Tuesday, February 10, 2009

Zzyzx oraz dyskurs w temacie

Nazwa Zzyzex powstał w głowie pewnego excentrycznego naukowca, który powodowany checią zapisania się w księgach historii jako autor ostatniego słowa w słowniku, nadał takie właśnie imię ośrodkowi badawczemu, ulokowanemu w środku pustyni Mojave. Zzyzex to tak naprawdę zabawna nazwa, na którą składa się małą oaza z parkingiem, budynkiem i zbiornikiem wody ulokowanym gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Być może jest ona nadal zbawieniem dla spragnionych podróżników, z pewnością jednak nadal stanowi punkt zaczepienia dla okolicznej flory i fauny. Paradoksalnie, dla mnie jest to jednak symboliczny dowód na to, że w życiu koniec ma często miejsce w środku niczego...

W Zzyzex sa nawet ulice i ograniczenia prędkości, ale to właśnie to jeziorko stanowi centrum tego miejsca...

Na dyskurs w temacie pozwolę sobie, gdyz czasem jednak spojrzę w szkło co niesie kulturę i rozrywkę masom. Nie wiem czy bezideowość to odwieczny problem, znak czasów czy tylko zmartwienie naszej cyfrowo stymulowanej generacji? A kolejna osoba, mówi mi dziś, że nie wyobraża sobie wychowywania dziecka w Ameryce...A Ameryka to taka Polska, tylko 20 lat do przodu... Róbcie zatem dzieci czym prędzej bo dalej na wschód nie ma już gdzie uciekać. Znaczy koniec zachodniej cywilizacji musi bliski ;-)

Saturday, February 7, 2009

Do pewnych miejsc wracam...

Tam z każdym następnym razem, turysty miano zatracam...

Możesz przejechac Death Valley i zaliczyć wszystkie przewodnikowe atrakcje turystyczne.
Możesz zjechać z trasy i zobaczyć wspaniałe widoki zarezerwowane tylko dla czteronapędowców. Możesz kopać dołek w bad water basin by być jeszcze głębiej, możesz zrobić to wszystko 7 razy i mówić z nutką zniechęcenia o standardach turystycznych tego miejsca, ale nie mów, ze znasz DV jeśli nie doświadczyłeś tam nocy pod gwieździstym niebem, otoczony pustynią, słuchając Sacred Spirit. Czysta forma.















Friday, February 6, 2009

Na śniegu, na wczasach - ogień buntu przygasa

Garść suchych jak płatki kukurydziane faktow.

Squaw Valley jest resortem narciarskim ładnie wkomponowanym w jedną z dolin, która składa się na nieopisany wciąż obraz miliona nieznanych mi jeszcze twarzy Californii. Ta olimpijska dolina jest jedną z największych i najbardziej narciarsko zorientowanych atrakcji całej Ameryki (tej Ameryki okrytej dumą gwieździstego sztandaru). Czy mozna miec wszystko? Pewnie nie, ale California to wszystko ma! Oprócz palm, pięknych plaż, Hollywood, Silicon Valley, Oceanu Spokojnego California ma też Lake Tahoe z przyklejonym do niego rogalem zimowych resrtów, z ktorych jeden - Squaw Valley był gospodarzem zimowej olimpiady roku 1960. Sama nazwa Squaw oznacza żonę indianina bądz po prostu Indiankę (zależy, na którym poziomie gender kłazaj (lub po staropolsku quasi) rozwoju sie znajdujecie*. Zostawiajac na boku wszelkie lingwistyczno - społecznosciowe kwestie wracam na prędce do tematu. Wśród kolorowych ulotek opisujacych uroki Tahoe na pewno zauważycie nazwy takie jak: Alpine Meadows, Sugar Bowl, NorthStar, Mt Rose czy Dimaond Peak. Wszystkie one składaja sie na wielkie wczasowisko zwyczajowo nazywane Tahoe (wym. Taho), które rozposciera się wsoród łańcucha gór Sierra Nevada na poziomie około1,890 m n.p.m. Wspomniana Squaw Valley ulokowała się natomiast malowniczo wśród sześciu górksich szczytów na terenie o powierzchni około 16 km². Jednym z wyższych punktów resortu jest Granite Cheif wystający 2,760 m nad poziom odniesienia, który w tym wypadku jest poziomem lustra wody zgromadzonej w dowolnym zbiorniku wielkiego oceanu. Największym nad Lake Tahoe resortem narciarskim jest natomiast Heavenly. Jest tu wszystko I jeszcze więcej. Są wyciągi, krzesełka, orczyki, sklepy, restauracje, piwiarrnie, deptaki, klimatyczne miejsca, outlety, wypożyczalnie sprzętu, słowem - wszystko. Heavenly mimo swojej kurortowej doskonałosci jest mi znane jednak najbardziej z tego, ze wlasnie tam, po wielu rozterkach i dylematach czapka dla Ewy została w koncu zakupiona (choc uszy ponoc nadal marzną).

