Friday, April 18, 2008

American Beauty - Kilka słów o poprawności językowej

Osobiście uważam, że kultura językowa to bardzo ważny element pobytu za granicą. Ma to swoj głęboki sens. Po pierwsze tubylcy odbierają zawsze z należytym szacunkiem osoby sprawnie poslugujące się ich ojczystym językiem, po drugie ma to jak najbardziej oczywisty wymiar praktyczny. Znając język i jego rozmaite dialekty jesteś w stanie rozumieć, przyswajać, analizować i wykorzystywac więcej informacji. Proste. Tyczy się to zarówno języka ulicy, języka urzędowego jak rownież języka specjalistycznego, takiego jak na przykład język motoryzacji. Trudno jest bowiem rozmawiać o samochodach, nie znając podstawowych słów, które są zarezerwowane tylko i wyłącznie dla tego mikro światka. Tak właśnie szybko zorientowalem się, że rozmowa u Fordzie Mustangu często doprowadzała moich amerykańskich współozmowców do niezręcznego grymasu twarzy.
- What?
- Mustang
- Hmmm.
Musicie bowiem wiedzieć, że amerykanie sa leniwi i pozbawieni jakiejkolwiek inwencji czy chęci domyślania się. Musicie być zatem bardzo precyzyjni w wyrażaniu swoich opini podczas rozmowy z Amerykanami. I ja coraz bardziej precyzyjny też staram się być.
Dziś w rozmowie o legendarnym Fordzie powiem raczej
- Mastenk,
- O yeah, it's a great car (usłyszycie zapewne w odpowiedzi)
Zaufajcie mi. Amerkanin zapewne od razu się ożywi.
Jego podniecenie będzie tym większe im większy akcent położycie na pierwszą sylabę (takie mam wrażenie). Oni są po prostu dumni ze swoich legend. A Mastenkiem robicie uklon w kierunku ich prózności (I to jest raz).
To samo tyczy się na przykład nazwy ulicy, która ostatnio szczególnie często pojawia sie w rozmowach z tubylcami. Euclid. Nie wiem jak byście wypowiedzieli tą nazwę, gdybyści musieli o nią spytać np. taksówkarza. Gwarantuję Wam, że moglibyście mieć spory problem ze znalezieniem właściwego miejsca jeśli nie wiecie, że nazwę tej ulicy trzeba wypowiadać dokładnie tak jak tutaj napisałem "Juklid" . Życzę powodzenia w szukaniu jeśli nie przyswoicie sobie tej rady. Tutaj bowiem nikt nie zrozumie tego, że dla nas Euklides jest "Euklidem" a nie Juklidem.
Dokładnie z takim samym zdziwieniem możecie podziwiać zdezorientowane twarze Amerykanów, gdy na przykład podczas rozmow o samochodach wejdziecie na temat (niezwykle tu rzadkich) świateł ksenonowych. Xenon, Ksenon, you know this type of lights. Aaaa Zenon! Yeah, zenon!
Do tego z akcentem na "Z" (pozdrowienia dla Dareczka) - to jedyne co mogę Wam doradzić. Nic innego nie trafi do ich głów. A ponieważ zasada z "x" czytanym jako "z" na początku słowa tyczy sie wielu przypadków, wiedza ta może też okazać się Wam przydatna takze w biurze. Oszczędźcie sobie zatem tej przykrej lekcji i od razu mówcie zerox. To może być "Dobra Rada" (dziękujemy Ci Wuju! - slychać okrzyk radości za wielką wodą ;-) ). Co się natomiast tyczy skrzyni biegów macie tutaj sporą dowolność. Jeśli chcecie by pomyślano o Was "Co za dziwny gość" możecie mówić Manual gearbox (co często robię dla zabawy). Jesli chcecie natomiast być bardziej techniczni w amerykanskim rozumieniu rzeczy możecie powiedzieć "manual transmission" i to jest też jak najbardziej ok. Jeśli natomiast zaczniecie rozmowę o samochodach z właścicielem amerykańskiego krążownika przy krawęzniku ulicy i chcecie językowi tej właśnie ulicy dać radę, to najpierw posłuchajcie mojej rady, którą Wam tu teraz wyłożę. Manual Transmission wśród automobilowych fachów to po protu stick shift i tutaj już sprawa jest ostatecznie pozamiatana. Ponieważ gościu rzucający fachowym pojęciem w stylu stick shift nie da sie już nabrać na cheap shit. Tym samym macie w oczach amerykanina-automaniaka zapewniony pełen szacun. Uważajcie natomiast jeśli np. wasz współrozomówca jest właścicielem Pontiaca Firebirda 350. Oczywistym jest fakt, że żeby nie paść w rozmowie trupem od pierwszego samobójczego strzału trzeba zacząć dyskusję w ten sposób.
- What a nice looking Pontiac! (ale nie Pontiak tylko Ponjak).
- Yeah, Pontiac rules man!
- O yeah, this "Ponjak" is cool.
Niestety w mojej opini jest to marka, która chyba najbardziej upadła ze wszystkich amerykańskich marek...Chociaż jak widać na załączoncyh zdjęciach miała swoje dawne lata świetności! ( I to jest dwa) I tą lekcję zapamietajcie, bo życie stawia przed nami coraz to nowe wyzwania. ;-)

A amerykańska motoryzacja o czym się często przekonuję ma tradycję...i to jest coś extra!

Pozdrawiam


** GALERIA FOTEK **

Tuesday, April 15, 2008

Perfekcyjnie niezaplanowany perfekcyjny weekend.

Sobota zaczyna się nieco później niż każdy powszedni dzień. Słońce nieprzyzwoicie daje do zrozumienia, że faktycznie zapowiadany od połowy tygodnia najgorętszy weekend roku właśnie puka do San Franowych drzwi.

** GALERIA FOTEK **
Linki do Zdjęć Ewy Sz.



Choć od jakiegoś czasu wiedziałem, że właśnie tą sobotę spędzę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley kilka minut po północy jeszcze nie wiedziałem jak się tam dostanę. Klikając web site Enterprise'a w poszukiwaniu samochodu w przystepnej cenie po wstukaniu wszystkich niezbędnych danych cena 18.99$ za dobę daje mi odpowiedź na dręczące mnie do tej pory pytanie. Parę godzin snu, odbieram samochód, mówię Kimi Have a nice weekend i wsaidam do samochodu. Kimi jest w porządku, Kimi chyba mnie lubi. Macha mi ręką na pożegnanie. Znikam. Za godzinę minę Bay Bridga i udam się w kierunku University Avenue. Dzisiaj mam pomóc dziewczynom w organizacji polskiego stoiska na corocznej imprezie "Festival of Cultures at UC Berkeley".


International Festival- czyli cukierki Kopiko z polskimi napisami. Indonezyjczycy byli zdziwieni.

