało! Śnieg na dole, śnieg z góry, z boku, śnieg z całego świata. Cholera, nie lubię zim..
- No tak, tam zawsze jest nieprzyjemnie. Ale stoją tam przecież ludzie, którzy za 35 $ zakładają łańcuchy przy samej drodze. My tak zrobiliśmy jak jechaliśmy ostatnio.
- Dokładnie to nawet za 30$ baksów to robią i faktycznie wszyscy się zatrzymywali i zakładali je na koła, ale nie my. ...No bo przecież po co? My?!
- Nie mieliśmy nic, ani napędu na cztery koła, ani zimowych opon, nawet płyn w spryskiwaczach się skończył, ale przecież płacić nie będziemy - przecież jesteśmy z Polski
- a poza tym łańcuchy są dla słabszych….:-)
- W ogóle to ten wyjazd miał być jednodniowy, tylko trochę się plany w międzyczasie zmieniły. Ja nawet nie wziąłem ciuchów na zmianę. Spakowałem tylko aparat, szczoteczkę do zębów i bieliznę na zmianę…
- Oj chłopaki, chłopaki…
- dobre ciasto, sama piekłaś?
- brak wyobraźni….
- dziękuję, sama
- Eeee tam, raczej ułańska fantazja ;)
- Dobrze, że nie pojechałam bo bym żałowała…

i dalej druga strona lustra - symetria.

Wyruszajcie w podróże każdego dnia...

Ale mnie nie pytajcie czy żałuję? Mimo, że może i parę razy usłyszycie podobne słowa, które wyrzucam w przypływie emocji to jednak przed sobą samym niczego dotąd nie żałowałem (nawet jeśli wypadałoby żałować) i mam nadzieję, że nadal nie będę musiał żyć z taką świadomością. Na obczyźnie życie zmusza częściej do takich rozliczeń, ale pamiętajcie, że człowiek czujący się samotny czy odosobniony (nierozumiany) ma tendencje do większego samokrytycyzmu (dobrze, że szybko się o tym dowiedziałem). Dziś na przykład jadąc 38ką przy Fillmor czytam tekst, który bardzo dobrze rozumiem i który uświadamia mi coś co już o życiu dobrze wiem.

„...A Hłasko nie miał nic poza Polską, jedyną krainą jego łowów, jedynym powietrzem, którym umiał oddychać. W Polsce zostali jego prawdziwi bohaterowie i daremnie ich szukał w Tel Awiwie, Ejlacie, Kalifornii. Byłem w tych samych miejscach w tym samym czasie co on, tam takich nie było. Wymyślal ich, podrabiał, nadmuchiwał aż do kiczu. Tam nikt tak nie mówił, nie myślał, nawet nie pozował.”

H.Grynberg „Uchodźcy”



Światy dzieją się cyklicznie (byłem w tych samych miejscach), być może nawet równolegle (ale niestety nie w tym samym czasie co on). Biografie się powtarzają i ciągle ewoluują opierając się o postęp techniczny, kulturowy, obyczajowy, ale nadal mają wspólny trzon, ponieważ problemy ludzkie pozostają te same, tak tutaj w Kalifornii, jak i tam na prawym brzegu Wisły, dzisiaj tu i pięćdziesiąt lat temu na wzgórzach Los Angeles (I love this city). Jest to druga książka po „Podróżach..” Steinbecka, której zawartość wiem o czym naprawdę jest (tak mi się wydaje) . Czytam ją co prawda nie pierwszy raz w życiu, ale dopiero teraz ją rozumiem (przynajmniej obszernymi fragmentami).
Zamyślony spoglądam przez okno....Japan Town. Zaraz wyślę kilka gorzkich maili

„Tak, chyba mi też brakuje budowy-jedynego powietrza, którym umiałem oddychać. Może to wszystko to jakaś słaba idealizacja przeszłości...?”

Potem znów zacznę myśleć, że tak musi być, że jest to element jakiejś większej gry pod tytułem życie, w której wiara jest niezbędnym elementem żeby przetrwać. Reszta splotów wydarzeń z tego wynikających doprowadzi Cię po jakimś czasie do konkluzji bogatszego o kolejne doświadczenia człowieka, ze życie jest naprawdę zabawne...



Jeśli chcecie odnaleźć prawdę o swoim życiu w odpowiedziach na pytania „what if...” (co by było gdyby?) od razu dajcie sobie spokój...Nie zadawajcie sobie nawet takich pytań, bo one nigdy nawet nie ocierają się o istotę problemu, myślę że prawda jest znacznie głębiej...w każdym bądź razie dalej. A po drodze są zakręty, wertepy, śniegi, zgubione bagaże, przeprowadzki, skręcone kolana...(broken hearts too).
Ileż z tego dla nas??

