Wednesday, January 21, 2009

Tuesday, January 13, 2009

Bodie - Ghost City

Będzie to krótka opowieść o tym jak powstawała Ameryka oraz o tym jak rozwijała się i jak przeminęła jej legenda z czasów Gorączki Złota. Niegdyś drugie największe miasto w Californii, dziś jest zupełnie opuszczonym miejscem. Pożar, spadek koniunktury, niezbyt sprzyjające warunki do życia na zboczach gór Sierra Nevada - to wszystko odwróciło szczęśliwą dotąd kartę. Miasto wymarło - do dziś widać, że zostało opuszczone niemal tak szybko jak się rozwinęło. Zapis lekcji na tablicy szkolnej, samochód na stacji benzynowej, to wszystko mogło zostać ustawione ręką parkowych rangerów, ale są rzeczy, które kazą myśleć, że coś tu poszło nie tak...Miejsca takie jak to, dające smutne świadectwo przemijalności, widziałem już jednak wcześniej. W Rzymie na Via Appia, w Chorwacji wyniszczonej wojną oraz w Polsce na terenie PGRu Bródno, Fabryki domów na Tarchominie oraz innych, podobnych im pomnikach komunizmu...Czym więc by były dla przeciętnego mieszkańca niziny mazowieckiej miejsca takie jak to, gdyby nie czarno-białe westerny, które legendę miejsc tych tworzyły?
Polecam link z Wikipedii oraz tamtejsze zdjecia. Być może Ewa nieługo dorzuci coś, co też bym Wam polecał....pozdr
** GALERIA FOTO **

Monday, January 5, 2009

Ostatni taki Macworld

A do tego widziany z troche innej perspektywy...


Macword jak zwykle odbywa się w Moscone Center, ale tym razem ekspozycje przeniesiono do budynku zachodniego (rok temu wszystko działo się w budynku południowym). Siedziba główna Apple'a jednak, cały czas znajduje się przy Infinite Loop 1, Cupertino w Califronii, a fryzjer nadal najlepszy jest na Tarchominie.