Od razu po przybyciu bez trudu odnajduję naszą "Ambasadę". Stosiko pod patronatem Honorowego Konsula RP robi na mnie dobre wrażenie. Wiadomo, polskie dziewczyny stanęły na wysokości zadania. Beata i Ewa promienieją radością i ja tez od razu się uśmiecham. Na ścianie z flagą wiszą zdjęcia z zeszłotygodniowej Vodka Tasting Party- hahah Reminescencje. Witam się z każdym i zapominam dosyć szybko o prawie godzinnym poszukiwaniu miejsca parkingowego. W trakcie imprezy spotykamy naszego nigeryjskiego kolegę z Polski. Emmy - nasz warszawski chłopak Praski, także organizuje stanowisko podczas fetiwalu. Nawet jesli nie spodziewalibyście się jak mały jest świat, nie powtarzajcie tego frazesu przy mnie. Ja o tym po prostu wiem ;-) Tego dnia przekonam się o tym jeszcze raz...chociaż w zasadzie to będzie już dzień następny. Czas mija naprawdę miło, ale to nie powinno nikogo dziwić ponieważ zawsze tak jest, gdy dookoła jest pełno wesołych ludzi. Naprawdę trudno opisać co z kim i gdzie sobie opowiadaliśmy, ale był to pierwsze polskie spotkanie, które mnie ucieszyło. Poza tym za chwilę spotykamy miłą parę doktorantów z Koźmińskiego i od razu dogadujemy się co będziemy robić za dwa tygodnie. Ustalamy z Konsulem nasze poglądy co do polskiej społeczności Bay Area i okazuje się, że są chęci by coś z tym potencjałem zrobić - nie tylko ja mówię "Zróbmy!", wszyscy myślimy raczej podobnie. W trakcie Festiwalu dochodzi do mej świadomości jak wążną rolę w polskiej kulturze pełni alkohol. Widziałem na scenie występ polskiego zespołu Łowiczanie i naprawdę do nieczego nie mogę się przyczepić (Sam starałem się klaskać jak najgłosniej).

Łowiczanie na scenie! Festiwal trwa!
A po Festiwalu... Mamo, poznaj swoją nową synową.

Zespół zrobił kawał dobrej roboty, ale jeśli ktoś widział tańce ludowe czy to w bacówce czy tez w remizie strażackiej wypełnionej zapachem alkoholu (wydaje mi sie, że kiedyś widziałem) w naturalny sposób zrozumie czemu podłogi w karczmach i podbicia góralskich/łowickich/kaszubskich czy mazowieckich butów muszą być solidne. Po festiwalu składamy stoisko i po chwili znajdujemy się na dolnym poziomie legendarnego juz domu przy Hilgard Avenue. Siedząc na kanapie z wyciągnietymi nogami gadamy o życiu i nie dbamy o etykitę. Życie wydaje mi się często niesłychanie proste (Tego dnia przekonam się o tym jeszcze raz...chociaz w zasadzie to będzie już dzień następny). Rozjeżdzamy się do domów, ja odwiedzam swoje San Franowe korzenie. Z zamyślenia wyrywa mnie błękitna poświata rozświetlonego ekranu telefonu komórkowego. Rysiek na chwilę musi ściszyć swą opowieść o wehikule czasu. Wiadomo sa priorytety i one mają zazwyczaj kobiece imiona. Na Beale Street słychać pisk opon - to ja przed chwila powiedziałem do słuchawki "zaraz tam będę" i naprawdę zamierzam zaraz tam być.
Spotkanie nad wiszącym mostem, ale tym razem to nie miejsce było wazne...


Gdybym miał napisać Wam opowiadanie, w którym młodzi ludzie w wieku około lat trzydziestu umawiiają się na randkę zrobiłbym to właśnie tak jak miało to miejsce w sobotę (ale wszystko tak naprawdę zaczęło się w piątek). Jednak nie ma co pisać o rzeczach, które zaprogramowane odgórnie są tylko dla dwojga. Więc pozostawię to tylko w mojej głowie i w sferze Waszych domysłów. Chciałbym mieć nadzieję, że także w jej głowie pozostaną jakieś z tą nocą zwiazane skojarzenia. Najwazżniejsze, żebym to wszystko zapamietał, choć z drugiej strony zapamiętam na pewno ponieważ pod wieloma względami jest to "moja" najważniejsza Kobieta na całym Zachodnim Wybrzezu. Jak do tej pory spotykamy sie zawsze wtedy kiedy trzeba, ani mniej ani wiecęj, po prostu narożniki budynków zza których na siebie wpadamy usatwia na naszej drodze jakaś nieprzypadkowa ręka. Myślę, ze to może mieć jakiś głebszy sens.Chyba po porstu potrzebuję kobiet do życia. Może tak być także dlatego, ze od 14stego roku zycia w domu zostałem wychowywany wyłącznie przez kobiety. O trzeciej nad ranem żegnamy się na parkingu domu przy 9tej Alei. Lubię rześkie poranki, można do rana gadać, pić alkohol i wcale nie wiedzieć kiedy za plecami wstaje poranek.

Stillwatre Cove

O 7.30 pobudka. Szybkie sklarowanie sprzętu, zajeżdżam na Sunset, delektuje sie porannym słońcem. Yoko wyskakuje z radosnym usmiechem na ulicę i od razu ruszamy w kierunku Still Water Cove. Nie ma co pisać... Jest to po prostu przepiękny resort, kawałek otwartego (nie dla wszystkich) raju na ziemi. Miejsce w którym co roku odbywaja się prestiżowe zawody najlepszych golfistów świata a zdobywcy świata doczesnego delektuja się sześciocyfrowymi kontami przypatrujac się trajektorii lotu uderzonej przed chwilą golfowej piłki. Żeby nie zanudzać opisami piękna tej okolicy powiem tylko, że my przyjechaliśmy tu pobujać sie na łodzi w naprawdę wesołej atmosferze. I tak faktycznie było, dodatkowo piękno okolicy rozpromienia nasze uśmiechy. Sześcioro uczestników tej imprezy miało niesamowity fun tego dnia. Do wody nie wchodzę, ja do niej jak wariat wskakuję! Innego przywitania sobie nie wyobrażam - to tak jakby móc powrócić do pewnego poniedziałkowego poranka na stację kolejową z wystajacym w środku lasu napisem "Grabów nad Pilicą".


Grabów nad Pilicą

W wodzie czuję się jak w domu. W końcu przetestowałem na free swoją kuszę, która dzięki niewzruszonej na rybie zycie postawie nurka i bezbłędnemu ruchowi wskazującego palca usiekła była tego dnia trzy niczego nie spodziewające się Rock Fishe.
Zaczynamy!

Śmierć jest szybka, a strzał zawsze jest zaskoczeniem. Ryby to najgłupszy przeciwnik jakiego można sobie wyobrazić, wcale mi ich nie żal. Nie wiem czy wędkarze mogą mieć jakiekolwiek powody do dumy. To wszystko to tylko kwestia, cokolwiek by nie powiedzieć, odrobiny szczęścia. Tej niedzieli naprawdę potrzebowałem wody, a zupełnie przypadkowo złożyło sie tak, że było to moje najpiękniejsze nurkowanie w życiu. Czasem zapominałem nawet, ze pływając z rybami pod wodą bez butli co pewien czas trzeba wypłynąć na powierzchnię by zaczerpnąć powietrza. Na szczęście jednak w porę sobie przypominałem. Po nurkowaniu dobra atmosfera przenosi się na łodź. ( Stąd wydaje mi się widzę wieloryby w miejscu, w którym przed chwila nurkowaliśmy - na szczęście braliśmy to pod uwagę, z nurowiska wracamy na łódź podczepieni do Dinghy. Ktoś próbował takiego nura na smyczy? Ja tak ;-) . Śmiechy nie cichną.