Lake Tahoe - Fall 07
Google photos link

P.s. Pierwszy raz w życiu jechałem samochodem kompletnie (powtarzam kompletnie) nie widząc drogi….przez 100 metrów drogi w górach czułem się jakby ktoś wykasował widok za samochodem (w acad i photoshopie odpowiednik funkcji „erase”). Ale stanąć się nie odważyłem. Później plansza trochę się zmieniłą.

Pozdro dla G-C

Friday, January 25, 2008

Raport o stanie rzeczy cz.3 (lub tylko suplement)

Kilka sprostowań na podstawie nowych doswiadczeń. Zrozumiałem, że nieodpowiedzialnie jest pisac o kraju, w którym jest sie tak krótko i o rzeczach, o których niewiele się wie.
Chciałem zatem załączyc kilka najnowszych motoryzacyjnych spostrzeżen do poprzednich dwóch (wrześniowych) raportów.


Kiedyś w przypływie emocji napisałem, że z dwojga amerykańskich gigantów na kołach wybrałbym Dodge’a Rama. Dziś cofam to zdanie posypując sobie przy tym glowę popiołem. Wybrałbym Forda F150 – po prostu to on tak naprawdę bardziej mi się podoba. Wtedy byłem najwyraźniej pobudzony zbliżającymi się odwiedzinami z Polski. Czas sie znów ustosunkowac do moich emocjonalnych powiązań z motoryzacją włoską, niemiecką, japońską. Czas na upgrade! Włoskie super-samochody nadal leżą w kregu moich fantazji, ale niestety żeby stac się posiadaczem takiego wózka musisz znac jedną twarda jak tytan prawdę. Te samochody trudno zdobyc, ale jeszcze ciężej je przy sobie utrzymac. By je zdobyc wystarczy byc właścicielem zasobnego konta i dosyc kolorowej wyobraźni, natomiast żeby je przy sobie utrzymac musisz byc niesamowicie pewnym siebie gościem, który nie cofa ręki, gdy sprawy „idą na pięści”. Jeśli stac cię na taki samochód a nie potrafisz dac po ryju w przydrożnej knajpie miejscowemu osiłkowi, albo nie masz na tyle tupetu by stac się bohaterem skandalu na wystawnej imprezie lepiej sobie odpuśc. Te samochody jak piękne kobiety nie lubią grzecznych chłopców. Musisz byc prawdziwym brooklyńsko-makaroniarskim twardzielem (lub po prostu twardzielem).Gdy trzeba musisz łamac sztaby w dłoniach, nosy w knajpach, bic wtedy gdy sytuacja wydaje sie do tego zmuszac (i to bez udziału alkoholu) a przede wszystkiem zawsze musisz byc sobą (nie ma już dziś takich facetów – sprzedaliśmy się za cenę poprawności politycznej). Dlatego właśnie super wózki są takie drogie, żeby dac do zrozumienia wszystkim, że tak jak one prawdziwi faceci to zupełna rzadkośc. Jeśli zaś przez przypadek lub z kaprysu posiadania zbyt dużej ilości gotowki srtaniesz sie włąścicielem takiego samochodu i w jakimś momencie jako facet zawiedziesz, lepiej sprzedaj ten samochód, spienięż wszystkie swoje dobra, zmień twarz i nazwisko, kup sobie bilet miesięczny (tak żeby nawet kasowaniem biletu nie zwracac na siebie uwagi) i wstąp na długą i trudną drogę bycia szarym tłumem. Mnie na takie samochody wciąz jeszcze nie stac, ale na ubitej ziemi mogę za to w ich interesie stanąc z każdym (ale tylko przy akompaniamncie odpowiedniej ilości alkoholu). Jeśli posiadacie natomiast wyobraźnię i nie posiadacie tak dużych pokładow gotówki wybierzcie sobie jakąs inna budżetową włoską pieknośc. Na pewno będzie sprawiała Ci zawody i klika razy wprowadzi Was w zakłopotanie, ale tego typu kaprysy pieknościom się wybacza. Mam wrażenie, że kolejne wymieniane części powodują ułudę rozstania się raz na zawsze z uczuciem utraty zaufania. Dziwne, z ludźmi jak się coś już zepsuje nie jest tak łatwo. W każdym bądź razie tak właśnie wyglądałoby Wasze życie gdybyście mieli możliwośc dzielic swoje noce i poranki z Moniką Belucci. Tu w San Francisco niewielu docenia takie towarzystwo (chyba chodzi o te nieszczęsne pagórki ;-)...Ferrari i Lambo zobaczysz głównie na wystawie British Motors na rogu Van Ness i Folsom, czasem też, w tłumie „plebejskich” toyot i volkswagenów ukłują Cię w oko trójzęby chromowanych atrap Maserati. Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia jakie pozostawiło na mnie pewne Quattroporte widziane w Wiedniu (dla mnie, jak dotąd najnudniejszym mieście Świata). Nigdy później nie widziałem tak pięknie szytych skór.