Heavenly

Całe zimowe Tahoe wraz ze swymi najbardziej znanymi miejscami przyciaga rokrocznie 600,000 entuzjastow zimowego szalenstwa. Wśród nich jestem także ja, mimo, ze w grupie tych co lubią chodzic po górach i z nich schodzic lub zjezdzac na deskach dwoch czy jednej jeszcze nie jestem. Mi zostaja slizgawki, sanki, jabłuszka oraz wszystkie inne urządzenia zjezdzajaco - brodzace** lub po prostu grzaniec przy kominku...

Są wymagającyAle i gościnni...

Przepiękne trasy widokowe, niezaawodna pogoda, ktora dostarcza śniegu (chyba nawet w naddatku - 12 m w ciagu sezonu zimowego) i dobra infrastruktura czynią z narciarskiego Lake Tahoe mekkę wszystkich ludzi sniegu. Jesli natomiast człowiekiem śniegu nie jesteś lub chwilowo szukasz odmiany zawsze możesz odwrócic się na pięcie od turystycznego main streamu i zapatrzyc się bez pamięci w obecną jakby trochę za plecami, smiertelnie powazna, zawsze posępną toń Lake Tahoe (ponad 500m w dół i piekielnie zimna woda budzi respekt).

Lake Tahoe

Fleur de Lac - God Father też się tu kręcił...

Trochę mleka w ramach dodatku... (do tych platkow)

W Squaw Valley ciekawostką było dla mnie polskie godło (Orzeł jeszcze bez korony) zamieszczone wśród wielu innych śwaidków heraldyki ubiegłej epoki. Pierwszy raz byłem w miejscowości, w której wciąż płonie olimpijski znicz. W resorcie Mt Rose coś się we mnie złamało, coś pękło. Do dziś pamiętam jak z pogardą i obrzydzeniem skanowaliśmy z kolegami , kurortowych turstow ubranych jak we włoskich filmach z epoki. Kolorowe kombinezoniki, wymyślne czapeczki, okulary i caly ten narciarsko – resortowy, jak wtedy myślalem- syf. Tak jest, dziesiec lat temu chodząc w przemokniętych adidasach po trochę zabłocnonym, trochę snieżnym, trochę spływajacym do ulicznej kanalizacji Zakopanem byłem milion kilometrów od zrozumienia panów i pań poubieranych w jakieś jaskrawo - kreszowe kombinezony, które oprócz ochrony przed śniegiem, zimnem, otarciami i przmoknięciem zapewniały także dobre notowania towarzyskie na stoku. Pierwszy raz w Mt Rose pomyslałem sobie, że może sam bym się spróbował ze stokiem...

Mt Rose - zdjecie uzyskane z aparatu Ewy bez jej zgody ;-)

Na stoku

Nie wiem czy obrastam juz w tłuszcz konformizmu klasy średniej, czy może myślę sobie powoli o tych wszystkich rozrywkach zapewniajacych pierwotną wspólnotę tematów (z większością) podczas lunchowo – biurowo – towarzyskich dysput przy ski resortowym palenisku.