Liczba zalogowanych nurków uprawnia Happy Hour do nadania jej tytułu najbardziej aktywnej polskiej Łodzi nurkowej na Zachodnim Wybrzeżu. A da sie...



Happy Hour!


Gimme your gelly hand ;-) She did it!

Wystarczy tak niewiele by było naprawdę miło. Dobry humor po prostu chyba jest zaraźliwy. Tego dnia na pewno był i nie wiem co po tych wszystkich salwach niewytłumaczalnego niczym śmiechu o Polakach myśli sobie moja japońska koleżanka Yoko. Chyba jednak myśli dobrze - dziś zaprosiła mnie na kawę, na jej twarzy nadal widać usmiech. Nie chcę mówić w jakich okolicznościach utopilismy dinghy i jak do dziś część osób stara się znaleźć zastępcze telefony i suszy karty sim. Nie ma o czym mówić. Nawet wtedy mieliśmy sporo radochy. W końcu każdy z nas miał naprawdę dobry czas, czas którego przeciez nikt odgornie nie może zaplanować...Korzystajmy, szybko może się nie zdarzyć ponowna okazja. Wyskakujemy na brzeg. Z nogami w piasku wpatrzony w rajskie oblicze Stillwater Cove zapamietuję swoje najlepsze nurkowanie, swój perfekcyjnie niezaplanowany - perfekcyjny weekend.


YO !

KO !

Pozdrawiam wszystkie kobiety mojego życia. Wygwizdując sobie do rytmu "dwa po dwa" uśmiecham się sam do siebie. Gdzież one teraz mogą być? Patrzę sobie w sufit.



W życiu piekne sa tylko chwile...

i moje Kalifornijskie kobiety

Friday, April 11, 2008

Technikalia - Wracam ?

Czyżby grochy wpadały w oko? Musi to modny wzór... ;-)

I wish I could freez smile on our faces for eternity
Right side - my first and last name written in japanese.


Nie muszę opowiadać jak zaczął sie tydzień.

Zdjęcia z imprezy nadal podgrzewają atmosferę, ale to że w pracy będzie tyle ciekawych rzeczy w życiu bym nie przypuszczał. John pojechał do Londynu zostawiając mnie z całym dobytkiem na środku oceanu...i bardzo dobrze zrobił i mi to bardzo dobrze zrobiło. Lubią Angoli za ich bezceremonialność. Nie wiem czy wracam. Zadam to pytanie narazie po cichu i jeszze nieśmiało. Wracam??
Chyba powoli tak. I to od razu na pierwsza linię dowodzenia. Czuję, że to moje miejsce. Nic nie poprawia humoru tak dobrze jak podjęcie decyzji gdzie postawić centralę kilmatyzacyjną i być absolutnie pewnym swojego zdania. Nie ma to jak zarządzić gdzie i ile ziemi należy wykopać i przetransportować, aby móc ustawić chillery. Ileż jest frajdy w zbieraniu, analizie, szeragowaniu, rozdzielaniu informacje i zadań...Nie ma to jak wrócić do swojej piaskownicy. Znów mam swoje zabawki i zaczynam głębiej oddychać (Ewa coś o tym powinna wiedzieć ;-p trzeba być po prostu pewnym swego) Wiecie co? Ja jednak jestem zwierzęciem. Jeśli poczuję smak krwi na wargach rzucę się bez wahania do gardła...Czasme nie myślę za dużo, po prostu działam. Wiem, że jeszcze nie wróciłem zupełnie, ale smak budowania już delikatnie czują moje nozdrza...Kto nie zna uczucia wstrzymywania ruchu w centrum miasta ze względu na transport chillera albo nie robił testów pożarowych w środku nocy lub nie delektował się porannym widokiem centrum z 30. piętra budowanego właśnie wieżowca w ogóle nie będzie wiedzial o czym mówię. Zapamietajcie! Jestem zwierzęciem budowy, mam instynkt zwierzęcia i wiem że najlepszą obroną jest atak. Żebyście wiedzieli co mnie czeka w przyszłym tygodniu wcale jednak byście mi nie zazdrościli ;-) Ale lubię się czuć zmeczony pracą jesli wiem, że ma ona sens, że trzymam w ręku karty a nie tylko przygladam się grze (w ogóle nie jestem do tego stworzony). Lubię to jeszcze bardziej, gdy stawka jest duża a sama gra podnosi adrenalinę...Iść ciągla iść...mimo, że wiem, że jeszcze będzie ciężko, w poniedziałek nawet bardzo.


P.s. Chciałem oficjalnie i z pełną odpowiedzialnością przeprosić...Japonię!

Zakochałem się w sushi jeszcze w Polsce, sprzedałbym się dla miso soup gdziekolwiek na całym Bożym świecie dano by mi taki wybór, dla napisu made in japan na elektronice schodziłbym sklepy w całej okolicy. Może i nie upiłbym się szybko delikatnym piwem Sapporo, ale na pewno dobrze bym się bawił z japończykami. Oni są szaleni, lubią tak jak ja zabawę, a japonki.....Japonki na dodatek są piękne! Kocham Japonię! Italię też ;-) no i ta manga...
Podrózujcie, zwiedzajcie, wychodźcie z domu kiedy macie okazję. Podróże bowiem proszę Państwa kształcą i rozwijają spojrzenie na świat a ja juz dziś nie wyobrażam sobie jak mógłbym nie mieć koleżanek z Azji...absurdalnie słaba wizja...

Tuesday, April 8, 2008

Ronald Reagan - Visit in Presidential Library and Museum

As a large majority of you know very well I am an ignorant of history.
Of course I know some basic dates and facts form the past because I think people are obliged to know the answers for that kind of basic questions like: Where are we from? And why we can (or can not) exist in world shaped like this one here? Generally speaking our level of intelligence and our humanity too are also good reasons to meet some facts from the history (not always pleasant for us). And nowadays this history more often than in the past is common not only for adjacent nations but also for whole world community...The last one reason for me why it is sometimes worth keeping in touch with history is...you can visit places like this - Ronald Regan Presidential Library. You can go to this place when you have some spare time or you are interested in Cold War history. But I would like to under line this fact. I try to keep my mind clear and free of any historic and politic swamp... Don't even try to blend me in this thick treacle. :-)

Some facts from Simi Valley.

- You can board The Air Fore One 27000
( Statistic: Wingspan 145 feet 9 inches, Length 152 feet 11 inches, Cruising Speed: 540 nautical mph, Range: 6650 nautical miles, Service ceiling: 42000 feet),
- You can touch the Berlin Wall and tread lightly on the South Lawn,
- You can take a picture in the exact replica of the Oval Office,
- And get through the Cold War gallery with pictures from Poland,
- admire nice view of Simi Valley from the external terrace or through the Glazed Wall from inside of the building.
BTW Did you know that RR was a Movie Star?

Enjoy the pictures :-) and keep in mind Vodka Tasting Party :-) Yeah, it was great to meet you there!

** FOTOSY **

Saturday, April 5, 2008

Vodka Tasting Party - It's tonight!

Welcom! Herzlich Willkommen! Witamy!



At Last!
At Last!
At Last!