Ale nie każdy jak mówiłem tego spróbuje, więc zajmijmy się czymś bardziej namacalnym, czymś bardziej racjonalnym. Powiedzmy takimi kobietami, ktore wyglądają jak modelki, ale nadal nie zatraciły w sobie tych wszystkich zdolności, które czynią życie faceta trochę (jednak?) prostszym.
Samochody niemieckie i japońskie, lub szerzej Europa kontra Azja. Stac na nie prawie każdego i to one głównie leżą w kręgu naszych/waszych zainteresowań lub porządań. Niewątpliwie obie potrafią zadbac o dom, wychowac dzieci i sa godnymi zaufania partnerkami. Jednak, którą z nich wybrac? Ja wybieram Europę. Jestem tym prostym przykładem regionalnego estety, który wychowując się w Polsce twierdzi, że Polki sa najładniejsze, tym samym prostym gnojkiem, ktory twierdzi, że za Ewelinę, Karolinę czy Kaskę pójdzie na pięści w osiedlowej piaskownicy tylko dlatego, że nie poznał nigdy Caroline, Katryn czy Andrei. Japonki (azjatki)? Na pewno sa ładne, ale zbyt nudne i tradycjonalne, nie wytrzymałbym zbyt długo swiadomości, że dałem sobie podbic oko dla Nissana Sunny. Ok, są wyjatki. Znam jedną miłą i szaloną nieco azjatkę, ale to oddaje dobrze udział procentowy w całej populacji. Myśle, że tyle samo jest fajnych i szalonych japońskich wózków ile jest Yoko w całym oceanie azjatyckich wyrobniczek, tak samo nienagannie ubarnych, nieskazitelnie uśmiechajacych się na przywitanie i tak niezauważalnie przemykających po ulicach san frana jak te skośnookie dziewczyny z Richmond albo Sunset. Owszem widzisz je wszędzie i czasem myślisz sobie, że chciałbyś je miec. Ale zastanów się dwa razy! Jeśli miałbym poświecic czas azjatkom wolałbym jednak japoński odpowiednik Yoko, który w moim świecie nazywa się subaru impreza lub taką np.Danielle (czy pomyślalem mazda XC7?).
Czas na Amerykanki, czyli sedno tej sprawy. Nie chciałbym tutaj stosowac porownań motoryzacyjnych (nie tylko dlatego, że godzi to w interesy i poczucie godności kobiet). Przede wszystkim obraziłbym te wszystkie ładne amerykanki, które tu poznałem. (np. Messi)
Owszem widziałem ostatnio amerykański samochód, który rozpaczliwie chciałby powrócic do czasów świetności amerykanskiej motoryzacji. Otóz na tylnym słupku projektanci umiescili okrągłą szybkę (cóż za oryginał), przez którą z nadzieją chcieliby wypatrzec lepsze czasy amerykańskiego przemysłu samochodwoego. No i co z tego wyszło? Samochód, ktory udaje mazde mx5, daje nadzieje całym rzeszom amerykanów na znalezienie się niskim kosztem w gronie posiadaczy samochodów dwumiejscowych (dziwne...drugi biegun podatkowy nadal wybiera porsche) a tak naprawdę spycha ich na margines motoryzacyjnej egzystencji. Owo okienko jak i reszta samochodu wykonana jest w sposób tak tandetny, że nawet Chińczycy poczuliby się zażenowani. Amerykanie mieli na przestrzeni kilku oststnich lat zaledwie (i aż) dwa modele, które podniosły ich na duchu. Myślę, ze był to PT Criuser i na pewno nowy Mustang. Szkoda, że amerykańska motoryzacja się tak mocno pogubiła. Mam wrażenie, że oni wiedzą już tylko jak robic pick-up’y (choc Toyota i Nissan też wiedzą i może nawet robią je lepiej). Reszta przemysłu to jest schizofreniczne rozdwojenie jaźni między masowością i niezawodnością japońskiej konkurencji a prestiżem europejskiego szyku. Amerykanie stoją pośrodku...dosłownie stoją, konkurencja głównie kroczy lub nawet delikatnie truchta...ale jednak w swoim kierunku.



Nawet w San Franie na ulicach dzieją się ciekaw rzeczy...


p.s. Nie traktujcie moich motoryzacyjnych wynurzeń jako opowieści autorytatywnych. Ja mam zbyt emocjonalny stosunek do samochodów, żeby moje opninie mogły byc obiektywne. W sumie chciałbym pobujac się krotko z Danielle, epizodycznie z Messi, docelowo z Heidi ?? ;-)) Znów sobie robię żarty.

Messi ??

Weekendowa łamigłowa...dla spostrzegawczych...i to juz nie jest żart (kupione w Ikea w Oakland)

Pozdro...

Rozwiązanie zagadki...