Grzecznych miast synowie i córki – niegrzecznie zjezdzjmy z górki...szałowo... na pazurki...

Oto radosna nowina. Chyba na starośc normalnieje!

P.s. Dziękuję Wszytskim, którzy tam byli. Był to naprawde jeden z bardziej klimatycznych wyajzdów. Były podróże tak w czasie jak i w przestrzeni, był kominek, był balsam łotewski (?), rozmowy i znów jedna oś i brak łańcuchów, były też komunikaty w radiu i na panelach świetlnych. Znów całościowo dalim rade.

Dodatki: Polecamy hot tubes pod otwartym niebem w Nepheles (Drinki allowed!). Kolano niestety jest dla mnie wciąż wielką przeszkodą, dziękuję Evie za solidarnośc na stoku.

Wrzuty do dysputy:

*. Z resztą jak się okazuje samo słowo potrafi wzbudzic znacznię wiecej emocji

** (ski mobile musi fajne)

Uwaga: W Tahoe mieszka sporo Polakow – jeden kiedys uratował mnie przed karą za zgubienie biletu parkingowego.

Thx

Tuesday, January 27, 2009

Mój Azyl - Big Sur

(...)
Hej Ocean w dole to twój…
Azyl co go dziś za oknem masz
Azyl co go dziś za oknem masz
Azyl co go dziś za oknem masz

SLZ
** FOTO GALERIA **

Wednesday, January 21, 2009

Tuesday, January 13, 2009

Bodie - Ghost City

Będzie to krótka opowieść o tym jak powstawała Ameryka oraz o tym jak rozwijała się i jak przeminęła jej legenda z czasów Gorączki Złota. Niegdyś drugie największe miasto w Californii, dziś jest zupełnie opuszczonym miejscem. Pożar, spadek koniunktury, niezbyt sprzyjające warunki do życia na zboczach gór Sierra Nevada - to wszystko odwróciło szczęśliwą dotąd kartę. Miasto wymarło - do dziś widać, że zostało opuszczone niemal tak szybko jak się rozwinęło. Zapis lekcji na tablicy szkolnej, samochód na stacji benzynowej, to wszystko mogło zostać ustawione ręką parkowych rangerów, ale są rzeczy, które kazą myśleć, że coś tu poszło nie tak...Miejsca takie jak to, dające smutne świadectwo przemijalności, widziałem już jednak wcześniej. W Rzymie na Via Appia, w Chorwacji wyniszczonej wojną oraz w Polsce na terenie PGRu Bródno, Fabryki domów na Tarchominie oraz innych, podobnych im pomnikach komunizmu...Czym więc by były dla przeciętnego mieszkańca niziny mazowieckiej miejsca takie jak to, gdyby nie czarno-białe westerny, które legendę miejsc tych tworzyły?
Polecam link z Wikipedii oraz tamtejsze zdjecia. Być może Ewa nieługo dorzuci coś, co też bym Wam polecał....pozdr
** GALERIA FOTO **

Monday, January 5, 2009

Ostatni taki Macworld

A do tego widziany z troche innej perspektywy...


Macword jak zwykle odbywa się w Moscone Center, ale tym razem ekspozycje przeniesiono do budynku zachodniego (rok temu wszystko działo się w budynku południowym). Siedziba główna Apple'a jednak, cały czas znajduje się przy Infinite Loop 1, Cupertino w Califronii, a fryzjer nadal najlepszy jest na Tarchominie.