Piotr and Beata want to proudly announce Vodka tasting party! We invite you to join us in our nicely located house in Berkeley to taste some unique flavors of different vodkas brought directly from Poland. If you think that Belvedere and Chopin are the best Polish vodkas, you should taste these!

Dziegielowka,



Zubrowka



and Debowa



It will be a nice occasion to chat, listen to music (Polish as well), meet Poles and people from all over the world. Beata will serve typical, home made Polish courses like pierogi filled with sauerkraut and mushrooms. Pierogi play an important role not only in Polish,but in the whole Slavic culture... Poles, Ukrainians, Romanians, Russians, Lithuanians, Latvians, and Slovaks can't imagine their lives without pierogis ;) If you are still in doubt, you should dip a spoon in a big pot of bigos. Bigos is a traditional stew typical of Polish and Lithuanian cuisine that many consider to be the Polish national dish. Don't forget to bring a good mood with you. Please let us know if you can make it before Friday.

When- Saturday, April 5th, 2008, Start at 7pm.
Where – 2574 Hilgard Avenue, Berkeley, CA
Hope to see you all there!

Cheers!!!

Piotr & Beata




BEATA'S PHOTOS (CLICK ON LINK BELOW)
The Hosts welcome Guests! (DL ohoto)


There is something in the air ;-) (DL)

This night no photo please :0 (DL)

Thursday, April 3, 2008

Pro Arte et Studio - Totalitaryzm w Architekturze

Niedawno z Piotrkiem miałem małą pogawędkę na temat słabości systemu demokratycznego. Zdziwiły mnie jego poglądy tym bardziej, że znam go jako zagorzałego i aktywnego przeciwnika komunizmu. Patrzyłem na niego bez zrozumienia i z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej nie rozumiałem tego co do mnie mówi...Przecież to nie ja rzucałem mołotowami w milicję, to nie ja ganiałem po mieście z radiem nadawczym, a mimo to stanę w obronie czegoś o co oni walczyli...Nie no coś tu jest nie tak, ale co? Komunizm nie, demokracja nie, co w zamian? Stoimy nad krawędzią basenu, szukam dogodnego zejścia do jacuzii a Piotrek w tym czasie postuluje coś na wzór republiki rzymskiej. Słuchaj - mówi, wyobraź sobie sytuację, w której każdy głos ma inną moc w zależności od pełnionej Funkcji społecznej lub wysokości płaconych podatków. Albo -myślę sobie - jak historycznie bywało posiadania argumentów w postaci dostępu do wojska ;-) . Innymi słowy (ozywił się Piotrek) przedsiębiorca dający zatrudnienie powinien mieć znacznie większą siłę głosu niż przysłowiowy pijaczek pod sklepem. Niby się zgadza - myślę sobie, ale rozsądek mi podpowiada, że jednak coś jest nie tak - myślę z trudem (jacuzzi czeka). Przecież ten pod sklepem i tak nie jest zainteresowany tym co w około niego, czemu więc odbierać mu to co się jak dzien powszedni należy? (zdobywam się na kometarz). Eee tam...słysze w odpowiedzi. No ok, ze względu na sytuację, w której się znajduje może i owszem podatny jest na populizm i spekulacje, ale odebranie mu siły stanowienia o kształcie Państwa podważa w jakimś stopniu reguły wspólnie rządzonego (co za mrzonka), demokratycznego systemu. Przedsiębiorca powinien mieć siłę głosu- kontynuuje Piotrek. Czemu? A żeby móc przeforsować dla siebie lepsze rozwiązania i dać szansę zarobku innym, ale przede wszystkim także i sobie…Hmm. A może za sprawa tego coraz większego majątku on sam zachce mieć tych głosów coraz więcej i więcej? Niebezpieczna sprawa i historycznie dobrze znana. Dyskusja tonie w oparach gorącej wody, ja tez znikam...duzo przyjemniej jest nie myśleć nad tym jak uzdrowić (nieuleczalnie chory świat) świat.

Przyznam szczerze, że nie zgadzałem się z teorią Piotrka…do czasu. Zrozumiałem to dopiero niedawno czytając relację z debaty nad kształtem zagospodarowania brzegu Wisły. Jakich ludzi zatrudnia miasto, tego ja wolę nie wiedzieć. Od piętnastu lat nikt nie potrafi wypowiedzieć się na temat przyszłego kształtu Placu Defilad, nikt nie może dojść do porozumienia w sprawie obwodnicy miasta, ciężko budować nowe mosty, dotleniacze zajmują urzędnikom czas i przynajmniej szpaltę Wyborczej. A Inwestycje jak tonęły tak i nadal toną w powodzi protestów i apelacji lub równie skutecznie rozbijają się o betonowe szeregi komitetów obrony / ochrony czegokolwiek. Czytaj własnych interesów, vide ostatnia sprawa Orco Tower. I w końcu jeden Pan powiedział, co należy wiedzieć powszechnie.

„W Dubaju buduje się sztuczne wyspy z mieszkaniami, na całym świecie inwestuje się np. w drogie nowoczesne lotniska (na sztucznych wyspach. Przyp. SLZ). To skundlone myślenie - mamy 5 mln, więc trzeba oszczędzać. Trzeba mieć wizję, i to na kilkadziesiąt lat.”

I ja się zgadzam z tym Panem w 100%. Niepoprawni wizjonerzy powinni mieć głos, skundlonym myśleniem jest skażona nasza cała szara rzeczywistość. Dajmy 100 głosów przedsiębiorcom przestrzeni, owszem posłuchajmy co mówią okoliczni mieszkańcy, poznajmy opinię społeczeństwa. Na tej podstawie stwórzmy kompromis, znajdźmy porozumienie, zbudujmy ten cholerny most, ale na litość wszelaką zróbmy coś wreszcie dla siebie a nie przeciwko sobie! Nie wierzę, że pan spod sklepu powinien mieć wpływ na kształt czegokolwiek, ale tak jest, że niestety ma. W polskiej rzeczywistości tak właśnie najłatwiej zaistnieć, wystarczy krzyczeć „nie bo nie”, albo „niech budują, ale nie Tu…” i w końcu nic nie budują ani Tu ani Tam, bo Tam też mówią, że nie Tu…a jak nie Tu to gdzie? Przecież nie da się zbudować obwodnicy Szczecina w Gdańsku…Ok, Piotrek miał rację, ale zrozumiałem to na zupełnie innych przykładach :-)

** GALERIA FOTEK**

Myślę, że Wielkie Idee nie liczą się z opinią. Renzo Piano jest moim ulubionym Architektem, razem z Peterem Ricem tworzyli naprawde dobry duet…Szkoda, że to nie on ostatecznie zrobił Złote Tarasy w Warszawie…Mogło być zupelnie ciekawie…P.s.Peter Rice pracowal aż do śmierci w biurze Ove Arup…

Tuesday, April 1, 2008

9ta Aleja - Funktastic


Zakręcony Ssstyl...

Funkyhiphop


Moja interpretacja utworu Fankihiphop WYP3 z plyty "Trzy"

Dziękuję za przesyłkę z Polski! Dziękuję za dobre rzeczy :-)

Monday, March 31, 2008

Setny Post!


NSC obchodzi dzisiaj mały jubileusz. Jest to setny post opublikowany w ramach tego blog-projektu.