Infinite Loop 1 - mekka makowych maniaków 

Saturday, January 3, 2009

Edwards Air Force Base - boczne drogi prowadzą do celu

Edwards Air Force Base – baza Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych znajdująca się w okręgu Kern i Los Angeles w stanie Kalifornia w Dolinie Antelope, 11 kilometrów na wschód od miasta Rosamond w Stanach Zjednoczonych (34°57′ N 117°52′). Baza lotnicza została założona w 1933 i od tamtego czasu była miejscem wielu lotów eksperymentalnych samolotów i innych statków powietrznych. Swoją obecną nazwę uzyskała 27 stycznia 1950 roku na cześć Glena Edwardsa, pilota doświadczalnego, który zginął podczas oblotu prototypowego samolotu Northrop YB-49. W bazie tej wykonywano testowe loty atmosferyczne wahadłowców, a do 1991 roku Edwards był głównym miejscem wszystkich ich lądowań.
(źródło Wikipedia)
Boczne Drogi...
Do bazy Edwards zajechaliśmy w atmosferze napięcia i delikatnie tylko skrywanej nerwowości. Po dosyć ożywionej wymianie opinii "za i przeciw" wszyscy ustaliliśmy, że odległa o 25 mil baza Amerykańskich Sił Powietrznych jest warta zjechnia z trasy i nadłożenia dodatkowego czasu. Atmosfera dyskusji jednak trzymala temperaturę do samego końca, dając jasno do zrozumienia, że decyzje podejmowane na drodze demokratycznych wyborów często wymagają szerokiego marginesu dla opozycyjnego kompromisu :-) Rekalkulacja trasy nie była w planach, a czas nigdy nie był z gumy. Mimo to, licząc mile, minuty, godziny zmierzaliśmy do nieprzewidzianego przystanku na trasie powrotnej z Monument Valley. Jeep Liberty z czteroosobową załogą zaparkował w bazie Edwardsa niemal dokładnie w przewidzianym nowym terminie: w niedzielę 0 18:29 czasu wschodnioamerykańskiego. Zwiedzenie małej muzealnej ekspozycji przebiegło bez kłopotów.
Z zupełnie innych powodów, ale w równie nieprzewidziany sposób, dwie godziny wcześniej do miejsca naszego przeznaczenia dotarła zupelnie inna załoga podróżników... Oto ich historia opisana z reporterską manierą: Niebezpiecznie silny wiatr i burzowe niebo sprawiły, że centrum kontroli lotów przeniosło operację lądowania wahadłowca Endeavour z Florydy do słonecznej Kalifornii. Prom kosmiczny z siedmioosobową załogą wylądował w bazie Edwardsa niemal dokładnie w przewidzianym nowym terminie: w niedzielę o 16:26 czasu wschodnioamerykańskiego (22:26 czasu polskiego). Przyziemienie przebiegło bez kłopotów. 
Prowadzą do celu...
W tej właśnie słonecznej Kalifornii znalazłem się zupełnie (w co sam nie wierzę) przypadkowo, zupełnie przypadkowo (co też jest bujdą) odwiedziłem również bazę, w której dwie godziny wcześniej miały miejsce wydarzenia odnotowane drukowanymi zgłoskami w kronikach kosmicznej awiacji. Nie mam wątpliwości, że szczęście sprzyja śmiałym i jeśli mialbym być szczery, nadal jest to moje motto, ale jeśli zadalibyście mi pytanie, czy nie chciałbym znaleźć się w tej samej bazie dwie godziny wcześniej, odpowiem zdecydowanie i krótko: Nie. Z rzeczy, które zostały mi nieodwracalnie zabrane, nie mogę do dziś odpuścić sobie widoku na żywo masztu radiowo-telewizyjnego w Gąbinie (Konstantynowie) albo przejażdzki po najdłuższym swego czasu drewnianym moście, którego jedyne ocalałe przęsło do dziś można zobaczyć w Wyszogrodzie (a most ten prowadzi do celu**). Obie konstrukcje mocno podsycały swego czasu moją ciekawość i wyobraźnię... Nawet dziś kosmiczne wyczyny załogi wahadłowca nie są w stanie przyćmić dawnej potęgi wspomnianych wyżej kostrukcji, ktore w swoich czasach były najwyższymi/najdłuższymi* konstrukcjami wzniesionymi przez człowieka. 
* wybaczcie stosowny brak precyzji :-) Oczywiscie jedna była niekwestionowanie najwyższa na Świecie, za to druga była najdłuższa, ale tylko pośród drewnianch konstrukcji i zdaje się tylko w samej Europie.
** jak ja nie lubię dosłowności, ale dla potrzeb chwili otrę się o banał.
Post ze względu na tematykę oraz imię samej bazy dedykuję zwyczajowo w takich sytuacjach jedynemu w mej rodzinie miłośnikowi awiacji...
pozdr dla uczestników imprezy
** GALERIA FOTO **

Monday, December 29, 2008

Nowy Rok jest optymistą...

A tu nadszedł tak szybko czas podsumowania, czas rozliczania, czas planowania. Wyskoczył na mnie zza rogu, tak jak wyskakuje co roku, chociaż z każdym następnym robi to coraz szybciej, coraz częściej skłania też do refleksji. I chociaż każdy inny dzień jest tak samo dobry by się nad sobą zastanowić to jednak podswiadomie szukam klamry, jakiegoś początku i jakiegoś końca coby się zabrać do posortowania minionych spraw, poprzekładania papierów i przyjrzenia im się z bliska. Rok 2008 nie zmobilizował mnie zupełnie. Na pytanie kolegi z pracy o postanowienia na Nowy Rok nie miałem żadnej odpowiedzi. Faktycznie, muszę przyznać, że nawet zaskoczyło mnie to pytanie. Nie mogłem zrobić nic więcej jak przekroić kotlecik, nadziać go na widelec, umoczyć calość w sosie i ciągnąć dalej lunchową konwersację omijając niewygodny temat...