Infinite Loop 1 - mekka makowych maniaków 

Saturday, January 3, 2009

Edwards Air Force Base - boczne drogi prowadzą do celu

Edwards Air Force Base – baza Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych znajdująca się w okręgu Kern i Los Angeles w stanie Kalifornia w Dolinie Antelope, 11 kilometrów na wschód od miasta Rosamond w Stanach Zjednoczonych (34°57′ N 117°52′). Baza lotnicza została założona w 1933 i od tamtego czasu była miejscem wielu lotów eksperymentalnych samolotów i innych statków powietrznych. Swoją obecną nazwę uzyskała 27 stycznia 1950 roku na cześć Glena Edwardsa, pilota doświadczalnego, który zginął podczas oblotu prototypowego samolotu Northrop YB-49. W bazie tej wykonywano testowe loty atmosferyczne wahadłowców, a do 1991 roku Edwards był głównym miejscem wszystkich ich lądowań.
(źródło Wikipedia)
Boczne Drogi...
Do bazy Edwards zajechaliśmy w atmosferze napięcia i delikatnie tylko skrywanej nerwowości. Po dosyć ożywionej wymianie opinii "za i przeciw" wszyscy ustaliliśmy, że odległa o 25 mil baza Amerykańskich Sił Powietrznych jest warta zjechnia z trasy i nadłożenia dodatkowego czasu. Atmosfera dyskusji jednak trzymala temperaturę do samego końca, dając jasno do zrozumienia, że decyzje podejmowane na drodze demokratycznych wyborów często wymagają szerokiego marginesu dla opozycyjnego kompromisu :-) Rekalkulacja trasy nie była w planach, a czas nigdy nie był z gumy. Mimo to, licząc mile, minuty, godziny zmierzaliśmy do nieprzewidzianego przystanku na trasie powrotnej z Monument Valley. Jeep Liberty z czteroosobową załogą zaparkował w bazie Edwardsa niemal dokładnie w przewidzianym nowym terminie: w niedzielę 0 18:29 czasu wschodnioamerykańskiego. Zwiedzenie małej muzealnej ekspozycji przebiegło bez kłopotów.
Z zupełnie innych powodów, ale w równie nieprzewidziany sposób, dwie godziny wcześniej do miejsca naszego przeznaczenia dotarła zupelnie inna załoga podróżników... Oto ich historia opisana z reporterską manierą: Niebezpiecznie silny wiatr i burzowe niebo sprawiły, że centrum kontroli lotów przeniosło operację lądowania wahadłowca Endeavour z Florydy do słonecznej Kalifornii. Prom kosmiczny z siedmioosobową załogą wylądował w bazie Edwardsa niemal dokładnie w przewidzianym nowym terminie: w niedzielę o 16:26 czasu wschodnioamerykańskiego (22:26 czasu polskiego). Przyziemienie przebiegło bez kłopotów. 
Prowadzą do celu...
W tej właśnie słonecznej Kalifornii znalazłem się zupełnie (w co sam nie wierzę) przypadkowo, zupełnie przypadkowo (co też jest bujdą) odwiedziłem również bazę, w której dwie godziny wcześniej miały miejsce wydarzenia odnotowane drukowanymi zgłoskami w kronikach kosmicznej awiacji. Nie mam wątpliwości, że szczęście sprzyja śmiałym i jeśli mialbym być szczery, nadal jest to moje motto, ale jeśli zadalibyście mi pytanie, czy nie chciałbym znaleźć się w tej samej bazie dwie godziny wcześniej, odpowiem zdecydowanie i krótko: Nie. Z rzeczy, które zostały mi nieodwracalnie zabrane, nie mogę do dziś odpuścić sobie widoku na żywo masztu radiowo-telewizyjnego w Gąbinie (Konstantynowie) albo przejażdzki po najdłuższym swego czasu drewnianym moście, którego jedyne ocalałe przęsło do dziś można zobaczyć w Wyszogrodzie (a most ten prowadzi do celu**). Obie konstrukcje mocno podsycały swego czasu moją ciekawość i wyobraźnię... Nawet dziś kosmiczne wyczyny załogi wahadłowca nie są w stanie przyćmić dawnej potęgi wspomnianych wyżej kostrukcji, ktore w swoich czasach były najwyższymi/najdłuższymi* konstrukcjami wzniesionymi przez człowieka. 
* wybaczcie stosowny brak precyzji :-) Oczywiscie jedna była niekwestionowanie najwyższa na Świecie, za to druga była najdłuższa, ale tylko pośród drewnianch konstrukcji i zdaje się tylko w samej Europie.
** jak ja nie lubię dosłowności, ale dla potrzeb chwili otrę się o banał.
Post ze względu na tematykę oraz imię samej bazy dedykuję zwyczajowo w takich sytuacjach jedynemu w mej rodzinie miłośnikowi awiacji...
pozdr dla uczestników imprezy
** GALERIA FOTO **

Monday, December 29, 2008

Nowy Rok jest optymistą...