W związku z tym podaję kilka faktów i ciekawostek:

- Data pierwszego posta: 26-08-2007

- Tytuł pierwszego posta: Californication

- Data 50. posta: 14-11-2007

- Tytuł 50. posta: The Streets of San Francisco. Part 1.

- Liczba dni w sieci: 219

- średnia "predkość" taśmy na pierwszej zmianie (pierwszych 50 postów): 1 post na 1.62 dnia

- średnia "prędkośc" drugiej zmiany - następna 50tka: 1 post na 2.72 dnia

- Ogólna prędkość produkcji: 1 post na 2.19 dnia

- Liczba komentarzy: 308 (w tym kilka od ludzi, których nie znam)
- Liczba oddanych głosów w publicznej ankiecie na temat poziomu samego bloga: 21

- post z największą liczbą komentarzy: Symetria i Monochromatografia - 12

- średnia liczba kliknięć dziennie: około 60

- 200% normy, czyli godziny szczytu: ponad 121 kliknięć na dobę (statystyki wyłączyłem wraz reklamami, dane z konca roku 2007)

- W ramach projektu zostało:

- zrobione 12.923 zdjęć

- nakręcono kilkadziesiąt minut filmów mpeg,

- zapisano ponad 200. stron tekstu

- zrzucono kilka profili nurkowych z suunto D3

- utworzono galerię publiczną na Picassie http://picasaweb.google.com/zaQty1

- Utworzono konto na youtube http://youtube.com/user/zaQty

- Zrobiono kilka hand made grafik

- Powstało nieoficjalne logo VB

- Jeden post został napisany przez Tajnego Współpracownika :-)

- Dwie Panie przyznają się do utworzenia własnego Bloga na skutek N-S-C

- Jedna Iranka przyznaje sie do bycia fanką N-S-C

- powstały następujące serie:

- Technikalia (czyli co się dzieje u mnie)

- Pro Arte et Studio (czyli co się dzieje w moim zawodowym mikro świecie)

- Cykl z Sonią w tle (czyli o swoim zyciu nieco fikcyjnie, ale czy na pewno?)

- Cykl z Adresem w tytule (o sobie samym, szczerze)

- The Streets of San Francisco (miasto, miasto, miasto)

- American Beauty (jeszcze nie seria, ale pierwsze koty za płoty)
- A samo N-S-C osiągnęło zasięg powiedzmy mikro-globalny.

Czyta/ogląda sie go na przynajmniej trzech kontynentach.

Wśród gości byli Amerykanie, Europejczycy, Latynosi, Azjaci.


Ciekawe czy ja sam będę miał kiedyś czasy by go przeczytać?

P.S. Ostatnio rzuciłem okiem na pradawnego posta i byłem w szoku jak zawodna jest ludzka pamięć, ale Death Valley to była Klasyka i dlatego warto będzie do tego jeszcze kiedyś wrócić!


Pozdr :-)