Dziś podsumowuję:

- Płyta roku:

Męska Muzyka - Waglewscy

- Piosenka/odkrycie roku

Ederlezi - G. Bregovic

- Książka Roku (a raczej artykuł roku)

"Swiat według Dziada" - książka opowiedziana przez prostego gołębiarza i domniemanego szefa gangu wołomińskiego - Henryka Niewiadomskiego dała mi więcej do przemyślenia niż literatura Grynberga, Steinbecka, Hłaski, Suvorowa, Wilde'a, Allende czy Houellebecqa przez którą przeszedłem/przechodzę w tym roku.

- Film roku

Rise of the footsoldier

- Liczba roku

21,6m - lutowy bezdech w Monterey. Regres, który jednak nie martwi...

- Miesiąc roku

Kwiecień. Słońce zawsze świeci a Księżyc zawsze w pełni.

- Gadżet roku

Skórzano - goretexowe rękawice motorowe BMW Motorrad

- Konsekwentność roku:

Kompletowanie sprzętu nurkowego.

- Motto roku:

Iść swoją drogą - tak śpiewał (?) artysta.

A jednak miałem postanowienie! Teraz pamiętam! Motor! Dokładnie w połowie roku udało mi się je zrealizować (patrz konsekwentność roku i wstaw motorowego).

Jak zwykle otarłem się tylko o powierzchowność nie poruszając wcale tematu sedna. Szukam odniesienia, wciąż się chce o Was i o sobie czegoś dowiedzieć, trochę też szukam sensacji. Podzielcie się ze mną proszę swoimi wydarzeniami roku (ksiazka, muzyka, film, zdarzenie), ale niech każdy z Was wie, że o najważniejszej dla mnie sprawie tu nie napisalem :-) Taaak, 2008. był dobrym Rokiem.

P.s. A i chciałem dodać, że na 2009. mam trochę planów. To daje mi satysfakcję.

Życzmy sobie sił i zdrowia. 

A tymczasem ruszajcie przetrzeć parkiety. 

No to do zo!

Sunday, December 28, 2008

Grand Canyon - South Rimm

Były to czasy kiedy nie znałem znaczenia słowa Stubborn, maile z Nowego Yorku czekały w długiej kolejce na odpisanie a Zbyszka w powszechnej świadomości kojarzono z Mountain View. Dziś jest inaczej, natomiast reszta, reszta pozostała niezmieniona...
** GALERIA FOTO **

Wednesday, December 24, 2008

Wesołych Świąt - Merry Christmas


Wszystkiego Najlepszego, Zdrowia, Szczęścia oraz Wszelakiej Pomyślności na Czas Świąt Bożego Narodzenia życzymy Całym Naszym Rodzinom oraz Wszystkim Naszym Znajomym - gdziekolwiek jesteście, skądkolwiek o Nas myślicie.

Piotrek i Ewa

Merry Christmas to our Families and our Friends wherever you are!

All The Best!

Piotrek i Ewa

Jest wporzo....

Friday, December 19, 2008

100 Lat Uśmiechu!



Wszystkiego Najlepszego Eve!
100 lat usmiechu...Razem!