A tu nadszedł tak szybko czas podsumowania, czas rozliczania, czas planowania. Wyskoczył na mnie zza rogu, tak jak wyskakuje co roku, chociaż z każdym następnym robi to coraz szybciej, coraz częściej skłania też do refleksji. I chociaż każdy inny dzień jest tak samo dobry by się nad sobą zastanowić to jednak podswiadomie szukam klamry, jakiegoś początku i jakiegoś końca coby się zabrać do posortowania minionych spraw, poprzekładania papierów i przyjrzenia im się z bliska. Rok 2008 nie zmobilizował mnie zupełnie. Na pytanie kolegi z pracy o postanowienia na Nowy Rok nie miałem żadnej odpowiedzi. Faktycznie, muszę przyznać, że nawet zaskoczyło mnie to pytanie. Nie mogłem zrobić nic więcej jak przekroić kotlecik, nadziać go na widelec, umoczyć calość w sosie i ciągnąć dalej lunchową konwersację omijając niewygodny temat...

Dziś podsumowuję:

- Płyta roku:

Męska Muzyka - Waglewscy

- Piosenka/odkrycie roku

Ederlezi - G. Bregovic

- Książka Roku (a raczej artykuł roku)

"Swiat według Dziada" - książka opowiedziana przez prostego gołębiarza i domniemanego szefa gangu wołomińskiego - Henryka Niewiadomskiego dała mi więcej do przemyślenia niż literatura Grynberga, Steinbecka, Hłaski, Suvorowa, Wilde'a, Allende czy Houellebecqa przez którą przeszedłem/przechodzę w tym roku.

- Film roku

Rise of the footsoldier

- Liczba roku

21,6m - lutowy bezdech w Monterey. Regres, który jednak nie martwi...

- Miesiąc roku

Kwiecień. Słońce zawsze świeci a Księżyc zawsze w pełni.

- Gadżet roku

Skórzano - goretexowe rękawice motorowe BMW Motorrad

- Konsekwentność roku:

Kompletowanie sprzętu nurkowego.

- Motto roku:

Iść swoją drogą - tak śpiewał (?) artysta.

A jednak miałem postanowienie! Teraz pamiętam! Motor! Dokładnie w połowie roku udało mi się je zrealizować (patrz konsekwentność roku i wstaw motorowego).

Jak zwykle otarłem się tylko o powierzchowność nie poruszając wcale tematu sedna. Szukam odniesienia, wciąż się chce o Was i o sobie czegoś dowiedzieć, trochę też szukam sensacji. Podzielcie się ze mną proszę swoimi wydarzeniami roku (ksiazka, muzyka, film, zdarzenie), ale niech każdy z Was wie, że o najważniejszej dla mnie sprawie tu nie napisalem :-) Taaak, 2008. był dobrym Rokiem.

P.s. A i chciałem dodać, że na 2009. mam trochę planów. To daje mi satysfakcję.

Życzmy sobie sił i zdrowia. 

A tymczasem ruszajcie przetrzeć parkiety. 

No to do zo!

Sunday, December 28, 2008

Grand Canyon - South Rimm

Były to czasy kiedy nie znałem znaczenia słowa Stubborn, maile z Nowego Yorku czekały w długiej kolejce na odpisanie a Zbyszka w powszechnej świadomości kojarzono z Mountain View. Dziś jest inaczej, natomiast reszta, reszta pozostała niezmieniona...
** GALERIA FOTO **