Sunday, March 30, 2008

Los Angeles - burza o poranku

Jadąc Cold Water Canyon nie można za bardzo wyprzedzać ani zostać wyprzedzonym. Wśród domów bogaczy panuje błoga atmosfera braku pośpiechu więc nowiutkie mercedesy, porsche i bmw raczej się snują niż jadą. Wąskimi uliczkami pokręconymi wśród wzgórz i domów gwiazd po prostu nie wypada inaczej. Tutaj z łatwością zgubisz kontakt z rzeczywistością, ale musisz wiedzieć i każdy to doskonale wie, że pierwszy krok w przepaść najczęściej robią ci, którzy myślą, że umieją latać. Zazwyczaj ten lot nie trwa długo, ale za to upadek jest bardzo bolesny. Tak jest zawsze, gdy spadasz z samej góry. Tutaj jesteś najwyżej, tu jest Hollywood. Ja mam inaczej, ja się wychowałem gdzie indziej, jak wszyscy tutaj, ale ja się tutaj wcale nie pchałem, jestem tutaj przypadkiem, ja jestem tutaj przez pomyłkę. Wychowałem się na Pradze, wiem i czuję że to co widzę dookoła to jest tylko jakiś sen, z którego po wybudzeniu będziesz miał ciężkie zderzenie ze ścianą. Świat nie jest piękny dookoła, ale tutaj o tym łatwo zapominasz. Ja staram się nie zapadać w zbyt mocny sen. Póki co jadę do Jacka świętować nowy zakup i nowy kontrakt. Whisky chlupocze sobie radośnie w butelce na przednim siedzeniu Rossaly, złocista zawartość zaraz popłynie do gardeł. Zaraza będziemy gadać głupoty, zaraz będzie śmiech. Póki co czerpię radochę z jazdy. W głośniku Funktastic Reda - przyśpieszam. Skręt w lewo, nawrotka w prawo, gaz, dohamowanie, znów lewo, potem gładki łuk w prawo, taki sam jakbyś jechał po Szmulkach na wysokości Tarchomińskiej. Identyczny. Kawałek prosto, hamulec naciskasz na chwilę przed główną bramą wjazdową do Wytwórni Wódek. Gdzieś tak na wysokości schodków tam gdzie kiedyś był fabryczny punkt sprzedaży detalicznej. Potem kawałek prosto, w lewo skręcasz w Markowską, przejeżdżasz przy dawnych parkingach dla ruskich autokarów, gdzie nieraz można było spotkać zapłakane handlary okradzione właśnie z tego wszystkiego co kazało im tu przyjechać z odległych zakamarków Rosji. Chłopaków z okolicy nigdy nie ruszały takie historie, okradali wszystkich ze wszystkiego i wtedy naprawdę mieli swoje złote lata. Całe rzesze zagubionych Rosjan z wypchanymi kieszeniami - łatwy cel. Potem proceder się ukrócił. Ci sami, którzy wcześniej okradali poszli po rozum do głowy. Łatwiej było brać opłatę za jako taką ochronę, którą sami oferowali niż skakać przez płoty i narażać się coraz lepiej uzbrojonym Rosjanom. Można było o tych chłopakach jeszcze niedawno usłyszeć w telewizji lub nawet przeczytać w gazecie. Zazwyczaj ich pseudonimy widniały pod zdjęciami ofiar porachunków warszawskich gangów, ale to już zupełnie inne czasy, natomiast właśnie tutaj zaczynały się ich gangsterskie kariery. Dzisiaj na Wieczorkiewicza jest już cicho i pusto. Więc jeśli jeździsz tak jak ja bez celu, skręć w prawo w Kijowską. Na światłach najlepiej pojechać w lewo, chyba że akurat masz czerwone, wtedy możesz w przeiwną. Tym razem świeci się zielone. Przejeżdżam pod wiaduktem kolejowym, przy pradawnym szlaku handlowym wydeptanym nogami pielgrzymów z dworca wschodniego na stadion i z powrotem. Za wiaduktem, zaraz za sklepami z częściami do motocykli skręcasz w prawo. W tym miejscu uważaj na wózkowych ze stadionu i zagubionych przyjezdnych. A może rzuciłbym okiem co się dzieje na Sokolej? Szybo zmieniam pas. Czekam na zielone, gaz. Przejeżdżam Sokolą gładko, prawie na całej długości nie ma żywej duszy. Zwolnij tylko dla zasady na przejściu przy tunelu. Pod koniec przed łukiem wjazdowym na most, łamię zakaz i jestem na nielegalnym parkingu przy stadionowych błoniach. Upewniam się, że na parkingu nie ma akurat policji. Mogą się przyczepić, że łamiesz zakaz skrętu tak samo bezkarnie jak i oni. Rzucam okiem na uwijające się w pośpiechu postacie sprzątające folie, plastikowe paski i kartony. Cieć z budki groźnie rzuca wzrokiem w moim kierunku, ale wiem, że nie jest w stanie zapamiętać żadnej rejestracji, umie tylko liczyć piątki za wjazd… Od niego nikt więcej tutaj nie wymaga. Nic się nie zmieniło, jest nawet ten sam napis Duy Han i pod spodem numer telefonu (sprawdźcie jak nie wierzycie). Zawijam na parkingu, wracam Sokolą w kierunku Targowej. Skręcam zaraz za warsztatem samochodowym w lewo. Kurcze, ciekawe czy nadal mają ten sam szyld z amortyzatorami Monero? W Marcinkowskiego tym razem nie skręcam, zajeżdżam na port praski, znowu zakaz, ale wiem jak go ominąć. Przed oczami brudne doki portowe prawego brzegu Wisły. Pamiętam jeszcze ich lata świetności, pamiętam początki dzikiego kapitalizmu i jego schyłek. Pamiętam też poranne wypady z aparatem na tutejszy squat i pewien nocny obchód Pragi.
Cholera! Z zamyślenia wyrywa mnie czerwony samochód straży pożarnej, którego syreny przekraczają z pewnością wszystkie normy emisji hałasu. Ten dźwięk już w San Francisco potrafił wyprowadzić mnie z równowagi. Nie mogę go znieść nawet jeśli akurat tak jak teraz jestem w dobrym humorze.
Jadę normalnym tempem a oni ani się przybliżają ani oddalają. Come on, przyśpiesz gościu, albo wyłącz ten wyjący crap! Całą dolinę wypełnia przeraźliwe wycie. Nie mogę tego słuchać, chyba muszę zjechać gdzieś i dać się wyprzedzić. Tylko gdzie? Akurat na tym odcinku jakikolwiek manewr wyprzedzania może zakończyć się dla nas tragicznie. Przyśpieszam, wolę uciec od tego upiorrnego pisku, który jak świder wkręca się w głowę. Pędzę dolina w dół, na wysokości dawnej rezydencji Paris Hilton udaj mi się znaleźć kawałek miejsca, gdzie mógłbym na chwilę przystanąć. Szybko zjeżdżam na pobocze, ciut za szybko. Piasek rozsypany na poboczu spowodował, że o mało nie nadużyłem gościnności nowych mieszkańców rezydencji.
Cholera! Ledwo opanowałem Rosally, butelka Jacka Danielsa z hukiem spadła no podłogę uprzednio odbijając się od schowka i drzwi. W mordę! Otwieram okno i szeroko gestykuluję w kierunku strażaków. Wyłącz to cholerstwo człowieku, chcesz nas wszystkich pozabijać! Drę się co sił, ale gościu na miejscu pasażera tylko spojrzał się na mnie głupio i kompletnie zignorował moje oburzenie. Cwaniaki cholera! Najpierw zaopatrzcie ludzi w stopery do uszu na trasie całego waszego przejazdu! Kurcze! Sami maja słuchawki na uszach i ludziom życie uprzykrzają. Ciekawe kto zezwolił na tak głośne syreny? Niech jadą w jasną cholerę. Ten przeraźliwy ryk rozrywa tą część doliny na strzępy i rozrzuca jej kawałki po okolicy. Niech jadą w cholerę, poczekam.Za nimi błoga cisza układa krajobraz na nowo. Muszę ochłonąć. Chwytam leżący pod fotelem telefon. 1 new message. Odczytuję jej zawartość. Can’t wait for meeting you. Love U - Sonia. Uśmiecham się do siebie. Cóż ona kombinuje? Rzucam okiem poza ogrodzenie posesji. Nie wiem co odpisać. Tragarze wnoszą jakieś orientalne meble do domu. Love u too. Message is sending. Właśnie ktoś się wprowadza. Nowi lokatorzy zajęcie nową sytuacją nawet nie usłyszeli pisku opon, ale jak można zignorować ten potworny ryk syren? Nie wiem, nie rozumiem. Grzebię w schowku, odnajduję ręką płytę cd. Skip do kawałka „Nie ma już dzikich plaż” wrzucam drive i powoli wracam do normy. Odjeżdżając spod posesji mgnieniem oka wyłapuję za ogrodzeniem bezrozumnie wbity we mnie wzrok Latynosa porządkującego zawsze nienagannie przystrzyżony trawnik. Nowi lokatorzy z pewnością kupili jego usługi razem z całą posesją. Gość się w życiu napatrzy i nasłucha. Gdyby tylko znał angielski i potrafił interpretować to co widzi. Heh z pewnością nie byłby wtedy ogrodnikiem, chociaż wśród ogrodników na pewno stanowi elitę. Nie każdy może strzyc trawniki w Hollywood. Na pewno nie każdy. Uśmiecham się do siebie, w głośniku leci kawałek tzw. sentymentalny. Ehh Polska, Polska. Jesteśmy wszędzie. Także tutaj. Ciekawe ilu ludzi odwróciłoby się w Hollywood, gdyby usłyszało te znajome polskie dźwięki? Tak jest. Gdyby człowiek czytał uważnie napisy końcowe po każdym amerykańskim filmie z pewnością odnalazłby tam jakieś polsko brzmiące nazwiska. Ponieważ przemysł filmowy Hollywood ma swoje korzenie także w Polsce. Narodził się w głowach żydowskich emigrantów polskiego pochodzenia i dzięki ich obrotności stał się tym czym jest dzisiaj. Cały czas mamy tu swoich ludzi, pracują na planach filmowych, piszą scenariusze, siedzą przy montażu. Ci Polacy muszą gdzieś mieszkać i faktycznie paru ich tutaj można spotkać. Dojeżdżam do Dickense Street, na której policjant wstrzymuje ruch. Otwieram okno, wystawiam głowę i krzyczę w jego kierunku.
- What’s going on?
- Car accident, move to the right lane - rzuca w odpowiedzi policjant.
Podjeżdżam kawałek żółwim tempem wypatrując miejsca kolizji. Rubber Neck delay, wszyscy ciekawscy wyszukują sensacji.
Na skrzyżowaniu z Ventura Bulevard faktycznie strażacy uwijają się jak w ukropie, policja stara się kierować ruchem. Więc to tutaj tak pędziliście. Zielone kamizelki tłoczą się koło drzwi kierowcy. Widać sporo piany na ulicy, czuć jeszcze swąd nadpalonych elementów samochodu. Co to za model? Ferrari! Ale które? 599 Fiorano? Chyba tak.. Kurcze, chyba kogoś poniosło. W jednej chwili otwieram drzwi Rosally i wychodzę na ulice, czuję zimny pot na plecach. Czarne ferrari już dzisiaj widziałem. Zmierzam w kierunku wypadku, policjant z Berettą w dłoni krzyczy „step back”! Powtarza jeszcze raz, tym razem głośniej. Rzucam w odpowiedzi „What the hell is going on here? Step back! Krzyczy policjant i zaczyna iść w moim kierunku. Nie zwracam na niego uwagi, znam to czarne ferrari. Kontem oka widzę jak policjant chowa pistolet do kabury, jestem już bardzo blisko. Widzę akcję reanimacyjną, nie widzę tylko kto leży na asfalcie. Słychać syk z przewodów ciśnieniowych, kilka małych trzasków i odgłos pękającego szkła. W jednej chwili krzyczę do policjanta żeby mnie puścił, że znam ten samochód, padam, czuję przeraźliwy ból. Sprawnym podcięciem policjant powala mnie na ziemię, kolanem przybija do asfaltu, w ustach czuję smak krwi…TBC