:-*

Wednesday, December 10, 2008

Monument Valley

Zdjęcia dokumentujące chyba jedną z ostatnich większych podróży po Ameryce

Monday, December 8, 2008

Baby Shower

Baby shower jest rodzajem imprezy, w której rodzice zbierają prezenty dla oczekiwanego lub nowonarodzonego dziecka. Z reguły zapraszają w tym celu swoich znajomych, aby w atmosferze zabaw związanych z oczywistą tematyką zgromadzić niezbędne rzeczy dla niczego nie oczekującego i nie potrafiącego przydatności owych dóbr oszacować przybysza (w tym wypadku Mayi). Powiem szczerze, że w swej ignorancji usłyszałem o instytucji baby shower dopiero tutaj w Ameryce, podczas wieczornych podróży po Mid Weście opisanym w „Delicjach ciotki Dee”. Moja wiedza w tej materii okazała się jednak niepełna. Do tej pory myślałem bowiem, że jest to impreza organizowana przez przyszłe lub dopiero świeżo upieczone mamy, dla mam obecnych, przyszłych, oczekujących lub nie oczekujących niczego. Okazało się jednak, że nie, że także kawaler taki jak ja również może stać się częścią okolicznościowej imprezy, kojarzonej głównie z przejawem kultury amerykańskiej. Może! To potwierdziło się w ostatnią sobotę, tak samo jak to, że baby shower jest element kultury bardziej niż globalnej… W ogóle impreza ta, jak każda inna impreza w Kalifornii, była imprezą bardzo międzynarodową. Byli więc Amerykanie a wśró nich Amerykanie polskiego oraz włoskiego pochodzenia. Nie zabrakło oczywiście wszędobylskich Azjatów, za to nie było o dziwo Hindusów, ale ich brak swą obecnością rekompensowali Rosjanie (na szczęście nie za długo). Nie jestem w stanie wymienić kogo tutaj nie wymieniłem…było jak zwykle międzynarodowo. Wśród popularnych tematów imprezowych było się można dowiedzieć jak żyje się obecnie i jak żyło się dawniej na East Kołście i północy Stanów. Można także było osłuchać się jakie imprezy ostatnio odbywały się w Las Vegas i które były warte atencji, które udziału, a które nie były warte niczego. Można wreszcie było powrócić także na chwilę do Europy i posłuchać oraz dowiedzieć się, jakie plusy ma Londyn i dlaczego ma ich tak mało… Słowem można było zgadać cały świat i w razie czego nawet więcej. Można było bowiem pogadać także o tym, co poza światem widzialnym. W tym celu podjęto próbę wytłumaczenia mi istoty nieskończoności wszechświata – chyba nawet coś zrozumiałem (to tyle o astrofizykach, na imprezach u których łatwo wylecieć z orbity). Jak widzicie można było o rzeczywistości i można było o abstrakcji, ale ja w swej rubasznej prostocie przyłożyłem ucho do niezwykle barwnych opowieści z innej zupełnie beczki… Rzecz traktowała o mieszkańcach pewnej dobrze mi znanej krainy i miała coś w sobie z dwojga rodziców. Trwogę rzeczywistości i małość ludzkiej (tym razem mej) wyobraźni w konfrontacji z majestatem abstrakcji… Opisane wydarzenia wyłożone zostały mi z pierwszej ręki, z należytą kronikarską rzetelnością tak jak faktycznie miały miejsce, czyli bez większych niż wskazane na standardowe cele towarzyskie upiększeń (podkolorowane może jedynie westchnień sentymentem)…Działy się te rzeczy w midlandzie naszego hajmatu, gdzieś na granicy dawnego województwa sieradzkiego i jakiegoś jemu sąsiedniego, którego nazwy w tej chwili nie pomnę…Właśnie w tym sieradzkim, gdzieś bardzo na uboczu, wiodła od wieków swoje spokojne, pracowite życie mała społeczność, która mimo upływu lat nie przestała budzić zawiści wśród pozostałej części mieszkańców nieistniejącego już województwa. Charakteryzowała się ona niezwykłą pracowitością, zawziętością i wyróżniały ją także pewne specyficzne rysy twarzy, które wraz z wystającymi policzkami stanowiły pozostałość dawnych wpływów tatarskich na te okolice. Okazuje się, że każdy porządny dawny sieradczok rozpozna po owych policzkach, bez najmniejszego zawahania, przedstawiciela tejże społeczności (ja byłem tym faktem przyznam poruszony – na moim podwórku bowiem, wszyscy z grubsza wyglądali tak samo). Okazuje się, że powodem dookolnej zawiści była wcześniejsza niż w pozostałych rejonach kraju emancypacja