Disclaimer: To nie Zycie napisalo ten scenariusz. Tą historię miałem już w głowie podczas mojego pierwszego pobytu w Los Angeles. Nie ma tutaj żadnej inspiracji nie tak dawnymi wydarzeniami warszawskimi. Przypadek sprawił, że uśmierciłem ferrari nie wiedząc jeszcze jakie zdarzenia będą miały miejsce w przyszłości. Był to pierwszy wypadek, w którym oprócz ludzi szkoda było mi także samego samochodu. Cholera wie czy to normalne, ale z drugiej strony to nie ja wymyśliłem życie, w którym rzeczy dzieją się bez naszej kontroli i często też wbrew naszej woli. To nie ja wymyśliłem życie, w którym stracić można wszystko w jednej chwili i w którym radość idzie w parze ze smutkiem a każdym narodzinom towarzyszy niechybna śmierć.

**GALERIA FOTEK**

Tuesday, March 25, 2008

Czy Ameryka już się sypie?

Wiadomo powszechnie, że coś w tej amerykanskiej gospodarce się nie kreci. Gazety i portale internetowe donoszą codziennie o spadku wskaźników i notowań oraz o wzrostach cen i ogólnego zaniepokojenia. Ja nie będąc ani przesadnie zorientowany ani też zainteresowany tym stanem rzeczy, wiem jedno. Coś w tej gospodarce się nie kręci. Jestem tu za krótko by móc dokonywać porównań i analiz, ale jedna rzecz przemawia do mnie silniej niż wszystkie inne. W przeciągu tego krótkiego czasu, który tutaj jestem, galon benzyny zdrożał o całego dolara! To zauważy każdy, nawet największy ignorant...nawet ja.


Wymieniajac opinie mailowe z pewną osobą, która zna Stany całkiem dobrze nieraz wprawiałem ją w osłupienie przywołując jako minusy Ameryki przykłady moich negatywnych doświadczeń. Przyznam szczerze, że sam już nie byłem pewien czy kryształowa kula, w której żyje tylko dla mnie jest tak pechowa czy też po prostu Amerykę trawi ogólne niechciejstwo, strach przed odpowiedzialnością i obowiązkiem lub po porstu posługując się stwierdzeniem Siergieja - brak powera. Dziwne, znam dwójkę ludzi z Polski, którzy przyjechali do Kalifornii na mniej więcej tydzien i żaden z nich nie deklarował chęci pozostania tutaj...hmmm, może powoli już widać te rysy a może nawet i gdzieniegdzie odpad ukruszony tynk?. Dopiero niedawno znalazlem osobę, która potwierdza moje przypuszczenia. Nazywa się Ola, mieszka razem z Mateuszem i oboje rezydują tutaj znacznie dłuzej niż ja. W każdym bądź razie ja przedstawię Wam moje teorie, które dowodzą tego, że jakość usług w Ameryce potrafi rozczarować. Oczywiście nie jest to kwestia łatwa w ocenie, ale jak mówię mam także opinie znacznie bardziej doświadczonych "spadochroniarzy", którzy potwierdzę pewne ogólno-kalifornijskie (niebezpieczne) tendencje.

Oto lista zarzutów:

- Niechciejstwo i niechlujstwo:

Jak wiecie ponad miesiąc temu zdecydowalem się sprzedać docieplacz nurkowy.
Niepotrzebnie się wyrwalem ze sprzedażą, gdyż okazało się, że mogę go swobodnie wymienić bez żadnej dopłaty i opłaty (fiu, fiu, właściwie czego ja się czepiam? Używany docieplacz wyminiam na nowy i to zupełnie za free! Perfekcja!). Wykonalem kilka telefonów, upewniłem się że wszystko będzie ok, zapakowałem piankę i siup! Przesyłko leć na Florydę! Po dwóch tygodniach czekam z niecierpliwością. Dziś spodziewam się zwrotu wymienionego skafandra. I tak by było, gdyby nie niechciejstwo pewnej pani w sklepie, która nie wpisała pełnego adresu zamawiajacego (mimo, że napisałem go na rachunku i wsadziłem do przesyłki). Dostawca odbija się dwa razy od drzwi biura jakiegoś zdezorientowanego pana, który przesyłki mimo ponowienia oferty nie zdecydował się przyjąć. Przesyłka wraca z powrotem na Florydę. What the heck?! Dzownię do sklepu, potem do fedexa, okazuje się, że nie było pełnego adresu. Jeszcze raz rozmowa za sprzedawcą i obietnica wprowadzneia korekty. Na Florydę pianka dociera w tydzień i tego samego dnia wyrusza w powrotną drogę przez caluśkie Stany. Uff, cieszę sie, że niczego nie wstrzymali, niczego nie zakwestionowali czy unieważnili. Minęły juz trzy tygodnie, ale co tam? Jeszcze tylko 4500 tysiąca mil i znów będę mógł robić scuba! Tracking shipment na Fedexie działa bardzo sprawnie (jak i sam fedex), więc już po tygodniu w powietrzu czuję swoją nową, czarną, extra large Bare arctic. Przybyła do San Francisco tak komunikuje mail! Fajnie, rzucam się w wir pracy, pod koniec dnia sprawdzam gdzież to jest moja przesyłka i co widzę? Znowu dostawca nie mógł znaleźć adresata! Dzwonię bezpośrendio do Fedexa i po kilku przełączeniach wreszcie rozmawiam z kimś konkretnym! Okazuje się, że nikt adresu nie poprawił! Wsadzono przesyłkę do samochodu tak jak ją odebrano! Ping pongowa pianka nurkowa! A co tam? Kalifornia - Floryda, Floryda - Kalifornia, Kalifornia - Floryda i jeszcze raz Floryda - Kalifornia! Kilkanaście tysięcy mil, galony spalonego na darmo paliwa i ponad miesiąc czekania! W końcu jednak wczoraj przesyłka dotarła i okazało się, że wszystko w środku sie zgadza. Ufff, nowy rozmiar pasuje znacznie lepiej, zapominam o przygodach, które miałem po drodze i z satysfakcją przymierzam nowy docieplacz. Fajnie, że można wymienić zakupiony towar mimo uprzedniego użycia, jednak jakość logistki powoduje, że niesmak pozostaje...

Oto część trasy przez Stany mojego docieplacza. Niejedna osoba, chciałaby mieć możliwość takiej przejażdżki! Ponad mieisąc w drodze po autostradach Florydy, Mississippi, Tennessee, Teksasu, Nowego Meksyku, Utah, Arizony, Nevady i Kalifornii.

- Drugi przykład z życia. Zamawiam w internecie automat oddechowy do nurkowań sprzętowych.

Proste jak drut. Klikasz przycisk Buy, wypełniasz okienka, wpisujesz adres, podajesz numer karty kredytowej i naciskasz accept. Kupiłem Mr22! Utwierdzam się w tym przekonaniu po otrzymaniu potwierdzenia mailem. No dobrze mija dzień, dwa, tydzień...nic. Dzwonię do sprzedawcy, okazuje się, że moje zamówienie zostało anulowane...Tak jest! Rzekomo nie wysłałem potwierdzenia, które wysłałem na pewno...Nie wnikam czemu tak sie stało i kto ma rację. Nikt nie powiedział mi o unieważnieniu mojego zakupu, to tak jakby przy kasie sprzedawca odebrał mi zakupiony towar i bez słowa wyjaśnienia odstawił na półkę oddajac przy tym pieniądze. Myślę, że to nie fair, tym bardzie żal, że to był ostatni egzemplarz...

- Trzeci przykład związany jest z Opieką Medyczną i dotyczy niekompetencji. Kilka razy dzwoniłem by umówic spotkanie czy to u dentysty czy u innego specjalisty. Jedyne co mogę doradzić to bądźcie bezczelni. Rządajcie odpowiedzi natychmiat, zostawiajcie swój albo bierzcie numer telefonu od osoby, z którą rozmawiacie lub jeśli wysyłacie e-mail to koniecznie załączajcie kogokolwiek w cc. To są dobre rady, które zapewią Wam otrzymanie oczekiwanej odpowiedzi lub potwierdzenia.

- W reszczie jednak zjawiam się u dentysty. Po nurkowaniach swobodnych, gdzie przysrost ciśnień na organizm czlowieka równy jest 1 atm/10sek wychodzi dolegliwość zęba. Cholerny ból zaatakował po dwóch tygodniach od nurkowania. Mam na szczęście dwumiesięczne zdjęcie rentgenowskie i umowione spotkanie ze specjalistą. Siadam, liczę na szybkie załatwienie sprawy. Młody gościu patrzy na zdjęcie rentgenowskie, zagląda do środka i opowiadam mi o koniecznosci zrobienia kanałówki. Rozkłada ręce...Patrzę na niego z obojętnością jaka dawno mi się nie zdarzyła i mówię do niego ze stoickim spokojem "Tylko, że mnie boli prawa szóstka a pan na zdjęciu ogląda lewą". Chwile milczy, przygląda się zdjeciu i z głupawym uśmiechem odpowaida "Ahhh, oczywiście, ma pan rację, nie wiem jak mogłem sie tak pomylić?". Odsyła mnie do rekomendowanego specjalisty od kanałów i jestem szczerze mówiąc zadowolony. Nie chciałbym być skazany na opiekę dr. Velasco. Siadam po raz drugi w fotelu i faktycznie gościu jest specjalistą. Niestety drugi raz w ciagu 5 min robią mi zdjecie rtg. Czyżby nie ufali dr. Velasco? Specjalista rozkłada ręce. Mówi coś o infekcji, którą usuwa się operacyjnie i obwieszcza, że on się boi tego dokonać bez pełnego uśpienia. Odsyła mnie do trzeciego specjalisty od uśpień i usuwania infekcji! Mówię gościowi, że w Polsce miałem leczenie kanałowe bez znieczulenia, ale on podtrzymuje, że się zabiegu nie podejmie i bezradnie rozkłada ręce. Trzeci specjalista robi co do niego należy (i to bez uspienia) inkasuje 670$ i odsyła do specjalisty, który mnie tu przed chiwlą przysłał. Mija tydzień siadam w fotelu speca od kanałów i faktycznie gość potwierdza swoja klasę (Nie chcę robić z Polski Dagestanu, więc nie wpsominam mu tym razem nic o kanałówce bez znieczulenia. A mialem taka chęć po tym jak się zorientowałem, że 2% lidokainą znieczula się tutaj dziąsło przed... zasadniczym znieczuleniem. Zabawne ;-) ). Po godzinie ząb wyleczony! Pytam czy to wszystko? Nie - słyszę zdziwiony. Musi Pan teraz iśc na wypełnienie do dr. Velasco. O man, czy tu ktoś robi coś od początku do końca? "Nie", słyszę w odpowiedzi. Na pożegnanie wsadzam do portfela rachunek na 1140$. Ciekawe ile zarządają za wypełnienie :-). Tak oto przeszedłem po stomatologicznej drabinie w górę i w dół , wypełniając przy tym po drodze 3 (słownie trzy) pięciostronnicowe formularze, w których zrzekam się jakichkolwiek roszczeń gdyby na przykład coś się nie udało i wyrwanoby mi zęba. W odpowiednich rubrykach opisuję wszystkie swoje choroby, ktore przechodzilem i te których nie przechodziłem (kto je pamięta?), odpowiadam na głupie pytania o to czy jestm uczulony na latex rękawiczek i żółtka jajek kurzych!! Przy trzecim formualrzu z potwornym uczuciem bólu zęba zdobywam się na złośliwy komentarz "I don't need your smiles, I need a doctor". Na szczęście saga dobiega końca. W sumie wszystko jak na amerykańskie warunki odbyło się sprawnie i fachowo, ale niech za podsumowanie posłuży sms od mojej siostry, która nota bene jest lekarzem "Trzeba ropnia naciąć, dać pacjentowi antybiotyk i po robocie. W czym problem?". No właśnie w czym problem?

- O kolanie nie będę już mówił. Od stycznia nie możemy sie dogadać co do terminu i sposobu płatności ;-). W końcu dowiedziałem się kto i za ile, a tu dziś łubudubu....Spada mail o konieczności przesuniecia termnu. nie zgadzam się, nie będzie mnie miał kto odebrać ze szpiatal w późniejszym terminie. Znów stoimy w martwym punkcie. Przyzwyczaiłem się.

- jest tez kilka innych powodów do narzekania na jakość usług, ale nie przekona się o tym ten kogo codzienne zycie ogranicza się do zakupów w walgreensie czy costco. Po prostu tam działa prosta zasada. Płacisz-masz. Chociaż z drugiej strony za zęba zapłaciłem z przyjemnoscią- ponieważ, za rzeczy dobrze zrobione nie jest żal płacić, co innego że tutaj rzadko płaci sie za porzadną jakość. I to się czuje...

Konkluzja: Wydaje mi się, ze Amerykanie przyzwyczaili się, ze brudne prace wykonaja za nich latynosi a pieniądze zarobią za nich azjaci... Perfekcyjny układ, niemal jak za czasów starożytnych mocarstw. Tylko które z nich nadal jest mocarstwem? Hmmm...

I na koniec jedno wazne ogłoszenie Techniczne:

- Jesli ktoś planuje odwiedzenie mnie w tym roku proszę o w miarę szybkie potwierdzenie terminu. Muszę znać orientacyjny grafik ponieważ sam palnuję wakacje i może okazać się, że nie da się pewnych spraw pogodzić. Oczywiście wszystkich jak najgoręcej zapraszam oferując jako taki nocleg (damy radę), wiedzę o topografii miasta i swoje przy tym skromne towarzsytwo.