kobiet (postęp zawsze budził niepokój ogółu). A tutaj właśnie przybrał on formę równego do maszyn i robót polowych kobiet i mężczyzn uprawnienia. Owocowało to znacznym zwiększeniem wydajności pracy w polu i dawało mężczyznom szansę znalezienia dodatkowych źródeł zarobku, które skutkowały z kolei skuteczniejszym niż w reszcie statystycznego województwa pomnażaniem dochodu. Na wsi, jak głosi stereotyp, nie potrzeba powodu, by mieć przyczynek do wielopokoleniowej kłótni (tyczy się to także globalnej polityki – wszak to globalna wioska dzisiaj). Zatem nierówność (czyt. niesprawiedliwość) materialna powodem do zawiści była doskonałym. I tu przechodzimy w sposób gładki i logiczny do historii, które każdy z nas zna przynajmniej z opowieści. Któż z nas nie słyszał milionów historii o zabawach wiejskich, które niechybnie zmierzały do tego samego końca? Finał był z reguły ten sam. Zawsze znalazł się w grupie rozentuzjazmowanego tłumu jakiś śmiałek, który powodowany zawiścią, zazdrością, tanim winem, afektem żywionym ku kobiecie, czy po prostu urażoną ambicją, gotów był sięgnąć po pierwszą sztachetę z płotu. Niezmiennie zaskakiwały i poruszały mnie do żywego takie historie (o samych bijatykach wiem z resztą coś więcej niż tylko ze słyszenia), ale tym razem zwróciłem swoja uwagę na nieco inny element słowiańskiej kultury. Okazało się bowiem, że na tym całym naszym temperamencie można także było zarobić. Ba…temperament ten nawet może się stać także pewnym przyczynkiem pozytywnych zmian w krajobrazie. Po każdej zabawie bowiem braki w okolicznych płotach uzupełniano nowymi elementami galanterii budowlanej aż w końcu, zadając kres chuligańskim wybrykom, dokonano niezbędnych usprawnień i modyfikacji, nadając okolicznym ogrodzeniom bardziej solidną i zarazem mniej tymczasową formę. Tu znów pojawił się pewien przedsiębiorczy osobnik, który swa postawą jednak mi zaimponował. Po dokonaniu kolejnego płotczanego improvementu zdecydował się on bowiem sprzedawać wymienione co dopiero sztachety ze starego płotu, gotowym na wyrwanie i zaskoczonym jego brakiem, przybyłym na miejsce uczestnikom imprezy. Pod okoliczną remizą podczas sobotniej zabawy dokonywał on pierwszych transakcji wprost z przyczepy swojego żuka. Pomysł po prostu genialny, nie wiem jak długo udało mu się utrzymać kolejkę i asortyment w ryzach. Postawa jednak wydała mi się godna naśladowania i dowiodła tego, że nawet jak jest źle, to nie znaczy, że nie da się czegoś z tym zrobić. Tu nastąpiła seria opowieści, które miały swój rodowód w niekończącym się odwecie za wyrządzone krzywdy. Po prostu kolor prowincji w całym blasku. Przyznam szczerze, że faktów takich o moich rodakach i o swoim kraju nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie rozwój i upowszechnienie Internetu, jeden bardziej leniwy od reszty poranek, trochę szczęścia i niespokojne ręce, którym wiele w dziedzinie poszerzania mej wiedzy zawdzięczam…A wszystko działo się na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej z dala od miejsc i ludzi, o których co usłyszałem tutaj właśnie zapisałem. Sam nie wiem ile tutaj mojej interpretacji, a ile w tym rzetelnego przekazu, ponieważ często opisuję sytuacje takimi jakimi je zapamiętałem, a nie takimi jakie mi je opowiedziano. Nie muszę przy tym dbać o copyrighty, poprawność polityczną, zgodność historyczną czy nie urażanie uczuć innych. Nim na dobre zacznie mi jej brakować dam jeszcze upust swojej słowiańskiej naturze i na dosłowność Kalifornii w tym miejscu sobie ponarzekam. Chociaż z drugiej strony jest to także kraina, w której miarą sukcesu zawodowego jest liczba wypowiadanych bez zmrużenia oka, niby niezauważalnie w konwersację wtopionych, budujących aurę tajemniczości Tielejów*. No cóż…nic nie jest wystarczająco proste i jednoznaczne…Od czego to ja dziś zacząłem? Ahhh…baby shower. Zdjęć na razie nie zamieszczę bo żadnych też nie zrobiłem, a na copyrajty mam respekt…Póki co, wciąż mając w pamięci imprezę, czekamy na dzień, w którym poznamy Cię Mayu.

*(Three Letter Acronyms)